poniedziałek, 26 maja 2014

Obudziwszy się

uświadomiłam sobie, że to jednak tydzień pracujący. Ale że z łapanki, więc postanowiłam najpierw ogarnąć się ogólnie, a jechać do pracy później, a co?? Kto mi co zrobi??
Poszłam więc najpierw na Manhattan po truskawki i tu miłe zaskoczenie - upolowałam po 4 zł, trochę mniejsze, ale słodkie jak maliny. Nie żałowałam sobie, kupiłam dwa kilo. I poszłam do Biedronki, a tam okoliczne ławeczki okupowane (a dziewiąta rano była) przez stałą ekipę, sączy sobie piwko, nic to, że sikacz z Biedronki, ale piwko z rana jak śmietana.
Załkało me serce...
W Biedronce zabawiłam chwilę, bo zaczepił mnie sąsiad, ten od Internetu co mu lata po mieszkaniu i męczył mnie parę minut, mówiąc, że nie może się do mojej sieci zalogować, bo nie zna hasła. Hmmm.... Ja też nie znam hasła :D Żeby postawił sprawę jasno: dam pani parę złotych i czy mogę skorzystać z pani internetu, pewno po rozmowie z Inżynierem nie robiłabym kłopotów, ale nie, on chce ode mnie internet, bo ma w Plusie za 7 zł i mu nie starcza. Przykro mi :) I pokazuje mi Nokijkę jakąś i tłumaczy, jaki to wypasiony telefon, bo on tam wszystko ma. Potakiwałam grzecznie, no fakt, ja to badziew nie telefon mam, ale nic to :D I tłumaczy mi jak krowie na rowie, że jemu komputer niepotrzebny, bo ma telefon i komórkę. W telefonie ma rozmowy za darmo.
Za darmo??
No tylko 25 zł miesięcznie.
To nie za darmo, ale za pieniądze.
Urwałam się w końcu, tłumacząc, że jeszcze do pracy muszę iść, wychodzę z Biedronki i co ja paczę??
Towarzystwo dalej ucztuje na ławeczkach, ale jedna z pań ma limo takie, że ojapierdolę, oka nie widać, jeden krwiak, a nad nią wytrząsa się jej?? Mąż?? Kochanek?? Chłopak?? Kumpel?? O nie, odechciało mi się piwka, z takim limem.... :) Kondolencje.
Postanowiłam do pracy jechać zygzakiem i takoż pojechałam. Szukam sandałków, bo mam tylko jedną parę, te co w zeszłym roku kupilam (super kuper i wypas) jak obcierały mi nogi do mięsa, tak obcierają i w tym roku mi się nie goi. Postawię na kołku, może na klapki przerobię domowe, bo to skarpetki mogę założyć. Reklamować nie ma co, a kosztowały 150 zł. No nic...
Pojechałam.
U Wojasa, gdzie zawsze butków zatrzęsienie sama chała, podeszwa cienka i płaska, 3 paseczki na krzyż, moje kopyta będą w tym wyglądały, że nic tylko się śmiać.
W ortopedycznym powariowali, sandały Scholla w tym roku 290 zł, a na korku, więc jak trafię na ulewę, to sandały do śmietnika, bo korek nasiąka i potem pęka. Wiem, przerabiałam, miałam takie od Pierworodnego i sezonu nie wytrzymały.
Włażę do innego sklepu, bo Riekkera mają i tadam... Są. Myślałam, że to Riekker i kupiłam, w domu dopiero zobaczyłam, że to
Maciejka :) Taka firma, ale jako że przelazłam w obuwiu do domu i nic a nic mi nie odparzyło, jestem zadowolona z zakupu, miękka skóra i specjalna podeszwa, jedyne co to może farbować, ale sandały noszę na bose nogi, więc olewam.
W pracy zabawiłam godzinę, bo oczywiście nikt sobie rękawów nie wyrywał, więc poszłam w stronę słońca.
Przesiadka i widzę, stoi na peronie pan i władca, z bebechem piwnym, wąsiasty, sumiasty i rozgląda się jak sułtan w haremie.
Wysiada na następnym przystanku, a wraz z nim kobietka, mała, drobna, ze łzami w oczach, idzie za nim jak pies i... dźwiga wieeeeeelką torbę, taką jak można kupić w marketach, pełną puszek, nie mam pojęcia, ile takie torbiszcze może ważyć, ale ja bym tego daleko nie poniosła. Pan hyc do kosza, wyciąga puszkę i daje babince. I mordę drze.
Ojapierdolę.
Gdybym kiedykolwiek skończyła grzebiąc w śmietnikach, nie chcę  żadnego mena do pomocy. Stara Jędza do końca będzie pracowała na własny rachunek :)
Lecę do domku jak na skrzydłach, bo w lodówce chłodnik czeka, litewski, a jakże i zmieniaczki młode mam, dokupię twarożku, bo zapomniałam i obiadek, ze mucha nie siada.
Pod Biedronką towarzystwo nieco przetrzebione (jest 13.30), ale podbitooka madonna jest. Oka nie widać, pół twarzy sine, ale ma kolejne piwko.
Już nie zazdroszczę piwka.
Jak mnie ochota najdzie, kupię sobie, nawet czteropak i nikt nie będzie mnie po mordzie lał.
 I toreb nie będzie kazał dźwigać. Mam wózeczek, a nawet dwa :)
Nie rozumiem tego - jak można się uzależniać od faceta. Nigdy nie byłam zależna. Mama krótko przed śmiercią powiedziała do mnie: ucz się, żebyś nigdy nie była od nikogo zależna.
Dziękuję, Mamo, za lekcję, którą odrobiłam.
I to nie tak, że zadzieram nosa, bo studia mam, że dziś ciężko o pracę i takie tam.
Nie. Był czas, że pracowałam jako sprzątaczka, bo... nie chciałam być zależna.
Parę innych dziwnych robótek też po drodze było.
I dziękuję Mamo, za wszystko.

