czwartek, 31 maja 2018

Środa

kurcgalopkiem przeleciała, Kochany Pamiętniczku.
Dziś rankiem Inżynier wparował tak, że nawet  nie zauważyłam, że wlazł.
Szwagier też wparował znienacka, ale w sumie...
Atmosfera jak w rodzinnym grobowcu i podkreślanie, że Eks o mnie myślał, jakbym ja tego nie wiedziała, jakbym ja o nim nie myślała każdego dnia.
Nie wiem, czy załatwię polisę, bo mam tylko dowody wpłaty i listy z PZU, samej polisy nie mam. Jutro będę próbowała.
Książeczkę też oddał, ale to poczeka, bo i tak trzeba mieć i wszystkich pod ręką, i podkładkę.
Nieważne.
Jak dobrze, że Inżynier zmienił plany i był. To jednak było kilka darowanych godzin, kiedy porozmawialiśmy jak czekista z czekistą.
Jak za dawnych lat.
Bez Alienka, który niestety, w czasie takich rozmów nie pomaga.
Bez Synowej. I nie, że synowa to nie rodzina.
Ale takich słów, jakie usłyszałam, nie usłyszę nigdy przy kimś.
Dlatego lubię rozmowy jak czekista z czekistą.
I te z cyklu: zabiję matkę śmiechem.
Pyta mnie, czy mam patyczki do uszu. Mówię, że mam, ale że to niebezpieczne.
A dziecię me na to: lubię życie na krawędzi :)
Wyszczekany jest :P
I kompiczka ukochanego matce ogarnął na medal, bo po ostatniej aktualizacji, a mam Windowsa 10 i musi się aktualizować, w kompiczku zaczęły bytować chuje muje i dzikie węże, wszędzie, gdzie się dało. Ale Inżynier pogłaskał i stwierdził, że to nie matki wina, tylko systemu :) Chociaż raz :P 
Potem podjechała siostra Synowej i zabrali mnie do niej na nowe mieszkanie do Lubonia.
Jeszcze w domu Inżynier mówił, że nie wie, jakie będzie pierwsze słowo Alienka, że pewno puppy (piesek po angielsku), bo najbliżej jest do wypowiedzenia tego.
Jedliśmy w Luboniu obiad, oczywiście biedne dziecko karmione było jakąś ohydną papką z tubki. Pytam, co to, bo wyglądało to jak rzygi konającej ostrygi. Makaron z kurczakiem. Kurwa, zimny makaron z kurczakiem w paście dla 15-miesięcznego dziecka! A na stole sałatka z różnokolorowych warzyw, które w ramach BLW (Baby led weaning) dają mu do jedzenia. Ale nie, bo nie, bo może w tym być sól. A u mnie w lodówce młodziutka, świeżutka włoszczyzna, wystarczyło godzinę wcześniej dać znać, ugotowałabym zupkę palce lizać (oczywiście nic nie rzekłam, jestem dobrze wytresowaną teściową, morda w kubeł). Ugotować makaron z kurczakiem też nie problem. Ale nie, i tak jedzie biedne dziecko na zimnym żarciu z tubki, a mi serce pęka. Nie można nic dać, bo nie. Dostaje jakieś chipsy specjalnie dla dzieci, to tubkowe żarcie jest "z górnej półki" i majątek kosztuje (w PL 15 zł za tubkę na jeden raz, ojapierdolę, ja za tę kasę zrobiłabym obiad z dwóch dań dla wszystkich). Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz na głupotę? A nie będę Inżynierowi nic nadawała, bo po co?
To nie jest ktoś, kto uwierzy, że matka głupia nie jest. Zajmuje stronę żony. Nie, żeby matka tych pojebanych forów nie znała, ale kiedyś na próbę dyskusji usłyszałam, że czasy się zmieniły.
Ano, na gorsze. Szkoda moich nerwów.
Po obiedzie podano deser: truskawki i borówki w galaretce ze śmietaną.
Porcja dla Alienka bez śmietany, z wielkim fochem matka karmi, bo się boi, a przecież nie ma uczulenia na truskawki, bo w UK już jadł. Te sztuczne, pompowane, z Hiszpanii. A tu nasze, truskawkowe...
Jeżu kolczasty, jak to dziecko rąbało tę galaretkę.
Jakby od urodzenia nic nie jadło.
Babcia zaś zadowolona klepie się po brzuszku i mówi: mniam, mniam, przewracając przy tym oczyma.
Alienek wniebowzięty.
Matka się zagaduje, a dziecię, wprawdzie nie klepiąc się po brzuszku, mówi głośno i wyraźnie: mniam, mniam :)
Zatem pierwsze słowo Alienka to mniam, mniam :)  I już tak domagał się kolejnej porcji :P Zeżarł cały pucharek, spory, na dnie zostały może ze dwie łyżeczki. Po kilkunastu minutach wrócił do stołu i stanowczo zażyczył sobie mniam, mniam i zeżarł resztę, zawiedziony, że więcej nie ma...
Pytam, kurwa, w czym problem z daniem dziecku normalnego żarcia?
Je kurczaka, więc gotując dla wszystkich można przyrządzić jeden kawałek dla dziecka. Bez ostrych przypraw. To burrito też by wszamał, wystarczyło usunąć fasolę. Tej bym może nie dała takiemu maleńtasowi. Ale domowe nadzienie do burrito? Nie było ostre, było normalne.
Można wszystko zrobić bez soli, skoro ma nie być solone. Każdy może sobie na talerzu dosolić.
Ale podawanie dziecku w pizzerii, gdzie jest smaczna pizza pieczywa czosnkowego to fantazja pojebana.
Więcej w tym pieczywie chemii, jak w pizzy, bo ser na ej grzance nie jest serem, tylko wyrobem seropodobnym.
Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
No i tak sobie żółci wylałam :D

