sobota, 13 grudnia 2025

Kolejny


 szalony tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku.

Jakoś się w sumie ogarnęli, bo i w czwartek, i w piątek kończyłam  parę minut po 17 (zapisane czarną kredą w kominie jako cud), a przy okazji dowiedziałam się, że jestem cudna, niezrównana, kochana i genialna.

Jakbym tego nie wiedziała.

Ale oberwałam od p. M. bo puścili paginy z grudniowym numerem. Wkurzyło mnie to maksymalnie, albowiem podpisując umowę o pracę z Bossem, 15 lat temu, ustalałam warunki: nie sprawdzam pagin dolnych, numerów stron (bo do końca zmieniają). Fizycznie w tym pierdalniku nie widzę pagin, bo drukuję w skali 105%, żeby choć trochę powiększyć druk. I nie, moja zaćma nie ma z tym nic wspólnego, najdrobniejszy druk czytam bez okularów. Ale jak mam do przelecenia ok. 150 stron dziennie, to jakoś muszę ten wzrok oszczędzać. W poprzedniej pracy miałam tak, że redaktor dostawał ostateczną makietę, sprawdzał naniesienie poprawek i dopiero gdy on podpisał makietę, szło do druku.

Tutaj każdy redaktor ma pilnować swojego poletka, nie dostaję końcowej makiety (w Auschwitz czytałam kolejny raz CAŁĄ makietę, po mnie sprawdzała redaktorka). W tempie, w jakim pracuję teraz nie ma opcji. Zresztą grafik powinien od razu ustawić na początku właściwą paginę. 

No i M. się zreflektowała poniewczasie - bo ja nie sprawdzam ostatecznej wersji idącej do druku, więc nawet jakbym wyłapała tę paginę, to nie wiadomo, czy oni to poprawią.

I nie ma znaczenia, czy jestem na home office, czy na miejscu w redakcji.

Więc za niewinność oberwałam, a jak sprawdzałam dodatkowo   PDF - time, time, time, nie ma casu panie inzynieze - zaznaczając paginy błędne, to odpisywali, że grafik ogarnął, po czym kolejny PDF był znów ze złą paginą.

Kurwa.

No nic, o 17.15 zamknęłam budkę na kłódkę i padłam na drugi fotel. Pograć. Bo cały dzień nie grałam, mało tego, ani siku, ani herbatki nie miałam czasu zrobić, już zaczęłam myśleć o pampersach. poparzyłam się dwudniowym kapuśniaczkiem, śniadania nie zjadłam, choć pracowałam od 8 (a zaczynam o 9), a na dokładkę elaborat Bossa dostałam po raz czwarty, bo jako że baluje w Australii, zleca ogarnianie tu, a to autoryzacji nie zapisali, a to inne sranie w banie, więc nucąc sobie: ona na pamięć to umie, zgrzytając zębami, a dentysta drogi... Tenże Boss, podpisując ze mną umowę o pracę, mówił: dwie korekty i jak ktoś pani zleca więcej, odesłać go na drzewo...

Pierdolenie o Szopenie, jak widać.

I jeszcze za zgodą p.M. urwałam się o 16 na pocztę, wychodząc z założenia, które mi zaleciła: dość panią wykorzystują, proszę spokojnie iść. Bo moja poczta pracuje od 11 do 17, w soboty nie, a ja w czwartek dostałam awizo. Jak już pisałam. Poszłam. Pani z okienka nie wiedziała, dlaczego listowy nie zostawił przesyłki, ale chyba nie chciał wciskać, bo trochę grubawa była. odkąd zmieniono szpary unijne tak, że listowy nie może ich otworzyć, wchodzą tam tylko cieniutkie przesyłki. A kiedyś listowy otwierał jednym kluczem CAŁE przegródki i wkładał nawet pękatą książkę. Mnie  kiedyś tak wcisnął naparstek, który mimo folii i innego zabezpieczenia pękł. Reklamacji nie uwzględniono, "bo mógł pęknąć gdziekolwiek". 

To był list urodzinowy od Słoneczka :) 

Z pięknymi, jak zawsze od nich, życzeniami i Lucjanem, zwanym Edkiem, który mi zaśpiewał :) 

Zapomniałam, że dla ludzi z pracy to ja zawsze i na wieki wieków amen jestem Basia :)

Wróciłam do domu o 16.30, a na poczcie był właśnie emilek od Bossa... Tym razem bez pytania, dlaczego tak długo nie skorekciłam :) To się nazywa mieć szczęście :) 

I tak sobie grając, podziwiając iOS 26 już, na który błyskawicznie przeskoczyłam z iOS 18 (nie zapytałam Inżyniera, ale trudno) kontemplowałam weekend.

I nawet nie przeklinałam, że zainstalowałam iOS 26 i wszystko jest nowe :)  

Cieszyłam się życiem. 

Wtem, znienacka, Pierworodny pyta, czy może wpaść jutro.

Od razu zaczęłam pisać scenariusze, ale twierdził, że nic się nie dzieje, poza tym, że MW była u lekarza, który stwierdził niedoczynność tarczycy.

Drążenie nic nie dało, to jest dziecko niekomunikatywne. No ale jak chce leźć, niech lezie. Cała przyjemność po mojej stronie.

Zastrzegłam tylko, że nie bladym świtem, bo primo po pierwsze, wyspać się muszę, a promo po drugie - z głodu mogę umarnąć.

I tak jakoś ciepło mi się zrobiło na sercu, że pierwsze dziecko jednak do mamusi...

No dobra.

Ogarnęłam zakupy, złoszcząc się z leksza, bo w wyremontowanej już Biedronce NIE MA bankomatu, z którego mogłam wypłacać za friko. Ale od razu się uspokoiłam, że zimą i tak mniej kupuję na Manhattanie, pojechać po kasę do Avenidy (najbliżej) zawsze mogę (bezpłatna PEKA sama się nie wyjeździ), a na Manhattanie już


 święta. Ceny też świąteczne. A w okolicy dwie budki z karpiami, gdzie delikwenta zabiją i wypatroszą. Gratis. W marketach tuszki. Jeszcze zajrzę do rybnego wolnym walcem, ma na razie urlop do 31 grudnia, a chcę do 6 stycznia... 

I tak lecąc do domu wpadłam do Galerii, bo uświadomiłam sobie, że likwidują ją, a w Hebe są fajne środki z Sielanki do moich kudłów. A sprawdzałam rano, nie ma ich ani na firmowej stronie Sielanki, ani na Alledrogo, a nie wiadomo jak jest w innych marketach. I tak rzutem na  taśmę wykupiłam ostatnie sztuki cudów do włosów falowanych - u mnie działają i... podobam się sama sobie i na razie nie myślę o ścinaniu łysej główki :) 

Niechcąca mnie obciąć nie zarobiła na lewo (bez podatku) 15 zł, a to  chyba piechotą nie chodzi. Cóż, jej strata. 

No i wpadłam do chaty, pisząc do Pierworodnego, że już sem i ma się dobijać (bo już kiedyś klamkę pocałował, no cóż, ma głuchą matkę. Listowy też pocałował, a co :)

I nic, cisza w eterze. Piszę zatem do jego żony. Ta do niego dzwoni, więc on mi odpisuje, że najpóźniej do 13 wleci.

A ja dostaję pierdalca, którego później błogosławię.

