środa, 29 czerwca 2016

Szybko

biegną dni przed siebie, ani się nie oglądnęłam, a już środa!
W sobotę umówiłam się z dziewczynami z Auschwitz na randkę w mieście.
Z jedną z nich nie widziałam się prawie 6 lat.
Nic się nie zmieniła, a ma już 38 lat, bardzo skryta i z bardzo zawiłym życiem. Przymierza się do odlotu z Auschwitz, do czego ją od zawsze namawiałam, no ale każdy ma swoje tempo dojrzewania. Trzymam kciuki, żeby jej wyszło.
Kochane są, pamiętały o książce, o którą prosiłam (a myślałam, że zapomniały i kupiłam, choć obiecywałam sobie, że nie wydam na tę firmę ani grosza), zatem mam dwa egzemplarze. Jeden sprzedam, albo dam w prezencie komuś, jak będzie mu pasowała książka.
I jeszcze dwie inne dostałam, w tym Motyla, film nakręcony na podstawie tej książki już widziałam i płakałam jak  bóbr.
Że też takie wydawnictwo musi je wydawać, a ja nie mogę ich kupować, bo mi serce na to nie pozwala...
No nic.
Przy okazji fajnie się bawiłyśmy, bo to i Jarmark Świętojański był, i mecz ze Szwajcarią, końcówkę widziałyśmy w Brovarii na piwku. Ale cnotliwie, wróciłam do domu trzeźwa.
Tylko że...
One umieją rozmawiać tylko o Auschwitz, wszystko się wokół tego kręci, jakby nic innego w życiu się nie dało.
Ano...

 Wszyscy jesteśmy kibicami, co nie?? :)


 True story :D

 Tu jadłyśmy, więc trzeci raz w krótkim odstępie tu byłam, pora znaleźć nową knajpę :)
 I wróbelki też się pożywiają :D

 Poszły konie po zagonie. Ładnie to wygląda, podoba mi się :D

 Gorąco :)


 Lalkowy horror...









 No proszę, jaki fajny kibic :)

Moja pamiątka z Jarmarku :)

I...
... mój wierny towarzysz wieczorów...
My Shadow...

W niedzielę rano zapukał Kierownik Budowy i wyciągnęli mnie na pizzę do Bar a Boo.
Pizza dobra, choć ja nie jestem fanką, towarzystwo znakomite, Kradziejka dziecko idealne.
Skonsumowaliśmy, rozmowa była ciekawa, choć obgadywaliśmy co poniektórych znajomych, ale oj tam, oj tam.
Mieliśmy się przenieść do Ptasiego Radia na piwo fiołkowe i deser dla Mamy, bo jako karmiąca mogła się tylko oblizywać. I nieszczęsny Kierownik Budowy zleciał z ostatniego stopnia i skręcił sobie nogę tak, że ojapierdolę i wylądował na SOR...
I teraz kuruje kopytko, ale nadal jesteśmy umówieni na piwo fiołkowe...
A do dziś mi dni spokojnie płyną, leniwie, trochę czytam, trochę warzywka ogarniam, zdrowo się odżywiam, w ciasnych butach nie chodzę, serialik też niczego sobie.
I tak leci, jak krew z nosa.
Dobrze, że jeszcze trochę wolnego mam, może się zmobilizuję?
Bo nawet mi się z domu wyjść nie chce, z łóżka wstać, bo tak nieciekawie na tym świecie, Brexit, zamachy, kłótnie polsko-polskie...
Jak to się wszystko dalej potoczy?
Dziś imieniny Pawła.
I te myśli.
I zmarła Janina Paradowska, co znów uświadomiło mi, że czas leci nieubłaganie...

I tak, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie...

piątek, 24 czerwca 2016

Brexit

zrobił mi dzisiejszy dzień.
Rano Messenger od Inżyniera, że wyszli.
No to nadęłam się jak ropucha, ale mnie zgasił.
I Messenger od Żony Inżyniera, że może mi dać płytkę z wesela.
Się umówiłam.
Manhattan i takie tam i nagle... Messenger od Inżyniera.
Że Pierworodny wynosi się do Irlandii.
Jako że słońce napierdalało od rana, zamiast do Inżyniera, napisałam do Jego Żony.
Dosłownie.
Pojebało?
I musiałam odkręcać.
Na szczęście Dziewczyna ma poczucie humoru i jednak nie wzięła sobie tego do serca.
Spotkałyśmy się, krótko, ale treściwie.
I zamiast chaupkę ogarniać oglądałam film z wesela.
Ale chaupkę i tak ogarnęłam.
A PP (Pojebany Pierworodny) odszczeknął, że to plan B. Na co ja, bez odpowiedzi, że plan A, znaczy się obywatelstwo, tańszy. I trwoga mi w duszy zalęgła się, bo oczami wyobraźni zobaczyłam Ich Czworo w moim (tak, już moim), mieszkanku.
Nie ma takiej opcji.
Never.
Wojna to wojna, ale wojny nie ma.
Brexit to jeszcze nie wojna, tym bardziej, że Brexitu nie ma, to tylko referendum...
Ale jak mam z nim pogadać, jak nie mam jak?
Rozmowa z wariującymi dziećmi i trzeszczącym w tle TV nie jest rozmową...
Ano...
Pojebało go do reszty i nie da się ukryć, więc gdybym nie pamiętała tej polany, na której majstrowaliśmy go 13 września, zalanej słońcem i pachnącej już jesienią, skłonna bym była uwierzyć w teorię Barana, że ktoś inny go majstrował.
Tak się nieszczęśliwie składa, że majstrował ich obu jeden facet...

Chaupkę ogarnęłam, ogóraski zakisiłam, wesele zaliczyłam, nakręcone super, będę szukała płyty z wesela Pierworodnego. Wstyd, ale nie oglądnęłam jej nigdy.
"Nie mam z Tobą ładnych wspomnień..."

Inżynier zameldował się z piwkiem, zatem i ja z piwkiem (miło mieć z kim wypić), Brexit obgadaliśmy.
Dwie godziny kłapania ozorem.
Przy okazji dowiedziałam się, że nie chytrząc ze zbijaniem ceny kupił nowego forda z takimi wypasionymi opcjami, że ojapierdolę.
Bo sprzedający wycenił auto uczciwie, ale bajerów na stronie nie opisał.
A Inżynier, jako i ja, nie targuje się, bo nie umie.
Ma to po mamusi.
I tak gawędząc doszliśmy zgodnie do wniosku, że jednak Pierworodny po matce ma rozumek, ale nie tak do końca. Jest inteligentny, jak mamusia, ale postawę życiową ma tatusia.
I tu jest pies pogrzebany...
A Inżynier ma wszystko po mnie, choć urodę nie tak do końca, nie licząc tuszy :P

Małżeństwo go nie zmieniło, w sensie, że wciąż nadajemy na tych samych falach.

Więc, Kochany Pamiętniczku, nie jest źle.

Są w życiu sprawy, na które nie mamy wpływu:


Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.




Ano.
Pozostaje mi się pogodzić z decyzjami moich dzieci i żyć z tym.


Nie ma innej opcji.


