sobota, 27 listopada 2021

Polak

 potrafi, Kochany Pamiętniczku :)

Jako kobieta przezorna i zorganizowana, o dziwo, noc bez szaleństw przespałam, więc rano


spakowałam gacie, koszulę nocną, szlafroczek i inne tam do torby, żeby Inżynier nie miał kłopotu. 

Inżynier wszedłszy zarechotał i mówi: jeżeli mamę to uspokoi, bierzemy torbę. 

Ale nie wzięłam, bo jak coś to jeszcze ładowarka i inne zabawki, więc mówię: jak coś to sobie pojeździsz...

Jadąc (najpierw odwieźliśmy Pierworodnego, bo wleciał po naklejki dla MW), pięknych przekleństw słuchałam, albowiem dziecko me, niesłuchające matki, postanowiło słuchać GPS, a jakże, zaktualizowanego, który wywodził nas w pole, ale co ja tam wiem o objazdach, skoro nie mam samochodu...

Hahahaha...

Po drodze wpadłam na szatański pomysł, że po prostu tego wstrząsu nie zaznaczę i co? Jedziemy do szpitala, jak mnie trafi, to zabiorą na oddział i Inżynier powie prawdę wtedy.

Obsługa na Szwajcarskiej jak w przedwojennym Hiltonie, rozlazła mi się chińska maseczka, to pan pospieszył z pudełeczkiem autentycznych medycznych maseczek i prosił, by wziąć dwie :)

Żeby nie Inżynier miałabym jak w ruskim czołgu, bo pani z dyżurki rejestrującej nie rozumiałam, akurat bateria siadła, no ale wiadomo - wierny tłumacz u boku, poszło gładko.

Jako że wszystko było zaznaczone na opak, chwila i byłam na krzesełku, a uprzejma pielęgniarka maseczkę zdjęła, poinstruowała, nalegając by zaraz zażyć dwa apapy i koniecznie apapy... I oczy kwadratowe zrobiła, gdym rzekła, że w ogóle nie czuję ukłucia, bo ona się panicznie bólu boi. 

Po naklejeniu plasterka


 nie dali wprawdzie odznaki Dzielnego Pacjenta, ale dali certyfikat szczepienia, a na ajfonika momentalnie wleciał SMS, że następne szczepienie już tuż za rogiem, a  że w sobotę, to I. po powrocie do domu mówi, że jedzie ze mną, bo tam dojazd jak do piekła jest.

Wysiedzieliśmy 10 minut i zarządziłam odwrót, bo mi się nudziło, a rozmowa w maseczce to o kant dupy potłuc. 

I pojechaliśmy, chociaż mówiłam: skręć w lewo, a GPS kazał w prawo, no i... utknęliśmy w korku na remontowanym od wieków rondzie Rataje... Nie słuchała myszka mamy, nie miałam nic do jedzenia oprócz cukierków z imprezy z Francuzami, a kiszki nam marsza weselnego grały... Inżynierowi cukierek wleciał, nie miałam nic do popicia, dobrze, że staliśmy w korku, bo byłaby draka (zapisać w kajeciku: wozić picie i batoniki). 

Odkorkowaliśmy i pojechaliśmy po jedzenie do Piccollo - i znów na prostej drodze GPS wywiózł nas w ślepą uliczkę. Ale co ja będę kierowcę uczyć, jak ma jeździć :) 

W Rossmannie znów przemiła panienka doprowadziła mnie do półki z lekami, bo to duży sklep był i szukałabym apapu godzinami, zabraliśmy jedzonko i do domu.

Łobuzy aż na schodach na mnie czekały, tupiąc nogami z niecierpliwości i rzucając się na mnie zespołowo, a ja tchu nie mogłam złapać, I. pękał ze śmiechu, bo sama sobie takie żmije na memłonie wyhodowałam: co masz dla nas, co masz w torbie. No, miałam, miałam, bo jak tłumaczę dziecku, miło będą wspominać, że babcia zawsze o nich pamiętała, a na razie są na etapie, że zadowoli ich wszystko.

Posiedziałam i podwózka odsapnęła, jednak chciałam do domu, bo nerwy...

I tak jak rano scenariusze pisałam z torbą w tle, tak home sweet home...




Już świątecznie, a jednak nie do końca. I zaproszenie na Wigilię na D., i tak jak nie cierpię, tak cieszę się.

A przy okazji - odbieram już nie tylko 5G, ale i mam robocze wejście do portu dla 6G i jak mi się pierdoli, to I. mówi, że tak to jest jak się bierze wersję beta, niedopracowaną ;) 

I lekturę sobie przywiozłam


Herbatka, Pogoda, książka, światełka i chce się żyć. Wprawdzie Pierworodny mnie "pocieszył", że poszczepienne szydło z worka może wyleźć później, ale... cieszę się. 

Czasem trzeba skoczyć na główkę. 

 

MW jest już po rezonansie, wyniki będą w poniedziałek. Była też na Szpitalnej w związku z podejrzeniem tła stresowego.Więc obadana od stóp do głów. I dobrze.


czwartek, 25 listopada 2021

Przeżywałam

 jak mrówka okres, Kochany Pamiętniczku.

Sobota - cisza.

Niedziela - cisza.

Inżynier Skype proponuje, seksimy aż miło, a tu dzwonek. A jakże, Pierworodny z Papryczkiem, zdziwiony, że ja jestem zła.

No a jak, ani be, ani me, ani kukuryku, Patryk w niedzielę i co ja, kurwa, sroce spod ogona wyleciałam, czy co?

Ale jako osoba pisząca scenariusze rosołek nagotowałam, albowiem Papryczek rosołek jada. 

To nie są normalne dzieci, które przyjdą, zjedzą, co babcia da i podziękują, nie tematem przewodnim dokarmiania moich wnuków jest "on tego nie zje".

Kurwa.

Mała Wiedźma miała zablokowane jelita, mimo wlewów z trudem odblokowali. Miała zostać w szpitalu do wtorku.

A synowa (a pizda) miała w niedzielę... zebranie rady rodziców w przedszkolu, jest skarbnikiem i musiała na tym zebraniu być bezapelacyjnie. A ponoć ostatnio takie zebranie trwało 8 godzin. Nosz, cuda wianki, panną byłam, dzieci miałam, ale o takim numerze nie słyszałam, ale co ja tam wiem. W tygodniu rozmawiałam z Inżynierową, pytając, jak to możliwe, a ta kwadratowe oczy i mówi, że nie ma opcji, żeby państwowe przedszkole otworzyło w niedzielę podwoja na zebranie rodziców. I żeby takie zebranie trwało cały dzień roboczy. (Wie, co mówi, pracowała w przedszkolu, jest nauczycielką). Nie muszę mówić, że śmierdzi mi to na kilometr, ale co ja tam wiem, głupia jestem i tyle.

Papryczek niby bezobsługowy, broić nie broi, ale jak to dziecko, długo się czymś nie zajmie, więc zabawiać trzeba, a ciężki w obsłudze jest, bo ani książeczki, ani bajeczki, ani wierszyka, ani malować nie chce, to co ja mam z takim fantem zrobić? Strip-tease odpada, za mały, a i ja warunków nie mam. Na głowie nie stanę, więc nie ukrywam, że mimo że złego słowa powiedzieć nie mogę, po 5 godzinach miałam dość. Pierworodny przywlókł się, widać, że zmęczony, więc me serce się ulitowało i dostał resztę rosołku, nie będę dziecka głodziła, a i dla Papryczka druga porcja się znalazła.


I błogosławię, że nie oddałam za grosze starych zabawek, bo bez drżenia serca dawałam do łapki i był moment świętego spokoju, aczkolwiek piski, jakie wydają gierki dla dzieci doprowadzają mnie do białej gorączki.

No nic.

A, Papryczek kaszlał jak stary gruźlik, a na moją uwagę, że kaszle, usłyszałam, że on tak ma. We wtorek już go Pierworodny wywoził do O., do teściów. I nikt nie myśli, że teściu po zawale, że nie wiadomo, co dziecko z przedszkola przynosi? Serio? Nie wzięłabym dziecka tak na dłużej. A i traci przedszkole, a już nie przeszedł do zerówki. 

Dlaczego znów on i dlaczego w nocy, po pracy, wracał w środę i nawet nie mógł wlecieć do mnie po naklejki dla MW (szał Swojaków), bo... musiał iść do domu po kokardy (kokardy?chyba że mu słownik coś jebnął, bo w życiu nie widziałam MW z kokardką i zeszyty dla niej). A dlaczego jaśnie hrabina, idąc do pracy, nie zabrała tego i dlaczego on ma latać ze wszystkim.

Nic, morda w kubeł, ale coraz mniej mnie to bawi.