Albowiem postanawiam ogarnąć chałupkę na świątecznie już. Jak w amerykańskich filmach. W końcu dla mnie Gwiazdka to Gwiazdka, nie Boże  Narodzenie. Aczkolwiek lubię i Bóg się rodzi podśpiewywać, bo to taka polska kolęda. I Feliz Navidad. Zwłaszcza w moim ulubionym wykonaniu Il Volo. Apostazja apostazją, ale coś się tam gdzieś błąka :) 

 

 


 Znaczy się, posprzątałam dziś, bo nie lubię w bajzlu siedzieć, ale bez przesadyzmu.


 
No i w końcu doszedł, ja pod wrażeniem, bo wciąż porządny, ogolony (no dobra, dwudniowy zarost jest seksi), tylko włoski rozwalone, bo w czapeczce chodzi. Olaboga, moje dziecko w czapeczce, bez proszenia?
Koniec świata, pani Popiołkowa.
Chyba w końcu trafiło do niego to, że matka jest tylko jedna i może jeszcze lata przetrwać, albo i nie.
Chciał pogadać, bo lekko nie ma.
Mała Wiedźma ma niedoczynność tarczycy. A Papryczek też ma podejrzenie spektrum.
Niedobrze, że o tym wszystkim dowiedziałam się, pytając jego żonę o to, gdzie się szwenda jej druga połowa.
Też się otworzyła i dziękowała za to, że chodzę z MW do laboratorium - to dla nich ulga. Znów będę za niedługo potrzebna, OK ;) 
Trafili na dobrego lekarza i to też OK.
Nie mają lekko. Zaproponowałam, żebyśmy się jednak w wolnym czasie spotkały (mają wolne po świętach, firma zamknięta). Ja też mam. Zobaczymy, co wyjdzie. Ani się nie zająknęła, że mam do nich wpaść, a i ja mordę w kubeł. Spotkam się, jak już, na mieście.
Cóż...
Pierworodny był zawiedziony, że  w zasadzie wszystko wiem i pożerając pierniczek zmięł i powiedział, że nie umie o takich rzeczach pisać. Że chce pogadać. No i super, OK. Dopóki matkę ma, niech wpada i gada. Mnie nic nie ubędzie. I to było superspotkanie, choć cukałam się, że wleciał w bajzel na kółkach, ale potem pomyślałam sobie: SJ, jesteś jego matką, to Twój dom, mieszkaliście razem latami i nic nie musi być ekstra. No i nie było, bo wszędzie leżały kartony i lawirowałam w tym bajzlu, by ogarnąć żarełko.
I jakoś mu to nie przeszkadzał. Jestem starą wariatką, stale stojącą na baczność.
Moja chata, mój bajzel. 
Poleciał, dziś na koncert, za który zapłaciłam dla niego i dla osoby towarzyszącej, żeby nie lazł sam.
Trzynasty grudnia. stan wojenny. Zadzwońcie po milicję. 
Zespoły, które kochał do bólu. Których ja wówczas nie słuchałam z braku czasu i... słuchawek :) 
Cóż, pracowałam na chleb i na te buty i inne takie tam, w pocie czoła.
Inżynier o bracie mówił wówczas, piracąc muzykę: idiota, to jest w necie.
Mam nadzieję, że dziś się bawi znakomicie i znów czuje się młody :) 
Pogadawszy do serca, bo nie da się ukryć, że wciąż kocham to moje dziecko, pojebane czy nie, ale moje...
... dalej zaczęłam myszkowanie w kartonach, przerażona zawartością, nieogarniająca, gdzie co jest, mimo napisów. Szukająca podstawki, lampek (po lampki jeszcze  jutro się pokulam, bo mam KONCEPCJĘ, a jest niedziela handlowa)...
I tak

Wars wita was....

.... na drzwiach też... 
 

 
... tu lampeczki zmieniają kolory, ale nie umiem filmu wrzucać...

i lampka do czytania. Na początku myślałam, ile za to zapłacę, ale potem zreflektowałam się: na co ja, kurwa, pracuję? Nie piję, nie palę, nie podrywam, po świecie się nie szlajam (Małgorzatka poleci z mężem do Wietnamu na święta i wróci po Nowym Roku, chociaż zaklina się, że bez wnuków nie może żyć, a co dopiero w święta). A ja? Więc pierdolę rachunek za prąd. absolutnie.
Jutro może mnie nie być i ten rachunek będą musieli zapłacić ze spadku.
Mam nadzieję, że na tym koncercie bawią się znakomicie.
Podoba mi się świąteczny image chałupki.
Kalafiorkówna ma już wymarzone łóżeczko.
W którym jest i mój wkład finansowy.
A ja właśnie uświadomiłam sobie, że dzisiejszy pierdalec był genialnym pomysłem. Albowiem w następną sobotę będziemy świętować urodziny, już siódme.
Jak ten czas zapinkala :) 
Od siedmiu lat zatem nie widziałam UK.
Z jednej strony tęsknię, z drugiej wiele się zmieniło, zwłaszcza po brexicie. Nie mam ważnego paszportu i bałabym się przepytywania na lotnisku... 
Dobrze mi w moim świecie, choć tęskno za ludźmi, niektórymi...
Ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
I tak warto żyć :)
 
 

 

 

środa, 10 grudnia 2025

Amsterdam

 właśnie minął, Kochany Pamiętniczku.

A mnie właśnie naszła myśl, jak daleko świat poszedł naprzód i jak daleko jeszcze pójdzie?

Doczytałam się, że Chińczycy zbudowali już pociąg jadący z prędkością 400 km na godzinę, a chcą osiągnąć 4 tys. na godzinę.

Świat zwariował.

A moja mama zmarła, bo zanim ja dotarłam na posterunek milicji, gdzie był telefon, z którego mogłam wezwać pogotowie z K., które dojechało jak dojechało...

A ja dziś śledzę, jak moje dziecko leci, nie ruszając dupy z fotela. I wściekam się, jak ktoś nie odpisze na wiadomość odpowiednio szybko.

I na pocztę się wściekam, bo...

Wyrwałam się dziś po pracy do Lidla, bo na chlebek mam tylko pomidorki, a w szparze unijnej awizo. I miły list z mojej AR, na który czekałam.


Wściekła jak diabli to awizo wyciągnęłam, bo byłam cały dzień przykuta do obu kompików.

No i jak na złość nie położyłam obok żadnego ustrojstwa, które raportuje o dzwonkach do drzwi. Odszczekuję - listowy dzwonił. No ale być może leciałam w tym momencie od kompika do kompika, nieważne.  I - na szparze unijnej miałam przylepione R w kółeczku, co oznacza, że polecone powinni mi do skrzynki wrzucać. Co też im jutro wytknę. Ktoś to R oderwał - namaluję sobie to, kurwa, pisakiem. Powinni mieć to systemie i wrzucać, nawet bez tej naklejki! 

A żeby było śmiesznie, PP, bankrut pracuje u nas teraz od 11 do 17. Czyli ni chuja w tygodniu takim jak teraz nie mam jak na nią dotrzeć :) Napisałam do pani M., bo tylko w poniedziałek jest poczta czynna do 20, no i mam błogosławieństwo, że mogę na nią lecieć. Bez tego bym chyba ocipiała. M. napisała, że dosyć mnie wykorzystują. Nerwuję się, bo awizo jest na Barbarę, więc od nikogo prywatnego. No ale na jedno nazwisko, a urzędowe są zazwyczaj na dwa :) 

No i chuj. 

A że będę A.  potrzebna, bo musi świnie zamknąć, a o 12 wyjeżdża, więc pewno dopiero po 12 ogarnę, kto mnie prześladuje.