A opcje do wyboru nie zawsze są takie złe :)


Chociaż niektóre rzeczy bolą jak cholera...
Jak dwie cholery...
Jak cały las...
Nie wiedziałam, że się serca tak ostudzą... Uwierzyłam, że umiera się parami. Nie wiedziałam, że się ludzie różnie budzą, jak okręty, nie te same, lecz w tej samej wciąż przystani...
Nevermind :P 

W łazience znów śmierdzi ćmikami, muszę te 2 dni przeżyć, albo i więcej, bo dopiero w poniedziałek będę mogła zgłosić w administracji, że znów cuchnie...

Juterko też chyba będzie się działo, aczkolwiek dziś nie odezwał się Kierownik Budowy, który miał baterię wymieniać.
Co ma wisieć, nie utonie...


PS W cieniu dziś było 35 stopni. Twarda ze mnie sztuka, przeżyłam :P

czwartek, 23 czerwca 2016

Me and my Shadow

idziemy sobie raźnie pod rączkę i dobrze nam, a co?
Zamknięcie lipcowego numeru przeszło w miarę bezboleśnie, aż zaczynam się bać. Boss wrócił dopiero dziś i o dziwo, na korytarzu w przelocie bąknął: wysłałem pani maila. Tak, kurwa, sikając odbieram maile. Ale przywołałam zniewalający uśmiech na ust korale i rzekłam: oczywiście, już lecę... Była za dwadzieścia dziewiąta, więc do rozpoczęcia pracy miałam jeszcze dwadzieścia minut, jak w pysk strzelił.
Włażę na emilka, a tam: Boss, i pełno Wicebossa, że ze strony tekst mu skorekcić, grubo, na czerwono, na wydruku (WTF, nie jestem od neta, więc coś mi śmierdziało), Wiceboss razy dwa, że STOP korekta, że nie korekcić Bossowego tekstu, bo będzie wlany i wlany korekcimy i inne takie tam.
Westchnęłam głęboko, pokolędowałam, rozdzieliłam zapaśników, znaczy się, będąc między młotem a kowadłem powiedziałam Wice, że Boss ważniejszy, że Worda skorekcę, a potem w ramach powtórki z rozrywki skorekcę wlany, nieważne z wordowskiej korekty czy nie, że w sumie znów nauczę się tekstów na pamięć, że jemu skorekcę na czerwono i w Wordzie (tę stronkę) i na wydruczku...
Odsikana sparzyłam miętę i siadłam do pracy i tadam...
Dziewiąta piętnaście było po obiedzie.
I potem sobie w Angry Birds pograłam.
I inne takie tam.
Zanim o 12 znów się zaczęło tango z różą w zębach.
O 14.25 opierdoliłam wszystkich robiąc spis treści, bo jak można przekręcać nazwę wiodącej w dziedzinie zainteresowań gazetki instytucji - błąd nie dla mnie, bo ja niemerytoryczna. Czytało osób dziesięć oprócz mnie.
I tylko ja, kurwa, widziałam.
I dalej nie wiem, na co była korekta ze strony: czy w dupę dostać ma dziennikarz, który to dzieło spłodził, niedbale do bólu, czy miałam pokorekcić po to, by pokazać że moja "następczyni" in spe, na razie zajmująca się Internetem jest naprawdę do czterech liter, czy też chodzi o wrobienie mnie w dodatkową robotę, na zasadzie, że mam jeszcze czas na granie (co nie jest tajemnicą). Nie ma sprawy, korekcić neta mogę, będę miała zajęcie, ale sorry Winnetou, business is business... Tego w umowie nie mam, więc nie widzę problemu. Po podwyżce, of course...
Kubeczek i resztę badziewia pomyłam, ręcznie, albowiem nikomu się nie chciało opróżnić zmywarki (mi też nie), badylki podlałam, numer z grafiku skreśliłam i podpisawszy dwa podania o urlop, w lipcu i w sierpniu, kurcgalopkiem z my Shadow poleciałam do chałupki.
W upale 30 w cieniu. A cienia po drodze nie ma za grosz, więc 80% trasy w jakichś 35 albo i więcej. Life.
Bo mi przebudowują kolejne skrzyżowanie i wracając MPK tkwię w rozgrzanym autobusie, często bez klimatyzacji około 45 minut w korku (sprawdzone) na trasie, którą na nogach pokonuję w 15 minut. A potem jeszcze 2 przesiadki i droga z pętli do domu. Nie licząc czekania na połączenie. Więc z dwojga złego wolałam się powlec na piechotę i w 50 parę minut być w domu. Inna bajka, że w charakterze upiora dziennego, ale trudno :P
Dzień Ojca dziś, a ja wspominam.
Napisałam do Pierworodnego, że mu życzę i doceniam.
Bo jest wspaniałym ojcem, mimo swojego szuszwolstwa. Bo obojgiem dzieci zajmuje się podręcznikowo, bez cienia zniechęcenia.
Bo pinkową torebkę nosił.
Bo swoje wiem.
A mój Ojciec?
Kochał mnie po swojemu, na ile mu alkohol pozwalał.
Byłam jego dumą, jak miał humor, a lał mnie i po mordzie, i jak popadnie, jak humoru nie miał.
Obwiniał mnie za wszystkie nieszczęścia tego świata, ale i gotów był wszystkie nieszczęścia tego świata spod nóg mi usunąć, jak trzeźwy był, a jak pił, to jeszcze bardziej...
Wiele rzeczy pozostanie dla mnie zagadką.
Był od Mamy młodszy o 7 lat. Mama zawsze mówiła, że nie chciała za niego wyjść.
Czasami myślę, że Ona mu imponowała, bo była kimś. A On jej serce skradł, bo był jak amant. Pół wsi się w nim kochało.
Dzieliło ich w sumie wszystko.
Podejrzewam, że połączyła ich ciąża. Nie, nie ja, bo urodziłam się podręcznikowo późno. Ale po latach dowiedziałam się, że Mama przede mną była w ciąży i poroniła. To byłoby to okienko.
Nie dowiem się już.
Z rozmów z Ciocią wiem swoje.
Że Mama była histeryczką, bo trzeba było iść i wypić.
Ano nie szła i nie piła.
A Ojciec i owszem, zdarzało mu się po wypłacie wrócić bez wypłaty.
Babcia broniła syna.
Mama była histeryczką.
To proste, nieprawdaż?
I wysyłanie mnie do knajpy po Ojca.
Trauma mojego dzieciństwa.

Ale i chwile, gdy szedł ze mną za rękę i opowiadał...
I później, gdy uczył mnie tańczyć. Nauczył. Tańczył bosko.
Tańcząc z nim, czułam się kochana.
Prawie tak, jakbym tańczyła z Fredem Astaire.
I inne takie tam historie...

W życiu nic nie jest proste i nic nie jest czarne i białe.
Jak mówił mi, że mam odejść, że Ex nie jest mnie wart.
Nie słuchałam.
Zerwałam z nim kontakt.
Wyszedł ode mnie z domu w tym kożuchu, a ja krzyczałam, że nie pozwolę nic złego powiedzieć na Eksa, że jak mu się zięc nie podoba, ma tu nie przychodzić...
Parę dni później już nie żył.
Zmarł gdzieś na mieście na zawał.
Ponoć był z jakąś kobietą.
I co to zmienia?
Jego żona, druga żona, a moja macocha, żyje w dobrym zdrowiu do dziś.
Ma już ponad 90 lat.
Nie przyjechała na jego pogrzeb...