Kciuki mile widziane :) Tomorrow, of course :P

środa, 30 maja 2018

Ja pierniczę

Kochany Pamiętniczku :)
Pojechałam na Ławicę, z duszą na ramieniu, jak zawsze, że się spóźnię, ale luz i hasta manana, opóźnienie mieli.
Pół godziny, mniej więcej tradycyjnie, chyba w UK znów śniegu napadało, ale dolecieli.
Tym razem mialam przyjemność czekać na nich z teściem Inżyniera i od razu zaczęło się niefortunnie, bośmy na strajk niepełnosprawnych wdepli.
Zapytał tylko: po co oni strajkują...
A mnie moja osobista krew zalała, bo ja, kurwa wiem, jak to jest być niepełnosprawnym.
I szlag, że tak pierdoli facet od lat opiekujący się niepełnosprawnymi babami.
Bohater pieprzony się znalazł.
Więc żeby nie psuć Inżynierowi stosunków rodzinnych, zagadałam, czy poleci do nich, jak zmienią lokum (nigdy u nich nie był, a Inżynierostwo są ze sobą, żebym nie skłamała, co najmniej 5 lat)... Gały wybałuszył i mówi: zmieniają? Nic o tym nie wiem.
Ojapierdolę (potem rozmawiając z Inżynierem w taksówce dowiedziałam się, że mówili mu, widocznie nie słuchał. A to ponoć ja jestem głucha).
Na kawę miałam wlecieć, tom wleciala, bom za Alienkiem stęskniła się okrutnie. I jak to rasowy czekista z czekistą,  dogadaliśmy się w oka mgnieniu, nakarmić się dał bez animrumrania, wszystko zjadł, zabawką posługiwać się babcię nauczył i w ogóle luz i hasta manana. Tylko kundel szczeknął, jakby go złowrogie siły nasłały i Alienka zestresowanego musiałam oddać w ręce.
Potem do chatki mej wróciłam i...
Zaproponowali wycieczkę do ZOO w ramach prezentu urodzinowego dla Inżynierowej.
Doceniłam, że chce z teściową iść.
Doceniłam tak bardzo, że składając życzenia nawet jej nie przytuliłam, na co miałam ogromną ochotę, ale wiem, że ona tego nie toleruje, więc wyglądam jak teściowa żmija i...
Rewiduję plucie z moich urodzin.
Nie przytula, bo nie lubi.
Aczkolwiek skoro wie, że ja lubię...
Ale nie bądźmy drobiazgowi, ważne, że Alienkowi na mój widok papa się banani i żeby nie to, że swoje waży, byśmy się miziali bez ustanku. Namawiał mnie nie tylko do miziania, ale i do całowania, ale hmmm... Moja gęba jest stara i pełna bakterii, więc odwróciłam uwagę smarkacza od nadmiaru pieszczot. Nigdy nie całowałam dzieci, nawet swoich w usta. Moje, tresowane, podchodziły i dawały albo czółko, albo łebka.
Alienka kiedyś wytresuję, a co?
I tak zaliczyliśmy jazdę Maltanką, szarańcza też jechała i załapaliśmy się na dodatkowy kurs dla niej, bo był wolny wagonik.
Z naszej czwórki szalała Synowa, a i Inżynier był rozanielony. Alienek, jak i babcia, miał do imprezy stosunek ambiwalentny, moja krew :D
Zastanawia mnie, jak Synowa, miłośniczka sierściuchów i niesierściuchów do kwadratu pi er dwa może chodzić do ZOO.
Dla mnie widok zwierząt za kratami, zwłaszcza ptaków, jest porażający,
Pomijająs smród, którego nawet na hektarach ZOO nie da się uniknąć.
Ale milczałam, bo to jej bajka, nie moja.
W jakiś sposób zepsułam tę imprezę, bo powiedziałam, że w barze w ZOO nie będę jadła, śmierdziało starym olejem od frytek tak, że ojapierdolę. |Wytrzymałabym bez jedzenia, ale... Zmienili plany i pojechaliśmy do Malty. Miał być obiad w knajpie z majątku, gdzie brali ślub, ale jakąś awarię mieli i wylądowaliśmy w Pizza Hut.
Pizza wszystkim smakowała, a biedny Alienek po przebudzeniu dostał pieczywo czosnkowe. Żal było mi dziecka, ale cóż miałam rzec? Jadł, smakowało  mu, ale czy to jest obiad dla dziecka? Domagał się przy tym tego, co my mieliśmy na talerzach. Ja bym dała, ma już w końcu 15 miesięcy. Ale to nie moja działka. Miał cztery grzanki, dwie napoczął,zażądał trzeciej. Śmiali się, że nadgryza wszystko, by nikt już tego nie ruszył. Schowałam koszyczek z ostatnią grzanką, w końcu Inżynier stwierdził, że ją zje, bo Mały już gromadził jedzenie w podgardlniku. Na widok grzanki żartej przez ojca podniósł taki lament, że ojapierdolę :)
Jest: zabawny, kochany, przylepka.
Mówię, że z Papryczkiem nigdy nie miałam takiego kontaktu, ale niedowierzają.
Ale... Mam taką samą chemię, jak z Małą Wiedźmą. Papryk, jak kot, chodzi własnymi drogami.
Bywa.
Wróciłam do chatki padnięta, bo w ZOO byliśmy kilka godzin, a ja pchałam wózek i to pod górkę.
Po 20 padłam.
W tym czasie przyszedł SMS od szwagierki, że szwagier się z papierami do mnie wybiera. Telefon ładował się w dużym pokoju, nie mam nigdy dzwonka, bo i tak go nie słyszę bez aparatów.
Chyba był, bo miałam nieodebrane połączenia na telefonie. Jakoś nie dociera do niego, że nie dzwonić :D
Ale to zauważyłam rano, piszę więc Inżynierowi. A ten pyta: pogięło?
A serio, na dzwonek tuż o 22 nie otworzyłabym drzwi.
Zadzwonił dziś do szwagra i choć tego nie planował (Inżynier, nie szwagier) będzie jutro przy rozmowie.
Uff, bo czuję się, jakby mnie oplatała pajęczyna, coraz gęstsza.
Być może szwagier się zmienił, ale...
Po tylu latach nie ufam ani na grosz nikomu z ich rodziny,
Wybaczyłam, ale jak mówi francuskie przysłowie: tout comprendre c’est tout pardonner. Mais: tout pardonner ñ'est ç'est pas tout oublier. 
Pamięć mam jeszcze dobrą.

