sobota, 12 maja 2018

Śmierci

bym się spodziewała, Kochany Pamiętniczku, ale nie tego.
Mój telefon zazwyczaj leży gdzieś tam, no gdzieś, gdzie go Miśki wywleką, chyba że się ładuje. Bo do mnie i tak nikt nie dzwoni i nie pisze.
Umówiona byłam z siostrą Synowej, że zabierze Alienkowe bambetle, bo za niedługo Inżynierostwo ląduje i to nie u mnie.
Bladym świtem więc kurcgalopkiem zwijam się na Manhattan, po pietruszkę, a jakże...
Biorę telefon i...
O mało nie zeszłam na zawał.
Wieczorem szwagierka wysłała SMS z pytaniem, czy zobaczę się ze szwagrem, tak z TYM szwagrem, czy też podam numer konta bankowego (i tu sądzę, że nakręciła, jak zwykle, ale to nic pewnego).
Ręce latały mi tak, że parkinson przy mnie to pikuś, a ciśnienie miałam jak po wejściu na Mt Blanc.
Dzwonię do Inżyniera, na całe szczęście odebrał. Mówi: spotkać się.
Więc w galopie odwołuję odgracanie (jest jeszcze czas) i piszę, że OK, będę przed południem w domu, tak jak chcieli, ale proszę o puszczenie dzwonka, bo domofonu nie słyszę.
Szwagierka nie wiedziała, co to znaczy. Szok, nie wiedzieć, jak puścić dzwonek :)
Pietruszkę zgarnęłam jak tornado, tudzież pomidorki i z rozpędu kupiłam arbuza, bo też moczopedny.
Zdębiałam. Arbuz po 5 zł za kilo, myślałam, że waży jakieś dwa :) A on ważył 4,5 :) Też mam wyczucie w ręku, no ale trudno. Nie chcę dzielonego arbuza, bo kroją nie wiadomo czym i nie wiadomo, ile na tym bakterii.
Tak, jestem starą wariatką, ale każdy owoc muszę umyć. I nie, nie spróbuję na targu nic :) Kupuję w ciemno.
Aparaty na uszy i siedzę i kwitnę.
Przyjechali przed drugą, jak dla mnie to popołudnie, a nie przed południem, ale nie bądźmy drobiazgowi. Dzwonka nie puścili, ale aparaty pogłośniłam i... git majonez :P
Przyjechał szwagier z kuratorem.
Wersal, jakbyśmy byli w najlepszych stosunkach całe życie.
A nie rozmawialiśmy ze sobą prawie 17 lat!
No nic.
Ja wszystko źle odbierałam i niepotrzebnie brałam do siebie.
Niech i tak będzie.
Dostałam pismo, że sąd zakończył postępowanie i rozliczył szwagra. Że mam mieszkanie (też mi nowina) i... podany numer konta Eksa.
Że teraz mam się bić o resztę z chłopakami, bo jemu już nic do tego.
Ok. Nieważne, ile tam jest, dowiem się w swoim czasie. Nawet jak będzie 10 zł to ulga, że już koniec z tym, jeszcze tylko mieszkanie.
Powiedziałam o książeczce mieszkaniowej Eksa. Zdziwienie, że coś takiego jest. Nie widzieli, ale sprawdzą. Ta. Jak będzie, zwrócą mi, bo im na nic, a ja jestem prawowitą małżonką.
Jebłam.
Ale nic.
Pytam o grób. Mam się nic nie martwić, wszystko pokryte, opłacone, pomnik nie jest postawiony, bo kamieniarz nie może dostać takich samych mosiężnych liter, jak były, a innych nie można. OK.
Zostawił telefony, emilka i rzekł, że jak coś potrzebuję, to mam się do niego zgłosić.
Jebłam.
Podziękowałam, powiedziałam, kulturalnie, a jakże, co o tym myślę.
Że pomocy potrzebowałam wtedy, gdy sama szarpałam się z chorobą Eksa, gdy potrzebowałam pomocy z załatwieniem szpitala, co oni robili od ręki, a ja byłam w tym sama. Kurator potakiwał, a ja nie pożałowałam sobie powiedzenia, że prawda jest jak dupa, każdy ma swoją. Zresztą za tę kasę, co zgarnęli, też się naszarpali, ale to było na zasadzie, żeby Stara Jędza nic nie dostała. Każdy miał, to co chciał, oni kasę, ja święty spokój. Dla mnie dobry deal.
Faktem jest, że jedna siostra Eksa, też lekarka, mieszkająca w Niemczech, przyjechała, gdy Eks był  w szpitalu. Pojechała tam, jak sama mówiła, porozmawiać z kolegą po fachu. Wraca, pytam: Zosia, dałaś mu coś? A ona oburzona: koledze? U nas się nic nie daje. Dwa dni później dostaje wezwanie do szpitala i pan dyrektor prosi mnie na rozmowę. Nawet nie mięta przez rumianek, ale prosto z mostu, że jak chcę, żeby się dalej leczył... Niestety, nie wziął poprawki na to, że ja miałam gołą dupę, do dziś mam i żaden urząd skarbowy mnie nie ściga. Więc tego samego dnia wypis i... Kurwa mać. Cały miesiąc kuracji poszedł w pizdu, kolejny nawrót. Tak mi pomagali. A szwagier, gdy chciał wyjechać na miesiąc na wczasy, z ulicy wsadzał go do szpitala, nawet szlafroka mu nie zapakowali. Przyszło do mnie potem pismo z wezwaniem do zapłacenia za szpital, bo pacjent nieubezpieczony! Wkurwiona odpisałam, że pacjent jest ubezpieczony, bo ma rentę, a opiekuje się nim doktor taki i proszę tam pisać, nie do mnie, adres jego pracy podając. I cisza, już nikt nie pukał o pieniądze. Pytali wtedy Eksa o papiery i adres, to podał mnie. Bo wszystkie papierowe sprawy zawsze ja załatwiałam!
Ale co będę teraz szaty darła.
Było, minęło.
On albo śpi, albo jest w lepszym czy gorszym świecie, nie wiem.
Nic już nie zmienię, złości w sobie hodowała nie będę, bo nie warto, szkoda tych dni, które mi zostały na płakanie nad rozlanym mlekiem.
Szkoda dni nieprzeżytych, tak jak było w planach, ale tak już jest, że co rusz chuj bombki strzela i świąt nie ma.
Pewien etap za mną.
Wiem jedno - nie wytoczy mi sprawy, chłopcy też mogą spokojnie spać.
I niech tak zostanie.