Mimo wszystko, kocham Cię, Tato...
Tak po swojemu, głupio.
Wybaczyłam Ci wiele spraw, mam nadzieję, że i Ty mi wybaczysz.
Bo nie zawsze byłam bez winy... 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pięć minut

to człowiek i z jeżem w betoniarce wytrzyma...

Ano...

Ale nie dłużej.

Zebrało mi się i się nie odbierze, co to, to nie.

Albo ja jestem pojebana do reszty, albo świat.

Żyję, nikomu nie wadząc, ale mam dość tego, co muszę.

Muszę być matką Polką.
Muszę zrozumieć, że życie idzie naprzód.
Muszę się dostosować.
Muszę zrezygnować.
Muszę zrobić.
Muszę stać na baczność.
Nie mogę.
Mogę.
Powinnam.

A chuj.

Dręczyło mnie i pojechałam do Umarlaków 10 czerwca, co mi nieco ciśnienie spuściło, ale potem mi zaraz podniosło i to niebotycznie. Primo, że znów jakiś kretyn był na grobach. Secundo, bo E. się zawsze wykręcała, a po fakcie miała pretensje, że ja nie mam teraz czasu, napisałam jej w piątek rano, że będę i może ze mną po południu wracać. Zaczęła, że włosy, że paznokcie, że śrutututu majtki z drutu. Huknęłam i... pojechała ze mną.
I nigdy więcej koleżanek u mnie.
Nie pasujemy do siebie, absolutnie.
Na 3 dni wzięła 3 pary butów i napierała się na pójście do miasta w szpilkach, z których co rusz zlatywała. Może powinnam jej pozwolić, bo wróciłybyśmy od razu do domu, a tak przewlekła mnie przez wszystkie galerie w wiosce. No, prawie wszystkie. Do tego kupiła sobie iPada i szła, fotografując nim wszystko i wszystkich, ojapierdolę. Wygląda to tak kretyńsko, że bardziej nie może.
Nie mam lampy w łazience, nie ma się gdzie wymalować, bo tam za ciemno. Powinnam mieć lampę w łazience.
Nie mam lusterka do robienia makijażu, a to niedopuszczalne.
Nie można mieć w nocy otwartych okien, bo zawieje.
Dlaczego gotuję tak, a nie inaczej (ale jej smakowało i pytała, jak to robię, niepanierowanie schabowego w mące było dla niej odkryciem na miarę odkrycia Ameryki przez Kolumba).
Dlaczego nie kroję imbiru, tylko przepuszczam przez praskę?
Dlaczego jej program w iPadzie nie działa i co mogła przestawić?
Dlaczego...

I słuchanie cały wieczór o ludziach, których nigdy w życiu nie widziałam i nie zobaczę, a którzy chorują na:... i tu cała litania...

Odetchnęłam z ulgą, gdy odjechała, obiecałam wpaść, świadoma, że kłamię, bo nie wpadnę i nie chcę powtórki z rozrywki.
Ściana cała w czerwone placki od jej walizki.
Nie da się zmyć.

Ona sama stwierdziła, że ja to się najlepiej z jej wnuczką dogaduję i jestem jej (znaczy się wnuczki) idolką. Dziewczyna kończy właśnie gimnazjum :) 

W poniedziałek musiałam do pracy, bez taryfy ulgowej, ale na szczęście jest tydzień bez Bossa, więc spokojnie zamknęłam warzywka i ekstrasa, rękawów nie wyrywając i włosów z głowy nie rwąc.
SMS, że w piątek jest zjazd klasowy z LO.
 Grzecznie odmówiłam, bo nie widziałam opcji urywania się, świeżo po urlopie, z zamykania, a poza tym - co ja tam będę robiła.
Może next time - odpisali.
I git majonez...
W piątek ów nie za bardzo chciało mi się wstać, ale pokonałam lenia...
Wylądowałam w pracy przed 9 i chwilę później nad wioską chmura się oberwała.
Ulice zamieniły się w rzeki i to rwące.
Aniele Stróżu, dziękuję :*
A potem piździło jak za carycy, ale wróciłam do domu i żadna gałąź nie spadła na ten głupi łysy łeb, choć parę spadło i narobiło rabanu w wiosce.

W sobotę wleciał Kierownik Budowy z  Haremem. Fajnie było, do momentu, gdy dowiedziałam się, że muszę:
- zdrowo się odżywiać  (podałam koktajl z jogurtu naturalnego i truskawek, smakował, a KB stwierdził, że jeszcze w tym roku truskawek nie jadł; jest koniec sezonu truskawkowego blisko; dałam bób, bób jadł raz w życiu w formie papki - ma tyle lat, co Inżynier; nie wiedział, że jest już młoda kapusta kwaszona, cały słoik surówki zabrał, ona kapusty nie lubi)... To ja, kurwa, pytam, o czym my rozmawiamy? Ona wyjść z podziwu nie mogła, że można jeść tygodniami bez mięsa i nie chodzić głodnym.
To ja, kurwa....
-  powinnam ćwiczyć, takie tam, joga nie joga, bo jakiś pan po 70 zaczął ćwiczyć i żyje. Bo Słonko ćwiczy i inni ćwiczą (byłam na tyle zajęta weselem, że nie znalazłam czasu na rozmowy o zdrowym trybie życia i dzięki niebiosom za to)... Niewiele mnie ominęło...
A ja, kurwa, jestem po sześćdziesiątce i nie mam ochoty na żadne ćwiczenia, a może nie mam ochoty żyć?
- i że mam po co żyć, bo z lekka oszczędzając mogę jeszcze cały świat zwiedzić, że mnie chętnie zabiorą tu i tam.
Doceniam, wdzięczna jestem, ale...
Nieważne, co ja będę tłumaczyła.
Oczywiście, pojadę, o ile dożyję i mnie w precelek nie zwinie, nie wyjebie w kosmos i inne takie tam... Lekarz kazał potakiwać...

A na razie, Kochany Pamiętniczku, kolejny poniedziałek minął bezboleśnie, jako że Bossa nie ma...
A mówią, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień.

No i poza tym, że parę osób milczy, że ja też milczę jak zaklęta, bo co się będę prosiła, wszak świnią nie jestem...
W sobotę idę w świat.
Z plecaczkiem.
Takie plany.

Co ma być, będzie, nieważne jak się będę odżywiała i jak bardzo będę na głowie stała...

Te pięć minut w betoniarce :) 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nie bój się chodzenia po morzu

Nieudanego życia

Wszystkiego najlepszego

Dokładnej sumy niedokładnych danych

Miłości nie dla ciebie

Czekania na nikogo

Przytul w ten czas nieludzki

Swe ucho do poduszki

Bo to co nas spotyka

Przychodzi
spoza nas

niedziela, 5 czerwca 2016

Jedni

kotki mają, innym zielono w głowie bez ustanku :) 

Po drodze z pracy...

Podczas zakupów...
A i pesteczkę sobie posadzą, Kochany Pamiętniczku, choć Baran straszy, że to może drzewo wyrosnąć, ale oj tam, oj tam, do Barana się je pośle i już :) Drugie w tej doniczce już kiełek puszcza, a niech rośnie na zdrowie :)
A po osiedlu tornado hulało i zrujnowało ulubioną okolicę Małej Wiedźmy :(

Mój ulubiony ogród w drodze do pracy, co rusz tam coś kwitnie na nowo...
Bratki wzięły i zdechły, takie życie...
... stokrotki takoż, a co przy tym mi nawiało płatków do mieszkania!
Ale już nowe idzie, posadzone, kwieci się, oko cieszy...
i oby jak najdłużej...