Zobaczymy, co przyniesie jutro. Cieszę się, że nie będę sama.
A Alienka dorwę znów dopiero w niedzielę.
Trudno.

C'est la vie :)  Wiem, że się mnie nie boi i to mnie wzrusza :) 
A teraz fotorelacja :)  Było gorąco jak w piekle i większość zwierząt zniknęła...






 Grzybienie :D


 Bocian! Na wolności. Alarm! Coś się święci. Ilekroć widzę bociana na żywo, rodzina mi się powiększa...
 Jak można dokarmiać trzmiele i im szkodzić? Synowa twierdzi, że można je zabić, rzucając owoce... Maybe...
Łapka misia.Misia nie było.
 Surykatki karmił taki man, że ojapierdolę...
 Starych jędz tam nie wpuszczali. O młodych nie było nic napisane, może te 30 lat temu bym spróbowała wleźć, no ale Alienek w wózku, wiecie, rozumiecie :D
 W punkt, ale i tak mnie śmieszyło :P


 Tego wilka ja znalazłam. Dosłownie kilka kroków przede mną szli rodzice Alienka (ja za nimi z mozołem pchałam wózek) i Synowa rzecze do Inżyniera: widzisz tu jakiegoś wilka? Nie widzieli, a ja tak i ich zawołałam. Jednak jak na ślepego kreta mam dobry wzrok :P


Najpiękniejszy punkt ZOO, oprócz tych grzybieni :P

sobota, 26 maja 2018

Odchamiłam się

i jednocześnie odmóżdżyłam dziś, Kochany Pamiętniczku.
W kinie dostałabym pewno pierdalca, albo zasnęłabym na fotelu, głośno chrapiąc.
A tak bezboleśnie przebrnęłam przez 2012.
Jako że mamy już 2018, powieka mi nie drgnęła.
Bajka jak bajka, nas straszono czarownicami, a tu proszę...
Tsunami i inne takie tam :D
Ale Antonow zawsze rządzi, a jak to w amerykańskim filmie: i piesek, i dzieci muszą ocaleć.
Dobro musi zwyciężyć. Nie tak, jak w życiu, ale oj tam, oj tam :D
Wszystkie moje dzieci, i te rodzone, i te przyszywane dziś o mnie pamiętały. Baran i Pierworodny już bladym świtem, gdym jeszcze słodko spała, z rączkami na kordełce, of course.
Pracowali biedacy.
Baran, to rozumiem, bo choć nierodzony, to jednak mój i pracę ma we krwi po mnie.
Pierworodny, aczkolwiek rodzony, nigdy dotąd nie pamiętał. Pracę ma po mnie we krwi, nie da się ukryć.
A reszta wolnym walcem.
Sikora, jak jej obowiązki pozwoliły, no ale ona zawsze o Mamci pamięta :P
Inżynier nawet kartkę, jak wiadomo, przysłał :P
Synowa numer jeden zawsze mi mówi, że jestem bardziej mama jak mama. Dziwne, bo na noże byłyśmy, ale z latami ludzie łagodnieją, a noże się tępią, co nie? Skoro i, już tyle lat pasuje i te dwa z Dżemorem są, to co ja będę siekierę ostrzyła? Tym bardziej, że ostrych rzeczy nie lubię :)
Synowa numer dwa się nie odezwała, ale rozumiem. Mówiła kiedyś, że matka jest tylko jedna.
Zresztą obie mówią mi po imieniu i jest git majonez.
Nie mam zamiaru zastępować nikomu matki, bo i po co?
Choć miło, jak Baran twierdzący, że nijak matki we mnie nie czuje, bo faktycznie, jego Mama to matka Teresa do kwadratu, jednak zawsze o mnie i w angielski, i w polski Dzień Matki Pamięta :)
W tym roku jedyny zapominalski to Kierownik Budowy, ale on ostatnio dziwny jest, więc mu wybaczam :P

