kupiłam, Kochany Pamiętniczku.
Dziwnie się czuję.
Najpierw wpłacaliśmy wkład. Potem było spłacanie rat kredytu, przyszedł moment, że można go wg ustawy było spłacić w całości. Na spłacenie całego kredytu i wykupienie mieszkania na własność potrzebny był ponad milion. Niestety, mieliśmy tylko 890 tys. - tyle kosztowało spłacenie kredytu. Gdybyśmy go nie spłacili, płacilibyśmy horrendalny czynsz. Spłaciliśmy, rzutem na taśmę.
A potem Eks się wyniósł. I znów można było wykupić mieszkanie na własność, w sumie na dzisiejsze pieniądze to już były grosze, bo coś koło 600 zł. Drugie tyle kosztowało członkostwo w spółdzielni, które opłaciłam, bo inaczej nie mogłabym nic wykupić. Pani mi odradzała, mówiła: po co pani członkostwo, jak pani umrze pierwsza, pieniądze przepadną, po co to pani.
Ano, jakoś nie umarłam... Za to Eks umarł.
I mogłam to teraz sfinalizować notarialnie, bo zależy mi na tym, żeby chłopcy mieli miejsce na Ziemi.
Tak więc mieszkanie kupiłam.
Jestem wzrokowcem, więc siedzenie i słuchanie czytania notariusza to była dla mnie tortura. Ale przeżyłam.
Okazało się, że jako posiadaczka muszę zgłosić to w wydziale finansowym UM i mam na to dwa tygodnie. Czynsz zmaleje mi o jakieś tam grosze, ale będę musiała za działkę płacić sama. Jeżu kolczasty, jak nie chciało mi się iść do tego wydziału, a panie tłumaczyły mi jak krowie na rowie, że to rzut beretem. Ale nie moja dzielnica! Niby wiem, gdzie, bo przecież mieszkam tu już 46 lat, ale... Nie lubię Jeżyc i tyle :D
Ale przemogłam się i poszłam.
Żeby mieć z głowy, żeby już nigdzie nie latać.
Okazało się, że zwariuję, nim znajdę w akcie notarialnym te wszystkie numery działek i inne cuda wianki.
Rozśmieszyłam młodą urzędniczkę, twierdząc, że mam wtórny analfabetyzm i nie wiem, co gdzie wpisać, pomogła.
Teraz mam czekać miesiąc, aż mi wyliczą ile im mam dać kasy (ponoć jakieś 20 zł), potem mi jeszcze czynsz przeliczą (ponoć spadnie) i z mieszkaniem na razie spokój.
Jeszcze jedna wyprawa do US, bo zapomniałam zapytać, czy muszę to skarbówce zgłosić, a chcę spokojnie spać.
No i ta książeczka nade mną wisi, ale co ma wisieć, nie utonie.
Życie pachnie skoszoną trawą, koszą wokół jak szaleni. Sianem pachnie. Lubię ten zapach.
A w domu wolność pachnie oliwnikiem, kiszonkami i rozkwitającymi piwoniami.
Ale troszkę tęsknię za jesienią, za mrokiem, bo teraz budzę się i jasno, kładę spać i też jasno i nie ma kiedy zapalić światełek do nieba :)
Ale nie będę grymasiła.
Papryki nakupiłam, bo wczoraj zakisiłam z kapustą i ze szparagami paprykę i... zapomniałam, jakie to dobre. Więc kupiłam, jutro na targu znów szparagi, koper i chrzan i kiszenia ciąg dalszy. Nie gotuję, bo nie mam miejsca na jedzenie. Koktajl albo sałatka z pietruszki, do tego śniadanie, kiszonki, truskawki, i już pora na kolację, albo i nie, no gdzie to mieścić?
I dlatego lubię lato :)
Czyli pokręcona na maksa jestem.
A...
Kopara mi opadła w Rossmannie, bo okazało się, że i dezodorant jest w 100% procentach wegeteriański.