Warzywka w poniedziałek zamknęłam, a Inżynier, gadzina uparta jak mało kto, zadzwonił na Szwajcarską i zawiezie mnie (znów long story z tym małpiszonem). Mam obiekcje po kaszlącym Papryczku, sama też pokasłuję, ale raz kozie śmierć, a on mnie straszy tym, jak będzie żył z wyrzutami sumienia, gdyby... no swój scenariusz pisze.

W środę wleciałam do redakcji, książkę dla G. zaniosłam. Na wejściu fanfary, czerwony dywan i... odganianie mnie na bok, bo "wczoraj to forum było, my w takim tłumie, pełno ludzi, kupa lekarzy i weterynarzy, nie wiadomo, czy ktoś nam świństwa nie sprzedał, więc boimy się o panią". Nice, co nie? I oburzenie, że informatyk mi papieru nie zawiózł, że sama po niego przyjechałam, że ręka boska mnie broni, żebym dźwigała, że lecą mu manto spuścić. Ostudziłam, że jakbym nie jechała po papier, toby mnie nie zobaczyli. Że wizyta informatyka to droga przez mękę, a będzie musiał mi przywieźć niedługo toner, to napiszę emilka do wiadomości i Bossa, i M., więc spoko, potem mogą go zabić.

Krótka pogawędka z M., krótka, bo mieli zebranie poforumowe, a jakże, zakrapiane i Boss wpadłszy na mnie na korytarzu, bo szłam się pokazać, że żyję, serdecznie zapraszał, ale wizja kilkugodzinnego pierdolenia o Szopenie pozwoliła mi odżałować to winko i wykręcając się, że ja po papier tylko, bo maszynki, zwiałam. A wkurzył mnie, bo znów pytał o szczepienie, mówię, że w sobotę idę, a on: trzecia dawka. Nie, pierwsza... I gały wielkie, że jak to, jakbyśmy dwa miesiące temu nie rozmawiali o tym, dlaczego nie jestem zaszczepiona. Czasami ludzie mnie pod tym względem wkurwiają. I to maksymalnie.

Po drodze info od Inżynierowej, że jest już w domu (nie chciałam lecieć, jak jej nie było, bo Inżynier prawie non stop na słuchawkach), więc wleciałam po te naklejki.

Pokazałam jej książkę dla korektorów z 1950 r., bo przehandlowałam z M. za papirusa (nie będę jednak brała z pracy badyli do domu, po prostu nie mam miejsca, a tam się ktoś nimi opiekuje, bo żyją).

I pokazała mi orzeczenia Alienka - piałam z zachwytu. Jednak psycholog poparł to, co ja zawsze mówiłam, że to jest genialne dziecko. Tak, ma zahamowania, nie mówi wyraźnie, jest nadpobudliwy, ale reszta była idealna - wyprzedza rówieśników co najmniej o trzy kroki. Będzie dobrze. Będziemy łajzę tomatisować i logopedować i będą z niego jeszcze ludzie ;) Poniekąd kamień mi z serca spadł. Ale porównując 4-letniego Alienka i 7-letniego Papryczka, który nie poszedł jeszcze do zerówki, bo pani w przedszkolu stwierdziła, że nie jest motorycznie rozwinięty (do psychologa nie poszli, przyszli nad tym do porządku, bo Papryczek grudniowy jest, no i co z tego, ja też grudniowa). Ja sama, porównując chłopców z bólem serca stwierdzam, że jest problem.

Ale co mam zrobić?

Zwracałam już uwagę i jak grochem o ścianę.

Ale, ale, we wtorek MW miała, biedna, kolonoskopię, albowiem wciąż nie doszli do tego, co spowodowało problem. Podobno je OK (w co wątpię, znając ich kuchnię i odbierając mnóstwo słoików po gotowcach), nie wypróżniała się tylko dwa dni (serio, po dwóch dniach takie cyrki, że ląduje w szpitalu i jedzie na przeciwbólowych non stop), więc kolonoskopia.

Nic nie wykazała, ponoć to na tle nerwowym. A moje pierwsze pytanie do Pierworodnego, jak pisał, że ją brzuch boli i nic nie pomaga było: może to stres. Niechętnie, ale post factum przyznał: mówiła mama.
Więc tylko potwierdza się moje czarnowidztwo. 

Ogarniam się, bo spać nie mogę. Ale za bardzo nic nie pomaga, szpikuję się ziołowymi uspokajającymi, ale nawet po 6 pigułach (dozwolona dawka dzienna) jestem jak sowa - nie śpię. Nie chcę teraz eksperymentować przed tym jebanym szczepieniem, bo zioła też mają uboczne działania, więc nie wiadomo, co z tego wyjdzie.

A dziś rano pinkowy zaszalał i strzelił


a na skarpie jakiś różowaty pełno kwiatków ma


a jutro ma padać śnieg.

Na poczcie emilek od Bossa, że do końca grudnia trzeba wykorzystać urlop (fakt, mogłam olać, mam dni niepracowe). No, w moim przypadku wzięcie go jest nierealne i nie, nie wypiszę mu po raz kolejny urlopu za dni, kiedy nie pracuję. Ponoć była z tym chryja na zebraniu z prezesem, na którym nie byłam.

Więc napisałam, że sorry Batory, wezmę na początku grudnia (bez sensu, bo 1 i 2 zamykam maszynki, więc też mi urlop, ale maszynki tak jakby nieetatowe, a i z nimi sobie spokojnie pourlopuję), a że będą mieli znów mało korekty? Trudno. Gdybym chciała wziąć wszystko, to i tak by mi przeszło na styczeń, a w grudniu musieliby płacić komuś innemu. Co on, do chuja wafla ma z tymi urlopami, jak zaległy mam prawo wykorzystać do końca września następnego roku? Nie chcę co miesiąc brać, bo może się tak zdarzyć, że będę więcej potrzebować, nie zapisuję już nawet nadgodzin, bo miałabym pół roku wolne..

Wracając do MW, myślę, że to się stało, żeby gorzej nie było. Jeszcze jest w szpitalu, czeka na rezonans, bo w tym stłuczonym kolanie ma wodę. Tak o nią dbają. Mówiłam mu, że za długo utyka, a on mi na to, że on ponad dwa miesiące kulał po tym skoku z dachu...

I tak, kurwa mać, to wszystko się toczy.

Zobaczymy, jak to będzie po sobocie.

Jutro ogarnę, czyste gacie uszykuję, nie że na co dzień w brudnych latam i będę silna, zwarta i gotowa. Co ma być, będzie.

A na serio? Nie jestem antyszczepionkowcem. Moje życie zawodowe nauczyło mnie, że to loteria. A jeżeli młodzi ludzie po 3. dawce lądują w szpitalu i umierają, to zastanawiam się, jaki to ma sens. Życie to loteria jednak. Zatem nie podnosić rabanu, albowiem co ma być, będzie ;)


piątek, 19 listopada 2021

Nie odzywałam się

 Kochany Pamiętniczku, to i zero informacji o stanie zdrowia MW mam.

Tak się zastanawiam, czy to czasem nie jest endometrioza. Ale tę, wiem z lat pracy w Auschwitz, zdiagnozować nie jest łatwo, podlega pod kategorie jednorożców srających tęczą, a i leczenie to na dwoje babka wróżyła.
MW może ją mieć, no ale co ja się będę pchała przed orkiestrę i grała na akordeonie?

Zadeklarowałam, że zapłacę za prywatnego ginekologa, a stawki są ponoć powalające obecnie, nie wiem, nie znam się, od lat nie byłam u żadnego, do dentysty mogę chodzić co drugi dzień, a do gina po moich traumach - podziękuję. Wiem, niehalo, ale w dupie to mam.

Bardzo głęboko. Nikt już mnie nie będzie klepał po dupie, albo mówił, że nie założy mi spirali, bo nie ma narzędzi wysterylizowanych. 

Uprasza się o nienawracanie mnie...

Właśnie synowa dosłała mi zdjęcie MW, dzielnie kroczącej za kroplóweczką... 

I co ja mam, kurwa, zrobić?

Dialog:

 

Przyjęli mnie niedawno

D.

Patryk w niedzielę?

D.

Jeśli mogę prosić

D.


Mi się zaraz telefon rozładuje

Wysłano

Ok, wezmę Patryka, ale uprzedzam, że mogę mu coś sprzedać. Jestem przeziębiona

D.


Ok
 
No i po bajce. 