Tak mi się koło zatoczyło w dzisiejszych filozofiach.
Moje dzieci, o dziwo, wszystkie pamiętały dziś, jedne więcej, drugie mniej, ale wszystkie. I te rodzone, nawet Marnotrawny Pierworodny szarpnął się na emilka,  za co mu chwała i cześć, ale niech nie oczekuje bicia w werble.
Inżynier wrócił z wojaży cały, co mnie cieszy i mam nadzieję, że wypoczął.
A i przyszywane dzieci pamiętały, co mnie jeszcze bardziej cieszy, bo nie musiały.
Zatem wszystkim moim Bachorzydłom, tym co czytają i nie - dziękuję.

Poczułam się dziś dobrze.
Pachnie heliotrop, piwonie...
Truskawki.
Chwilo, trwaj... :)

niedziela, 25 maja 2014

Spałam

dziś, mimo weekendu do 8 :) Wyspałam się i chętnie bym gdzieś polazła, ale






o 10 rano to mnie naprawdę przerasta. Wychodzę tylko, jak muszę, jest mi od razu niedobrze i słabo, a nie daj blog jeszcze jazda zatłoczoną bimbą z niemytymi wspólpasażerami, oszczędzę detali :) Więc korzystam z weekendu i siedzę na dupie, w tygodniu będę musiała latać jeszcze do pracy. W tym miesiącu już mam 13 nadgodzin, więc myślę, że jakieś 25 się uzbiera, 39 już mam zaległe. Wypisałam kartę urlopową, ale Bossa nie było, więc niepodpisana leży.
Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Francuzi, czyli do pogody, Inżynier, który zimą lata w t-shircie przysłał zdjęcie znad morza w... kożuszku :) Chcę tam, zamienię się, będę gotować, sprzątać i cokolwiek, ale chcę do takich ciepłych krajów, jak tam... I nie to, że marudzę. Optymalny zakres temperatur dla mnie to minus 5 plus 20 i żeby śniegu nie było. Wszystko inne dozwolone.
Ale że nie mam na to wpływu, cierpię w milczeniu.
W ramach pocieszajki poszłam do fryzjera, bo zarosłam jak ten las i kupiłam sobie oczojebne czerwone rybaczki. W ramach rozpieszczania osobistego, a co??? Bankomat zaś ześwirował, nie chciał wypłacać 50 zł, bo "wprowadzona kwota nie jest wielokrotnością 100 PLN". Musiałam więc wypłacić więcej niż chciałam, a ciekawa jestem, jak to zaksięgowało. Na wszelki wypadek zrobiłam fotkę skubańcowi. Za gorąco było, żeby lecieć kilometr do następnego.
Nogi powoli "odpuchają", z czego się niezmiernie cieszę... Bo już myślałam, że boso będę chodzić, tak popuchły.
No nic, lecę na The good wife, a później się zobaczy :)


piątek, 23 maja 2014

O 6 rano

20 stopni, a teraz słońce już szaleje. Nice.
Ostatnia pracę dosłali mi o 23.13.
Buhahahahahahaha:)
Spałam słodko. Jeszcze nie zwariowałam.
I tak zaczną pracę koło 11, jak dla mnie to będzie musztarda po obiedzie, bo... no właśnie, zostały im jeszcze teksty i nie mają co liczyć, że będę im znów do nocy siedzieć,
To, że całe życie z debilami nie oznacza, że do reszty zgłupłam :)