Noc... Deszcz ustał wiosenny... Mokrych bzów woń świeża
Dymi z sennych ogrodów... W pierś sercem bogatą
Fala nurtów tajemnych przypływem uderza.
Okwita wiosna krótka... mija... Idzie lato,
Noc czekania powagą i mgłami osnuta,
Gwiazdami lśnią wilgotne szafirów bezbrzeża
I cisza wokoło, niby w przeddzień święta;
I czuję - że najwyższa życia mego nuta
Jeszcze nie wzięta...


Ano...
Moja już dawno wzięta, ale wiersz przeuroczy i za mną chodzi.

Inżynierostwu los sprzyjał, że nie dostali sali na 28 maja, tak jak chcieli.
Dzięki temu i pogoda na ślubie była OK, i Paryż zalało dopiero jak wyjechali.

Ale Paryża żal. Choć jak Inżynier opowiadał, dużo się tam zmieniło, właśnie przez masę uchodźców...

Nie lubię zmian.

Tak wyszło.

Tydzień bez kawy, fiefiurek, Paryża i innych zabawek. Nie lubię :( 

czwartek, 2 czerwca 2016

Zmorka

obiecała przyjechać, jak oliwnik (Elaeagnus angustifolia L. - ukłon w stronę Szanowanego Ogrodnika Nadwornego, zwanego Baranem poniekąd) zakwitnie. Piszę do niej, że właśnie kwitnie, a ja w domu kwitnę, ale losy nam nie sprzyjają i niestety, Zmorka nie przyjedzie.
I znów nie upije się ze mną, a w tym dusznym, goracym powietrzu oliwnik oszalał, a i mi do szaleństwa niewiele brakuje...


Oliwnik (dwa oliwniki) to to w tle, bladozielone, a pachnie jak grzech, jak miłość, jak... marzenie...
A klomb zrobił fryzjer. Albo mu szef każe, albo sam facet ma kota na kwiatki... 
Lubię takie typy. I jeździ polskim fiatem 125 p.
Ma tylko jedną wadę.
Jest w wieku moich synów, więc nie mam żadnych szans...
Szkoda :P 
Byśmy razem badylki sadzili i byłby git majonez :D 

 Przy oliwnikach jest ławeczka, ale często tam żule siedzą, więc mnie nie kusi. Zresztą siedząc na moim balkonie też upajam się zapachem.
Tak niewiele czasem do szczęścia człowiekowi potrzeba.
Co chwila przechodzą jakieś burze i ulewy, czytam, że tu zalało, a tu zatornadziło... Na dokładkę wyjazd na K.mam zablokowany, busy mają opóźnienie i nie zmieszczę się w półtoragodzinnym okienku, więc Umarlaki złe na mnie co noc mi się śnią i opierdalają.
A w szkatule dno i nie dam rady wynająć hotelu :(
Nie popędzajcie, proszę. I tak o Was myślę.
Wiem, że Ciocia nie lubi brudnej płyty :(
Jako i okien brudnych nie lubiła, zatem dziś na jej cześć umyłam okna i ogarnęłam tę kuwetę, żeby tłukąc się po nocy czysto miała.
Jutro w ramach urlopu lecę robić ekstrasa, taki lajf :P
Więc (wiem, wiem, profesorze, nie zaczyna się zdania od więc, ale kto korektorce w Kochanym Pamiętniczku zabroni?) w sumie, niejako z radością polecę.
I ogarnęłam wszystko na tę cześć, bo w weekend chciałabym się gdzieś urwać, tylko rano zakupy na Manhattanie i  w świat, bez plecaczka.
Zobaczymy, co z tych planów wyjdzie.

Co noc mam koszmary, z każdą nocą koszmarniejsze.

Chyba zacznę pić.
Ale budzić się jak Don Draper to też niefajnie, tym bardziej że nie mam jego urody :) 

Imbirella się skusiła, ja nie...


W kąciku są czereśnie, więc widać, jakie to olbrzymy.
Bałabym się coś takiego jeść :D 
I tak leci dzień za dniem.
W tym samym corocznym cyklu.
Tylko dlaczego coraz bardziej wszystko boli?
Każda godzina, każda myśl, każde wspomnienie?

wtorek, 31 maja 2016

Życie

kochanie, trwa tyle co taniec...
Zmagając się ze swoimi depresjami, olałam ajfoniczka.
A moje aj mają tak, że nie wszystko jest na nich kompatybilne.
Tym prostym sposobem pogawędziłam z Baranem i inne takie tam, ale nie odebrałam SMS, że zmarła moja szwagierka.
Niewiele ode mnie starsza, jakies 5-6 lat, już dokładnie nie pamiętam.
Była chirurgiem, dobrym i cenionym chirurgiem, uczennicą profesora Fibaka.
Przerąbane miała w życiu jak w ruskim czołgu, gorzej niż ja. Absztyfikantów dla przyjemności i zasady odbijała jej ta ładniejsza siostra, oczko w głowie mamusi, czyli mojej teściowej.
A dziewczyna była ze szczerego złota, aczkolwiek typ babochłopa.
Wyjechała do Reichu. Wyszła za mąż, a co było dziwaczenia z tego powodu, że pani doktor, a za takie nic wyszła.
Moi chłopcy spędzili u niej chyba miesiąc i całkiem miło to wspominają.
Sama po wyjeździe widziałam ją może ze 2-3 razy.
Wkurwiła mnie na maksa, wpychając mi podczas jednej z wizyt do kieszeni fartucha 20 marek, mówiąc przy tym konspiracyjnie: tylko nie mów Eksowi, że ci tyle pieniędzy dałam. Powiedziałam. 20 marek w owym czasie na waciki już nie starczało, ale mniejsza z większym.
Chciałam z nią porozmawiać, bo głupia nie była.
Ale jak Eks był  w szpitalu, poszła do szpitala, przedstawiła się jako siostra Eksa, oczywiście koleżanka po fachu pana ordynatora. Na moje pytanie: co mu dałaś, oburzyła się, że jak to, koledze?? Z tym, że kolega mnie zawołał do gabinetu i wprost zaproponował hmmm... wziątek. Na wziątek nie miałam, bo skąd, ale kolega, wychodząc z założenia, że skoro mam w rodzinie samych lekarzy (a miałam), w tym gros z Reichu, to materac mam wypchany markami...
Tak się złożyło, że nie miałam i...
Sprawa się rypła...
Życie...

Oburzona była, jak jej to rzekłam, że zawaliła.
Lekarze w PL nie brali. Ona nie brała. W Reichu tym bardziej nie brali.
Nevermind...

Będzie teraz stała na kominku w specjalnej urnie. Kolejny SMS od szwagierki. Zatem niech jej pokrywka lekką będzie.

I tak długo bym mogła, ale po co?