A tak dzień miło upłynął, na nicnierobieniu.
I SMS od szwagierki, że szwagier jakieś ubezpieczenie Eksa dowiózł.
Szok, bo on nigdy nic nie płacił. Nie pamiętam, może znalazł starą książeczkę z lat, kiedy ja w PZU płaciłam. Nieważne. Szwagierka nadal słabowita i nie wie, kiedy dowiezie, ale jakie to ma znaczenie?
Szok pozostaje szokiem.
Może jest jakaś prawda, że ludzie się zmieniają?
Jak uczył profesor Ławniczak: tempora mutantur et nos mutamur in illis...
Szukałam łapek na skrzynki na balkon, a znalazłam

i nie było opcji, musiałam kupić. Dla Małej Wiedźminki, bo przecież ona wymiata i rządzi. Nie kupuję jej łachów, ale ten napis. Musiałam :)
Jeszcze nie wiem, jak to dostarczę, no ale cała Mała Wiedźma :P

To też kupiłam, Biedronkę należy zamknąć. No dobra, spoko :) Ale... Książka wydana w Niemczech, po polsku, w chińskim wykonaniu? Jutro będę czytać, szukając błędów. Świat jest globalną wioską.

 Motylki na balkonie mam...

... i taką cudną werbenę. Z nadzieją, na upolowanie fruczaka :D

Wiem, wiem, kicz, ale ja prosta baba ze wsi jestem :P


piątek, 25 maja 2018

Z leksza

mnie wkurw ogarnia, Kochany Pamiętniczku.
Z rodziną Eksa nie utrzymywałam kontaktu od chwili kiedy odszedł, czyli kilkanaście lat.
Na pogrzebie teściowej byliśmy, bo uważałam, że trzeba się pożegnać, że to babcia moich chłopców i ładne kilkanaście lat była babcią, zanim odrzuciła nas wszystkich.
Po prostu zadzwoniła do mnie i stwierdziła, że jestem kurwą.
Powiedziałam: tak, ma mama rację.
Nie wiem, dlaczego rozbawiło to szalenie chłopców, do dziś opowiadają to jako rodzinną anegdotę.
Liczyła się wersja Eksa, o naszą nawet nikt nie zapytał, nikt się nie zająknął.
Odszedł, gdy chłopcy jeszcze się uczyli.
Łaska pańska, mogłam mieszkać w mieszkaniu.
Ale on też na ulicy nie był, miał tę pieprzoną willę w najdroższej dzielnicy miasta.
Teść zostawił 17 (!) testamentów, wybrali najlepszy dla ich interesów. Po pogrzebie teścia zamknęli się, bez "obcych" i uradzili, że ten testament podadzą, że jest najlepszy.
I tak Eks został posiadaczem.
A mnie wezwano na rodzinny dywanik i na moje nieśmiałe, że sprzedam mieszkanie, zapłacę zachowek zostałam obrzucona wyzwiskami, że jestem idiotką, że nie zdaję sobie  sprawy z tego, że jak się ma chałupę, to nic, tylko kamień u szyi i do Warty, że granat wrzucić, żeby się pozbyć problemu.
Zachowek należał się też teściowej (ich zdaniem), od lat już rozwiedzionej i która swoją część wzięła w trakcie rozwodu, prawie że tnąc meble na pół.
Powiedziałam sobie wtedy, że NIE MA ŻADNEJ WALKI.
Niech sobie to wszystko w dupę wsadzą, a było co, bo willa piękna, salon jak całe moje mieszkanie, ogród zimowy, warsztat, inne takie tam.
Eks oczywiście nie ustąpił, bo to się JEMU NALEŻAŁO.
Więc poszedł po kolejnej awanturze do mamusi.
I dobrze.
Szwagier wziął go w opiekę i wkrótce ubezwłasnowolnił, a podstawy miał.
Nie walczyłam. Z jednej pensji, mizernej pensji korektorki utrzymywałam dzieci.
Nie dostałam grosza alimentów, zresztą nawet o nie nie występowałam, bo po co?
Mieliśmy głodno czasami, ale był spokój.
Wiele w tym czasie się działo w mojej rodzinie, ale mieliśmy spokój i wszystkie zakręty udało nam się wyprostować.
Szaleństwa Pierworodnego, jego nieodpowiedzialność (Baran, nigdy Ci tego nie zapomnę!), samobójstwo mojego brata, Inżynier własnym sumptem i przy pomocy brata i Barana pojechał na Erasmusa do Szwecji.
A ja pracowałam, bo co jak co, ale praca mnie kocha.
Nikt z szanownej rodziny nie zapytał wtedy, czy żyjemy, nawet gdy Inżynier na OIOM leżał z wyrokiem śmierci.
Zawiadomiłam.
Nikt go nawet nie odwiedził.
Czasami nawiązywała kontakt jedna ze szwagierek, żeby polamentować, jak to paskudnie wykorzystał ich szwagier opiekun Eksa.
Jakie to świństwa robią.
Ile ich to kosztuje.
W sumie byłam ze wszystkim na bieżąco.
Dwanaście lat się procesowali między sobą, a jakże.
O zachowek.
Żaden, kurwa z niego nie zrezygnował. A są to ludzie sytuowani, majętni. Lekarze, biznesmeni. A w testamencie teść napisał, że zapisuje Eksowi, bo przez los poszkodowany i będzie mu trudno wychować dzieci. Ale im się należało. Powinni to mieć wyryte, w herbie, bo a jakże, są herbową szlachtą. Dziw, że się Eks ze mną ożenił, taki mezalians, bo mój dziadek jeden był szewcem, a drugi chłopem folwarcznym.
Mnie, kurwa, trudno nie było.
Eks, jak wiadomo, zmarł nagle.