A nawet Boss, który w Australii siedzi i emilki mi słał przez sekretariat, tłumacząc, że emilki od niego do mnie nie dochodzą (bo nie odsyłam ich 5 minut po otrzymaniu, hahahahaha, przeczytajcie ze zrozumieniem 4 strony gazetowe w formacie A4w  5 minut, ogarniając jednocześnie merytorykę, ortografię i interpunkcję oraz literówki), pochwalił mnie dziś, pozdrawiając z antypodów. Bo redaktor, który mu wlewał wywiad, nie ogarnął, grafik też dał dupy, a ja... No cóż, marnie mi płaci, ale swoją robotę odwalam uczciwie. Nawet jak czasem muszę się urwać. Bo jestem człowiekiem i mam życie osobiste, co nie?

A I. już nad Niemcami leci :) 

Ominął mnie wycug - nawet nie pytam, jak rozwiązali ten węzeł gordyjski, Synowa jeszcze w niedzielę nie widziała, czy tato jej pomoże (ja bym się załamała nerwowo). 
Nie dałabym rady ani wczoraj, ani dzisiaj polecieć po Łobuzy, z kundlem na siku mogłabym skoczyć, ale dosłownie na sekundkę, a nie na ten południowy spacerek. Trudno. Babcia pracująca ma swoje zalety, ale i wady ma i nie zawsze może stać na baczność.  

Na wysokości Hanoweru już jest...

 W sumie to nawet lepiej, nie ukrywam, że to dla mnie coraz bardziej męczące.

Gwiazdkowe ustrojstwa jeszcze w czeluściach szafy, może w sobotę ogarnę, wszystko w tym roku jakoś dziwniej i inaczej się ciągnie.

Tylko światełka już migocą. Dziś przed południem słonko było, to się trochę lżej na duszy człowiekowi zrobiło, bo tak to szaro-buro jest. 

Ale nie, nie tęsknię za białą zimą.

Przez ostatnie lata przyzwyczaiłam się do lekkich zim. Znów mam kaloryfery wyłączone, bo nawet jak ustawię na 1, to za gorąco mi jest. Włączam tylko ten w łazience - drzwi mam otwarte, to grzeje na cały dom. W małym pokoju, jak pranie mam. A dziś miałam przez dwie godziny rano balkon szeroko otwarty - nawet jak się kąpałam - przy otwartych drzwiach łazienki - luksus samotności. 

I to właśnie lubię w swojej chaupce.

Brunszwik już minął...

 Oczywiście, leciał na wysokości Brunszwiku, nie zaś dokładnie nad nim.

Jeszcze Berlin, a stamtąd rzut beretem do Koziołkowa.

Na zupkach jadę. W sobotę odbiło mi i zwłoki kupiłam i włoszczyznę.

Jako że w niedzielę zlecieli się na torcik (było cudnie, poszliśmy pożegnać Da Grasso - w grudniu zamykają Galerię i będziemy na pustyni mieszkać), a ja w sobotę na poprzednim rosołku ogarnęłam żurek marzenie, więc sobotę i poniedziałek sponsorował żurek (I. nie chciał, bo we wtorek wylatywał, a jego żonie nawet nie śmiałam żurku własnej roboty zaproponować). We wtorek wyszła zatem wspaniała ogórkowa. A dziś kapuśniaczek, bo w sobotę dorwałam i ogórki, i kapustkę chrzanową. Mam jeszcze obiad na jutro i na piątek (3 dni na kapuśniaku), a jeszcze w lodówce zielenina... 

Dojadę do wtorku na tym, co mam i potem będę FREELANCEREM.

 Do 6 stycznia, jak DEREKTORY mi ten jebany urlop podpiszą.

Bo P. M. już nie podpisuje, ani jej zastępca, ale DEREKTORY. A tym nie wiadomo, co jebnie. No nic.

Mam jeszcze do odebrania 19 dni urlopu za 2025 r. 

Tak, tak, mimo dwóch tygodni urlopu, który odebrałam, bo potrzebny był do wczasów pod gruszą.

 Już na wysokości Berlina jest :) 

Komputer pokładowy na Apollo 11 miał mniejszą pamięć, niż moja pierwsza mp trójka.

Mój ajfonik ma 256 GB, z czego wolne jest jeszcze prawie 160 (mam tempo, nie da się ukryć, ale wiele z niego jest do wyrzucenia).

Gdzieś w czeluściach chaty mam dysk 1 T.

Prawie pusty.

W chmurze dopłacam kilkanaście złotych co miesiąc, żeby tam spokojnie wrzucać moje elektroniczne śmieci.

Nie wiem, ile ma mój kompik - dużo.

Od tego mam I., nie łażę tam, gdzie nie muszę, żeby nic nie poprzestawiać :)

Już za Gorzowem :) 

I wciąż pamiętam, jak  wkurzyłam moje bezcenne dziecko, gdy podkuszona przez Postmana, zainstalowałam na moim netbuczku, który woziłam do UK, by mieć swoją zabawkę (kosztował wtedy jak za zboże, dostałam go od I. w prezencie) wygaszacz ekranu w postaci kominka. Bo Postman miał takie cudo na swoim maczku... Mój wygaszacz był wirusem i biedne kochane dziecko namęczyło się, zanim udało mu się netbuczka doprowadzić do stanu użytkowania.

Teraz już nie klikam, nie ściągam, nawet nie uaktualniam niczego bez zgody mojego Idealnego Informatyka :) 

Rozmawiałam z nim ostatnio o świecie kompików - cóż, pojebało mnie na stare lata. no i dzięki niebiosom, żem nie tak dawno kupiła sobie nowe ustrojstwa. Sytuacja geopolityczno-polityczna , zwłaszcza ze strony Chin nie napawa optymizmem. Darczyńcy przyszłorocznych komunistów (znaczy się tych, co do I Komunii pójdą) dostaną w dupę. Mój wypasiony kompik kosztował chyba jakieś 6 tys. zł, chociaż mógł więcej, ale ja  nie szalałam na kartę graficzną, bo grać w cuda wianki nie będę. No a dzieci - wiadomo. Okazuje się, że taki porządny, ale niewypasiony na granie kompik będzie kosztował jakieś 50% więcej niż mój wypasiony jak dla mnie :) 

I tak rozmyślając o tym wszystkim, momentami żałuję, że nie będę żyła wiecznie, żeby nadążyć za tym wszystkim, co się zmienia, błyskawicznie, a co mnie bardzo interesuje.

Mnie, dziewczynę pamiętającą (hahahaha, pochlebiam sobie - starą babę już) traktory na żelaznych obręczach, toczące się po kocich łbach (taki traktor stoi na posterunku przed Ceglorzem), a dziś korekcącą teksty o traktorach, które same jeżdżą z bajerami, o których się niektórym użytkownikom jeszcze nawet nie śni. Fakt, że nic z tych tekstów nie rozumiem, jestem techniczną sierotą, ale naczelny mówi, że podziwia mnie za umiejętność wychwytywania kiksów.

Na to ja mu o tym traktorku na kocich łbach przypominam...

Jak to wszystko przeleciało.

I tak, ja, zimna, konkretna, rzeczowa do szpiku kości jestem na FB i poczytuję sobie portale mistyczne. 

Znaczy się, o tym, co oko nie widziało, ucho nie słyszało, a realia negują.

Bo mogę.

I tak, ziemia jest płaska.

 Twierdzę to na złość Postmanowi, który dostaje wtedy białej gorączki.

Moi synowie traktują to z politowaniem i... no, wiedzą, że matka ma krzywo pod kapturkiem.

