poniedziałek, 7 maja 2018

Nie taki straszny

diabeł, jak go malują, Kochany Pamiętniczku.
Spieszę więc uspokoić zaniepokojonych, że nic złego się nie dzieje, a chuje czasem są dobre :)
Co nie zmienia faktu, że świąt nie będzie :)
Ale to już jak zwykle los płata psikusy i tak musi być.
Noc w każdym razie lekka nie była, wstałam z leksza niedospana, ale mówi się trudno i leci się do pracy.
No...
Wiśta wio łatwo powiedzieć :D
Tradycyjnie: roletki, kanapka, łazienka, śniadanko i sruuu do kompika.
I zonk.
Kompik się nie włącza.
Jednak się zmieniłam i to bardzo. Jeszcze niedawno od razu złapałabym za telefon i dawaj męczyć biednego Inżyniera.
A teraz?
Hmmm. Co on może, jak nic nie może?
Włączam światło, prąd jest (przed chwilą kawę robiłam).
Jedna lampka nad biurkiem nie świeci, druga świeci.
Jedna jest na zasilaczu, druga prosto z kontaktu. Znaczy się, zasilacz padł, Ale który? Bo są dwa :P I tak dedukując jak Sherlock Holmes bez Watsona doszłam do tego, co się spsuło. No nic, ogarnęłam, klnąc, bo po remoncie tak nieszczęśliwie porozkładam przedłużacze, że leżą sobie a muzom i kurzą się.
Bo w złym miejscu wyciągnięte, nie przełożę, bo za szafą kolosem (dwa!). Szafy przesuwała nie będę, to nie na moje lata taki cyrk, a Pudziana czy innego tak Wyrwidęba nie mam pod ręką.
Ale dumna z siebie byłam jak paw, bo ogarnęłam, nie podnosząc Inżynierowi ciśnienia w Bank Holiday.
Bo Anglicy mają taką mądrą tradycje, że pierwszego maja świętują nie pierwszego maja, ale zawsze w pierwszy poniedziałek maja. I tym sposobem nie maja kretyńskich długich weekendów.
Kretyńskich, bo u nas wszystko leży i kwiczy i nie, nie zgadzam się z tym, że fajnie jest.
Co nie znaczy, że komuś zazdroszczę, ale u mnie zawsze jest bajzel. Bo nikt nic nie robi, nic nie ma, a potem huzia na Józia.
Mniejsza z większym.
Miasto totalnie zakorkowane, ale przezornie pojechałam bimbą i nic się nie działo.
Na 178 emilków tylko jeden coś wart. Reszta spam. Po dwóch tygodniach mojej nieobecności w pracy. Zaiste, powyrywali sobie rękawy. Część załogi chora i ponoć poważnie, część jeszcze wojażuje, a reszta snuła się z kąta w kąt.
Emilek podniósł mi ciśnienie, bo znów mam szkolenie BHP!
Ojapierdolę.
Czy ja mam sklerozę, że co dwa lata muszę się na nowo szkolić? Tym bardziej, że to farsa i cyrk na kółkach. Nie ogarnęłam, że dziś 7, a szkolenie wyznaczone na 9 i w panikę wpadłam, Bo ja wciąż na bakier z kalendarzem jestem :D
No i emilkuje do pani, że sorry Batory, ale nie nie było, że sala konferencyjna zamknięta i tragedia :P
Pani milczy, więc jadę do góry i co ja paczę? Pani też nie ma. Ale okazało się, że piętro się przemeblowało, a ja cyrk robię, bo dziś siódmy :)
Zatem sytuacja opanowana i dziewiątego o dziewiątej mam szkolenie BHP i test.
I to byłoby na tyle, nie licząc herbatki, śniadanka i podlania badyli.
A, i tego że Boss mnie przywitał (sic!), podając mi rękę.
Nie wspomniałam nic, że mam niezapłacone, bo to za wcześnie, do listy płac zapomni, a nie miałam ochoty na psucie sobie humoru. No i może będę jednak innych opcji potrzebować, te parę stów mnie teraz nie zbawi. Poczekam.
Wyniosłam się po angielsku i poleciałam do CIM po bilety na Il Divo.
I dupa. W CIM wielka karta, że wejściówek nie dostali. Pan nie wie, kiedy dostaną, każe dzwonić albo szukać po kościołach.
Jeszcze nie zwariowałam. Widocznie nie mam być na tym koncercie, a YouTube jest.
Spoko (ja, pierdolony kwiat lotosu, nic mnie nie wzrusza)...
Okrężną drogą, bo wszystko rozkopane i nic nie jedzie jak ma jechać, jadę do domu i po drodze Eureka, a raczej Saturn.
Wparowałam po kabel i chociaż to poniedziałek, kupiłam.
Tak grzebałam w zasilaczach i fociłam, że aż obsługa się mną zainteresowała, ale odprawiłam z kwitkiem, bo Inżynier  już napisał: matka, brać :D
Zapłaciłam jak za zboże (no, były droższe), ale mam kabel, w którym jest automatyczny bezpiecznik. Teoretycznie gwarantują nawet bezpieczeństwo w czasie burzy, ale nie ze mną te numery Brunner.
Tak więc nawłaziłam się pod biurko, nałykałam kurzu i natrzaskałam w ten głupi łeb, ale pięknie podłączyłam, zyskując dwa zasilacze i przestawiając znów w małym pokoju.
A co, trzeba się czymś zająć.
Inżynierostwo zaś z potomkiem pojechali na kawę do Robin Hooda. Zobaczymy, co się z tego wykluje :P



5 komentarzy:

  1. Witam w twoich progach. Pozwolisz ze będę goscic u ciebie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam, czuj się swobodnie :) Herbatka? Miło mi bardzo :)

      Usuń
    2. Dziękuję. Jestem z poznania :-)

      Usuń
  2. Tylko nie mów, że mnie realnie kojarzysz, bo się utopię :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, nie. Ja z innej czesci miasta.

    OdpowiedzUsuń