Miłego dnia i przeżycia tego upału. To, że kocham wiosnę i lato nie oznacza, że lubię upały. Kocham ciepłą wiosnę i chłodne lato :)

A i u mnie już kwitnią robinie, pachnąc słodko i namiętnie. Czekam, aż zakwitnie moje drzewo i będę chodziła pijana w trzy dupy :)



czwartek, 22 maja 2014

Całe życie

z wariatami to pikuś.
Całe życie z debilami to dopiero coś.
Więcej się nie zgodzę na to piękno.
Całe życie z debilami.
A jeszcze panienki są przekonane, że powinnam być dostępna całą dobę.
Termin poszedł się...
Cały dzień czekałam na nie (robiąc swoje, od moich ulubionych redaktorów).
Potem trzasnęłam drzwiami poszłam do domu.
Praca "doszła" koło 21... Ładnie bym wyglądała, jakbym tylko ich robiła, 12 godzin czekania na pracę.
O kant dupy potłuc taką organizację. Nigdy więcej, bo szkoda zdrowia.
29 stopni w cieniu dziś było.
Nogi mam jak słoń.
Truskawki po 10,90, żyć nie umierać.
Ale z Inżynierem pogadałam, bo w weekend Go nie będzie. Jedzie na długi weekend, nerwuję się, ale...
Oj tam, oj tam, pomarudzić zawsze miło :D

środa, 21 maja 2014

Całe życie

z debilami...
No bo jak to nazwać?? Nazwę choroby wg słownika ortograficznego pisze się przez 2 el i tak zawsze była pisana, a przepracowałam w tej branży 10 lat, więc swoje wiem :D
Świnki, biedactwa, też na nią chorują, a  że wydajemy dzieło wiekopomne o chorobach świnków, to i ta choroba się tam znalazła. No i robię 2 el. Redaktor mówi, że nie, bo autor mówi, że jedno el. Ja na to podaję słownik ortograficzny, przeglądamy książkę głównego świnkologa PL i tam jak byk stoi dwa el. Redaktorka pisze emilka do autora, notabene lekarza weterynarii, i łącza rozgrzewają się nam do białości, bo pan lekarz (nawiasem mówiąc, pióro ma tak ciężkie, że ojapierdolę, nie mówiąc o reszcie) w zaparte idzie, że jedno el i podpiera się autorytetami z dr, prof., i chuj jeszcze wie czym przed nazwiskiem.
Olać.
Chce mieć błędnie, będzie miał. Podkładka, że chciał - jest. Wstyd mi tylko, bo w stopce jest moje imię i nazwisko, więc jak ktoś widzi i wie, to sobie pomyśli.
Trudno.
Nie zawsze błędy są winą korekty, czasem przerośniętego ego autora.
W saloonach wisiał napis:
Do not shoot the pianist, playing as best he can...

Ano... Święte słowa :)  

Całe życie z debilami.
Jeden oberwał, za to, że wczoraj mało, że tekstu nie dosłał, to nie zawiadomił, że nie dośle. A cała reszta jak co miesiąc, tyle że w tym się przeciągnie na przyszły tydzień, zamiast zakończyć jutro.
Upał mnie dobija.
Ale co będę marudziła, albo przeżyję, albo mnie szlag...


wtorek, 20 maja 2014

Kilka

dobrych rzeczy się zdarzyło.
Baran ma pracę, w sumie startuje od początku, ale ważne, że ma i później wróci na swoje stanowisko. Ważne, że nie ma przerwy. Że wróci, nie wątpię, znam Go, paskudny jest. Jak to Baran :D  A jaki chytry, że ojapierdolę ;)  Internetu może nie mieć, przynajmniej nie od razu, ale on nie jest wariatem, jak ja :) Więc jedna rzecz do przodu. I jak się, Parzystokopytny, fochniesz, za to pisanie, oberwiesz ścierą. Mokrą. Tym razem nie skończy się na obietnicach, o nie... :)

Fistaszek zaś ma się dobrze i waży już całe 573 deko, ale olbrzym... Pół kilo słodyczy... I... jest dziewczynką :) Zatem mała, prawdopodobnie Dobrosława (śliczne imię, kto powie inaczej, ślepia wydrapię) od Cyganów wygląda tak:



Prawda, że śliczna dziewczynka?? Podobna do przyszywanej babci Starej Jędzy, co widać wyraźnie i dokładnie.
Zatem dalej trzymamy kciuki i teraz już wiadomo, komu kibicujemy. A chciałam Fasolkę, ale Sikora uparła się na Fistaszka, zatem jak widać mała Dobrosia przewrotna jest i trzyma ze SJ :)

