mnie wkurw ogarnia, Kochany Pamiętniczku.
Z rodziną Eksa nie utrzymywałam kontaktu od chwili kiedy odszedł, czyli kilkanaście lat.
Na pogrzebie teściowej byliśmy, bo uważałam, że trzeba się pożegnać, że to babcia moich chłopców i ładne kilkanaście lat była babcią, zanim odrzuciła nas wszystkich.
Po prostu zadzwoniła do mnie i stwierdziła, że jestem kurwą.
Powiedziałam: tak, ma mama rację.
Nie wiem, dlaczego rozbawiło to szalenie chłopców, do dziś opowiadają to jako rodzinną anegdotę.
Liczyła się wersja Eksa, o naszą nawet nikt nie zapytał, nikt się nie zająknął.
Odszedł, gdy chłopcy jeszcze się uczyli.
Łaska pańska, mogłam mieszkać w mieszkaniu.
Ale on też na ulicy nie był, miał tę pieprzoną willę w najdroższej dzielnicy miasta.
Teść zostawił 17 (!) testamentów, wybrali najlepszy dla ich interesów. Po pogrzebie teścia zamknęli się, bez "obcych" i uradzili, że ten testament podadzą, że jest najlepszy.
I tak Eks został posiadaczem.
A mnie wezwano na rodzinny dywanik i na moje nieśmiałe, że sprzedam mieszkanie, zapłacę zachowek zostałam obrzucona wyzwiskami, że jestem idiotką, że nie zdaję sobie sprawy z tego, że jak się ma chałupę, to nic, tylko kamień u szyi i do Warty, że granat wrzucić, żeby się pozbyć problemu.
Zachowek należał się też teściowej (ich zdaniem), od lat już rozwiedzionej i która swoją część wzięła w trakcie rozwodu, prawie że tnąc meble na pół.
Powiedziałam sobie wtedy, że NIE MA ŻADNEJ WALKI.
Niech sobie to wszystko w dupę wsadzą, a było co, bo willa piękna, salon jak całe moje mieszkanie, ogród zimowy, warsztat, inne takie tam.
Eks oczywiście nie ustąpił, bo to się JEMU NALEŻAŁO.
Więc poszedł po kolejnej awanturze do mamusi.
I dobrze.
Szwagier wziął go w opiekę i wkrótce ubezwłasnowolnił, a podstawy miał.
Nie walczyłam. Z jednej pensji, mizernej pensji korektorki utrzymywałam dzieci.
Nie dostałam grosza alimentów, zresztą nawet o nie nie występowałam, bo po co?
Mieliśmy głodno czasami, ale był spokój.
Wiele w tym czasie się działo w mojej rodzinie, ale mieliśmy spokój i wszystkie zakręty udało nam się wyprostować.
Szaleństwa Pierworodnego, jego nieodpowiedzialność (Baran, nigdy Ci tego nie zapomnę!), samobójstwo mojego brata, Inżynier własnym sumptem i przy pomocy brata i Barana pojechał na Erasmusa do Szwecji.
A ja pracowałam, bo co jak co, ale praca mnie kocha.
Nikt z szanownej rodziny nie zapytał wtedy, czy żyjemy, nawet gdy Inżynier na OIOM leżał z wyrokiem śmierci.
Zawiadomiłam.
Nikt go nawet nie odwiedził.
Czasami nawiązywała kontakt jedna ze szwagierek, żeby polamentować, jak to paskudnie wykorzystał ich szwagier opiekun Eksa.
Jakie to świństwa robią.
Ile ich to kosztuje.
W sumie byłam ze wszystkim na bieżąco.
Dwanaście lat się procesowali między sobą, a jakże.
O zachowek.
Żaden, kurwa z niego nie zrezygnował. A są to ludzie sytuowani, majętni. Lekarze, biznesmeni. A w testamencie teść napisał, że zapisuje Eksowi, bo przez los poszkodowany i będzie mu trudno wychować dzieci. Ale im się należało. Powinni to mieć wyryte, w herbie, bo a jakże, są herbową szlachtą. Dziw, że się Eks ze mną ożenił, taki mezalians, bo mój dziadek jeden był szewcem, a drugi chłopem folwarcznym.
Mnie, kurwa, trudno nie było.
Eks, jak wiadomo, zmarł nagle.
I teraz jedna ze szwagierek pisze do mnie non stop, że mam temu chujowi nie odpuścić, że mam go rozliczyć, bo nakradł to, co nam się należy. Że mam wziąć adwokata i mu nie dać. Nota bene, chrzestna Pierworodnego. Lekarka w Niemczech, ale biedna, mimo emerytury wciąż musi pracować, bo nic nie ma.