Jakoś wszystkim padają wszystkie urządzenia.
Smarkam już w dodupny papier, bo chusteczek nie nastarczam. I nie, nie czuję się źle, po prostu mam katar. Nie grzeję w domu, bo mi ciepło, elektroniczny pokazuje 22, zwykły 19, więc nic mi do szczęścia nie brakuje. 
A MW na zdjęciu wygląda kwitnąco, ale podłączona do kroplówki, no i to jebane polskie szpitalne żarcie na stoliku...
Hrabina zbudziła się i pojechała z córką do szpitala.
Ale zaraz, zaraz, dlaczego jej wielka przyjaciółka nie wzięła Papryczka pod opiekę? Bo sześciolatek jest zbyt marudny, zwłaszcza, jak jest tak rozpieszczony jak mój wnuk?
No nic, wszystko wyjaśni się w odpowiedniej chwili. 
Zamknęłam dziś i moją gazetkę, i warzywka, w miarę bezboleśnie, bo o 16.53 (czarną kredą w kominie), w międzyczasie ogarnęłam bajzel mieszkaniowy, kończąc podłogi przed 17.20.
Piękny czas.
Jest czysto, gra radio...
Rano pogadałam ze szwagierką, co jej niedawno mąż zmarł, a na ten pogrzeb nie dojechaliśmy. Bo śnił mi się w nocy, razem z teściową, czyli swoją matką i Eksem. Eks miał spodnie wysadzane kryształkami Swarowskiego, więc pytałam, co mu odjebało, a szwagier był dla mnie tak miły, że to było niemożliwe, a i teściowa była OK. Znaczy się, mam się na tamten świat szykować w podskokach? Co ma być, będzie. Wszyscy w moim śnie byli dla mnie tak mili, że nie chciałam się obudzić, kiedy już wiedziałam, że to tylko sen.
Nie męczę Inżyniera, bo szkoda mi chłopaka.
A Kalafiorkównę cofnęli dziś w połowie dnia do domu z przedszkola, bo biegunki dostała. Alienek właśnie swoją zakończył.
Więc podsumowując - jak nie urok, to sraczka i jak tu żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Taak zwyczajnie, po prostu, żeby, kurwa już nic nie bolało?
Gdybym miała jakąś gwarancję, że w alternatywnym świecie jest luz i hasta manana, nie zastanawiałabym się nad przeniesieniem.
Ale takiej gwarancji nie ma.
A tu kuszą dni z tymi wkurwiającymi ludźmi i z...
A, nevermind... 
Pojebana jestem i tyle w temacie.
Jutro będzie bolało...

Pracuję w gazecie, a nawet w trzech, więc jestem groźna.



czwartek, 18 listopada 2021

Ja to mam

 zezowate szczęście, Kochany Pamiętniczku.

Pytam wczoraj Pierworodnego, jak Mała Wiedźma, bo oczywiście nie odzywa się. Odpisuje, że tak samo jak we wtorek, jak się nie poprawi, idzie w czwartek do szpitala. On jest w pracy. Magluję, dlaczego nie pomyśleli o wysłaniu jej do mnie, chociaż szklankę wody bym je w razie czego podała, ale jest w pracy i nie ma czasu.

Ok, ja też czasu nie mam, we wtorek padłam na mordę z hukiem, a wczoraj pracowałam non stop do 22, ale mniejsza z większym, co tam ja...

Dziś pukam znów i pytam i słyszę, identycznie to samo co wczoraj, że bez zmian i jak się nie poprawi, to jutro do szpitala...

Jako że sklerozy nie mam, a i na piśmie to mam, pytam, co znów kombinuje i odpowiedź: mamo, jestem w pracy.

W pracy, w której rzekomo ma luz. A poza tym ludzie w pracy wykonują prywatne telefony, a ja nie pytam, co jadł na śniadanie, tylko o zdrowie wnuczki.

Więc chuj ci w plecy, synku, bo w dupę byś jeszcze miał przyjemność.

Piszę do MW na MSG, wysyłam SMS na jej telefon i nic, zero, null.

Tłumaczył mi jak krowie na rowie kiedyś, że MSG nie działa (jak, kurwa nie działa, jak ma FB?), że telefonu to ona nie ładuje...

To jak ona utrzymuje kontakt z całym światem, bo ma znajomych nawet w Japonii, UK, Holandii i chuj wi gdzie, skoro nie korzysta z tych komunikatorów? Jeśli korzysta z innych, wystarczy mi dać znać, zainstaluję sobie.

Nie mam więc kontaktu z wnuczką. Do jej matki nie piszę, bo pizda jest i też "nie może w pracy odpisywać, a po południu jest zmęczona i ją boli głowa".

To co mam zrobić, Kochany Pamiętniczku? Z jednej strony martwię się o Małą Wiedźmę, z drugiej nigdy do niczego się nie wtrącałam (bo zawsze jest "ale mamo, ale mamo"), jestem przecież najgorszą teściową i babcią na świecie, bo nie ofiarowałam się, że będę się opiekowała wnukami, gdy wrócili do PL.

Tak, kurwa, tylko że ja wciąż pracuję i to ciężko pracuję, no ale co to za praca, poczytać przed komputerkiem albo na wydrukach, co nie? To jeszcze można przy okazji jedną ręką obiad ugotować, a drugą zaspokoić potrzeby rozkapryszonego P., ryczącego o byle co, bo MW jest prosta w obsłudze i na wszystko mówi: obojętnie.

I tak we mnie złość szarpie się z troską o MW.

Powinnam wsiąść w autobus, pojechać do nich? Serio? Nie dali adresu, to znaczy wiem, gdzie mieszkają, ale... za każdym razem (ba, przez ponad 2 lata dwa razy) byłam z obstawą, nie pamiętam ani nr domu, ani mieszkania, pamiętam tylko, że 6 piętro, a osiedle bloków jak ze sztancy stawianych). 

Wziąć na wstrzymanie - jedyna możliwa rzecz. Jak się będzie coś działo, jak działo się, gdy myślał, że to sprawy kobiece, to znów znajdzie do mnie drogę.

Jak będzie coś potrzebował.

Ale przyjdzie dzień, kiedy się po prostu nie odezwę.

Bo już mnie nie będzie.

No nic.

Za mną dziesięcio-dwunastogodzinne dni pracy, ale cóż, tak jest co miesiąc. Coraz gorzej to znoszę, ale cóż, pecunia non olet. No i jestem z domu.

Zmarł Durczok. Lubiłam gościa, mimo jego ekscesów. Nie był głupi. Jako że z branży, bo nieważne, jakie media, ale branża, rozumiem gościa. Tam pracują sami wariaci, mało komu uda się z tego kręgu wyrwać. Znałam odznaczanych, poważnych, po pijaku (a pije się tam bez wylewania za kołnierz, u mnie w redakcji, gdybym powiedziała, że muszę się napić, zaraz by mi nalali, a gdybym sama chciała się napić, w lodówce zawsze coś do picia jest) kładących się na dywanie i nie, że pijani w trzy dupy, nie, życie ich przerasta.

I umierają tak szybko, i tak młodo...

Mam nad nimi przewagę - nie mam rozterek dotyczących jazdy po pijaku, niezmotoryzowana jestem od zawsze i bez prawa jazdy.

To niekiedy jest luksusem... I błogosławieństwem.

Jeszcze tylko jutro, zacisnę zęby i dam radę... (nie cierpię tego zwrotu, to kalka - dam radę oznacza dla mnie - poradzę komuś).

A moje badylątka kochane - amarylis, ten sam, co ostatnio znów jest gotowy


i znów wybuchnie.

Grudnie zaś szaleją powoli, na raty


a róziowy czai się z maleńkimi pąkami w kącie, bo czeka na bal... Na bal, na bal, na bal, bo to życie to bal jest nad bale...

wtorek, 16 listopada 2021

Moja

 bajka, moje zasady, Kochany Pamiętniczku.

Nie pasowałam do bloga, którego adresu nie wolno wymieniać, autorstwa niejakiej S., której imienia też nie wolno wymieniać, a z którego oprócz mnie, jako osoby nieprawomyślnej usunięto również kilka innych czytaczek mych wypocin, więc gdy jedna z fanek owego, zresztą bardzo przeze mnie lubiana, ośmieliła się najechać personalnie niepokorną, a przy okazji kopnęła mnie w dupę, bo i ja czytam nieprawomyślne gazety...

Wyszło, jak wyszło.

Nie tłumaczę się, ale długo pracowałam nad tym, by być sobą, nad moją asertywnością, nad cenieniem siebie, bo tak. Bo nie zmienię świata, jestem inna, dziwna, biedna, jestem DDA z całym tego bagażem, jestem AA, nie da się tego ukryć. 

Nie jestem ideałem, swoje za uszami mam, a i nagrzeszyłam, gdzie się tylko dało i nie dało. Nie żałuję, bo lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło.

Nie byłam dobrą żoną, a już na pewno nie byłam dobrą matką, co nieraz mi potomstwo wypominało.