Moje kolejne wnuczę na razie się też trzyma i wiem już, że termin jest na 25.11. Zatem byłoby po babci Freelancerem, a to fajny znak jest :D  I o dziwo, synowa się odzywa i fotki podsyła, sama, nieproszona, doceniam. Bo to nie tak, że się nie cieszę... Mała Wiedźma nie chciała ukochać kota (zdjęcie sprzed kilku dni), ona na kota polowała. I dopadła go. Wiedziałam. Znam swoją wnuczkę. Moja krew :)

A ja?? Jakby to ode mnie zależało, wszystko byłoby już dziś w drukarni, a ja popijałabym piwko, rozkoszując się wolnością. Ale nie ma letko, i od 16 byłam bezrobotna, o 17 zabrałam lary i penaty i poszłam w stronę słońca. Mieli mi dosłać resztę, nie dosłali, więc wysłałam emilka, co z tą robotą do cholery i zamknęłam pocztę. Gdybym dała się namówić na czekanie, znów straciłabym nerwy i czas, a tak tylko cholera mnie brała.
Ale nie wzięła.
Bo się nie dałam, a co??
Przede mną jeszcze kilka dni do tłuczenia o kant dupy, ale jakie mam wyjście?
Truskawki wciąż po 10 zł za kilo najtańsze, a nie, widziałam po 9,99.  Tja... I mogę być winna grosika??
Kasztanowce i bzy już przekwitają, ale za to zakwitły właśnie robinie... (możesz mnie, Baranie jeden, pogłaskać, bo konia z rzędem temu, kto mówi robinia, a nie akacja)...

I jest jak u Maryli Wolskiej:

Noc... Deszcz ustał wiosenny... Mokrych bzów woń świeża
Dymi z sennych ogrodów... W pierś sercem bogatą
Fala nurtów tajemnych przypływem uderza.
Okwita wiosna krótka... mija... Idzie lato,
Noc czekania powagą i mgłami osnuta,
Gwiazdami lśnią wilgotne szafirów bezbrzeża
I cisza wokoło, niby w przeddzień święta;
I czuję  - że najwyższa życia mego nuta
Jeszcze nie wzięta...

Hmmm... Ale co się będę okłamywać, przecież niedługo będę miała 42. rocznicę osiemnastki, więc faktycznie ta nuta jeszcze nie wzięta :D

poniedziałek, 19 maja 2014

Poniedziałkowa niespodziewajka

Czytanie non stop przez 12 godzin z przerwą na siku i zalanie herbaty odmóżdża. Ale bióro, pomorze (w sensie że help me), tępo (w sensie, że rytm) i inne kwiatki to już było gwoździem do trumny. W jednym tekście 6 ortografów, ojapierdolę. A Boss wciąż się uśmiecha i mówi: nie wiem w sumie, do czego nam korekta potrzebna.
Tja.
I chleb musiałam kupić, bo zabrakło, więc zanim dowloklam się do chaupki, byłam jak nieświeży dorsz.
Skrzynkę otwieram, a tam niespodziewajka.
W angielski Dzień Matki ochrzaniłam Inżyniera, bo  nie winszował (Baran winszował, ale nic dziwnego, jest już poddanym Elżbietki), bo On zawsze ma wykręty, a w maju dostaję od 3 lat kartkę, nie to, że nie pamięta, ale kartka dla najdroższej mamuśki zawsze jest urodzinowa, bo... "już nie można kupic na Dzień Matki". Nadęłam się w tym roku jak żaba i rzekłam, co w takim razie życzę sobie ręcznie robioną laurkę, jak za dawnych lat...
A dziś w szparze unijnej znajduję i macam i wygląda na ręcznie robioną, bo jakieś wypukłości i górki są...
Lecę do domku, rozrywam kopertę i zamiast wysłać SMS trafiam na pocztę głosową, zżera mi ponad 2 zeta, genialna jestem, ale nic to...
W kopercie jest

 For an amazing Mum... Ojapierdolę.
Nie urodzinowa.
Postarał się, a i pospieszył się.
Ale...
Łezka poleciała.
A na FB popolemizowałam ze Zmorką, bo wkurza mnie reklama sponsorowana. Dla mnie zaadresowano reklamę jakiegoś zakładu kosmetycznego w K., moim rodzinnym mieście. Zakład notabene nazywa się Dorota. I tekst w te klocki: jesteś w innym mieście, a Twoja Mama jest w K. Możesz jej zamówić u na zabiegi, a nawet doręczymy bukiet kwiatów. Nosz, kurwa mać. Kazać odkopać rodzicielkę na cmentarzu, co by jej makijaż poprawili, boczki odleżałe wymasowali??? Albo kwiecie mi na cmentarz zaniosą??
Uważam, że reklama spersonalizowana jest chamstwem. Inżynier, jak mu się żaliłam mówił, że w UK też była chryja z taką reklamą, bo ludzie dostawali SMS spersonalizowane od matek i trafiło na kilkadziesiąt osób, których matki nie żyły, bądź niedawno zmarły.
Reklama dźwignią handlu, OK. Ale personalizowanie na ślepo to chamówa. Żebym miała kasę i czas, wytoczyłabym sprawę o szkody moralne.
Za dużo amerykańskich seriali??
Maybe...

niedziela, 18 maja 2014

Niedaleko

pada jabłko od jabłoni...