I teraz jedna ze szwagierek pisze do mnie non stop, że mam temu chujowi nie odpuścić, że mam go rozliczyć, bo nakradł to, co nam się należy. Że mam wziąć adwokata i mu nie dać. Nota bene, chrzestna Pierworodnego. Lekarka w Niemczech, ale biedna, mimo emerytury wciąż musi pracować, bo nic nie ma.
Mieli pałac z bajki, nie wiem, dlaczego mieszka w wynajmowanym mieszkaniu. Nie pytam, nie mój cyrk, nie moje pchły. Chłopcy tam byli raz na wczasach i wrócili zaszokowani.
Że mam nikomu nie ufać.

I takoż czynię. Nie ufam nikomu. Było ich sześcioro, a na pogrzebie matki nie witali się ze sobą.
Na pogrzebie Eksa witali się już i mówili mi, że mam nie dać temu chujowi.
Teraz do mnie pisze, że książeczkę mi oddał, bo się boi, że go rozliczę z kradzieży.
Pytanie: jak?
Skoro sąd opiekuńczy zakończył jego opiekę, to co mam zrobić?
Bić się o działkę na Księżycu?
Ile weźmie adwokat, i co udowodnię?
Ta, wezmę dodatkowe pół etatu, żeby mieć na adwokata, bo co jak co, ale spokój i odpoczynek mi niepotrzebne, zwłaszcza przy moich szalonych zarobkach korektorki :)  
Mam SMS, inne takie tam. Wiem, że kupował sobie na rachunek Eksa buty za 700 zł.
I?
Wiem też, że mimo że wyszarpywałam sobie pieniądze na wszystko z gardła, że ubieraliśmy się w lumpeksie, to jednak z głodu nie umarliśmy, a dzieci studia skończyły. Ułożyły sobie życie tak, jak im pasowało, może nie zawsze budzi to mój zachwyt, ale to ich życie.
Mam trójkę wnuków, dla których może kiedyś będę miłym wspomnieniem, ale miłym, taką mam nadzieję.
Mieszkanie jest moje.
Zdrowie w miarę.
Mam pracę, wkurwiającą, ale mam. I lubię ją.
I mam to zamienić na łażenie po sądach i procesowanie się o co?
O to, że zniszczył własnego brata?
Wiem, też jestem winna. Ale jak zawsze tłumaczyła rozwód moja teściowa: dla dobra dzieci się rozwiodła. Też zrobiłam to dla dobra dzieci.
Żeby miały spokojne lata, bez kłótni, bez awantur, bez "bo mi się należy". Eksowi wszystko się należało, nie przyjmował do wiadomości, że nie. A teściowa zawsze mu mówiła: zrobiłeś tak, bo coś ci się od życia należy.
Ano.
Mnie się nic nie należało, pchałam tę taczkę, bo taką miałam fantazję.
Teraz już nie pcham, nic nie muszę
I na pewno nie będę gnębiła tego chuja, bo po co?
Chłopcy podzielają moje zdanie. Też nie mają łatwo, ale do wszystkiego dochodzą sami.
A ścieżki wyrównaliśmy tak, że jak kopyta wyciągnę, będą mieli różne opcje. Wybiorą, jak będą chcieli.
Nie piszę testamentu. Wierzę, że będą po moim odejściu braćmi.
Takimi, jakimi są od zawsze. Nawet Baran mówił, że takiego rodzeństwa to nie widział.
Oddalili się trochę od siebie, bo Inżynier ma zbyt dużo swoich zmartwień na głowie, żeby prostować pokręcone ścieżki brata, nawet ja spasowałam.
Ale są dla siebie. I to się liczy.
 Więc, nie, nie będę walczyła z tym chujem, bo nie mam o co.
Żyję dniem dzisiejszym. Jutra może nie być. A wczoraj nigdy nie wróci.
Pamiętam dobre chwile, bo warto.
A było ich trochę :D
Dość lamencenia.
Jest cudnie.

Navigare necesse est :)

Inżynier, Skunks Nieskrobany, tym razem wycelował idealnie, dziś ze szpary unijnej wyciągnęłam

 Idealnie, w punkt i łezki mi pociekły.
Tym bardziej doceniam, że pamiętał karteczkowo i o angielskim, i o polskim Dniu Matki. A ma właśnie urywanie głowy.
Wie, że mam pierdalca na punkcie karteczek.
Doceniam.
Czuję się bardziej dowartościowana, niż gdyby mi diamenty kupił  :)
I dla takich chwil robiłam tak, jak robiłam. I nie żałuję niczego! Absolutnie!

Potem wyżyłam się w kuchni:
Moja kwaszona kapustka, młoda, z marcheweczką i papryką. MLASK, ojapierdolę :) 
 I dwa gary szparagów (poprzednie dwa zostały pożarte, co widać po moich stopach, ale oj tam, oj tam szparagi się skończą i opuchlizna zlezie sama), zakiszonych - uwaga, Achtung, wnimanije, pozor, pozor, budiet tryskat' -  z papryką i młodą fasolką.
Pachnie już nieziemsko.

Tracić taki piękny czas na procesowanie się?
Nie.
Ważne są tylko chwile.
Spokojne.
Ciche, z Radiem Pogoda... Z badylami, światełkami i wspomnieniami o pięknych dniach, z nadzieją, że jeszcze takie będą.

Upływa szybko życie...