I wypomina do dziś, ale nie zamierzam się z tego tłumaczyć :)  Muszą z tym żyć, nie ma innej opcji, zawsze mogą się odciąć, mnie to rybka, choć nie ukrywam, że będzie bolało.

Bo założenia były inne: jestem idealna.

A wyszło jak zawsze :)

Ale kochane czytaczki, weźcie na wstrzymanie. Bo ja nie zgadzam się tak do końca ani z Jaskółką, ani z Kitty, ani z żadną inną z Was, co nie oznacza, że spisuję Was na straty, jest mi miło, że czytacie i się wypowiadacie.

Nie zamierzam jednak likwidować kostki brukowej po drodze, żebyście się nią nie obrzucały.

Moje wpisy o blackoucie to nie żadne tam polityczne czy ekonomiczne, czy  inne chuje-muje, jest po prostu znów mroczny czas.

Od lat nie czułam potrzeby gromadzenia czegokolwiek, bo i tak co jakiś czas znajdowałam coś przeterminowanego i w bólem dupy wywalałam na śmietnik, nie że do kubła. Na murek, na zasadzie, może ktoś zaryzykuje.

W niedzielę Inżynier zapytał o czarną porzeczkę, bo Alienek sraczkę miał, na co ochoczo skoczyłam i co? Nektar ważny do stycznia 2021... A kupiłam go, bo na zapas, bo lek na biegunkę... Wzdech, wypiłam i nic mi nie było. Przynajmniej nic się nie zmarnowało ;) 

Nie oceniam ludzi przez pryzmat tego, co czytają, jakie mają wykształcenie czy hobby. Jedna z bardzo bliskich mi osób odeszła daleko, choć wydawało się, że to niemożliwe, traumę przepracowuję do dziś, ale cóż, takie jest życie, nie oceniam, może nie jestem jej już potrzebna do szczęścia, fajnie, że mieliśmy te kilkanaście lat wspólnych.

Życie.

A dziś z rana odzywa się do mnie Pierworodny, więc czuję pismo nosem i już wiem, że jest coś złego, ale udaję sama przed sobą, że jest jak najbardziej OK.

Nie jest.

Mała Wiedźma była wczoraj dwa razy w szpitalu, strasznie boli ją brzuch. Dwa USG, doktor stwierdza 17-mm torbiele na jajniku, operują od 40 mm. Kurwa. Z ojcem do ginekologa, jak matka pracuje w szpitalu położniczym? Jedenastolatka? Ale trzymam mordę na kłódkę, dalej ją boli, więc jadą znów na dyżur, kurwa mać.

Jedenastolatka z ojcem do ginekologa, ma wspaniałego ojca, ale kurwa, gdzie jest matka?

Na ginekologii nic nie znajdują, sama w międzyczasie, lawirując między zawalającą mnie pracą (te dni, plus coś na forum, auć), informuję Inżynierostwo, Inżynierowa ma gina, ale dla kobiet, nie dla nastolatek, a to podobno teraz różnica jest (a mówiłam, szukać lekarza, gdy MW mając 9 lat zaczęła miesiączkować, to mnie wyśmiano, że teraz tak jest), pytam w pracy i mam namiary od ręki, ale to nie sprawy kobiece, jadą do szpitala dziecięcego znów, ja zawalona robotą, okienka mylę na MSG, na szczęście nie romansuję przecież i jestem w domu, badania na Krysiewicza nic nie stwierdzają, ale zaraz: kamica nerkowa, kroplówka z przeciwbólowym, niewiele pomaga, Pierworodny ma dość mojej inwigilacji, pada po całym dniu w szpitalach, MW wciąż boli, synowa, w dupę jebana, wrzuca na FB post, że jak nie urok to sraczka, bo to ona, kurwa jest najbardziej poszkodowana...

Jeżeli MW nie poprawi się do jutra, ląduje w szpitalu, tyle zdołałam wydusić z zestresowanego Pierworodnego.

A ta pizda nawet słowem mnie nie poinformowała, że z moją wnuczką jest coś nie tak.

Inżynier chce wejść do mojego kompa zdalnie, bo coś jebło, ale okazuje się, że coś jebło w Microsofcie, ale zanim to do mnie dotrze, dostaję ataku paniki i...

Kurwa mać...

Tekst od "następcy" G., jebłam, po prostu jebłam. 

Ale resztki zdrowego rozsądku nakazują mi zamknąć ryj i tylko emilka do G. piszę, z prośbą o nr telefonu, okazuje się później, że mam jego prywatny nr, więc mu piszę, co myślę, kopię go w dupę, że ma wierzyć w siebie, że jest dobry...

A emilki pracowe lecą, lecą.

Inżynier, gdy przesyłam wreszcie znalezione pliki pociesza, że nie jestem idiotką (a co miał rzec).

Otwieram piwo, wchodzę na bloga.

Piszę, jak jakiś Hemingway, co nie? 

Może Nobla dostanę?

I tak miło minął mi, kurwa, dzień.

Tak, życie nie składa się z oddychania, czekam kiedy mi zaprze na amen i już niczym nie będę musiała się martwić...


poniedziałek, 15 listopada 2021

Jak widać

 na obrazku, Kochany Pamiętniczku, usunęłam komentarze. Wkurwiły mnie maksymalnie.

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Ale mój blog nie jest blogiem, gdzie chcę się spierać o politykę (tak, czytam Wyborczą i Politykę, Newsweeka czasami, jestem taką kretynką, ale mam prawo nią być), nie mam zamiaru walczyć ani z Billem Gatesem, ani z koncernami farmaceutycznymi, ani ze smokami. Nie będę tu toczyła wojny z całym światem, bo za ciężko pracuję na swój wewnętrzny spokój.

Moje osobiste dzieci zaszczepiły się, bo chciały. Ja jeszcze nie, ale kto bogatemu zabroni?

Nie dzielę ludzi na szczepanów i nieszczepanów, każdy ma prawo do życia po swojemu.

Są blogi, gdzie można toczyć spory polityczne, opowiadać się za opcjami i pluć do woli. Więc jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę, proszony jest o wyniesienie się tam.

To jest mój Pamiętniczek i mój kawałek podłogi.

Mam prawo myśleć jak chcę - a jeśli ktoś chce wylewać swoje frustracje, niech założy swojego bloga i pisze.

Nie lubię się babrać w błocie.

Moje życie jest zwyczajne, ubogie.  Ale jest moje.

I będę robiła to, co chcę. I nie, nie znudzi mi się usuwanie komentarzy :)

A w sobotę takie zakupy zrobiłam


mając koszyk pełen rzeczy, których nie kupowałam od lat, bo nie jadam tego, ale to w ramach "przydasię w razie W".

W niedzielę zaś znienacka wleciał Inżynier, okazało się, że kupił mi


z czym będzie problem, albowiem nawet w aparatach nie słyszę ani syknięcia, ani kliknięcia, a gazu się boję. Więc umówiliśmy się, że jak coś to wleci i uruchomi to ustrojstwo.

A na pierwszy ogień mam

W komórce zaś znalazłam zestaw turystycznych garnków z  aluminium, idealnych do gotowania na spirytusie. 

Jeszcze tylko zapas wody, ale to się nie pali.

I nie, nie szykuję się na koniec świata.

Szykuję się na przetrwanie wariactwa, kiedy może jebnąć.

Bo może jebnąć znienacka w obecnej sytuacji.

To są moje zabawki i mój wybór.

Zatem kto chce, niech tu wpada i czyta, jeśli zaś ktoś chce się wyżywać na innych, wypraszam - tam są drzwi.

czwartek, 11 listopada 2021

Satysfakcję

dziś miałam, Kochany Pamiętniczku, albowiem okazało się, że "moje" rogale są lepsze. 

Bo Inżynier sam to bez bicia przyznał :) Kręcił, że zmienił się właściciel budki na skrzyżowaniu Głogowskiej i Hetmańskiej, a na moje, że rzut beretem ma Zagrodniczą, parsknął, zażerając się rogalem stamtąd. Lepszym. Ha, niech sobie nie myśli, że co roku będę podrzucała dobre rogale, hahahaha.

I tak, rogale mają swoje notowania. 

Długo byłam fanką Faworu, ale mi przeszło po zjedzeniu rogala z Zagrodniczej. Tę miałam na trasie do pracy, a teraz mam niedaleko fyrtla.

Alienek, gdyby mu pozwolono, zjadłby wszystkie rogale.

(Ironia losu, w kwestii nazwiska...)

Przyniosłam też keksa, wsuwali aż miło, Kalafiorkówna analizowała wnikliwie każdą część keksa, domagając się wyjaśnienia, co to jest.

A i zachwycona była, bo jak otworzyli mi drzwi, nie chciałam wejść, odgrywając jej certolenie się, gdy do mnie przyjeżdża. Weszłam dopiero, gdy Inżynier na mnie huknął...