Prawda, jaka rasowa Mała Wiedźma??? I lepsza od babci, bo nawet kota ma... :)

...


Irysy
Ciemnych irysów dostałem pęk,
Nie wiem od kogo.
Serce me drżący ogarnął lęk,
Ciemnych irysów dostałem pęk
I patrzę na nie z dziecinną trwogą:
"Co też te kwiaty mi przynieść mogą?"
- Lęk.
I list dostałem. Słowa: "Bez słów"
Jeno w nim były.
... Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów,
Żal mi przyniosły słowa: "Bez słów"...
Śród wspomnienia słodkiej bezsiły
Znów mi się oczy twoje przyśniły,
Znów...

Julian Tuwim

piątek, 2 maja 2014

Pogoda

zgodnie z zapowiedziami dziś się zepsuła.
A jeszcze wczoraj gorąco było i słonecznie, tak majowo.
Nie wyszłam dziś wcale z domu, ogarnąwszy wzrokiem wszystko stwierdzilam, że nawet te trzy dni bez zakupów przetrzymam i klapnęłam na dupie. Cały dzień szaro i ponuro i na dokładkę zimno jak cholera. Nie włączyłam grzejników, nie bo nie, owinęłam się kockiem, popracowałam trochę, bo dosłali teksty, wprawdzie z zaznaczeniem, że na później, ale przecież i tak musże to zrobić, to co za różnica, kiedy??
Wczoraj spotkałam się z niewidzianą od wieków koleżanką. Papy nam się nie zamykały, przegadałyśmy całe 6 godzin, prawie cały dzień roboczy i gdyby nie to, że u niej w domu psisko wyło, to siedziałaby dłużej. Ale nic to, może nam się wreszcie uda częściej spotykać. Było sympatycznie, lubię ją, łączy nas dziesięć lat niewoli, ona dalej cierpi, ja się wyzwolilam.
I tak

 wciąz pięknie wszystko w ogródkach kwitnie,
 aż serce boli z zachwytu.

 Umówiłyśmy się na Starym Rynku, ale jako że to 1 maja, a ona napisała: o 12, gdybym nie wiedziała, skąd nadejdzie, nie spotkałybyśmy się,  pod Ratuszem były dzikie tłumy :D A tu Ratusz pierwszomajowo....
 ... i mój ukochany rzygacz... :)
Poszłyśmy do Pekinu, tym razem ona zapraszała na obiad i strasznie nalegała na Pekin, że takie dobre jedzenie i w ogóle. W chińskiej knajpie ostatnio byłam podczas wycieczki do Berlina, nie licząc barów w Dublinie i w Stevenage, ale w Poznaniu nigdy, więc się zgodziłam, bo mi wszystko jedno, jestem wszystkożerna i eksperymenty lubię.
Knajpa całkiem całkiem, kelner młody i przystojny (dała mu dyche napiwku, tak jej się spodobał)...


 Kibelek ukwiecony, sztuczne kwiecie, bo sztuczne, ale czyściuteńko.

Zgodnie ze swoim zwyczajem we wschodniej knajpie zawsze biorę rybę, więc i tym razem wzięłam rybę, a ona kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Do tego ryż z warzywami i makaron z warzywami. Spokojnie moglyśmy wziąć jedno danie na spółkę, nie byłyśmy w stanie tego wciągnąć, zapakowali nam do domu jeszcze :0

Ale jedzenie dupy nie urwało, zjeść się dało, jednak moja ryba była zupełnie bez smaku, a jej kurczak ostry jak cholera.  A niby ten sam sos. Warzywa w obu dodatkach były śladowe i symboliczne: parę zielonych groszków i kilka kostek marchewki. Nawet nie wiem, ile zapłaciła, ale... Nie słuchała mnie i uparła się na knajpę, a ja w domu miałam