A ma, na bank :)

 Ale ogarniam też inne. Nie wszystko głupie, co jest głupie. I nie, nie szykuję sobie jeszcze amelinowej czapeczki, ale...

Czytam, nie angażując się, nie potwierdzając, nie  zaprzeczając, nie wierząc, nie negując o rzeczach, które i w moim życiu bywały.

I tak, podoba mi się wersja, że przeniosę się w inny wymiar.

Nie, nie ten, gdzie pieją chóry anielskie (zanudziłabym się, nie piejąc, dzieci płakały, prosząc, niech już mama nie śpiewa, będziemy grzeczni) ani w te czeluści piekielne, gdzie są wszyscy nadający na tych falach, co ja :) 

Myślę o czymś nieokreślonym, gdzie będzie mi dany jakiś wybór.

Tego, kim chcę być.

Kim jestem.

Pojebane to, ale... 

Aczkolwiek moje trzeźwe do bólu dzieci rechocą.

Landed, dokładnie 19.24.

Jeszcze musi na wieś dojechać.

I się zameldował.

Ot, cuda XXI wieku. 

I tak. Czekanie na listy, na telefony (jakże skomplikowane, moja teściowa miała nawet "osobistą" telefonistkę (kto pamięta telefonistki), którą opłacała, a dzięki której wszystkie zamiejscowe i zagraniczne (sic!) miała błyskawicznie w czasie jej dyżurów, strach w oczach, gdy odbierało się telegram - bo nigdy nie było wiadomo, czy to dobra, czy niedobra nowina.

Tak mi się powspominało, żeby doczekać bez nerwów, aż wróci z Lądka beniaminek :)

Sny, czasem pojebane na maksa, a czasem do bólu pojebanego realne, kiedy budzę się i nie jestem pewna, co jest jawą, a co snem, albo kiedy we śnie nie wiem, dlaczego czuję się jak na jawie. 

Więc tak, mam nadzieję, że jest coś więcej.

Chociaż tutaj wkraczam już na śliską ścieżkę, zastanawiając się, jak to będzie spotkać swoich rodziców, młodszych niż ja teraz (ale moja mama, która zmarła mając 48 lat, na zdjęciach wygląda na moje oko - może nie starzej, ale poważniej niż ja.

Bo ja w sumie taka nieuczesana, chociaż po niej nerwowa, szalona i ostatnio w  jakiejś netowej aplikacji wyszło mi, że mam autyzm.

No to już wiadomo, jak to poszło u MW.

Da się z tym żyć...

A jako że inteligencję dziedziczy się po matce...

Też poszło zygzakiem, co u jednych wyszło zakosem, że nie skomentuję dokładnie. 

A u drugich poszło po linii jak należy, aczkolwiek kudy tam :) 

No dobra. Dość na dziś...

Jeszcze doczekać, aż dowlecze się do chałupy, potem pewno poleci na sikupę.

I tak skończy się dzisiejsze marudzenie, a jutro...

Poczta.

O ile rano się obudzę.

Bo, znienacka, nie myślałam o tym nigdy, jakoś tak, wyleciało mi w necie.

Koszt 3 fiolek z kroplami do oczu (zużywam jedną dziennie) ok. 105 zł.

Mam je za darmo.

Całe opakowanie - 90  butelek.

Przez 3 to  30. Znaczy się - na trzy miesiące.

30 razy  105 to 3150.

Słaba z matmy jestem :)

Serio?

 Chyba za dużo wrażeń na dziś.

A może pora umierać? 

Cała emerytura na krople do oczu, a za co żyć?

A nie, ale i tak na życie by mi niewiele zostało po zapłaceniu za lek.

I tak powoli oswajam się z myślą, że chuj z tym wszystkim. 

I tak warto żyć :P 

Poniekąd...

Wciąż czekam na meldung, że dotarł...

Dotarł. Koniec pisania scenariuszy :P 

I tak dziś życie zaparło dech.

Na maksa :) 

 

sobota, 6 grudnia 2025

Quelquefois

 Kochany Pamiętniczku, quelquefois bywają takie fajne dni. 

I odpukać, niech ich będzie jak najwięcej.

P. jak zwykle ani się nie zjawił, jak zapowiadała, ani się nie opowiedział.

I dziwne - jakoś mnie to absolutnie nie wkurwiło.

Pracowy dzień minął spokojnie - aż za spokojnie, zdążyłam ogarnąć chałupkę i  wciągnąć Odrzuconych. Naiwne, ale dobre na takie dni. No i... jest 2. sezon, ale nie ma go na Netflixie, ani nie ma napisów. Cóż, nie wiadomo więc, co będzie dalej.

Życie, nie wiadomo nigdy jak się potoczy.

I to jest jego magia... 

À toi
À la petite fille que tu étais
À celle que tu es encore souvent
À ton passé, à tes secrets
À tes anciens princes charmants

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_dassin,a_toi.html
À toi
À la petite fille que tu étais
À celle que tu es encore souvent
À ton passé, à tes secrets
À tes anciens princes charmants

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_dassin,a_toi.html
À toi
À la petite fille que tu étais
À celle que tu es encore souvent
À ton passé, à tes secrets
À tes anciens princes charmants

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_dassin,a_toi.html
À toi
À la petite fille que tu étais
À celle que tu es encore souvent
À ton passé, à tes secrets
À tes anciens princes charmants

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_dassin,a_toi.html
À toi
À la petite fille que tu étais
À celle que tu es encore souvent
À ton passé, à tes secrets
À tes anciens princes charmants

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_dassin,a_toi.html
À toi
À la petite fille que tu étais
À celle que tu es encore souvent
À ton passé, à tes secrets
À tes anciens princes charmants

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,joe_dassin,a_toi.html
À toiÀ la petite fille que tu étaisÀ celle que tu es encore souventÀ ton passé, à tes secretsÀ tes anciens princes charmants...
 
Jakoś dziwnie się czuję teraz. Nie nic złego się nie dzieje, ale. Jest dziwnie.
 
 À ton passé, à tes secrets...
 
Tak, piosenka pasuje idealnie :) 
 