Hahahahaha.

A Alienek po pożarciu 1,5 rogala, kawałka keksa i jogurtu z Psiego Patrolu (a jakże, babcia wie, co lubią dzieci, Kalafiorkówna też była wygrańcem, bo dostała breloczek do plecaczka), siadł babci na kolanka i zbombardował je tak, że dziurę w spodniach babci zrobił, a smród był zapierający w piersiach dech...

Ponoć było to strzelanie artylerii przeciwpancernej.

Hahahahahaha...

Zatem jak widać na obrazku, bawiliśmy się znakomicie, poruszając w międzyczasie tematy trudne i bolesne, związane z blackoutem. Bo jednak Inżynier mnie nie wyśmiał. Kupi na Alledrogo maszynkę na gaz, z tych droższych (zasada: kupuj drogo, boś biedny działa), przeanalizował opcje i opinie i jak się sprawdzi, to i dla mnie taką sprowadzi. 

Puszki. Całkiem niedawno wywaliłam stertę przeterminowanych, albowiem puszek nie jadam, a kupiłam je w przypływie małpiego rozumu. 

Ale jak mus, to mus. Kupi mi szynkę, bo w Selgrosie jest, ja tam nie kupuję, bo za daleko ode mnie, a szynkę z puszki, i owszem, zjem.

Na Alledrogo są nawet suchary wojskowe, bo i o tej opcji rozmawialiśmy, ale na razie pozostanę na sucharkach z Faworu i na pieczywie chrupkim. A, radocha będzie, chińskie zupki kupię. 

Co ja za tortury przeżywałam, gdy Inżynier, będąc na studiach, w momencie, kiedy ja już zasypiałam, kując do egzaminu, chińską zupkę zalewał. Nie, że jedzenia w domu nie było. Chińska zupka pomagała w nauce, a jej zapach skutecznie wytrącał mnie ze snu. Węch wciąż mam jak pies gończy. I co, że chińska zupka niezdrowa?

Oni nawet latarki w domu nie mają, więc kupili...

I tak powoli przygotowujemy się na koniec świata, jeszcze z wisielczym humorem. Nie wiem, jak przetrwam odcięcie od neta, bo jestem, niestety, uzależniona, czego nie ukrywam.

To jebnie, nie ma innej opcji, musi jebnąć.

A z lepszych wieści:

Ajpadzik dostał koszulkę


 

 przecudnej urody, ale szkło hartowane pękło, więc będzie powtórka z rozrywki.

Kupiłam z pomocą Inżynierowej prezent dla piątego wnuczka, małego T. Co z tego, że przyszywany, prezent musi być. Nie ma lepszych i gorszych wnucząt. Mały T. nie ma żadnej żywej babci, więc lepsza przyszywana, niż żadna, co nie?

I zachód Słońca widziałam


co mi się rzadko zdarza...

A, taka jedna fotka u Inżynierostwa i jej historia natchnęły mnie, co do mojego pochówku.

Będzie trochę kosztował, ale na pewno mniej niż miejsce na cmentarzu i pomnik, Inżynier obiecał przemyśleć.

W UK zawsze fascynowały mnie ławki ku pamięci, fotografowałam je namiętnie.

I zażyczyłam sobie takąż ławkę, pozostawiając inskrypcję potomnym.

O ileż częściej będę wspominana, mając swoją ławkę, niż leżąc pod zimnym kamieniem na cmentarzu?

Tylko Inżynierowa odmówiła wystawiania urenki do garażu.

Chyba mnie nie lubi, co nie?

A tak się starałam...


środa, 10 listopada 2021

Szybko

 biegną dni przed siebie, Kochany Pamiętniczku.

I tak nastał ostatni dzień urlopu, bo jutro to już święto, a w piątek do pracy marsz. To chyba pierwszy mój urlop, na którym nie tęsknię za pracą, a mało tego, mam na poczcie kolejkę emilków i ni chuja mnie to nie rusza.

Asertywność level hard.

I na nic łkania w emilkach. Jest urlop? Jest? Boss podpisał? Podpisał. HMR na stronie też ma? Ma. Emilek, żem urlopowana jest? Jest.

Więc tak jak koledzy i koleżanki - mam urlopowane, nam wyjebane.

I już.

A wczoraj na kijkach



delektowałam się innym obliczem jesieni, też pięknym, a nogi mnie niosły, a Steve tylko dla mnie śpiewał "I just called to say i love you". Włóczyłam się dwie godziny, a potem kretyńskie gwiazdkowe filmy ze stajni Netflixa i nie wiem, co za cholera mnie brała, że zasnąć nie mogłam i dopiero po przeniesieniu się na nieposłaną kanapę zasnęłam, ale snem wariata, bo nierozłożona i o mało nie wylądowałam na podłodze (niefajne, nie mam pojęcia, jak wyglądają moje kości).

A dziś rano już prawie przymrozek i morze słońca, i...

sterty liści, już po złotym dywanie...

... a my Shadow and me w kolejce się ustawiliśmy

Kupiłam tylko cztery, ale cena powala na kolana 49 zł za kilo, w zeszłym roku było 38. A potem Inżynier zaprosił na kawę, więc w sumie powiedziałam, że wlecę z rogalami, bo...

... jedna taka cholera ma 1200 kalorii, razem 4800, to ile musiałabym łazić, żeby to spalić?



Podejrzewam, że apka kłamie w kwestii kalorii (zawyża), ale to jutro obejrzy fachowiec.

Fachowiec też ubierze nowego Aj w ubranko i za szybkę wsadzi i już nie będę się nerwowała, że coś się maleństwu stanie :)

No łaziłam, łaziłam, bo i z zakupami do domu i potem znów poszłam w siną dal, z kijkami już. I jako że likwidują moje ukochane gospodarstwo domowe, gdzie jest (było) wszystko, sklep, nawet w czasach komuny zaopatrzony w cuda wianki, bo właściciele idą na emeryturę, a chętnych na przejęcie nie ma (wieści z FB, z grupy fyrtlowej, coraz więcej życia w necie, coraz mniej w realu - tyle ile dowiedziałam się w tydzień z grupy, nie dowiedziałam się przez 30 parę lat w realu), wlazłam tam, albowiem zauważyłam, że kolejny wózek podarł mi się, jeszcze moment i jadąc na zakupy (kółko trze o worek) będę je zbierała z ziemi, o ile zauważę, że się wysypują.

Więc, żeby nie kupować u Chińczyka (wózek jebnął po 2 miesiącach, paragonu nie miałam) ani u tego obrzydliwego dziada na Manhattanie (kupiłam wózek dla koleżanki, szybko poszła rączka, w czasie reklamacji dziad zgrywał głupiego, że u niego nie kupowałam, a zna mnie odkąd powstał Manhattan), zatem kupiłam w tym sklepie ostatni już, bo nie sprowadzają nowego towaru, wózeczek


drogi, ale mam nadzieję, że długo posłuży. Ma fajną kieszonkę z przodu, na portfel,okulary, klucze i inne pierdoły :) Wprawdzie nie ma na nim ani Paryża, ani jebanych sierściuchów, ale trudno...

Wózek zanabyłam, zostawiłam w sklepie, jako że kijki miałam, pan nie miał nic przeciw i poszłam w siną dal, lewa, prawa, w siną dal. A słoneczko jechało jak głupie, a że gdzieś świchnęłam mp3, leciało ze starego telefonu i darło się, w większości po angliczańsku, ale nie szkodzi, Gloria Gaynor jest idealna do takiej zabawy :)

I tak mnie nogi poniosły w miejsce, w którym zaczynałam na tym fyrtlu...

A tam takie cuda...


... w pierwszej chwili myślałam, że to fiefiurek, ale nie...


... a tu kiedyś był rzeźnik, pod którym kolędowałam godzinami za kartkowych czasów (płotka nie było)...


... dom pani dr B. (już nie żyje, była gdzieś w moim wieku), który był cały widoczny z ulicy - wersja z dziś...


... nasze pierwsze mieszkanie po ślubie. Na strychu. Teściowa, właścicielka rzeczonej kamienicy mieszkała w suterenie. My na strychu mieliśmy 16 m kw., nie licząc oczywiście przyległości strychowych, ale lokatorzy mieli tam pralnię i suszarnię i to było nietykalne. Dwa piętra po 150 m kw. lokatorzy z kwaterunku, za Chiny Ludowe nie chcieli się wyprowadzić do bloków, choć dawaliśmy mieszkanie.


Wejście do mieszkania teściowej, wersja z dziś. Za płotem po lewej, którego wówczas nie było, był warsztat. Tę działkę teściowa sprzedała (pierwszy powód kłótni z moim Eksem, że nie walczę o działkę, żebyśmy się mogli budować)...