Z młodej kapusty, z kaszą jaglaną, jarskie, mlask, chociaż zapomniałam o pieczarkach i tak były pyszne i co najważniejsze, zdrowe :D
A do tego


z mojego grzybka tybetańskiego, ojapierdolę, ale dobry :) I jeszcze mi zostało full serwatki, może chleb na niej upiekę, ale mi się nie za bardzo chce.
Z Pekinu polazłyśmy na kawę i lody

do takiej nastrojowej kawiarenki, pełno tego wokół Starego Rynku, a potem tradycyjnie do Brovarii

jakie pyszne nam się tym razem dostało piwko, do dziś czuję jego smak.
A potem wieczorkiem była feeria zachodzącego słońca

mam całą masę fotek, ale... bez przesadyzmu.
A dziś Baran mnie nastraszył SMS, myślałam, że mu się coś wygło, ale nie, nie wygło mu się, ma równo pod kapturkiem, tylko zakorkował się ;)
Ale i tak miło.
Jutro ma być cieplej, może się zmobilizuję do wywalenia tłustego cielska z domu. Może...
Cygany wróciły z gór. I dobrze, bo skoro u nas tak zimno, to w górach pewno jeszcze gorzej...

wtorek, 29 kwietnia 2014

Pijana

w trzy dupy do domu wróciłam z kijków. Musiałam zmienić trasę, bo ta, którą wybrałam, była nieocieniona i myślałam, że wykorkuję. A upiłam się zapachem bzów, hyczki, drzew owocowych i co tam jeszcze kwitnie. Dominował zapach bzów, zupełnie jakbym się oblała moimi kochanymi perfumami, a do tego nuta asfaltu i odrobiny spalin. Nie do podrobienia...
Kardiolog wziął urlop, więc nie wiem, czy wyniki są takie OK.
Wpadłam do pracy i okazało się, żem prorokiem, oprócz pracy, która miała być, podkładają mi dodatkową świnię. Ale palcem w bucie nie kiwnęłam i kazałam pogadać z Bossem. Trzech czasopism w jednym terminie nie będę robiła i nie obchodzi mnie, ile mają stron. A myśleli, że mnie z zaskoczenia wezmą, usiądę i zrobię. Nie ze mną te numery, Brunner, a jeszcze nie wiem, czy zaległa kasa wpłynęła, nie chce mi się iść do banku. Zresztą, wolne mam, więc pocałujcie dzieci, Starą Jędzę w dupę :D

Próbowałam sieciówkę, a przepraszam, PEKĘ załadować, w tym miesiącu co byłam w okolicy jakiegoś punktu, to kolejka jak prosięcy ogon (coś znów za mną chlewik chodzi), wiadomo, od 1 maja tylko PEKA . Kolejka, składa ktoś wniosek, wiadomo, z 15 min zejdzie, a za 10 min przerwa. Więc zrezygnowałam. Wychodzę z pracy i co ja paczę?? W kiosku RUCHU PEKE ładują, a kolejki nie ma. No to sruu... i banan, bo można płacić kartą. Nic to, że mi tramwaj wieje, będzie następny. I co się okazuje?? PEKA (ładowana już od paru miesięcy) ma jakiś błąd i w kiosku jej nie załadują, tylko w punkcie ZTM (już nie MPK). Fuck. Idę na inny przystanek, pokonując skrzyżowanie z piekła rodem,  i wracam na "moją" pętlę, na której byłam rano. Piętnaście minut w kolejce, pani męczy się z moją PEKĄ kolejne 20 minut, marmoląc coś pod nosem, że się nie da. Gówno mnie to, choć wiem, że to nie wina tej pani, więc się na niej nie wyżywam, bo widzę, że się stara. W końcu "coś" przechodzi, ale... Dostaję od pani fakturę VAT, a jakże, na papierku, żeby w razie czego kanary wiedziały, że Stara Jędza na gapę nie jechała, ale że uczciwie, na bilecik... Już nie wydruk z kasy fiskalnej, ale fakturę VAT...  Nosz... Kurwa i po co komu ta elektronika, skoro i tak muszę papiery wozić ze sobą i gromadzić??  Komu przeszkadzały tekturki z naklejanym co miesiąc znaczkiem?? No komu??

Nie denerwuję się, słońce świeci, bzy pachną, kijki zaliczone, obiad pyszny był, teraz slodkie nicnierobienie...

