Poszłam więc najpierw na Manhattan po truskawki i tu miłe zaskoczenie - upolowałam po 4 zł, trochę mniejsze, ale słodkie jak maliny. Nie żałowałam sobie, kupiłam dwa kilo. I poszłam do Biedronki, a tam okoliczne ławeczki okupowane (a dziewiąta rano była) przez stałą ekipę, sączy sobie piwko, nic to, że sikacz z Biedronki, ale piwko z rana jak śmietana.
Załkało me serce...
W Biedronce zabawiłam chwilę, bo zaczepił mnie sąsiad, ten od Internetu co mu lata po mieszkaniu i męczył mnie parę minut, mówiąc, że nie może się do mojej sieci zalogować, bo nie zna hasła. Hmmm.... Ja też nie znam hasła :D Żeby postawił sprawę jasno: dam pani parę złotych i czy mogę skorzystać z pani internetu, pewno po rozmowie z Inżynierem nie robiłabym kłopotów, ale nie, on chce ode mnie internet, bo ma w Plusie za 7 zł i mu nie starcza. Przykro mi :) I pokazuje mi Nokijkę jakąś i tłumaczy, jaki to wypasiony telefon, bo on tam wszystko ma. Potakiwałam grzecznie, no fakt, ja to badziew nie telefon mam, ale nic to :D I tłumaczy mi jak krowie na rowie, że jemu komputer niepotrzebny, bo ma telefon i komórkę. W telefonie ma rozmowy za darmo.
Za darmo??
No tylko 25 zł miesięcznie.
To nie za darmo, ale za pieniądze.
Urwałam się w końcu, tłumacząc, że jeszcze do pracy muszę iść, wychodzę z Biedronki i co ja paczę??
Towarzystwo dalej ucztuje na ławeczkach, ale jedna z pań ma limo takie, że ojapierdolę, oka nie widać, jeden krwiak, a nad nią wytrząsa się jej?? Mąż?? Kochanek?? Chłopak?? Kumpel?? O nie, odechciało mi się piwka, z takim limem.... :) Kondolencje.
Postanowiłam do pracy jechać zygzakiem i takoż pojechałam. Szukam sandałków, bo mam tylko jedną parę, te co w zeszłym roku kupilam (super kuper i wypas) jak obcierały mi nogi do mięsa, tak obcierają i w tym roku mi się nie goi. Postawię na kołku, może na klapki przerobię domowe, bo to skarpetki mogę założyć. Reklamować nie ma co, a kosztowały 150 zł. No nic...
Pojechałam.
U Wojasa, gdzie zawsze butków zatrzęsienie sama chała, podeszwa cienka i płaska, 3 paseczki na krzyż, moje kopyta będą w tym wyglądały, że nic tylko się śmiać.
W ortopedycznym powariowali, sandały Scholla w tym roku 290 zł, a na korku, więc jak trafię na ulewę, to sandały do śmietnika, bo korek nasiąka i potem pęka. Wiem, przerabiałam, miałam takie od Pierworodnego i sezonu nie wytrzymały.
Włażę do innego sklepu, bo Riekkera mają i tadam... Są. Myślałam, że to Riekker i kupiłam, w domu dopiero zobaczyłam, że to
W pracy zabawiłam godzinę, bo oczywiście nikt sobie rękawów nie wyrywał, więc poszłam w stronę słońca.
Przesiadka i widzę, stoi na peronie pan i władca, z bebechem piwnym, wąsiasty, sumiasty i rozgląda się jak sułtan w haremie.
Wysiada na następnym przystanku, a wraz z nim kobietka, mała, drobna, ze łzami w oczach, idzie za nim jak pies i... dźwiga wieeeeeelką torbę, taką jak można kupić w marketach, pełną puszek, nie mam pojęcia, ile takie torbiszcze może ważyć, ale ja bym tego daleko nie poniosła. Pan hyc do kosza, wyciąga puszkę i daje babince. I mordę drze.
Ojapierdolę.
Gdybym kiedykolwiek skończyła grzebiąc w śmietnikach, nie chcę żadnego mena do pomocy. Stara Jędza do końca będzie pracowała na własny rachunek :)
Lecę do domku jak na skrzydłach, bo w lodówce chłodnik czeka, litewski, a jakże i zmieniaczki młode mam, dokupię twarożku, bo zapomniałam i obiadek, ze mucha nie siada.
Pod Biedronką towarzystwo nieco przetrzebione (jest 13.30), ale podbitooka madonna jest. Oka nie widać, pół twarzy sine, ale ma kolejne piwko.
Już nie zazdroszczę piwka.
Jak mnie ochota najdzie, kupię sobie, nawet czteropak i nikt nie będzie mnie po mordzie lał.
I toreb nie będzie kazał dźwigać. Mam wózeczek, a nawet dwa :)
Nie rozumiem tego - jak można się uzależniać od faceta. Nigdy nie byłam zależna. Mama krótko przed śmiercią powiedziała do mnie: ucz się, żebyś nigdy nie była od nikogo zależna.
Dziękuję, Mamo, za lekcję, którą odrobiłam.
I to nie tak, że zadzieram nosa, bo studia mam, że dziś ciężko o pracę i takie tam.
Nie. Był czas, że pracowałam jako sprzątaczka, bo... nie chciałam być zależna.
Parę innych dziwnych robótek też po drodze było.
I dziękuję Mamo, za wszystko.
Tak mi się koło zatoczyło w dzisiejszych filozofiach.
Moje dzieci, o dziwo, wszystkie pamiętały dziś, jedne więcej, drugie mniej, ale wszystkie. I te rodzone, nawet Marnotrawny Pierworodny szarpnął się na emilka, za co mu chwała i cześć, ale niech nie oczekuje bicia w werble.
Inżynier wrócił z wojaży cały, co mnie cieszy i mam nadzieję, że wypoczął.
A i przyszywane dzieci pamiętały, co mnie jeszcze bardziej cieszy, bo nie musiały.
Zatem wszystkim moim Bachorzydłom, tym co czytają i nie - dziękuję.
Poczułam się dziś dobrze.
Pachnie heliotrop, piwonie...
Truskawki.
Chwilo, trwaj... :)



















