Uwierz, Zośka, nie chciałam skrzywdzić Twojego brata. Aczkolwiek przez futro od Ciebie byłam posądzona o zdradę i romans... I prawie straciłam Pierworodnego. Starałam się, do bólu, do ostatka, do szału. Ale idąc za przykładem Twojej Rodzicielki, mając do wyboru dobro chłopaków i Eksa, wybrałam ich. Trzeba było mnie mocniej bić wtedy, więcej tłumaczyć. Notka w Małej encyklopedii powszechnej nie wystarcza do przenoszenia gór. Teraz to wiem, jak i wiele innych rzeczy.
Wic polega na tym, że młodzi nigdy nie słuchają.
Mam nadzieję, że na tamtym świecie mi wybaczysz.
Wbrew pozorom, jesteśmy do siebie bardzo podobne. Byłyśmy, bo Ty już w lepszym świecie, a ja wciąż nóżkami przebieram...
Może mają tam piwo albo innego szampana?
Co powiesz na spotkanie?
Masz miejsce w kalendarzu?

poniedziałek, 30 maja 2016

Zbieram

myśli. Układam. I nijak mi nic nie pasuje.
Wciąż myślę, gdzie tkwił błąd, jak wychowywałam chłopców, co zrobiłam źle i nie tak.
Może faktycznie pora umierać, bo nie pasuję do czasów?

Pierworodny zawsze miał kompleksy, że jest brzydki, choć mówili na niego Antonio Banderas.
Nawet oczy sobie proszkiem do prania chciał kiedyś umyć, bo kąpiąc go mówiłam: a teraz te ślepka, czarne, brudne, nieumyte... Chciał mieć takie jak mamusia, szare, wypłowiałe.
Biedne dziecko.

Ale czytałam im bajki, później książeczki, budowałam z nimi zamki i bawiłam się w chowanego. Nauczyłam się dla nich komputera, i paru innych rzeczy po drodze, żeby nigdy nie musieli się za mnie wstydzić. W nogę z nimi grałam, bo Eks był ponad to...
To samo chciałabym zrobić z wnukami,  bo to ponoć przywilej babci, ale jak?
Muszę lecieć po zakupy (pełen wózek jedzenia starcza na jeden dzień, Inżynier pół bochenka chleba jadł tydzień, oni wciągnęli jeden na kolację i to przed Bożym Ciałęm, jak już chleba nigdzie nie było, dobrze, że miałam zamrożony). Na zagłodzonych nie wyglądają, ale apetyt mają, że ojapierdolę. Tyle że... Pierworodny je, co dają, a Synowa: tego nie, tego nie lubi, na to nie ma ochoty, tego kijem nie tknie. I tak wiele rzeczy wylądowało w końcu w kuble.
Jedzenia, które poszło w tym czasie, starczyłoby mi na miesiąc.
Nieważne.
Zakupy, nikt tego za mnie nie zrobi, przyjeżdżają bez grosza przy duszy. Jak jeździłam tam, chodziłam na zakupy i zawsze przy kasie albo nie mieli karty, albo nie mieli przy sobie pieniędzy.
Płaciłam ja.
Nieważne.
"Pewno coś planujesz na Dzień Dziecka". Nie za bardzo planowałam, ale... Cóż... :) Mała Wiedźma z gołym tyłkiem lata, of course :P 

Gotowanie. Moja kuchnia jest zaprojektowana na jedną osobę, nie ma stołu, blatu mało. Zresztą Synowa nie umie gotować i nie lubi.
Więc zapierdalam przy garach, potem przy zmywaniu, bo też nie lubi. Pozmywałaby, ale wolę sama, bo leje wodę jak z motopompy. Mam liczniki, oszczędzam.
W łazience nie oszczędzają, bo nie płacą. Ona bierze co dzień kąpiel w pełnej wannie wody, siedzi w łazience ponad godzinę. Mały (kiedyś Mała Wiedźma) w tym czasie ryczy, a mi ciśnienie rośnie. Zwróciłam uwagę, że oszczędzam wodę. Grochem o ścianę.

Bajzlu tym razem w całym mieszkaniu nie robiła, ale ich tapczan jak reduta Ordona po wysadzeniu. No i wszystko wysmarowane "cudnymi łapkami", bo takie to wzruszające, że małe rączki zostawiają wszędzie ślady. Jeszcze dziś znalazłam po kątach w miejscach najmniej spodziewanych urocze pamiątki.

I kolejne rysy na ścianie...

Nieważne.

I najważniejsze: jak odnoszą się do siebie. Moje małżeństwo to długie lata motylków w brzuchu. Nie wyobrażam sobie tego bez seksu, to część życia, prawdziwego życia. Motyle miałam ponad 20 lat. I całowaliśmy się na dzień dobry, na do widzenia, bez daj racji. Dotykaliśmy. Przytulaliśmy. Nie wstydziliśmy się uczuć i bliskości. Mieliśmy swoje przezwiska, słowa-wytrychy, to coś...
Tu nie ma nic, nie było tego nawet w czasach przedślubnych. Rozumiem, że są ludzie nieokazujący sobie uczuć publicznie. Ale... Pierworodny ma słowo-klucz, mówi do wszystkich "misiu". Tak jakby nie chciał się pomylić, mówi czasem misiu nawet do brata i do mnie :) Nie słyszałam nigdy, żeby ona mówiła do niego zdrobniałym imieniem, zawsze twardo, szczekająco, a imię z tych zdrabnialnych.
Zawsze wrzeszczy.
On zaś gada tak głośno, że aż mnie cholera bierze. Słuch ma dobry. Zbadałam mu, bo się trzęsłam o to.
A na dzieci krzyczą tak, że jak z nimi idę osiedlem słychać tylko: Mała Wiedźma, Papryczek! Imion innych dzieci nie słychać, ich rodziców też nie...

"Ile razy mam Ci mówić, żebyś nie lazła", "gdzie leziesz, znów jesteś niegrzeczna", "wracaj tu zaraz, bo dostaniesz"... To tylko wersje light.
"Zobaczysz, co Ci zrobię, jak znów mnie nie posłuchasz"... "jak Ty mamusi nie kochasz, skoro tak robisz"...
Jej brat kupił MW hulajnogę i drona.
Moje dzieci miały rowerki, ale miały też kaski i ochraniacze. Drona nie kupiłabym im nawet teraz. Nie ta kasa.
Dziadkowie basen zbudowali.
OK. Kochani są. Trudno mi zbudować basen na balkonie. Ale i sama narzeka, że musi dzieci pilnować, żeby się w basenie nie potopiły. Jak wygram w totka, kupię im willę z basenem i zatrudnię ratownika. Z pensji korektorki trudna sprawa :) Nawet jak emeryturę dołoży :P

Zakupowana, zagotowana, muszę polecieć na spacer pomiędzy każdym posiłkiem, bo dzieci w domu się nudzą.
W porze kolacji na spacer, potem kolacja w galopie (ależ chodź, dzieci chcą iść z babcią, kolacji nie będziemy jedli...), potem dzieci lecą na pysk, ale "chcą", żeby je babcia wykąpała...
A pani matka rżnie na telefonie.
Pierworodny na siedząco zasypia, bo co się dało, to pomógł, w nocy wstawał, bo trzeba małego ponosić. Rano wstawał o 5, bo trzeba małego przewinąć i ponosić...
A to mój syn.
Więc śpiewam, tańczę, recytuję, tyle że dupy nie daję i gotuję.
Nie mam już siły na to, żeby poczytać te książeczki, które uszykowałam.
Mam już swoje lata i nie mam energii młodej mamuśki, jak kiedyś.