Szkoda tylko (troszkę, ale zawsze), że nie ma z kim wąchać po nocach tych bzów... Life is brutal...  :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Kasza

jaglana na nowo odkryta, dzięki Dorze i... Ugotowałam w sobotę małą garstkę kaszy, z myślą o sałatce, taki misz-masz z sałatą rzymską i innymi zabawkami.... Był z tego obiad na sobotę, niedzielę i jeszcze dziś zostało. A oprócz tego kaszy w bród,  a że można to 3 dni trzymać w lodówce, zagłówkowałam. Chciałam z marchewką, ale marchewkę szlag trafił (marchewka z marketu była), więc wymyśliłam coś innego. Kasza jaglana z avocado, selerem naciowym i koprem włoskim, plus z przypraw co się nawinie :0


Niebo w gębusi i już wiem, że będę kombinować w różnych konfiguracjach, jako że mam teraz czas bezmięsny, tzn. nie chodzi za mną mięso :D

Obżarłam się niesamowicie, a jeszcze na jutro zostało :)
Ale najpierw poleciałam na Manhattan i kupiłam


cztery sadzonki pomidorków koktailowych, każde innego koloru, ale who is who dowiem się, jak zaowocują... Sadzonka 2 zł, więc nie sądzę, że warto się męczyć z sianiem i pikowaniem, no bo.... i tak więcej miejsca na balkonie nie mam :)

Potem kijki, mniej więcej tą samą trasą, wracając wleciałam do Lidla i kupiłam osteospermum, bo myszka pusta stała, a to kolorki są do niej podchodzące :)


Teraz się na burzę zanosi, czy inne padanie, a ja od dobrego jedzenia mam lenia, więc będzie pół godzinki dla słoninki, co zamieni się pewno w leniwe popołudnie i wieczór...
Słodkie lenistwo...
Trzeba sił do pracy nabierać, a ta już niedługo zapuka....

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ani chybi

z przepracowania Inżynierowi się wygło pod kapturkiem. Chce, żebym przyleciała na przyszłą Wielkanoc. Tłumaczę mu jak dziecku, po polsku, po niemiecku, że najpierw muszę na Gwiazdkę dolecieć :D Ale napiera, aż mnie serce zabolało, że w tej pięknej główce się popierdoliło... W końcu bez bicia przyznaje, że on nie będzie mógł na Wielkanoc przylecieć, bo dwa tygodnie po Wielkanocy przylatuje na ślub... No to ja mu jak dziecku, że nieźle się bawiłam w tę Wielkanoc i nie boję się powtórki. Nie przetłumaczysz. Dotarło do niego dopiero, jak powiedziałam, że ja też pracuję i nie wiem, kiedy będę miała wolne.
Hmmm... Musiałam obiecać, że jak będę tęskniła, to dolecę zawsze, jak będą mieli już swoje mieszkanie.
Obiecałam.
Nie odmówię, jeszcze im się znudzić mogę.
Ale... Nowy etap życia rozpoczęty, naumiałam się go i... nie jest źle.
My echo, my shadow and me mamy się dobrze. Bo nie ma to, jak przebywanie w miłym i inteligentnym towarzystwie :D
Ale cieszę się, że mam miejsce na Ziemi także u tego Paskudnika (o innych miejscówkach też pamiętam i nie omieszkam skorzystać i cmokam kogo trzeba :*).
Co nie zmienia faktu, że nieźle mu się wygło ;)
Będę musiała z tym żyć :D

Kanonizacja

dziś.
Nie mam nic przeciw.
Tylko sobie tak myślę, że czasem człowiek grochem o ścianę rzuca, perły przed wieprze sypie i pisze na Berdyczów...
No bo

http://www.jp2wielki.za.pl/pomniki.htm

co fundatorzy i autorzy tych cudów zrozumieli z nauk JPII?? What?? Był też człowiekiem renesansu i teraz w trumnie się nie przewraca, ale rytmicznie wali w wieko, no bo jak to?? Takie maszkarony?? Zupełne bezguście??
I, to moje prywatne zdanie, nikt nie musi sie z nim zgadzać, ale... wydaje mi się, że On wolałby chociażby jakąś szpitalkę swojego imienia (szpitalka to był taki budynek w mojej wiosce rodzinnej, gdzie mieszkały starowinki bez rodziny, schorowane, Agata bez nosa, której baliśmy się jak cholera, opiekowały się nimi siostry zakonne, a my, przedszkolaki, im pomagaliśmy. I jakoś nikt nie ucierpiał w zetknięciu z biedą i starością, a pewne rzeczy w moim pokoleniu zostały), hospicjum może (godne umieranie to niełatwa rzecz) czy inny taki pomniczek.
Ale już jeden z wieszczy pisał:


Bo żywy student, to jest kłopot dziki.
A my, Polacy, my lubim pomniki.

Zamieńcie "studenta" na "papieża".

I co??
Prawda, że łatwiej walnąć kolejną figurkę, niż stosować się do nauk, a co więcej, studiować Jego słowa i zastanawiać się nad nimi.

Ten łomot to stukanie w wieko...