PS A truskawek się nie obiera. Szypułki są jadalne. Jako że to do mnie nie przemawia, biorę jogurt grecki i miksuję.
Trzeba umieć sobie radzić i wykorzystywać sprzęt kuchenny :P 


czwartek, 24 maja 2018

Mieszkanie

kupiłam, Kochany Pamiętniczku.
Dziwnie się czuję.
Najpierw wpłacaliśmy wkład.  Potem było spłacanie rat kredytu, przyszedł moment, że można go wg ustawy było spłacić w całości. Na spłacenie całego kredytu i wykupienie mieszkania na własność potrzebny był ponad milion. Niestety, mieliśmy tylko 890 tys. - tyle kosztowało spłacenie kredytu. Gdybyśmy go nie spłacili, płacilibyśmy horrendalny czynsz. Spłaciliśmy, rzutem na taśmę.
A potem Eks się wyniósł. I znów można było wykupić mieszkanie na własność, w sumie na dzisiejsze pieniądze to już były grosze, bo coś koło 600 zł. Drugie tyle kosztowało członkostwo w spółdzielni, które opłaciłam, bo inaczej nie mogłabym nic wykupić. Pani mi odradzała, mówiła: po co pani członkostwo, jak pani umrze pierwsza, pieniądze przepadną, po co to pani.
Ano, jakoś nie umarłam... Za to Eks umarł.
I mogłam to teraz sfinalizować notarialnie, bo zależy mi na tym, żeby chłopcy mieli miejsce na Ziemi.
Tak więc mieszkanie kupiłam.
Jestem wzrokowcem, więc siedzenie i słuchanie czytania notariusza to była dla mnie tortura. Ale przeżyłam.
Okazało się, że jako posiadaczka muszę zgłosić to w wydziale finansowym UM i mam na to dwa tygodnie. Czynsz zmaleje mi o jakieś tam grosze, ale będę musiała za działkę płacić sama. Jeżu kolczasty, jak nie chciało mi się iść do tego wydziału, a panie tłumaczyły mi jak krowie na rowie, że to rzut beretem. Ale nie moja dzielnica! Niby wiem, gdzie, bo przecież mieszkam tu już 46 lat, ale... Nie lubię Jeżyc i tyle :D
Ale przemogłam się i poszłam.
Żeby mieć z głowy, żeby już nigdzie nie latać.
Okazało się, że zwariuję, nim znajdę w akcie notarialnym te wszystkie numery działek i inne cuda wianki.
Rozśmieszyłam młodą urzędniczkę, twierdząc, że mam wtórny analfabetyzm i nie wiem, co gdzie wpisać, pomogła.
Teraz mam czekać miesiąc, aż mi wyliczą ile im mam dać kasy (ponoć jakieś 20 zł), potem mi jeszcze czynsz przeliczą (ponoć spadnie) i z mieszkaniem na razie spokój.
Jeszcze jedna wyprawa do US, bo zapomniałam zapytać, czy muszę to skarbówce zgłosić, a chcę spokojnie spać.
No i ta książeczka nade mną wisi, ale co ma wisieć, nie utonie.

Życie pachnie skoszoną trawą, koszą wokół jak szaleni. Sianem pachnie. Lubię ten zapach.
A w domu wolność pachnie oliwnikiem, kiszonkami i rozkwitającymi piwoniami.
Ale troszkę tęsknię za jesienią, za mrokiem, bo teraz budzę się i jasno, kładę spać i też jasno i nie ma kiedy zapalić światełek do nieba :)
Ale nie będę grymasiła.
Papryki nakupiłam, bo wczoraj zakisiłam z kapustą i ze szparagami paprykę i... zapomniałam, jakie to dobre. Więc kupiłam, jutro na targu znów szparagi, koper i chrzan i kiszenia ciąg dalszy. Nie gotuję, bo nie mam miejsca na jedzenie. Koktajl albo sałatka z pietruszki, do tego śniadanie, kiszonki, truskawki, i już pora na kolację, albo i nie, no gdzie to mieścić?
I dlatego lubię lato :)
Czyli pokręcona na maksa jestem.
A...
Kopara mi opadła w Rossmannie, bo okazało się, że i dezodorant jest w 100% procentach wegeteriański.
Świat zwariował, a ja razem z nim :)
A niewegeteriański to co, tłuszcz ma w środku?

środa, 23 maja 2018

Pogoda

jest dla bogaczy, Kochany Pamiętniczku, dla niebogaczy są prognozy złe...

Dla mnie jest pogoda.
Jadąc z urzędu skarbowego gapiłam się przez okno autobusu i cieszyłam każdym listkiem, każdym pieprzonym kwiatkiem, każdym jebanym motylkiem za oknem. Mniszkiem, który już prawie nie kwitnie. W tym roku w maju już prawie pękają kwiaty lipy (sic!). Życie pędzi coraz prędzej.
Jestem bogata, bo od lat zamartwiam się, gdy opadają liście, czy dożyję kolejnego zielonego listka i... jakoś dożywam.
Dziękuję ci za to, życie...
W całym domu pachnie kiszonymi szparagami (ukiszone wczoraj zeżarłam dziś w mgnieniu oka, zamiast obiadu, ale kto bogatemu zabroni?) i młodą kiszoną kapustką, z marchewką i papryką, of course...
Martwi mnie tylko jedno, że w tym jest sól, aczkolwiek dozuję ją rozsądnie i oszczędnie, w ogóle jej nie czuć, no ale sól :)
I oliwnikiem zza okna, którego Zmorka nie czuła... Nic na to nie poradzę...
I jest jasno, jaśniutko.
Bo okna umyłam.
Ja, chujowa pani domu, od wielu dni żyjąca przy spuszczonych non stop roletach, bo brud aż z nich kipiał.
A teraz jasno, czysto, aczkolwiek ledwo dupą ruszam, ale oj tam, oj tam :)
A na wsi


 czapeczkę temu dzikiemu sublokatorowi założyli na lato. Pinkową, psiakrew :)
 I pomidorciów coraz więcej jest...
A będą w tym roku nawet takie, które są z wierzchu zielone, a w środku czerwone :)
I kalafiory różnokolorowe mają być.
I jak tu nie być szczęśliwą i się nie cieszyć?
Każdym dniem, kiedy mogę stukilowe cielsko z łóżka zwlec i dalej żyć?