I. przyjechał nawet wcześniej, pewno sobie godziny przełożył, jak to on, żeby pogadać.
Przytulić. Opierdolić. Podrażnić, poklepać. Oznaczyć teren. O szklankę wody poprosić, w ostatniej chwili włożyć kapcie i polecieć.
Cały on. 
I jeszcze scenę balkonową zrobił, że jak szli do Lumina Park, Alienek zapytał o babcię i na wieść, że babci nie będzie urządził lamentowisko.
Wygło mu się, bo myślał, że babci na wigilii nie będzie i stwierdził, że chuj bombki strzelił, świąt nie będzie :) 
No nie, bez epitetów, bo dopiero dziś ma odzyskać kompika ze to biedne spierdalaj.
Uspokoił się dopiero na wieść, że babci nie będzie tylko w Lumina Parku.
I tym sposobem mój wredny beniaminek przystawił mi pistolet do głowy, że jak ja śmiem Alienkowi krzywdę taką robić.
Taka była wersja mojego dziecka.
Wersja synowej była, że nic się nie stało.
A że wigilia ma być w tym roku na D., to tak sobie dośpiewuję, że aczkolwiek I. ze wszystkimi żyje w zgodzie, to jednak chce mieć jakąś podporę z rodziny w tym środowisku. No cóż, przespałam się ze ślimakami i powiedziałam, że OK, będę. 
Choć już ułożyłam sobie plan na ten samotny dzień.
Nie zapraszają P., bo warunki lokalowe są jakie są. P. deklarują, że chcą u siebie i nie jadą do O. Ale też nikt się nie zająknął, że może bym wpadła - w końcu jedna osoba więcej, skoro tradycją jest talerz dla zbłąkanego wędrowca?
Przez kilkanaście lat w UK to ja z Baranem organizowałam wigilie dla wszystkich. No ale robiłam tam tylko za pomoc kuchenną dla niego, znaczy się miałam swoje kompetencje w gotowaniu bigosu, który gotowałam jak dla wojska, potem szedł do słoików i mieli spokój do Wielkanocy z zapasami. I to wilgotne mieszkanie, gdzie za cholerę nie udało nam się zrobić pierogów, bo ciasto było tak mokre, że ojacierpiędolę i wyszedł nam w garnku jeden ogromny pieróg :) Mam z tamtych lat wiele  miłych wspomnień. I ta jedyna wigilia, kiedy na żona P. zrobiła sernik na zimno, bo uparła się, że coś zrobi, chociaż nie było takiej konieczności. NO i ja z grzeczności spróbowałam i potem z  kibelka, który był w tamtym mieszkaniu na środku korytarza, wiodącego do ich pokoi były odgłosy, po których padali ze śmiechu, a ja cierpiałam ze wstydu, bo ja jestem damą, a jak wiadomo - od damy wróbelki odnoszą (tak mówił mój ojciec). 
Nieważne. I. od razu zadeklarował podwózkę w te i wewte, bo ostatnio z korporacji taksówkowej odezwali się o północy, z pytaniem, czy wciąż czekam na taksówkę. Zbiorkom umiera o 17. Dojechać więc dojadę, ale na D. nie ma opcji noclegu. Odwiezie mnie i OK.
Urodziny Kalafiorkówny będziemy świętować 20 grudnia (mała Żmijka urodziła się 26), więc jest opcja reszty świąt w spokoju. I nie, nie zapraszam nikogo - jestem otwarta na kontakty,  ale dlaczego mam ogarniać kilka osób, skoro mnie jednej nikt nie chce?
Nie, nie rusza mnie nawet to, że to są moje wnuki. 
Jestem na tyle cenna, że należy się cieszyć moją obecnością, pohołubić mnie, dopóki jestem. 
Jak starsze wnuki będą same chciały wlecieć, OK.
Jak nie - i tak cieszę się życiem :) 
To tyle dygresji.
Noc miałam koszmarną, jak zwykle, gdy moje dziecko idzie w tango. Niezależnie od tego, ile lat to moje dziecko ma. Bo głupie jest.
Kiedyś przyleciał z UK, poszedł z kolegami na lumpkę i kolega, którego chcieli odwieźć do domu uparł się, że nie. Rano znalazła go na przystanku z rozwaloną głową szwagierka, lecąca do pracy.
Więc nie, nie umiem tak jak żona I. podejść do tematu spokojnie.
Chociaż sam przyznaje, że hotelik u mamusi ma 5 gwiazdek, bo i łóżeczko posłane, i przedłużacz do ładowania na wierzchu, pisałam, ale i tak właził pod biurko. Młody jest, niech włazi. Świeże ręczniczki i śniadanko na życzenie.
Wrócił koło 2 w nocy, bo wtedy widziałam, że zgasło światło w jego (dawnym) pokoju. Ale i tak nie mogłam zasnąć, byłam całkiem rozkojarzona, zasnęłam gdzieś koło 4, a i tak koszmary mi się śniły.
Pospałam prawie do 9, cichutko jak myszka ogarniając się. Zaskoczył mnie w kuchni, gdy robiłam sobie śniadanie, profilaktycznie wyłączając gwizdek z czajnika, żeby gada nie budzić.
Aparatów nie miałam, bo głowa mokra. I to jest jedyny człowiek na świecie, z którym wciąż mogę spokojnie rozmawiać bezgłośnie. Idealny dla mnie.
Wciąż pamiętający, że matka ma niedosłuch (choć i wnuki też już ogarniają, ale nie są tak wyspecjalizowane w układaniu ust przy mówieniu do mnie, jak on). 
Wykąpał się, na śniadanko wleciał i miałam darowane od życia 2 godziny.
Pomarańczowej ikonki na routerze nie ogarnął, bo... sam zakładał hasło, ale nie podał mi, więc dupa. Ale działa, tyle że ikonka wkurza i mnie, i jego. Do monitorków potrzebne są dłuższe kable, ale... nie ma opcji, bo nie wymieni kabla przy monitorze. Poprzesuwał, może nie będzie mnie już tak bark bolał. Na razie nie myślę o nowym biurku, bo po co.
Zreferował zjazd i zapowiedział, że we wrześniu będzie miał 80-lecie budy, a że i żonę z budy ma, to... jest opcja podrzucenia Łobuzów. Zobaczymy, bo to będzie ciężka operacja logistyczna, a i ja muszę dożyć w sile wieku jeszcze.
No i napisałam mu kiedyś w MSG o tym, że zapowiadają kłopoty z operacją zaćmy. Wyskakuje mi od razu multum operacji na NFZ za granicą - błogosławieństwo bycia w Unii. Z refundacją NFZ, co dla mnie jest totalnym nieporozumieniem - bo jak to, kasy nie ma, a zagraniczne refundują? Wiem, wiem, jak to działa. Więc się pocieszam. A on: jak coś, jedziemy do Czech, biorę urlop - nie ma sprawy, nie będziemy zaraz po operacji wracać. Ogarnę...
I tak, te dwie godziny tresowania matki jakoś mnie podładowały.
Cóż, może i ja czasem powinnam przyjąć jakąś podpórkę, choć niekoniecznie zaraz balkonik?
Ogarnęłam (ogarnąłby sam, ale nie chcę - wolę po swojemu, póki mam siłę), pojechał, zameldował się.
A ja spokojnie poszłam w siną dal.
Do piekarni, tort na jutro kupiłam.
Do apteki, bo choć mam zapas kropel do ślepi, od 1 grudnia mogłam wykupić następne (są za darmo dla mnie), akurat były. No to mam zapas na cały rok i dalej - nawet jak będę miała kłopoty z zapisaniem się do okulisty - recepty nie potrzebuję, a póki nie ślepnę na maksa. nie ma alarmu.
I w ramach mikołajek dostałam od pani, u której bardzo lubię załatwiać recepty, taka miła, wycofana, ale zawsze pomocna - dobrze jej z oczu patrzy, są tacy ludzie, których lubię, bo tak, tak jak nie cierpię facetów w aptece