Świat zwariował, a ja razem z nim :)
A niewegeteriański to co, tłuszcz ma w środku?
Cieszę się, że w końcu wychodzisz na płaskie. Dość dreptania pod górkę. Teraz to już tylko lepiej będzie. Powodzenia!
OdpowiedzUsuńDziękuję :) Taką też mam nadzieję :D
UsuńGratulacje !!!
OdpowiedzUsuńCieszę się razem z Tobą :))
OdpowiedzUsuńDziękuję, jak miło :)
UsuńNie jest testowany na zwierzętach ,głupia nazwa,ale przede wszystkim o to chodzi.Są specjalne oznaczenia na kosmetykach.
OdpowiedzUsuńGratuluję nabycia mieszkania:) Jak dobrze mieć takie papierkowe i urzędowe sprawy uporządkowane!
Dziękuję :) To jeszcze nie koniec, ale o to przede wszystkim chodziło. Żeby nie wylądować na ulicy i żeby nie przepadły pieniądze naprawdę wyszarpywane wtedy z gardła. I dziś też, ale teraz łatwiej, bo nie mam już nikogo na utrzymaniu i nie muszę się martwić, że znów im kopyta urosły, a buty się podarły :) Akurat na tym dezodorancie oznaczeń nie było. No i Synowa nie zrozumiała ironii, jak pisałam o wypadającej sierstce. Czasem trudno zrozumieć, że ja nic do zwierzątek nie mam, że ich nie krzywdzę, a to chyba się liczy? :)
Usuńformalnie ja jestem z Jeżyc.
OdpowiedzUsuńTo masz szczęście, bo każdy z Dębca to przestępca :) Więc sama mam wątpliwości, czy można się ze mną zadawać. Moja Synowa jest z Jeżyc. Rynek Jeżycki drogi jak cholera. Na Manhattanie lepszy towar i taniej. Tylko kwiaty macie fajniejsze tam :D
Usuńna rynku nie byłam już przynajmniej dwa lata. Moje Jeżyce są na granicy z Winogradami.
UsuńA Manhatatan to gdzieś niedaleko kościoła na Dębcu? Ja czasem lubię pojechać do takich warzywniaków na pętli tramwajowej na Dębcu przy przejeździe kolejowym
Nie ma już tych warzywniaków. Od dawna, jest tunel.
UsuńManhattan jest przy piekarni Faworu, żabi skok od pętli.
Warzywniak (kiosk) niedaleko pętli poległ po wysadzeniu kamienicy w powietrze. A ryneczku koło stacji Poznań Dębiec (bo o tym chyba myślisz) nie ma od wieków...
Ojej....☺️
UsuńA ja bym bardoz chciała zobaczyć Jezyce, bo się zaczytywałam Musierowicz. Gratuluję!
OdpowiedzUsuńJeżyce są przereklamowane, właśnie przez Musierowiczową. Dom Borejków jest aktualnie w remoncie, cały płachtami pozasłaniany, jak odremontują, postaram się sfocić :) Na Google Street możesz obejrzeć, z braku laku dobry i opłatek :O
UsuńA i zapomniałam podziękować, Eulampio, wybacz :)
UsuńKurka wodna :) ja z okolic Poznania właściwie 6 km od M gdzie jak się domyślam bywasz :) Gratuluję mieszkania i spokoju z tym związanego, kochana z innej beczki ty kapustkę ze szparagami kisisz?? Jak ? Uwielbiam jedno i drugie i własnie podłogę wycieram bo mi ślinka pociekła ale tak nie umiem :( mimo że poznańska pyra jestem pozdrawiam Passi
OdpowiedzUsuńNie, szparagi osobno. same albo z papryką, ostatnio dorzuciłam im do towarzystwa fasolkę. A kapustkę też osobno, dodaję do niej marchewkę, czasem pietruszkę, a ostatnio marchewkę i paprykę. Kombinuję jak koń pod górkę, ale nie sądzę, żeby kapustka dobrze się ze szparagami kisiła. Dziękuję!
OdpowiedzUsuń