Kostki jeszcze opuchnięte, ale już tak nie bolą i to jest dobra rzecz.
A za mną chodzi zapach zblendowanej pietruszki :)
Kupiłam też pietruszkę w doniczce, będzie na te dni, jak muszę do pracy zasuwać, bo marketowe pietruszki są jakieś takie sieroty, trzy gałązki na krzyż. Manhattańska pietruszka to jest bukiet :D


Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

12 komentarzy:

  1. No i kamlot z serca zleciał :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie warto rozpamiętywać złych dni, jak zresztą sama stwierdziłaś ...Bardzo się cieszę że już nie musisz się tym martwić. Teraz życzę Wam, aby konto było bardzo pękate :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż tu było słychać łomot tego kamulca, co Ci z serca spadł. I oby potoczył się na samo dno Hadesu.

    OdpowiedzUsuń
  4. będzie co opijać , a może też za co pić :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wodą mineralną, znając życie, Ale woda w życiu najważniejsza, więc hosanna!

      Usuń
  5. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Ameryce nie daje sie zadnych lapowek lekarzom. Mozna ewentualnie na koniec czyli na pozegnanie sypnac kwieciem, lub butelka dobrego trunku, ale nigdy w czasie leczenia. Nie spotkalam sie z tym w zadnym gabinecie lekarskim ani w zadnym szpitalu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Wy tam macie ubezpieczenie indywidualne. Też mogę takie płacić, ale... Po zapłaceniu haraczu obowiązkowego na państwową służbę zdrowia i utrzymując dom z jednej pensji (mówię o przeszłości), nie stać mnie było na indywidualne ubezpieczenia. Zresztą i obecnie mnie nie stać, bo jestem w tym wieku, że pensję oddam, a nikt mnie nie ubezpieczy. Nie uwierzysz, ale zęby zaczęłam leczyć na serio dopiero gdy dzieci się wyniosły, przedtem leczyłam ich zęby, nie moje :P Odstałaś jednak od realiów z PL U nas jest o tyle, o ile, że np. raka leczy się ustawowo, ale dostać się na leczenie porządne bez łapówki to marzenie ściętej głowy. To zresztą temat-rzeka i co człowiek, to inna opowieść. Dzieci mam tylko dlatego, że chodziłam prywatnie, tabletki na podtrzymanie ciąży kupowałam na czarnym rynku, kradzione ze szpitali... Long story :D Moje dwie szwagierki po wyjeździe do Niemiec (obie lekarki) były oburzone łapówkami w PL (dlatego jedna z nich polazła do szpitala i łapówki nie dala, co zaowocowało, jak zaowocowało). Zaś TEN szwagier, też lekarz, pracujący do dziś w PL ma "cudowne" opinie. Cóż więcej mogę rzec? Long story. Nie zna życia, kto nie służył w marynarce, wróć, nie przeżył go tu...

      Usuń
  6. Ja osobiście nie miałam żadnego problemu z wymuszaniem pieniędzy przez lekarzy w Polsce, a swego czasu chorowałam bardzo ciężko. Pamiętam, że dzieści lat temu można było dać kilka złotych salowej, żeby np pościel częściej zmieniła, ale lekarzowi nigdy żadnych pieniędzy nie dawałam. Ale dobrze, że masz już te rodzinne problemy rozwiązane. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jesteś szczęściarą, ja mam inne doświadczenia. Ale tylko w przypadku Eksa.
      Jak Inżynier umierał na zapalenie mięśnia sercowego, byłam gotowa zapłacić każdą cenę, sprzedać nerkę i co tam jeszcze miałam. Wyśmiano mnie, bo to się aspiryną leczy. Dostali na zakończenie kuracji taki tort, że do dziś wspominają. Życie. No ale są ludzie i są parapety... Życie.

      Usuń