 
 No powaliło mnie na kolana. Ale OK, są tam próbki, które mogę dać Małej Wiedźmie - ma akurat trądzik. Może jej przypasuje?
Choć ja na trądzik ma receptę z rodzinnych skarbów Eksa, ale że to nie jest żaden cud wianek, to nikt nie chce świętego płynu.
Tak go zwali, u nich w domu stał wielki słój z tym, a ja, nielubiana przez teściową, dostałam od niej recepturę na to. Chcieli to sprzedać na Zachodzie, ale im cena nie pasowała i nie sprzedali.
Mnie to pomogło parę razy - w nosie wyskoczył mi jakiś krater i żadne leki nie pomagały.
Znajoma pielęgniarka miała jakiś niegojący się paznokieć, zacięła się przy manicure - pomogło.
Szwagier sobie oderżnął palec od nogi kosiarką - pomogło przy gojeniu.
Na oparzenia - sama wypróbowałam - P. na złość matce, nie słuchając, że drzwiczki od piecyka są gorące - poleciał i dotknął, nie pamiętam już, przeciwko czemu protestował - te pierwsze, prawie czerwone jeszcze - Eks cierpliwie (cierpliwość to on jednak miał), przez godzinę przecierał mu te biedne łapki tym - i nawet bąbel mu nie wyskoczył.
Inżynier zaś, nie na złość matce, ale przypadkiem, dotknął podstawki od żelazka, też gorącej i też nawet bąbla nie miał.
Ale co ja tam będę się prosiła o uwagę i dawała recepty.
Takie czasy, że na wszystko jest lek i suplement w aptece.
Moje dzieci dają swoim dzieciom paracetamol - w UK wszystko leczy się paracetamolem.
Pediatra moich dzieci stanowczo zabraniała mi podawania paracetamolu.
Ja do dziś nie uznaję tego. Z przeciwbólowych i przeciwgorączkowych, nie pamiętam kiedy ostatnio, przeterminowane wrzucam (a mam ich od metra) do wody do kwiatów ciętych - aspiryna rządzi i wymiata.
Ale co - nie mnie walczyć z wiatrakami.
 Spotkałam teściową Kierownika Budowy, ale to temat na długie pisanie, nie chce mi się już roztrząsać. KB nie był na zjeździe (jest kolegą I. ze szkolnej i studenckiej ławy). Sam I. chciał się z nim zobaczyć. No mam garść plotek na juterko, bo wlecą.
Mamy zjeść coś u mnie - się zamówi, albo i nie. Zostało mi jakieś 1,5 litra żurku (taki dobry, że ojapierdolę, tak z rozpędu wyszło, bo był rosołek, się dodało co nieco i klękajcie narody), i cały gar rosołu, też przepysznego. Więc nikt z głodu nie umarnie ;)
I w porywie szału nabyłam rękawice do kuchenki, kupując żelazko. Bo kocham kratki, a 6 złotych to jednak nie pieniądz. Dziś wkładam, by rosołek z pieca zdjąć i tadam...

 
 Hamerykanizujemy się. Instrukcja obsługi łapek kuchennych w kilkunastu językach. A myślałam, że takie debile tylko w USA.
Tylko drzew szkoda, które poległy pod toporem na ten papier.
 
Mogliby w końcu zamieszczać te instrukcje tylko w necie.  
 
E. nagle przysłała mi SMS urodzinowo-imieninowy, choć latami o mnie nie pamiętała. Myślałam, że po moim milczeniu na jej emilki, MSG i SMS odpuści, ale nie. Że się martwi. I inne sranie w banie. No jestem świnia, ale nie do końca. Odpisałam, że dziękuję, ale wciąż pracuję, potem mam urlop (nie wnikając w szczegóły co robię, w końcu to moja sprawa), z którego wracam prosto w wir pracy, więc zajęta jestem prawie do końca stycznia, a po trzech dniach wolnego w styczniu (bo tak jest) wpadam w lutowy wir, więc trudno mi się umawiać. Nie podziałało. Napisała, że jak ogarnę luty, mam się odezwać, jak nie będzie miała lekarza, zaszczyci mnie.
Kurwa.
No comment. Niby dlaczego mam się dopasowywać? Też mam lekarza, swoje życie, pracę. Dopasowywałam się latami. Już nie muszę.
Nie planuję nic dalej niż za tydzień. Nie dlatego, że się do urenki z własnej woli kładę, ale...
Przeszczęśliwa jestem, gdy następnego dnia otwieram zaropiałe ślepka i cichutko szepcę: dziękuję, życie, że mogę się cieszyć kolejnym dniem. Niech trwa.
I lecę do łazienki, umyć rączki, by po raz kolejny zakropić oczęta :)
 
 
 
 


czwartek, 4 grudnia 2025

25 933

dni jestem na tym padole łez, Kochany Pamiętniczku.

Znaczy się, jak ten wash and go jestem - dzisiaj mam i urodziny, i imieniny.  

 
Siedemdziesiąte pierwsze, żeby nie było.
 
 Straszne to jest, ludzie tak długo nie żyją. Na FB mam wyłączone powiadomienia, kto miał pamiętać, ten pamiętał, nawet ten Szkot od Inżyniera pamiętał o PozMum - tak mnie nazywa.
Nic dziwnego, że tak lubię Szkotów, choć w tym roku będę miała tylko jeden kalendarz Men in kilts :) 
No tak, jedno z wielu marzeń z wish list, które pozostanie niezrealizowane - i dlatego jest takie piękne. Najpiękniejsze są bowiem te niezrealizowane, zawsze można o nich marzyć bez końca. A te spełnione odpadają :) 
 
Bladym świtem dostałam też życzenia od Łobuzów, dumnie dzierżą w rękach laurki. A Kalafiorkówna, która nie jest moją fanką SAMA Z WŁASNEJ i NIEPRZYMUSZONEJ woli zrobiła dla mnie książeczkę. I cudowne życzenia już bez podpowiadania, sama napisała i to koham tak mnie ujęło za serce. Bo wie, że babcia korektorka musi znaleźć jakiś błąd, żeby być szczęśliwa.  
A i moja Pierwsza Wnuczka do mnie napisała (w szoku jestem, naprawdę) i to coś, co chwyciło mnie za serce: dziękuję ci za to, że jesteś. Nie powiem, łezka się w oku zakręciła. 
Nawet na siedemdziesiątkę okrągłą nie pamiętało o mnie tylu ludzi, co dziś.
A ja wykończona jestem. Pracowo znaczy się. Jako że wczoraj zamknęłam szeryfa, który miał być zamykany dziś (o 13 poszłam sobie w siną dal, żeby wiktuały na rosołek kupić) i wracając do domu dostałam SMS, że larum grają, bo do druku. No poczekali na mnie godzinkę. Chociaż raz oni na mnie czekali, nie ja na nich.
I dziś już na luzie, bo w zasadzie nic nie było. Niewiele osób pamiętało, ale ja też nigdy w pracy nie obchodziłam urodzin, wychodząc z założenia, że wydawać kilkaset zł na poczęstunek, żeby dostać kwiatek, bombonierkę i uścisk dłoni prezesa czy Bossa to się nie opłaca skórka za wyprawkę. Taka jestem wyrachowana, a co :) 
No i niby dlaczego mam się cieszyć, że znów mi lat przybyło? :P 
A dziś napisałam do maszynek, że znikam o 13, będę później, nie protestowały, nie mogły, bo same z jutra przesunęły się na wtorek, kiedy u mnie będzie sajgon z armageddonem.
I urlopu pożądam jak kania dżdżu. Niby mogłabym to ogarnąć do 6 stycznia - od 17 grudnia mam już koniec pracki, ale... 8 stycznia jest bydełko. Piszę do pani M., czy przesuną bydełko, bo wszystko przesuwają,  ale mówi, że nie, pytając, czy mi dwa dni starczą. Dwa dni na 64 strony to dla mnie małe miki. Oni będą mieli gorzej, jak będą musieli autoryzować. Ale nie będę taka świnia, w tych dniach zerknę. Głównie chodzi mi o to, żebym nie musiała siedzieć kołkiem przed kompem, czekając na zmiłowanie. Bo wtedy zazwyczaj pięknie słonko świeci. Więc mam urlop, wlezę jak wlezę i zrobię jak mi będzie pasowało. Git majonez :) 
Więc 3 tygodnie wolnego i tylko 4 dni urlopu wypisane - żyć, nie umierać :) Będę już tęskniła za pracką :) 
I tak sobie pojechałam po to żelazko, bo jakem nieprasująca, tak brak żelazka mi strasznie dokuczał.
Jeszcze bardziej dokuczał mi gorąc w markecie, bo temperatura jak na Bahamach, a ja w płaszczu. Wprawdzie mają tam szatnię, ale butów nie zdejmę, a w butach mi też za gorąco.
Jedyny plus, że dorwałam bankomat Planet Cash, skąd mam bezpłatne wypłaty i tadam - jakby co, starczy na świąteczne zakupy na Manhattanie (zimą tyle nie wydaję tam) i na fryzjera też.
Żelazko kupiłam Philipsa, bo lubię tę markę. Niedrogie, 169 zł, jak padnie, płakała nie będę. Poprzednie służyło mi jakieś 20 parę lat, więc może i to się ogarnie. Nie widzę sensu kupowania drogich gadżetów - w sąsiednim Action żelazko o parametrach tego, które kupiłam, kosztowało 35 zł. Wiem, wiem - i jedno, i drugie   robiły małe chińskie rączki i jak się źle trafi, to te drogie tak samo pada, jak to z Action :) 
No ale dałam Philipsowi szansę :)
Miałam ochotę połazić po Media Markt, ale strużka potu na pleckach mówiła: spierdalamy do domku.
Jeszcze tylko Action przeleciałam kurcgalopkiem, kopiąc się w dupę, żeby kolejnego badziewia nie kupić, no skusiłam się na  
 