Ale chwile grozy przeżyłam, zabierając się za mycie okien. Ściągaczkę diabeł ogonem nakrył. I nawet mimo założenia bryli nie mogłam jej znaleźć. Miski, bite bez litości twierdziły, że one w tym pazurów nie maczały.  Grzebałam w szafce, w której POWINNA być, dziesięć razy. Ale jej nie było. Snułam już hipotezy, że wypierdoliłam ją ze śmieciami, mrucząc do siebie, że to już ten Austriak, co mi klucze chowa, że takie tam...
Za jedenastym razem znalazła się i ULGA, bo ta biedronkowa na teleskopie jest do dupy.
Dokładnie do dupy...
I tak powoli bratki odchodzą w siną dal, u mnie nigdy dłużej nie wytrzymają, jak do czerwca, komarzyce się rozrastają, okna błyszczą czystością, radio Pogoda gra, warzywka zamknięte.
Prezes, kurwa jebana jego mać. ponoć po operacji kolanka dochodzi do siebie i wraca na arenę...

Ale i tak życie jest piękne :P

poniedziałek, 21 maja 2018

Poniedziałek

uciekł gdzieś, niespodziewanie, Kochany Pamiętniczku.
Ale przedtem w niedzielę przez moje mieszkanko przeszło tornado. Wywlokłam wszelkie kartony, kartoniki, skoroszyty, pudełka i inne takie tam, poupychane po katach od czasu remontu, a zawierające cenny papierek.
Przed remontem z zamkniętymi oczyma znalazłabym ten papierek. Leżał w charakterystycznej foliówce, w środku było pudełko po śliwkach w czekoladzie, a w pudełku książeczki mieszkaniowe i inne mieszkaniowe cuda wianki.
Gdzie jest to cholerne pudełko po remoncie?
I czy nie przeniosłam papierów w inne miejsce?
Wprawdzie miałam dużo czasu na znalezienie bezcennego papierka, ale pamiętając, że przydziału na mieszkanie szukałam 10 lat...
Wpadłam w czarną rozpacz w czerwoną kratkę...
Śniadanie zjadłam, ale...
Rzuciłam się w wir pracy :P


To zawartość tej jednej szafki, A mam ich kilka. Pełnych papierów.
Niszczarka się zepsuła, a nie wyrzucę nawet starych i nieaktualnych papierów, zawierających PESEL i inne tam bajki.
I nagle, gdy już umierałam, oblana zimnym potem...
Jest...
Jest...
Pudełeczko.
Ale co jest w środku?

Papiery tak kruche, że w rękach się rozsypią po dotknięciu (taki urok papierów z tamtych lat, dodawali tam czegoś za dużo, już nie pamiętam czego).
A w tej niebieskiej, spłowiałej kopercie. Jest.
Skrypt dłużny, bohater tej bajki.
Nie mogłam wiadomości do Inżyniera wysłać, tak mi się ręce trzęsły.
Na najgorszym kacu tak mi nie latały.
Mam nadzieję, że to już koniec mojego szarpania się w życiu z papierami. Jeszcze tylko niszczarkę kupię i biorę się za generalne wyrzucanie papierów. Ale już wiem, że nie kupię niszczarki za grosze, tnącej na paski.
A reszta to już nie moje zmartwienie.
Chociaż bez bicia przyznaję, że jestem Starą, nie, nie Jędzą. Wariatką.
Ale... Jak mam wyrzucić do śmieci kartkę od nieżyjącej już Cioci, która była dla moich dzieci jak babcia, której tak naprawdę nie mieli? Jak babcia, dla której byli: wyczekani, chciani a nie dopustem bożym? I słała im życzenia na każde urodziny i imieniny. Na piśmie.
Nie wiem, może dla nich to bez znaczenia, ale dla mnie nie.
Jak i zagraniczne kartki, które przeżywaliśmy (tzn. ja z bratem), jak mrówka okres, bo w siermiężnej rzeczywistości naszego dzieciństwa to był powiew dalekiego, kolorowego świata. W którym na parę pończoch pracowało się 10 minut, nie cały dzień...
Kolory tamtych kartek do dziś są żywe i soczyste...
Wiem, jestem Głupią, Starą Wariatką, ale lubię siebie :)
I swój bałagan też.
A potem nie chciało mi się nic do tego stopnia, że nie skorzystałam nawet z sugestii Inżyniera, że należy mi się wieczorem piwo, jak psu zupa i... nie poszłam po piwo, bo tylko się wykąpałam z kurzu popapierowego i do sklepu nie poszłam, no bo w piżamie, jak to tak? :)
A w poniedziałek rano Zmorka u mnie zlądowała.
Miałam czekać koło kościołka na Piotrowie, ale Skubana wcześniej dojechała, zaliczyła kibelek i kawę na polibudzie i siedziała na przystanku na ławeczce grzecznie i animrumrała.
A ja utknęłam, bo bimba się spsuła.
I ramy wycieczki uległy zmianie. Z tego powodu zdjątków nie ma, bo aparat został w domu na stole, z opcją planów: jedziemy do mnie, śniadanie, siku i w plener. Niestety, nie pojechałyśmy do mnie :P
Więc poczłapałyśmy do Latarnika, potem do bosonogiej panienki, po zdjęcia proszę pukać do Zmorki :P

 Zaciągnęłam ją do Starego Młynka na kawę...