Amen...

sobota, 26 kwietnia 2014

Śniło mi się

na granicy jawy i snu. Pierwsze wydawnictwo, ale... nie kompiki, a maszyna do pisania. I redaktorką byłam, miałam opowiadanie napisać. Kalka mi wciąż wypadała, mama kalkę podawała, a Baran dzwonił, że mam do domu wracać, bo chce ze mną pogadać. W rzeczywistości Mama już nie żyła, a Baran słupki dodawał...
Wracam z Manhattanu, a tu pod blokiem jakiś dresik. O wyglądzie szczurka, spojrzenie rozlatane, wyciąga telefon, taki moje sto lat przed Murzynami i dzwoni, jedynki mu brak. Moja paranoja budzi się, drzwi od wiatrołapu otwarte, w wiatrołapie w kącie stoi doniczka z aloesem. Wjeżdżam na swoje piętro i ulga, wszystko ok. Wypróżniam wózeczek, siusiu, rączki, SMS, torebka, trochę zeszło. Dochodzę do przystanku i co ja paczę?? Koło wiaty rozwalona doniczka z aloesem, przy wiacie stoi donica z olbrzymią wężownicą, wielkie, ale zaschniete drzewko szczęścia i jakis aloesik mały... A na ławeczce siedzi toto szczerbate i nawija do telefonu, ale... nie wiem, co mówi, bo primo po pierwsze, nie będę się gapić na dresa, nawet tak mikrego, primo po drugie, usta zasłaniał ręką. Skończył gadać, wylazł z wiaty, kucnął obok tych badylków i skubie je, łypiąc na mnie spode łba. A mi w głowie szaleje. Nie zaczepię dresa, wokół pusto, boję się. To jednak młody facet, a skąd mam wiedzieć, co ma w kieszeni?? Nie zadzwonię na policję, bo co powiem: że podejrzewam, że facet zwinął badyle z korytarza na którymś piętrze?? I co? Amerykański film i zajadą z piskiem opon, wrzasną: gleba i skują?? W sumie podliczając wartość rynkową badyli nawet by go nie zwinęli, bo znikoma szkodliwość społeczna czynu. Czekałam 5 minut na autobus i to 5 minut było wiecznością. Autobus nadjechał, dresik z trudem zwinął badylki, zostawiając zwłoki aloesika, wskoczył do autobusu. Wysiadł parę przystanków dalej.
A moja paranoja działała w najlepsze. A może nie kradł, ale ktoś mu dał? Ale na co komu duży, ale kompletnie zasuszony grubosz??
Wróciłam do domu i co zrobiłam? Wniosłam na balkon moje badylki z korytarza.
Moja paranoja ma się znakomicie.
I wciąż mi dokucza.
A odebrałam

i Dziewczyna Inżyniera będzie go wkurzać :)

A ja się nie wkurzam, ale cieszę, bo mam

Nie było żadnych ciętych na Manhattanie, tom sobie w doniczce kupiła, a co?? :) I frezje w Lidlu :D

piątek, 25 kwietnia 2014

No to sobie polatałam

Tak się zgadałam z Dziewczyną Inżyniera, bo tak, jak mnie naszła ta tasakowa torebka, tak ją naszedł napis na t-shircie... i będzie miała :) Za niedługo ma urodziny, to mam problem z głowy.
A przy okazji włóczęgi odkryłam pinkową stronę mojej wioski

 Plac przed operą otulipaniony i ostokrotkowany cały :)



 Nosz, pinkowy welocyped...

 Na Świętym Marcinie dywan z bratków.
 Tu bratki jeszcze się trzymają, ale pieścichłopy już się żegnają. Do zobaczenia za rok... A co roku jesienią myślę, czy was jeszcze zobaczę :)


 I sklep dla kociar. Wszystko w koty, ojapierdolę. Zwariowałabym.

 Fara pinkowa...
 Kamienica na ulicy pinkowa...

Srajda na ścianie też pinkowa, żeby nie było, że mam przywidzenia, trzaśnięty dwa razy....
 ... a w sąsiednim oknie jej kolega, niepinkowy :>
 Hmmm... Zmienił się miejski konserwator zabytków, ale nowy też ma nie tenteges z kolorkami. Jakby piorun w rabarbar strzelił...
 A to specjalnie dla Sikorki :)
 I na Kolegiackim też pinkowo do bólu...


 Tylko koziołki niepinkowe :P

 To akurat mi się podobało, w słońcu wyglądało jak jedwab... Ale to kardynalski kolor, nie pink :)


 Winobluszcz prawie jak mój, mój też miejscami bardzo mizerny i zieleni sie tylko na końcach :( Nie wiem dlaczego, a Baran gdzieś wsiąkł :(

No to się pocieszyłam, robiąc obiadek. Ta kumpela, co mnie wkurwia orzekła, że szaleję w kuchni. Jakie szaleję? Że jaja ugotowałam... Rechot na sali :D
Prawie 10 tys. kroków dzisiaj, podobam się sama sobie :D