 
Filmików nie umiem wstawiać, musi wystarczyć fotka :) Mrugają i wkurwiają sąsiadów, o to mi chodziło (tego dziada, co marysię hoduje) :P 
Są na baterie,  kosztują 18 zyla i są fajne :) Zobaczę, jak długo bateria potrzyma i kupię następne jak coś :) 
 
I zauważyłam, że jeden z moich grudni leni będzie miał kwiatki, a nie miał ich od 3 lat. Kochany zatem jest (tylko mu tego nie można mówić). 

W ubiegłym tygodniu widziałam pudełko z kilkunastoma świeczkami urodzinowymi. Chciałam je wyciągnąć, ale sobie mówię, co będę bajzel na wierzchu robiła. Dziś kupiłam sobie gniazdko malinowe z bezą zamiast tortu (tort będzie w niedzielę), a świeczki diabeł ogonem nakrył.
Tak że miałam więc

Mam nadzieję, że zadziała :P
I mają w Książu pierniki z nugatem, drogie, ale jakie dobre. W życiu nie będę już piekła pierników.  Inne ciasta może. W sumie nawet nie mam blatu do takiej roboty i nie chce mi się sprzątać po tym.
Jutro może wleci P. I. wleci na pewno, bo się, skunks, na zjazd z okazji 21-lecia matury wybiera. No i potrzebuje hoteliku u mamy, a mama się zastanawia, czy znów będzie niespanie.
Bo dziś śniła mi się szwagierka, starsza ode mnie, nieżyjąca już od ładnych kilkunastu lat, chirurg, która pół nocy namawiała mnie na by-passy. I szwagier, też Umarlak, w wieku mojego brata, który zabrał mnie na spacer w okropną burzę. Tak sobie myślałam, otworzywszy te kaprawe ślepka, czy to jakiś nomen omen?
Z moich kochanych Umarlaków nikt mi się nie śnił.
I. mówi, że torcik w niedzielę. Inżynierowa, że wlecą w sobotę. I z Kundlem.
No nie, każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. Posłałam ostrzeżenie, że Kundel raczej nie, choćby był najgrzeczniejszy. Bo wszystkie badylki zimują i na balkon ich nie wyrzucę. A mam asparagus do ziemi, który igły sypie jak ponoworoczna choinka (nic mu nie jest, odżyje, za sucho zimą), a łodygi ma do ziemi. I dwa filodendrony. Nie licząc geranium, które zostało wyeksmitowane z kuchennego okna na podłogę w pokoju, bo jest za ciężkie i za bardzo rozrośnięte na stanie na parapecie.
Każdy ma jakiegoś bzika. Ja rozumiem, że gdy do nich na wycug jadę, muszę cierpieć. Choć nie powinnam, bo nie jadę tam dla swojej fanaberii. Ale nie widzę powodu, żebym miała się sprężać, bo ona wszędzie chce iść z Kundlem.  Nawet najgrzeczniejszym :) (A nie jest). Żebym miała drzwi (a nie mam, mam tylko w łazience, ale tam się badyle nie zmieszczą), zaniosłabym podłogowe badyle, wzdychając, do drugiego pokoju i zamknęła drzwi. Nie ma takiej opcji.
I od razu przypomina mi się dziewczyna z Wenezueli, z którą mieszkałam w akademiku AR, bezdomną już bibliotekarką będąc, która mówiła, że Polska to dziwny kraj. Bo u niej, w Wenezueli to bliscy organizują imprezę jubilatowi, a w PL jubilat mało że na nią wydaje, to jeszcze zostaje z bajzlem.
Ano, racja. Dlatego ja nie urządzam imprez, albowiem - myślę tak samo. 
I dziękuję, postoję, ogarnianie wszystkiego, a mieszkanie mam małe i nawet się z trudem mieścimy przy stole (powiedzieli, że wyjeżdżają do UK na zawsze i nie wrócą za skarby świata - i jeden, i drugi, tom sobie chatkę samotnika urządziła) to jednak hardcore. A ja w poniedziałek zaczynam najgorszy tydzień w roku, z przesuniętymi   maszynkami i nawet to, że jestem słynną (i niezastąpioną - tak rzekła p. M. w rozmowie o urlopie, gdym składała raport z imprezy pracowej, na której nie była, bo ją testosteron przerósł - mnie też, ale ja to mam raz na rok może) korektorką, nie zmienia faktu, że czasami nie wytrzymuję już i szkoda, że nie umiem wrzucać filmików, bobym wrzuciła taki jeden :) Idealnie oddający moje nastroje.
Nakręciłam się wiadomością, że obcinają fundusze na służbę zdrowia i że będą kolejki dłuuuugie do operacji zaćmy. I zaczynałam żałować, że od proga oznajmiałam, że żadnego cięcia, że nie idę pod nóż. I jak to napisałam do I., lamęcąc, że prywatnie to około 6 tysi za oczko...
Zaczęły mi wyskakiwać reklamy... Że w Czechach za darmo, że NFZ płaci. Mało tego, czeskie firmy mają filie w PL. No i z Łodzi (z miasta Łodzi, droga Pantero) też jest jakaś firma, robiąca operacje na NFZ. Że ma miejsca.
Policzyłam więc do 10 i przestałam się nakręcać. Na razie, chociaż widzę, że jest gorzej, nie jest źle. 
W sumie na okularach zmienianych (przy moich wadach kosztują nieźle, ale mamy w pracy fundusz socjalny i mogę tam pukać, oprócz standardowej dopłaty do okularów wg regulaminu, więc nie byłoby tak źle) jeszcze jakiś czas pojadę. Druczek chyba 9 stopni w Wordzie (na wydruku) czytam jeszcze spokojnie bez problemu. Gorzej widzę na dal - ale mam jakieś minus 2. Mama Małego T ma minus 7 :O W życiu bym nie pomyślała, ale ona soczewki nosi. Ja soczewek nie chcę, dość się naczytałam przez 10 lat o sepsie i innych cudach wiankach przy soczewkach. I lubię okulary - są seksi. I. też tak twierdził i kupiłam mu zerówki. Kilka lat później, choć sam nic nie czuł, okulista stwierdził, że jest synem swojej matki i... nosi okulary. I ma astygmatyzm. P. też ma i na dokładkę jest ślepy jak kret od młodości. Ale okularów nie nosi - co pozostaje zagadką. Ja zaś mam inne okulary do dali, inne do oglądania filmów na kompiku, inne do czytania na kompie. Na ajpadzie i ajfoniku nie widzę w okularach - nawet w tych, w których  czytam na kompie. A do wydruków używam tylko gołych oczków :) Jak widać, jestem bardzo skomplikowaną wzrokowo istotą. A ta kasa za operację wkurwiła mnie na maksa, bo przecież płacę składkę zdrowotną i z emerytury, i z pensji, a od 25 lat nie byłam ani dnia na zwolnieniu lekarskim! Na SOR byłam w tym czasie może ze 2 godziny, jak mnie weszki pożarły, na które mam uczulenie :) 
Więc...
Ale dziękuję ci, życie, za te 25 933 dni.
Gorsze, lepsze, ale moje.
Kiedy cieszyłam się, smuciłam, umierałam z miłości, latałam pod obłoki i spadałam z hukiem na ziemię.
Kiedy czułam się kochana, niekochana, uwielbiana, opuszczona, słynna, doceniana, niedoceniana.
Kiedy czułam smak miłości i smak łez.
Jakoś dziwnie przeżywam ten dzień w tym roku. W zeszłym byłam spięta i zestresowana. W tym jestem na luzie i ani trochę nie czuję się zestresowana i niedopieszczona.
Może to ta laurka od Kalafiorkówny - koham jest naprawdę powalające.
A może to dziękuję od MW, która łatwego życia nie ma i miała nie będzie.
Nie wiem.
Wiem, że kocham MOJE życie.
Jest cudne i będę wdzięczna za każdy następny dzień, który mi ofiaruje.
 