I żal mi syna, choć już gdy MW była na świecie, a ślubu jeszcze nie mieli, ostrzegałam. Bo wiedziałam, że miał już wtedy separację od łoża. Nie słuchał. Mówił: czepia się mama.
Trudno.
Sam sobie tak pościelił i moje żale nie pomogą.
Myślałam, że w kwestii antykoncepcji coś się zmieniło, ale w głębi duszy czułam, że nie.
I po cholerę się żenił?
Moje starojędzowe nosisko mówi mi, że wciąż liczyła, że zamiast Piotrusia Pana dostanie jakiegoś księcia z bajki. Bo wysoko ceniła swą urodę i talenta, o czym wiem nie tylko ja, ale i parę innych osób. Baran między innymi. I choć zawsze się ze mnie śmiał, że żadna synowa mi nie pasuje, teraz głaszcze mnie po łysej główce, bije się w piersi i takie tam :) 

Nie mi urządzać im życie, ale wiem, że nigdy nie zwracała na niego uwagi w sensie, że to jej facet.
Oczywiście, pierścionek zaręczynowy musiał być, bo jak to bez?
I ślub kościelny.
Do kościoła chodzą, jak są na wsi w PL, bo muszą.
Dzieci ochrzcili, bo teściowie kazali.
Dzieci pacierza żadnego ani nie umieją, ani nie mówią, nie potrafią się przeżegnać.
Mała Wiedźma ma 6 lat i na moje pytanie, dlaczego ma tak złachaną szczoteczkę do zębów, usłyszałam, że kupili ją rok temu i że to jej pierwsza szczoteczka i jest do niej przywiązana. Nie była. Pierwszą kupiłam ja, jak miała niecały roczek, a potem za każdą wizytą u mnie dostawała nową, bo mam gościnne w zapasie. Dziecięce też.
Starą pozwoliła wyrzucić bez żalu.
Ile, kurwa mać, kosztuje szczoteczka do zębów?
Nie lubi myć włosów, bo jej się plączą.
A ja umyłam, bo patrzeć nie mogłam na te smugi z masła we włosach. I zdziwienie: czym ty jej umyłaś głowę, że nie ryczała i że włosy się gładko rozczesują. Szamponem, kurwa mać. I płynu do kąpieli dałam, więc wskakiwała do wody zadowolona. Bo ja, kurwa mać, kocham kąpać dzieci. Serio. Te nieryczące we wodzie. Moje ryczały musząc z wody wyjść, a dorosłe trzeba było wypukiwać z łazienki. Zresztą do dziś ją blokują. Ale dzieci trzeba nauczyć, że kąpiel to przyjemność, nie kara. Kara to jest dla matki, jak wannę po piaseczku sprząta.

Długo mogłabym ciągnąć listę skarg i zażaleń, tylko do kogo mam wnieść te moje wąty, Kochany Pamiętniczku?
Na Berdyczów mogę co najwyżej napisać.

Tak więc po raz kolejny wystartuję w konkursie na najgorszą teściową roku i palmę pierwszeństwa mam murowaną, bo jadem będę pluła na kilometr.
Ale tak nie robię scen (Baran zawsze przytula i mówi: nie złość się, nic nie zrobisz), nie drę szat, nie ciągnę za kudły i nie wylewam gara wrzątku na łeb.

Pomijając inne decyzje życiowe, fakt, że kłamią oboje jak najęci (wydaje im się, że nie wiem, że jestem głupia).

Zatem zamykamy te żale i do następnego razu. Pierworodny planuje wpaść z samą MW (hip hip, hurrra, ale jak znam życie, Synowa się nie zgodzi, bo wakacje i bilety drogie, choć łaskawie rzekła, że zostanie z przyjemnością sama na jakiś czas z Mężczyzną Swojego Życia, czytaj: wiszącym na cycku. Jak żyję, do dziś Mężczyzną Mojego Życia jest mój Eks, nie licząc innych miłości, ponieważ między jedną miłością a drugą należy dla przyzwoitości przebyć kwarantannę z trzecią...). Dzieci to moje skarby. I moje spełnione marzenia. Szkoda, że nie mają tak dobrze, jak ja...
Bo życie jest już takie, że jest się w nim, moje złoto, albo skończonym łajdakiem, albo ostatnim idiotą...

I teraz, Kochany Pamiętniczku, stoimy przed dylematem: stara wariatka, łajdaczka czy idiotka?

A może jakieś głosowanie SMS?

Tylko praca mnie kocha na całego. Dziś się znów dobijali, a ja jeszcze nawet oficjalnego urlopu nie zaczęłam (mam wolne międzynumerowe). To na urlopie będzie się działo, a co :D 




sobota, 28 maja 2016

Brakuje mi

Barana, Kochany Pamiętniczku.
Pijana w trzy dupy po drugim piwie (nie, nic nie zjem, nie chcę, nie umiem, nie mogę), będę pisała, szczerze do bólu.
Bo boli jak cholera, bardziej już nie może.
No ale kto zrozumie takie cuś, jak moi?
Oprócz Barana, of course, który ma  pozwolenie na głaskanie po łysej główce, bo rozumie jak nikt i znosi te wszystkie fochy...
Biedny barani los...
Przedślubne dni płynęły prędko, jak na karuzeli... Szeleczki czy pasek i inne takie tam. Kupowanie lakierek (buty z moim dziećmi to ojapierdolę....)
Karuzela czeka, woła nas z daleka...
Idąc odebrać kieckę od czyszczenia odebrałam SMS: Pani SJ. Pilne. Jak się pisze...
Ojapierdolę...
Zastępowała mnie polonistka.
Pół nakładu poszło z błędem, aczkolwiek odpisałam błyskawicznie.
I jak tu umierać?

A ponoć, kurwa, nie ma ludzi niezastąpionych.
I są słowniki, co nie?
I fora na FB i inne takie tam.
No nic.

Na dworcu słucham sobie muzyczki, czekając na Barana z obstawą, a tu mnie ktoś po ramionku maca. W domu Inżynier obiadek gotuje i też mnie online męczy.... A to Słonko z Mężem... Nie zacytuję SMS od Inżyniera, boby była obraza majestatu...
Nakarmiliśmy chłopaków i sruuuu na miejsce zbrodni, tfuuuuj....
Na miejsce zapisane złotymi zgłoskami w historii rodu...
Przesympatyczny taksówkarz.
I my, szczęśliwi do bólu, aczkolwiek co poniektórzy nieźle zmęczeni...
Nadający na tych falach od lat.
Tak wyszło.
Przypadkiem, co nie ludzie?

Wylądowałam



W apartamencie :) I kurde, nie wiedząc, niebywała w świecie, że ręczniczek na podłodze służy do wyjścia  spod prysznica, co uświadomili mi bywali w świecie Baran i Postman, namęczyłam się na początku, ale potem było z górki. Inżynier też nie wiedział. My z biedoty :P Pracowicie powiesiłam ręczniczek na wieszaku, dumając nad lekkim niechlujstwem obsługi. Człowiek całe  życie się uczy, a i tak głupi umiera :P
No nic, jeszcze żyję i mam szansę na dalszą naukę. Jak wygram w totka będę się szlajać po takich przybytkach namiętnie i bez umiaru, bo fajnie tam.
Zwłaszcza w takim towarzystwie :D


Apartament nowożeńców... Seks seksem, kocham osobne spanie, mój był lepszy, mogłam spać po każdej stronie łóżka, no chyba, że by mnie ktoś kręcił, i taras miałam dla siebie. Oczywiście zapraszałam takich tam :P


Z przyległościami... :)

Ale najpierw musiałam uspokoić wrony, które miały gniazdo nad tarasem i sceny robiły, jak jakieś tam gwiazdy filmowe na dywanie w Cannes...