 ... sama racząc się herbatą i naprawdę tak zajefajnej herbaty nie piłam od lat :)
 Potem wylądowałyśmy w Brovarii, choć Zmorką targały wątpliwości, że jak to, alkohol przed 12?
Ale kto bogatemu zabroni? Więc piłyśmy zdrowie nasze, wasze i wszystkich pięknych panów, bo za brzydkimi się już nie musimy oglądać :P
A potem szukałyśmy miejsca na obiad, bo my luksusowe kobiety jesteśmy i byle gdzie nie jemy. niestety, meksykańska knajpa po raz drugi odprawiła nas z kwitkiem, bo nie te godziny. Przy Starym Rynku żadna knajpa nie była gościnna, z jednej kelner nawet nosa nie wysunął, tosmy poszły do nowej naleśnikarni Gramofon, chociaż w planach była pierwotnie pierogarnia.


 Jeden taki naleśnik spokojnie starcza za obiad.
A potem pojechałyśmy do mnie, powąchać ten oliwnik, ale Zmorka twierdziła, że nic nie czuje i nic jej nie pachnie.
Za karę będzie musiała przyjechać do mnie wkrótce. Jesteśmy umówione :>
Szalona kobieta, BlablaCarem jeździ.
Umówiła się koło stadionu, a ja ze zdziwieniem odkryłam, że tam lokomotywa stoi :P
Fotki Zmorki na lokomotywie posiada li i jedynie Zmorka. 

I aczkolwiek nie rozwiązałyśmy żadnego światowego problemu, to był cudowny dzień.
Przynajmniej dla mnie :)
Dziękuję, że jesteś.

sobota, 19 maja 2018

Nowina

goni nowinę, Kochany Pamiętniczku, że ojapierdolę.
Znów zaniedbałam telefonik, co ja paczę?
Jest SMS od Szwagierki, że Szwagier jej przywiózł książeczkę mieszkaniową Eksa i że dostarczy mi ja, jak wyzdrowieje, bo srogo chorzała.
Szok w rodzinie.
Zatkało kakao :)
Wczoraj rozwaliłam sobie krzyż albo nereczki, bo coś mnie boli, ale też odstawiłam akcję szatańską.
Jako że nierasowy chomik ze mnie i gromadzę wszystko, moja loggia powoli zarastała i to nie tylko badylami...
A to koszyczek, a to wiadereczko, słoik, doniczka...
Tfuj.
Wczoraj wywaliłam, nie, jeszcze nie wszystko, bo zabiłabym się, ale sporo śmietnika zapchałam.
No i teraz boli, ale dziś dzielnie po Manhattanie polazłam w długą, bo trza być kwardym, a nie miętkim.
I tak do wujka Mietka wleciałam, tradycyjnie zapalając dla wszystkich jeden ogarek, niech się sprawiedliwie dzielą, a co, przecież pensji mi nie starczy, jak będę każdemu osobną świeczuszkę stawiała, a i miejsca pod pomnikiem zabraknie.
Nazbierało mi się tych Umarlaków...
No a dalej poszłam w stronę słońca


Przy fontannie przy Operze aniołek siedział...

Na tym murku ktoś maluje mądre napisy, muszę częściej tu wpadać :D

Tu wciąż czuje się jak w obcej wiosce :P

 Dziewczyna narzekała, że gorąco, ale w futrzanej czapie szła :D
 A pod Kaponierą inwazja...
 ... chociaż temu czarnemu miecz się zaplątał i afera była :D
Potem już szli razem ze mną w stronę słońca...


 I coraz więcej i więcej cudaków było...


 ... a pod murkiem znana w całej wiosce babka żebrząca. Ponoć całkiem niezłą brykę ma...
 Dziewczyny były tak miłe i przystanęły na chwilę :)
 Kulson pasował jak ulał do tej bajki, co nie? :)





 Gość uzależniony od smartfona :)


 Niektóre stroje dopracowane w szczegółach...

 ... a tych nie powstydziliby się w Hollywood...





 I Gwiazdor też był, chłopak wlazł mi w kadr i fotka jest jaka jest :)

 To był Lucyfer. Czarne skrzydła nióśl. A jak Lucyfer, to i Ruda musi być :D

Son of Anarchy. Kiedyś oglądałam, ale za dużo mordobicia było i przestałam. Zresztą żaden fajny harleyowiec się nigdy mną nie zainteresował.

A w poniedziałek Zmorka do mnie wleci. Będziemy wąchały :)

UPDATE

Własnie się doczytałam, że księżna Kate była trzeci raz w tej samej sukni na ślubie Harryego i Meghan.
Ja na ślubie obu synów byłam w tej samej kiecce i wyglądałam za każdym razem równie paskudnie.
A w międzyczasie byłam w tej kiecce na ślubie Kierownika Budowy.
I żadne media o tym nie pisały.
Skandal.
I do trumny mnie w niej włożą, jeśli się zmieszczę jeszcze :)
I o tym też nie napiszą :P