Mieli pałac z bajki, nie wiem, dlaczego mieszka w wynajmowanym mieszkaniu. Nie pytam, nie mój cyrk, nie moje pchły. Chłopcy tam byli raz na wczasach i wrócili zaszokowani.
Że mam nikomu nie ufać.
I takoż czynię. Nie ufam nikomu. Było ich sześcioro, a na pogrzebie matki nie witali się ze sobą.
Na pogrzebie Eksa witali się już i mówili mi, że mam nie dać temu chujowi.
Teraz do mnie pisze, że książeczkę mi oddał, bo się boi, że go rozliczę z kradzieży.
Pytanie: jak?
Skoro sąd opiekuńczy zakończył jego opiekę, to co mam zrobić?
Bić się o działkę na Księżycu?
Ile weźmie adwokat, i co udowodnię?
Ta, wezmę dodatkowe pół etatu, żeby mieć na adwokata, bo co jak co, ale
spokój i odpoczynek mi niepotrzebne, zwłaszcza przy moich szalonych
zarobkach korektorki :)
Mam SMS, inne takie tam. Wiem, że kupował sobie na rachunek Eksa buty za 700 zł.
I?
Wiem też, że mimo że wyszarpywałam sobie pieniądze na wszystko z gardła, że ubieraliśmy się w lumpeksie, to jednak z głodu nie umarliśmy, a dzieci studia skończyły. Ułożyły sobie życie tak, jak im pasowało, może nie zawsze budzi to mój zachwyt, ale to ich życie.
Mam trójkę wnuków, dla których może kiedyś będę miłym wspomnieniem, ale miłym, taką mam nadzieję.
Mieszkanie jest moje.
Zdrowie w miarę.
Mam pracę, wkurwiającą, ale mam. I lubię ją.
I mam to zamienić na łażenie po sądach i procesowanie się o co?
O to, że zniszczył własnego brata?
Wiem, też jestem winna. Ale jak zawsze tłumaczyła rozwód moja teściowa: dla dobra dzieci się rozwiodła. Też zrobiłam to dla dobra dzieci.
Żeby miały spokojne lata, bez kłótni, bez awantur, bez "bo mi się należy". Eksowi wszystko się należało, nie przyjmował do wiadomości, że nie. A teściowa zawsze mu mówiła: zrobiłeś tak, bo coś ci się od życia należy.
Ano.
Mnie się nic nie należało, pchałam tę taczkę, bo taką miałam fantazję.
Teraz już nie pcham, nic nie muszę
I na pewno nie będę gnębiła tego chuja, bo po co?
Chłopcy podzielają moje zdanie. Też nie mają łatwo, ale do wszystkiego dochodzą sami.
A ścieżki wyrównaliśmy tak, że jak kopyta wyciągnę, będą mieli różne opcje. Wybiorą, jak będą chcieli.
Nie piszę testamentu. Wierzę, że będą po moim odejściu braćmi.
Takimi, jakimi są od zawsze. Nawet Baran mówił, że takiego rodzeństwa to nie widział.
Oddalili się trochę od siebie, bo Inżynier ma zbyt dużo swoich zmartwień na głowie, żeby prostować pokręcone ścieżki brata, nawet ja spasowałam.
Ale są dla siebie. I to się liczy.
Więc, nie, nie będę walczyła z tym chujem, bo nie mam o co.
Żyję dniem dzisiejszym. Jutra może nie być. A wczoraj nigdy nie wróci.
Pamiętam dobre chwile, bo warto.
A było ich trochę :D
Dość lamencenia.
Jest cudnie.
Navigare necesse est :)
Inżynier, Skunks Nieskrobany, tym razem wycelował idealnie, dziś ze szpary unijnej wyciągnęłam
Idealnie, w punkt i łezki mi pociekły.
Tym bardziej doceniam, że pamiętał karteczkowo i o angielskim, i o polskim Dniu Matki. A ma właśnie urywanie głowy.
Wie, że mam pierdalca na punkcie karteczek.
Doceniam.
Czuję się bardziej dowartościowana, niż gdyby mi diamenty kupił :)
I dla takich chwil robiłam tak, jak robiłam. I nie żałuję niczego! Absolutnie!
Potem wyżyłam się w kuchni:
Moja kwaszona kapustka, młoda, z marcheweczką i papryką. MLASK, ojapierdolę :)
I dwa gary szparagów (poprzednie dwa zostały pożarte, co widać po moich stopach, ale oj tam, oj tam szparagi się skończą i opuchlizna zlezie sama), zakiszonych - uwaga, Achtung, wnimanije, pozor, pozor, budiet tryskat' - z papryką i młodą fasolką.