A rzygacz


... też swój urok miał...



... jako i forteklapa w korytarzu, na której Baran zagrał, ale mnie stamtąd zrzucono, zanim zdążyłam doremi...
No bo wiadomo... Jakbym zaśpiewała, hotel by opustoszał i...

:)

 Okolica kusiła... Ociekała seksem i takimi tam...
 ... fontannami...
 ... zwierzątkami... No a Panna Młoda znana jest ze swoich... hmmm.... zainteresowań, bo jak bym rzekła zboczeń to by mnie na stosie spalono ;)


 A to moje zboczenie... Oj tam, wolę badyle...
 i tę dal. Duszaszczypatielną....
 ... no ale wszędzie są kotecki, piesecki i inne osiołki....
 aczkolwiek słoneczko zachodzi za las kalinowy niezależnie od tego, czy...
 koniki są czy ich nie ma....
 ... zachodzi...
 ... aczkolwiek...
 ... i inne takie tam...
 ... i choć drży wzruszone serce...
 ... ta rosa...
... wspomnienie po mniszku jak co roku...
 ... i ukradkiem dorwane i znienacka...
... i love... kiedyś i mnie ktoś tak kochał, ale dziś cieszę się, że...


 ... bo życie to wędrówka bez końca, i super jest, jak ma się z kim iść w nią...
 ... choć czasem jest się jak... wybryk natury, drzewo na drzewie, ale jo tam, oj tam....
 ... i jak wspomnienie pięknych chwil we mgle...
 ... albo jak.... nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka...
 .... i. NEVERMIND :P

 Teraz będzie noc zadumy, noc liryczna...
Lampka wina w towarzystwie, w którym chciałoby się prześnić sen, ale nie zawsze jest to dane :P Life is brutal and full of zasadzkas.
Bywa :)


A z rana, od bladego świtu, niemoralne propozycje, typu umycia plecków, ale co zrobić...
Śniadanko w najsympatyczniejszym towarzystwie zjedzone, kichnęłam: kawa, kawa była, herbatki mi się zasmrodziło i też dostałam, jak tu narzekać na życie, mając taką wypasioną obsługę. I tak uroczą. Elżbieta niech na drzewo spada :P

A potem poszliśmy we trójkę w siną dal, w siną dal, lewa, prawa. I upajaliśmy się każdą minutą, bawiąc się w nasze zabawy, a jak to się nazywa i inne takie tam. A mi przed oczyma stało dzieciństwo. I nie wiem, jak Wam, Chłopcy, podziękować za te chwile, które dzięki Wam przeżyłam. Więcej to warte, jak całe złoto świata...
Więc, po staropolsku dziękuję, że jesteście...
 Ha :) lokalna korekta :) Odkrył Baran :P

 Moja miłość. Budynki szachulcowe. Chcę wygrać w totka. Dla tego budynku :D



 W mojej rodzinnej wiosce kocimi łbami były brukowane jezdnie. Nie chodniki... Dobra wróżka mnie natchnęła, żeby tu nie iść w butach przeznaczonych na ślub...
Ofert pracy tu nie brakuje. Skup poroża przeczytałam jako skup zboża. No cóż, korektorki też czasem źle widzą i mają gorszy dzień :P 




 Magnolie <3


 Maki... Serce pęka...

 Rzepak i...
... będę dobra dla Barana. Lilaki :D 


 Zakaz wstępu. teren prywatny, szlibyśmy i szli...
 I skrzyp. Postman, fanatyk skrzypu (wirtualny)  nie zajarzył, że upolował obiekt swoich marzeń... bywa :P



 Ręcznie wyrwane między kocimi łbami chwasty. Jak u mnie za młodych lat... Dziś polałabym roundapem... Ale to Wielkopolska...
 I gacie na szpagacie. Dla mnie wspomnienia, ale to long story... Może kiedyś opowiem...
 Ile lat trzeba, by korzenie wywaliły te kamienie?
 Przemija wielkość wszystkiego...







 Zalegliśmy na tarasie z mojego pokoju..







A potem zaczęła się jazda... Ogarnąć Sikorów, którzy po dalekiej podróży potrzebowali chwili, w tym samym momencie Pierworodny z fanaberiami, bez hamulców, że "mamo, weźmie mama Papryczka", a Papryczek na mój widok ryczy, jakby go ktoś ze skóry obdzierał żywcem, nie jak ten tulący się do mnie sprzed kilku tygodni...
Powoli się poukładało...
I nadeszła wiekopomna chwila...
Bardzo Czytaczy przepraszam, ale zdjęcia mam kradzione. Przeżyłam uroczystość nie mając ani jednej fotki.
Na wdechu, bez wydechu, nie licząc momentów, kiedy męczyłam Biednego Barana...
Za niewinność, of course, ale On do tego przyzwyczajony :P I poniekąd za to mnie kocha, że go dręczę :D


 Udało mi się, mimo picia na maksa, nie zrobić poruty, zabawić się do utraty tchu, do ostatka, do szału...
Być może to moja ostatnia w życiu impreza. jak za starych, dobrych lat.
Jak wtedy, gdy miałam 20 lat, a może mniej.
W każdym razie 3 dni leczyłam bóle mięśni.
Dziękuję, M., za Twoje poświęcenie, jeżeli to moje ostatnie w życiu wytańczenie, to było bosko :) Dzięki Tobie, aczkolwiek i Inżynier mnie wymęczył, i Pierworodny, i Kierownik Budowy też... No i Postmana to sama wymęczyłam :P A co, miałam mu darować, niecnocie... Pan Młody w trakcie tańca rzekł: o, mamo, żebym ja tak umiał biodrami ruszać...
Do końca życia się o nas dzieci coś nowego dowiadują, co nie? ;)
Teścia Inżyniera wymazuję z pamięci, bo nie lubię macających mnie starszych panów, aczkolwiek starszą kobietą jestem :D Jak będę miała ochotę na macanie, poszukam sobie młodych męskich piersi. Stać mnie na to...