Gość jednak dokończył budowę, a może to sprzedał dalej? Nie wiem, skrzynka pocztowa przeżyła ;) 

Te zakratowane okna to od pokoju niedawno zmarłego szwagra to pierwsze, a drugie od salonu teściowej...



A tam, na dachu, z ulicy widać ledwo ledwo, drzewa tak urosły, nasze mieszkanie i balkon... Widać zarysy wieżyczki naszego mieszkania...

I tak sobie polazłam w kraj wspomnień, podleciałam do sklepu, odebrałam wózeczek i...

...przeszczęśliwa wylądowałam 


... w okolicach mojego miejsca na ziemi, które miało być rotacyjne, a jest tak jakby stałe, 35 lat tu przeżyłam, zakotwiczyłam i "choć już życia, psiamać, popołudnie, jest cudnie". 

Nie zamieniłabym go na żadne inne, choć oczywiście nigdy nie mówię nigdy.

A wczoraj wieczorem być może nakręciłam się wiadomością, że rządy Szwajcarii i Austrii filmik obywatelom ślą o blackoucie. Na moje nieszczęście rzeczony filmik oglądnęłam, Marca Elsberga Blackout już dawno ogarnęłam i w powiązaniu z tym, co się dzieje na granicy, zaczęłam myśleć (a, kurwa, jestem Strzelcem, a nie myśliwym). Nawet do Inżyniera zalamęciłam, usprawiedliwiając się i mówiąc, że może rechotać ile chce. No i skunks jeden przed północą odpisał (a, tak, bez bicia, grałam w łóżku jeszcze), że nie śmieje się, że moje obawy są uzasadnione poniekąd.

Tranzystor, palnik, świece, zapałki. 

Jakbym, kurwa, moją teściową słyszała, co zawsze trzeba w domu mieć. 

I wiem, że mądrą kobietą była.

Świec to ja mam sporo skitranych, ale dla pewności zanabyłam dziś


kolejne, kto bogatemu zabroni? Będą jak znalazł na święta, w razie gdyby blackoutu nie było. Zastanawiam się, gdzie kupić takie zwykłe, białe, nie za miliony monet?

Bo mam również


Jak widać, pięknie kurz zbiera. Ale nafty nie mam ni kropelki i zastanawiam się, gdzie ją kupić? Kiedyś były sklepy chemiczne, a teraz ni chuja.

(Ta lampa to pierwsze, co widzę rano, więc jeden problem rano był z głowy).

Allegro przeryte było, są gazowe kuchenki turystyczne, Inżynier optuje za tym, ale co ja będę kartusze z gazem w domu gromadziła, żeby w powietrze się wyjebać? Boję się gazu.

Ale jako że ranek jest mądrzejszy od swej matki nocy, pogrzebawszy w szafkach na balkonie znalazłam


a myślałam, że wyjebałam w czasie remontu. Denaturatu gdzieś mam na dnie butelki. I pytanie, gdzie kupić denaturat, kiedyś był wszędzie, nawet w monopolowym (piękne wspomnienie o żulu kupującym denaturat, z klasą, a jakże, choć woniało jak ojapierdolę)... Kuchenka odczyszczona, jest OK. Gdzieś powinnam mieć aluminiowy komplet do gotowania na niej, pora na wyprawę do komórki.

Radio tranzystorowe mają w chińskim sklepiku. Bo jak jebnie, to żadna apka nie pomoże, co nie?

I Eureka.

Szuflada i jest :)


Radio i walkman w jednym, ma jakieś 20 lat, ale chodzi jak złoto, nawet walkman, choć ma nieco wytarte łożyska... I pasują słuchawki od iPhone'a - chichot historii..

Zatem z grubsza blackout ogarnięty. Na moim małym, minimalnym poziomie. Były już kolega chwalił się, że ma na działce schron, no ale zwykły człowiek, taka niepotrzebna nikomu korektorka nie zarabia takich kokosów, by być preppersem całą gębą.

Tak, wiem, jestem pojebana, choć Inżynier, głaszcząc (co jest zakazane) mówi, że nie tak do końca. 

Bo patrząc na to, co dzieje się na granicy, na to, co może wydarzyć się jutro (o Koziołkowo się nie boję, bo my tu make rogal, not war), młodnieję.

I nie, nie w dobrym tego słowa znaczeniu.

Budzą się koszmary mojego dzieciństwa i młodości.

Koszmary zimnowojenne, aczkolwiek wtedy mieszkałam w tak niecywilizowanych warunkach - woda z pompy, noszona wiadrami, wychodek na podwórku, piece, w których można było napalić wszystkim (ale nie wrzucać tam pojemników po dezodorancie - mój ojciec, paląc śmieciami, bo węgla nie kupił, wrzucił tam pojemnik po moim pierwszym dezodorancie, jaki to był wspaniały widok, jak płyta kuchenna uniosła się majestatycznie pod sufit, a potem z gracją spadła na swoje miejsce - piec ocalał)...

Dzisiaj, kiedy wszystko jest na prąd i na gaz - utinam falsus vates sim. 

Bo nawet ekologiczny jebany akumulatorek do radia nie spełni swojego zadania, bo czym go naładować, jak nie ma prądu?

Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak jesteśmy bezradni i bezbronni.

Kurwa mać.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku.
I obym nigdy nie musiała Cię zamieniać na papierowy, bo nienawidzę pisania. 

No ale w szafie mam maszynę do pisania...

Trzeba przy okazji sprawdzić taśmę.

Utinam falsus vates sim...

A w tle dramat w rodzinie Smerfa Marudy i jojczenie Inżyniera, że się martwi.

Kurwa, dożyłam czasu, że dziecko się o mnie martwi.

Po 20 listopada załatwię. 

Albo siebie, albo dziecko ;) 





piątek, 5 listopada 2021

Wciąż

 niewyraźnie się czuję, nie że coś mi dolega, Kochany Pamiętniczku. Ale wieczorem "coś" mnie rozbiera, polopirynka, pod kordełkę i rano nówka nieśmigana, a wystarczy, że w namordniku kawałek popylę i już dupa jeża.

No nic. 

Wczoraj, jako że dzień był dodupny, znaczy się lało i wiało, piździło lepiej jak za cara na Skieletczyźnie, Dzień Dziecka sobie zafundowałam, nie kąpiąc się (ząbki umyłam, żeby nie było), w piżamce sobie popylałam, śniadanko, gierki, serialik do końca, takie tam...

Przymierzałam się powoli do kąpieli i wyjścia na świat, ale pogoda nie mogła się zdecydować, dopierdala czy wraca do normy, zatem i ja niezdecydowana byłam (oszczędność wody, mamy kryzys). 

W samo południe dzwonek do drzwi... Najpierw stary, ale widzę, bo lampka w tej ciemności zaświeciła jak latarnia latarnikowi, a potem na telefoniku: Ktoś dzwoni do drzwi.

A... Policja. Bieżę, nie bacząc, żem w negliżu, a za drzwiami z namordnikami stoją panie w wieku chuj wi co i pan w mundurku, młokos nieopierzony, a wiadomo, za mundurem panny sznurem  i taki seks grupowy mi w oczach stanął, a wróć, nie pierdol :)

Pan coś mówi, ja ze słuchawkami ma uszach, on w namordniku, więc jest jak jest. 

Nie bacząc na negliż (a właśnie pożerałam buraczki ze szpinakiem i fasolką szparagową, zastanawiam się więc, czy bardzo jestem umazana, jest podstawa do zatrzymania, czy zaliczą to na Halloween) mówię, że jak nie zdejmie namordnika to się nie dogadamy, bo ja kaleka jestem, więc zdejmuje i mówi, że szuka... i tu coś nadaje jedna z niewiast z namordnikiem na pysku.

Więc mówię, że nie wiem, o co biega, więc młodzieniec notes wyciąga i pisze: Janusz Ratajczak ( w dupie mam RODO).

A... Zapraszam do środka, mówiąc, że założę szlafrok, żeby wdzięków nie roztaczać i aparaty, żeby się połączyć z rzeczywistością. Zapraszam do środka, ale się nie kwapią, a ja nie mam najmniejszej ochoty na pogawędki na korytarzu. Certując się wchodzą, ale nie siadają, trzeba im stołki podsuwać. Wyjaśniam, że rzeczony i poszukiwany obywatel tu NIGDY nie był nawet na moment, że to ja zgłaszałam na Chwiałkowskiego, że był u mnie dzielnicowy. I pytam, za jakie grzechy? No bo podał ten adres. Ale co zbroił? Czy może pani łaskawie zdjąć namordnik i mi wyjaśnić? No bo podał adres i muszą sprawdzić.