Pachnie już nieziemsko.
Tracić taki piękny czas na procesowanie się?
Nie.
Ważne są tylko chwile.
Spokojne.
Ciche, z Radiem Pogoda... Z badylami, światełkami i wspomnieniami o pięknych dniach, z nadzieją, że jeszcze takie będą.
Upływa szybko życie...
PS A truskawek się nie obiera. Szypułki są jadalne. Jako że to do mnie nie przemawia, biorę jogurt grecki i miksuję.
Trzeba umieć sobie radzić i wykorzystywać sprzęt kuchenny :P
Stara Jędzo. Jesteś Wielka. Podziwiam.
OdpowiedzUsuńPewno, ze jestem :) Całe 160 w kapeluszu i na Gazecie Wyborczej. Bo ona wszystko wyolbrzymia :P
UsuńPoprzedniczka wyraziła moje myśli w całej rozciągłości. Trzymaj się SJ ciepło. Ślinka mi cieknie na Twoje smakowitości!
OdpowiedzUsuńTrzymam się, wg rozkazu. A smakowitości można samemu zrobić :D Thx :*
Usuńja se kupiłam szparagi i zaraz ukiszę , mam paprykę to też włożę i kawałek cebuli o to jest myśl , u nas dziś gorąco więc dzień spędzę na tapczanie a wieczorem pojadę Helą do Mamy ,
OdpowiedzUsuńtak życie jest piękne ale cza umieć widzieć to piękno i potrafić się cieszyć właśnie z takich małych rzeczy
kapusta wygląda obłędnie , myślę że ukisisz jeszcze i może nie pójdziemy do meksykańskiej a do Twojej kuchni ?:D
Do kuchni zawsze możesz wejść. Kiszonki będą. Ale na obiad idziemy do meksykańskiej, bo tak. Bo życie nie polega na staniu przy garach. I na zmywaniu, bo ja zmywarki nie mam. Kuchnia już nie jest moim sacrum, jest zabawą :P Więc kiszonki masz, ale obiad w knajpie :P
UsuńKapusta poprawiana w Photoshopie (żart)
UsuńMyślę, że słusznie wybrałaś, bo łażenie po sądach zatruwa życie. Wiem, bo doświadczyłam tego z rodziną mojego męża. Sprawy toczyły się kilka lat, bo brat męża nie chciał przyjąć do wiadomości, że prawo do rodzinnego majątku ma także mój mąż. Szwagier chciał zagarnąć wszystko, chociaż od początku było wiadomo, że zachowek należy się ślubnemu jak psu miska. Skutek przeciągania spraw sadowych przez szwagra był taki, że odsetki sądowe były równe kwocie zachowku, więc mąż zyskał większe pieniądze. Niestety relacje między braćmi, które z winy szwagra nigdy nie były najlepsze, po śmierci teściowej zostały całkowicie zerwane. Ludzi różni wiele spraw, ale najbardziej różnią pieniądze. I to jest bardzo smutne, że czasami najbardziej liczy się pieniądz.
OdpowiedzUsuń
UsuńNo proszę, miło być w dobrym towarzystwie. Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego ludzie zabijają się dla pieniędzy po sądach. Do grobu NIC nie zabiorę. Goła na ten świat przyszłam i z niczym odejdę. Moim majątkiem są dobre chwile. O ileż łatwiejsze byłoby życie,gdyby wszyscy o tym pamiętali. Zazwyczaj najwięcej chcą ci, co mają już wszystko.Ale szczerze? Lepiej mieć gołą dupę i spokojnie spać :D W sumie żal i Eksa, i chłopców. Ale ich to zahartowało, a on, mam nadzieję, gdzieś tam wybaczy mi moją decyzję, taką, a nie inną..
Twoja decyzja jest dobra, bo jest Twoja i Tobie pasuje. Kiedy mój mąż zdecydował się iść do sądu nie byłam specjalnie szczęśliwa, ale teraz się cieszę, bo dzięki tym pieniądzom mamy z czego dokładać do emerytury. Jednak pazerność ludzi wciąż mnie zadziwia. No, ale ja dziwna baba jestem. Pozdrawiam i cieszą się z Tobą, że tyle trudnych spraw masz już z grzywki.
OdpowiedzUsuńno i szacuneczek dla Ciebie, pozdrawiam
OdpowiedzUsuńAleksandra