W niedzielę dorobiłam się kolejnych dzieci. Tak jakoś wyszło, że się na listę do adopcji zapisały...
Nie moja wina :)
Odwieźliśmy się busikiem do wioski, na przystanku w gumę do żucia wlazłam.
Ojapierdolę, mam nadzieję, że na szczęście,
Baranów ogarnęłam. Nakarmiłam, odwiozłam i polecieli...
W lepszy świat, beze mnie :P Może na dziewięćdziesiątkę znów utonę w ramionach Barana... Marzę :P

Po sesji ślubnej w poniedziałek złądowała u mnie Para Młoda.
U mnie, nie u mnie...
A tak wyszło. Ano...
I nóż w plecy, bo....
Oj tam, oj tam, nieważne.
Widać nie jestem tak idealna, jak myślałam, ale...
Poszłam spać, nie smęcąc Inżynierowi, że mnie dupa boli, bo co to zmieni?
Nie jestem i nigdy nie byłam idealną teściową.
Ponoć takie nie istnieją.
Starałam się.
W starciu z młodą żoną nie mam żadnych szans.
A tak na serio, od dawna o tym wiem, że aczkolwiek dzieci mnie kochają (po swojemu), moje zdanie się nie liczy.
Żona Inżyniera nakopała mi do dupy. Ale do tego są teściowe, żeby im kopać, co nie?? Młode żony są piękne i zawsze mają rację. I są mądre. Seksowne... I gdzie teściowym do nich. W sumie? Teściowa  trochę się wysiliła, rodząc im męża, ale co to za cud? :P
Umiem z tym żyć.
Więc schowawszy swoje zabawki, next day uśmiechnęłam się, bo...


oprócz łupów z wesela miałam fartuch kuchenny z kultowym cytatem z Mikołajka i co chwila przypomnienie o linku. Dostanę słownik, o którym marzyłam.
Wyprawiłam ich na lotnisko. Polecieli do Paryża.
Dostanę naparstek, którego wtedy nie znalazłam. Cieszy mnie, że mają swój Paryż.
I czekam zestresowana, aż wrócą do W.
Ze swoim Paryżem, w który nie wnikam, bo to nie mój Paryż. Nie to, za czym tęsknię i czego już nigdy nie zasmakuję....
A w międzyczasie,,,
Wlecieli do mnie Pierworodni.
I nic już nie było takie samo.


Bo...
Aczkolwiek Słonko na weselu mówiło mi, że tylko ja widzę, że Pierworodny do garnituru, nota bene za dużego o dwa numery ma  nogach trepy, jak bezdomny. Wprawdzie Słonko mówiło mi, że drobiazg, że nikt nie widział, Inżynier też nie widział (miał prawo), ale...
KURWA MAĆ...
Ma mnie prawo boleć?
Ma.

Pierworodny bronił żony jak niepodległości, że ona chciała i kazała, ale...
Chuj jej w plecy, bo w dupę albo w oko by miała przyjemność.
Wiem, że cienko przędą, ale poniekąd to jej wina. Nawet jakbym musiała wziąć pożyczkę, ubrałabym faceta. Kurwa, siedzieli od tygodnia w PL i nie wiedziała. że ma podarte buty, że jak w takich chodzi na interview, a jebią po oczach, to nie ma żadnych szans???
Stara Jędzo, uśmiechaj się., masz syna szuszwola. Sama takiego wychowałaś...
Kurwa mać...

Wiem, że Pierworodny specjalnej troski jest, ale mówiłam jej to przed ślubem, zanim Mała Wiedźma była na świecie, tak zdeterminowana, żeby mieć faceta, że to olała.

Mieć faceta. Za wszelką cenę.
Mieć.
I kurwa, ma.
A ja za to płacę...
Może powinnam pisać to na trzeźwo, Kochany Pamiętniczku?
A może nie, bo to po mnie zostanie tak naprawdę?
I jakie to ma znaczenie? W sumie?


Mała Wiedźma kocha babcię Justynę i dziadka Stefana, bo na wszystko jej pozwalają.
A ja stawiam ją do pionu, gdy je rękami i potem leci od ściany do ściany, wycierając w nią buraczki i inne takie tam. Ma sześć lat. W tym wieku mogłabym jeść na dworze królewskim i nie przyniosłabym wstydu rodzicom, aczkolwiek prostymi ludźmi byli...
I uważam, że dzieci jedzą przy stole, a potem mogą iść do łazienki, umyć ręce i buzię i dalej egzystować.
Ale ponoć się czepiam :P

Przeraża mnie, że półtoraroczne dziecko nie posiedzi momentu z nikim innym, bo musi mieć nieograniczony dostęp do cyca. Który traktuje jak dyndołka. Próba zostania z nim, gdy jego matka idzie, pardon me, sikać, kończy się wzywaniem straży miejskiej, i badaniem alkomatem.
 W ciągu 3 dni zjadła duży słoik majonezu, bo masło szkodzi, a majonez nie...
Ponoć antykoncepcja w czasie karmienia piersią jest przeciwwskazana, zatem Pierworodny ma szklankę wody zamiast i się do tego stosuje. Od półtora roku.  Seriously?? Znalazłabym sobie kochankę. Ale ja jestem zboczona, co nie?

Wielu rzeczy nie ogarniam...
Wszyscy trzeźwi, a dziecko ryczy, jakby je ze skóry darto...
Mała Wiedźma, rycząca do matki: otwórz to, natychmiast, bo ja ci tak mówię...
Chodziło o otworzenie komórki, w  której była hulajnoga, bo chciała na TARG jechać hulajnogą, z której wczoraj na prostej, pustej drodze spadła, nabijając sobie guza, że ojapierolę...
Oczami duszy widzę baty za niesłuchanie, no ale dziś inne czasy. Jak można mówić do matki: Otwórz...
po upadku z hulajnogi została zwyzywana przez matkę od najgorszych, zmieszana z błotem. Tak, Baran, ona ma bardzo smutne oczy, obrywa za wszystko i za wszystkich. Takich wrzasków moje dzieci nie słyszały nigdy w swoim dzieciństwie... Same kije, żadnej marchewki. Marchewka jest dla brata.




Szuszwole dwa :)




 Na pytanie o Dzień Matki nie wiedziała, co wydukać. Nie obchodzą ani Dnia Matki, ani Dnia Ojca... Dopiero w momencie wywiadu się ocknęli... Po południu dostałam kwiaty i bombonierkę... A tacy tam, jak Inżynier (poniekąd z przyległościami), Baran, Sikora i inne takie tam... pamiętali :P



Nie mam zamiaru tłumaczyć się.


Babcia Justyna, przyjechawszy po wnuki i zerknąwszy w moje lustro rzekła: przez dwa miesiące nie zmywam tych łapek.... A ja je, dziś, kurwa, od razu z satysfakcją umyłam.
Gdzie mnie należy zakablować??

Idę pić.

Szczęśliwa, że nic już nie muszę...

Mam lekarstwo na kaca :P


W sumie jak nie pomoże, to już jutro NIC nie muszę...

Ano...
Będę się trzęsła o Inżynierostwo, bo wraca...

Ale oj tam, oj tam, w pracy na mnie czekają, tęskniąc.


Jak odbuduję finanse, pojadę, gdziekolwiek, gdzie śniadanie jest wliczone w cenę, gdzie jest wi-fi... i gdzie nie będę musiała myśleć, choć tęsknię za Baranem.
Nie za wnukami.
Big zboczuch ze mnie :) 

I tak jak myślałam, że Papryczek za mną szaleje, w sumie może raz dostałam piątkę, raz żółwika.
Za to całe ściany mam w buraczkach, w maśle i w innych wynalazkach....
A synowa na kanapie zalega, tkając cyca półtorarocznemu niemowlęciu, zapierdalającemu w dobrych momentach jak strzała, klikając na smartfonie.
Też gram w tę grę.
Też chciałam klikać, niestety, odpadłam, latając po kuchni i za dwojgiem dzieci.
Jestem pieprzonym kwiatem...
I tuląc wnuczkę, która spadła z hulajnogi i została zwyzywana od idiotek, nieumiejących jeździć...
Jak wtedy, gdy zleciała z muru w ZOO...
Tym razem nie poszłam na ostry dyżur, a matce to do głowy nie wpadło. Mała Wiedźma ma się dobrze...

Życie nie składa się...
Jak pięknie jest móc się upić...
I nie pamiętać :P