A, kurwa mać.

|Co sprawdzić? Dzielnicowy sprawdzał, nie mają dostępu do ksiąg meldunkowych?

Duchowi memu w pysk dali i poszli.

A ja przejrzawszy mój monitoring z wideowizjera zobaczyłam, że najpierw dzwonili naprzeciw do sąsiada i pewno pytali, czy ktoś inny tu mieszkał.

Kurwa, dla mnie to niewesoła sytuacja, bo albo gość aż tak nabroił, albo policja się nudzi i porządnych ludzi nachodzi. Skoro był u mnie dzielnicowy, na moją skargę na awiza, to powinno być jasne, że gdy zaznaczyłam, że NIE to nie.

A co, spodziewali się, że znajdą rzeczonego Janusza R. jak mnie posuwa?

Nie zajrzeli nigdzie, a jak za Pierworodnym chodzili, to zajrzeli wszędzie.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, next time za próg nie wpuszczę i poproszę o nakaz.

Kurwa.

Ale policzyłam potem do dziesięciu i mi przeszło. Wykąpałam się, ogarnęłam, ale nie poszłam już nigdzie wczoraj. Ogarnęłam "Tacy jak my".  

A dziś, obudziłam się wczesnym rankiem, mama ciao, mama ciao, pogoda nadal nie mogła się zdecydować...

Zgodnie z planem ogarnęłam zakupy (z nową apką, bo stara may nie rysuje, norma 4000 kroków wyrobiona mimo ulewy), martwiąc się, że


w Galerii dach cieknie przy takim deszczyku, Galeria cienko przędzie, a dla mnie to wygoda jest taki obiekt rzut beretem...

W aptece szczepią, ale od 13 do 16, nie załatwię zatem obstawy, bo nie będę chłopaków w tych godzinach ciągnęła. W soboty nie szczepią. Pan powiedział, że po wstrząsie można i że mnie zaszczepią (wlazłam, bo polopirynę kupowała, a pan nie miał maseczki), że jak najbardziej, jak się umówię. "Bo my nie szczepimy". Nie drążyłam, pewno jakiś lekarz na zlecenie. I bądź tu mądry i rób dzieci.

Inżynier napisał, że ojciec Smerfa Marudy jest w szpitalu, saturacja 60%, nie jest zaszczepiony, bo choroby współistniejące, bo operacja by passów... Przykro mi, aczkolwiek nie cierpię z całego serca Smerfa. Ale... facet ma 80 lat. Pewno, każdy chce żyć. Każde odejście jest bolesne.

Kicham (po sypaniu pieprzu zawsze mam tak), mam katar i sama nie wiem, czy wciąż mam wybuchy, czy mam gorączkę. 

I jak tu się, kurwa, szczepić.

Zatem poczekam na lepsze dni, a co mi tam, co ma być, będzie.

Nie mam przekonania i tyle w temacie, ale nie chcę zdychać pod respiratorem, a Inżynier mówi, że nie ma opcji, podłączy. Z Inżynierem się nie dyskutuje i tyle w temacie.

Kurwa.

A, tym razem u rzeźnika cwane gapy namówiły mnie na pierś maślaną.


Wprawdzie zrobiłam po mojemu, ale zapach jest kuszący, ale...

Jak mawiała babcia: co masz zjeść dziś, zjedz jutro.

A na FB na grupie korektorskiej gównoburzę wywołałam, bo dla mnie wkurwiające jest, że proponuje się staż, polegający na skorekceniu całego, a jakże, naukowego kwartalnika za frico. Że można sobie do CV wpisać. I tak redakcje lecą co roku, nie wydając grosza...

Pani wstawiająca post zagroziła mi likwidacją mnie, ale admin jakoś mnie nie zlikwidował, tylko paluszkiem pogroził. No, kurwa, mnie płacono za praktyki robotnicze (wynosiliśmy z magazynu Biblioteki Uniwersyteckiej tony książek, zwalonych tam przez hitlerowców, miało to nas nauczyć szacunku do pracy fizycznej), ale zapłacono nam za to. Niewiele, ale zapłacono, dostaliśmy za darmo akademik i wyżywienie w stołówce. I opiekę mieliśmy, ja złapałam zapalenie miazgi, zatrułam się przeciwbólowymi. Opiekun roku zaprowadził mnie, sierotę w wielkim mieście, do dentysty, na ówczesny NFZ, który wyleczył mi za darmo ząb kanałowo, założył plombę (zwykłą, nie było wtedy światłoutwardzalnych), która przetrwała 30 lat.
Tak, komuna była straszna.

Za praktyki zawodowe, trwające miesiąc, płacono nam również, a przecież uczyliśmy się, a nie byliśmy pełnoprawnymi pracownikami. Po 1. roku miałam praktykę w Collegium Chemicum, po 2. w Gdańsku w szkole marynarki wojennej, po 3. we Wrocławiu na tamtejszym uniwerku. Wszędzie nam płacono. Nie pamiętam kwot, zapewne niewiele, ale wciąż widzę siebie stojącą w kolejce do kasy na uczelni. Nie było wtedy kont, na które przelewano kasę.

Dowiedziałam się, że hejtuję, że mam się zająć swoim życiem osobistym, które jest - jako emerytki - na pewno ubogie, że  dzięki pracy za frico młodzi mają szansę na przygodę z kultowym chuj wi czym... Na koniec autorka zaczęła się dobijać na mojego MSG, ale przeczytawszy, co ma mi do powiedzienia, po prostu zablokowałam.

Nie wdaję się w kłótnie z idiotami, sprowadzą mnie do swojego poziomu.

I nie, nie gloryfikuję mojej młodości, ale była lepsza. Nie dlatego, że byłam  młoda, ale dlatego że tak bezczelnie nie wykorzystywano młodych. Płacono za pracę, nawet uczniom. 

Cieszę się, że jestem stara i nie potrzebuję pozycji w CV.

Za mojej młodości pisałam życiorys, a w nim: ..... urodziłam się w rodzinie inteligencji pracującej... co też nie otwierało drzwi i nie było powodem do chwały. 

I tak, można było pracować pro bono (pracowałam tak), ale nie wykorzystywano ludzi, mówiąc im, że mają zapierdalać za darmo, a sobie to wpiszą do CV.

I, jakkolwiek jestem stara i głupia, wiem co to CV.

Curriculum vitae.

Znam łacinę. 

A, taki wkurw dziś mam, bo...

To już temat na inną notkę, a na razie śpiewa Wanda Warska...


 


środa, 3 listopada 2021

Aż się wczoraj

 wieczorkiem znerwowałam, Kochany Pamiętniczku, albowiem niezbyt zdrowy Papryczek ściskał mnie, bo obraza była że się z nim nie pomiziam, no i mnie wczoraj rozbierało.

Pierworodny tłumaczył, że on na rhinowirusy jest szczepiony, ale primo po pierwsze wciąż je łapie, a primo po drugie ja nie jestem.

Ale dwie polopiryny i kocek na noc jak zwykle cuda zdziałały i obudziłam się rano całkiem OK.

A mgła była piękna, ale się rozeszła.

A na oknie powitał mnie dziś 


... aż chce się żyć, co nie?

Do Biedronki zatem polazłam, bo skończyły mi się owoce, a że południe, to już nie chciałam na Manhattan.

I jak się rozlazłam, znaczy się rozchodziłam, to w duszy mi zagrało, a że słoneczko grzało całkiem miło, to wzięłam kijki i 


się nastukało. Coś mi tu nie pasuje w tej apce, więc ściągnęłam sobie inną, zobaczę, co ona pokaże. 

Ale fajnie się czuję. A jesień jest piękna tego roku jak rzadko


od razu przypomniałam sobie wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej 


Brzozy są jak złote wodotryski.
Zimno jest jak w ostatnim liście.
A słońce jest jak ktoś bliski
który ziębnie i odchodzi. Lecą liście... 

Wprawdzie pisała tak o październiku, ale pasuje, brzozy wciąż są takie...

I tak leząc (a i w parku znów na ławeczce ległam, wchodzi mi to w krew), uświadomiłam sobie nagle, bo wciąż mi to wszystko w czaszce się kłębi, że mam szczęście, że urodziłam się w latach 50. Inaczej wcale nie byłoby mnie na świecie, nie byłoby chłopców ani tej paskudnej Bandy Czworga...

Moja mama miała pierwszą ciążę taką, jak ta dziewczyna co zmarła. I to jest moje szczęście, że ją usunęli i mogłabym być ja.

Że jestem.

Moja babcia z tego powodu (sepsa w ciąży) zmarła, urodziwszy przedtem trójkę dzieci. Jeszcze przed II wojną światową. 

Dopiero teraz do mnie dotarło to, jak obuchem w łeb.

Jak skurwiała jest ta władza i jak skurwiał Kościół. Bo nawet w tych strasznych latach pięćdziesiątych było normalne, że ratowało się kobiety w takich sytuacjach.

Osobiście jestem za aborcją, wyznaję zasadę, że jak któraś chce rodzić, to na głowie stanie, a urodzi, a jak któraś nie chce, to i do podziemia zejdzie i usunie, zwłaszcza że dziś nie trzeba już korzystać z ramiączka.

Ale takie pojebane zakazy w imię czego? doprowadzają tylko do nieszczęść. Do tragedii. 

To wszystko, łącznie z Glapą, która pierdoli jak potłuczona jest tak chore...

Nie, nie będę się nakręcała.

Właśnie zapłaciłam 250 zł za plombę Pierworodnego. Nie wiedziałam, że dentysta tak podrożał, ale ucieszyłam się, że uratowałam mu ten ząb. Następną wizytę ma w lutym, rozmowa z nim jak gęsi z prosięciem, nie wiem, czy kolejny ząb, czy będzie kończyła ten. Ale nawet dziękuję nie napisał. Tylko że jest zmęczony.

Wyjeżdżając do UK miał niedoleczone zęby, bo zawsze olewał wizyty u dentysty, znajdując pierdyliard powodów, żeby je przełożyć, a jechał w nocy, taksówką, z mamusiną kartą. W UK zdany na siebie, nie miał na dentystę, Polacy jeżdżą do PL leczyć zęby, a on nie mógł przyjechać. Więc ma uzębienie w stanie fatalnym, ale hola, hola...

Dlaczego ja mam dalej ponosić koszty tego? Nie leczyłam swoich zębów jak należy, bo ważne były zęby dzieci, na moje już nie starczało z mojej jednej pensji.Ogarnęłam kuwetę jak zostałam sama, ale jest jak jest. Moje zęby to niemałe pieniądze, ale odkładam na to, bo wiem, że muszę...

Chyba nie dotrenowałam asertywności do końca...

No nic...


poniedziałek, 1 listopada 2021

Znów

 wstał piękny dzień,Kochany Pamiętniczku.

Wyspana się obudziłam, wszystko szło jak z płatka, gdy wtem na FB wyskoczyło mi zdjęcie synowej z tą jej nową psiapsiółką, wieczorem, na Starym Rynku, obie odpindrzone jak stróż w Halloween pod ratuszem. W sumie rybka mi to, ale... Pierworodny nie pojechał ze mną, bo... mieli jechać do O. I to mnie wkurwiło.
Napisałam więc parę ciepłych słów do Pierworodnego, po czym biorąc pod uwagę fakt, że ciśnienie wyjebało mi mimo leków w Kosmos, ubrałam się i poszłam w świat, olewając wiadomość, że Papryczek się rozłożył i dlatego nie pojechali. Serio? Zawsze rozkłada się jak na zawołanie, gdy ja o coś proszę. Więc olałam wiadomość i poszłam lewa, prawa, a słońce grzało jak latem...

Kierunek Samotna, ale żeby nie przechodzić pod tunelem, poszłam trochę dalej i...

... jeden przejazd był już zablokowany, a drugi zablokowali mi przed nosem. A że tam lubią czyhać, to stwierdziłam, że postoję na słoneczku. I MSG od P., że pójdą ze mną na Samotną, mam poczekać. W pierwszej chwili chciałam nie odpisywać, ale sobie myślę: co dzieci winne? 

W międzyczasie przejechał towarowy, a w nim jakieś 100 wagonów, wypakowanych identycznie

Nosz, kurwa jego mać... Pisowski nierząd.
 

Więc odpisałam, że jestem już w drodze na Samotną i po licznych układach i czekaniu na rogu spotkaliśmy się w połowie drogi, przy czym ja na kijkach leciałam jak torpeda, a Mała Wiedźma wciąż chodzi o kuli. Papryczek też nie wyglądał na zachwyconego, więc mówię, że to daleko dla dzieci, że może pójdziemy rzut beretem na Bluszczową, ale nie, chcą na Samotną. No to OK, ten jeden przystanek podjechaliśmy bimbą. 

Słońce cały czas grzało, a dzieci ubrane na cebulkę, no nic, nie protestują, niech mają jak chcą. A na Samotnej bawiliśmy się wspaniale, o ile można tak powiedzieć o wizycie na cmentarzu. Smrodek dydaktyczny też był, bom parę historii rodzinnych dzieciom zapodała, co Papryczka może i z lekka znudziło, ale Mała Wiedźma, i owszem, zainteresowana była.





Nie wiem, czy wyprowadzanie psów na cmentarzu jest OK, ale jeżeli ktoś sprząta po nich, to dlaczego nie? Nikomu nic złego nie czynią, w przeciwieństwie do ludzkiego śmiecia, który nawet na pomnik potrafi swoje gówno wsadzić...











Spotkaliśmy też przemiłego pana, o którym czytałam właśnie dziś rano, że zajął się tym cmentarzem i własnym sumptem go odrestaurowuje. Pan kwestował, więc wrzuciliśmy kaski do puszki, szkoda, że nie wiedziałam, z karty się nie da zapłacić do puszki. 

I tak jak zawsze, stwierdziłam, że tylko tu jest duch tych dni, bo po mieście przewalały się dzikie tłumy, w pobliżu Bluszczowej trudno było chodnikiem przejść, a tam jest mały, parafialny cmentarz,nie taki moloch jak Miłostowo czy Junikowo.

No nic, trzymałam dystans, aczkolwiek Papryczka uściskałam na pożegnanie, chociaż szczerze mu powiedziałam, że boję się wirusa :) 

Zaproponowałam obiad u mnie, zamówiłoby się pizzę, ale Pierworodny stwierdził, że wrócą do domu. Nie nalegałam zbytnio, ale taką lampucerę, jak on ma, to bym pogoniła. Przez moment byliśmy sami i powiedziałam mu, co myślę o niej. Oczywiście bronił i tłumaczył, że on nie chciał i jej kazał się zabawić. Powiedziałam, że zastanawia mnie jedno: jaka matka zostawia sześciolatka, który zaczyna się rozkładać i idzie na imprezę halloweenową, skoro ta nie była planowana i mieli jechać na cmentarz? 

Bo ja zostawiłam dziecko z gorączką raz i poszłam na imprezę firmową tylko dlatego, że właściciel zapowiedział, że jak kogoś na niej nie będzie, to zwolni go z pracy. A to ja utrzymywałam cały dom, byłam jedynym żywicielem. Impreza była, a jakże, wódczana do wyrzygu, właścicielem był niejaki Świtalski, miejsce pub na Półwiejskiej. Na schodach goryle z bronią. A mnie chronił młody łamacz, który siadł koło mnie i na wszelkie próby dolewania mi wódki pokazywał butelkę i mówił: już nalałem. Przez dwie godziny, speech, wręczanie dyplomów z okazji 150-lecia gazety, gdzieś ten jebany dyplom mam, tak się opiłam soku pomarańczowego, że gdy naczelny obiecał mnie kryć, gdyż połowa ludzi już na oczy nie widziała i puścił do domu, szłam Półwiejską na taksówkę i rzygałam tym sokiem. Do dziś nie cierpię soku pomarańczowego. A w domu Pierworodny Inżynierowi na czółko przykładał mokrą szmatkę i jakoś dotrwali do mojego powrotu. Komórek wtedy nie było, żeby w razie W coś zrobić, a teściowa miała globusa. Ojciec zaś, jak to ojciec, pojechał do mamusi, bo mamusia była chora.

Więc nie, nie rozumiem zostawienia chorego dziecka pod opieką najkochańszego ojca i pójścia na imprezę. Zdrowe - tak. Ale zastanawia mnie, co ona tak wciąż z tą swoją przyjaciółką wychodzi. Bo jest na tyle głupia, że opowiadała mi ze szczegółami o swoich podbojach miłosnych. Nie komentowałam, nie oceniałam, nie mój cyrk, ale zastanawiam się, jaką kretynką być trzeba, żeby teściowej in spe, która była zawsze zdystansowana, grzeczna i poprawna, takie historie nawijać i to nie raz?

Więc jak mam patrzeć teraz na to wszystko?

Nie wiem, może złe scenariusze piszę, ale oceniając książkę po okładce, a rzeczoną koleżankę po FB - nie wygląda to OK.

Kurwa.

A i okolica Samotnej fajna jest, domki jak z bajki


 

... a i kotek był



Gdy wracałam do domu zaczynało słoneczko znikać, zrobiło się chłodniej, ale szczęście mi sprzyjało, bo zachmurzyło się na amen, gdy już byłam w domu i raczyłam się rosołkiem. 


:)

A jutro ma cały dzień padać, więc pewno nie połażę...