Aż do końca.
 
I jakem racjonalną do szpiku kości osobą, obserwuję na FB Piąty zasiew.  
No cóż, są rzeczy na tym świecie, o których się filozofom nie śniło.
Mnie się czasem śnią, tak samo, jak płaska ziemia ;) 
W końcu nie na darmo zwą mnie Starą Jędzą :) 
Do napisania :)  
 

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Ma natu sole

 Kochany Pamiętniczku dziś przez moment było, więc dupę w troki wzięłam i... pojechałam do pracy.

Ale najpierw po raz pierwszy fotka mi wyskoczyła z 2023 roku.


 Taka to sierota od jakichś 3 lat dusiła się w 2023 w za małej doniczce, nie mogąc się zdecydować: dychać, czy żyć.

Przesadziłam w ramach fantazji i dziś 


 ledwo się na parapecie i w doniczce mieści. Miałam kiedyś większą, nie mieściła się w chałupce (bo było nas czworo, wprawdzie chudych jak szczypiorki, ale czworo), wystawiłam na korytarz... I jeden z najmniej lubianych przeze mnie sąsiadów, buc jakich mało, już nieżyjący, psa pod nią wyprowadzał. Mocz jej nie służył, a sąsiad szedł w zaparte, choć przyłapałam psa na gorącym uczynku. Teraz sąsiad w mieszkaniu po tym zmarłym też ma psa...

Więc mam dylemat :) 

Ale potem był piątek, kiedy z MW poszłam do laboratorium.  Bo ktoś dorosły musi z nią iść. Myślałam, że napisze (wiedziałam, że będzie koło 9, rozmowa z Synową jak gęś z prosięciem na MSG), że jedzie, że pójdę po nią na przystanek. Dobrze, że się ubrałam i czekałam. Jednocześnie MSG od niej i MW, że czeka koło przychodni. A mrozek był... Kurwa, kurcgalopkiem, spacerkiem to 15 min, doleciałam w 5 z ubieraniem się, rekord. O mało ducha nie wyzionęłam. 

Kupy nie wzięła.

Ma donieść w następnym tygodniu, ale może już sama. Ja jestem wyłączona - work.

Za kudły do domu zawlokłam,  bo na czczo. Zajęcia miała o 11, więc zdążyłam nakarmić, obładować żarełkiem i wywalić na zbity pysk.

No dobra, tragedii nie było.

W sobotę zapraszali znienacka do Lumina Parku. Od lat marzę, żeby tam iść, ale primo po pierwsze - ja błądzę nawet na swoim osiedlu, a dotarcia do parku dendrologicznego nie obczaiłam za dnia, a co dopiero po ciemku. Proponowali podwózkę od mamy Małego T., ale odmówiłam. Nie lubię robić ambarasu, no i stać mnie na taksówkę raz na pół roku. Dobrze, że odmówiłam - cały teren był nieodśnieżony i mimo odwilży - śliski. I błocko. Cóż, poczekam na lepsze warunki terenowe - Lumina jest do lutego. Albo i nie pójdę, bo ponoć dupy nie urywa :)  

Sobota i niedziela minęła spokojnie, chociaż zastanawiać się zaczęłam i nadal się zastanawiam, czy JUŻ mam zawał, czy po prostu jebnął mi kręgosłup. Wreszcie, co przesiadywania przed kompem i na fotelach innych.

Wujek Google mówi, że zawał, a ja, smarując się Voltarenem mam nadzieję, że jednak kości. I mięśnie. Reklamacja co do ustawienia monitorków do I. zgłoszona, ma wreszcie przywieźć kable (a mówił, że trzeba kupić, ale ponoć ma) i ogarnąć ustawienie monitorków, cobym nie musiała szyjki wyginać. No i do tego trzymanie ajpadzika w lewej rączce, oj, ciężko pracowałam od lat na bunt kręgosłupa. Stało się, obaczymy, co dalej.

Boleć, boli, ale... 

Jakoś nie padam, łapiąc się za serce, więc może przeżyję. 

Noc z niedzieli na poniedziałek koszmarem była.  Zasnęłam gdzieś koło 3 nad ranem po podwójnej dawce tabletek uspokajających. 

Bywa.

Rano na emilku się działo. A ja wróżyłam z kart: jechać, nie jechać.

I. kopał w kubańską, że jechać.

Więc uszykowałam ubranko, siedziałam jak na gwoździach, nie na listku bobkowym. Ciśnienie  mi skoczyło, jak od dawna nie skakało. Zażyłam więc kaptopril, dodatkowo dwie tabletki uspokajające i kopana w dupę przez wredne dziecko poszłam na 610. Bo 610 jedzie spod mojego bloku, okrężną drogą, przez strefę B (dlatego nie jeździłam nim do pracy, bo miałam PEKĘ tylko na strefę A, teraz mam na ABC za frico do 2054 roku hahahahaha), prosto na pętlę, skąd rzut beretem do pracki.

Nawet nie musiałam łazić.

Ale...

Wypadł z kursu  (wiedziałam, że będzie się kiełbasić, jak mi się rano poniedziałkowe pasjansy jebały jeden po drugim).

Więc, klnąc, poszłam na drugą stronę ulicy. Klnąc, bo mogłam jechać 20 minut wcześniej z przesiadkami, idealnie.

Ale nic straconego, wdech, wydech, wlecę do banku, do darmowych bankomatów, wypłacę sobie kaskę na fryzjera i na zakupy na Manhattanie do świąt. Starczy. Święta mam w tym roku wersja light i oszczędna. Nigdzie nie idę. I. ma dość ogarniania obu rodzin, P. nie jedzie do teściów (chcą we własnym gronie i chwała im za to). Rodzina N. ma inne plany (hip-hip hurra). A ja mam święta, o jakich marzę od lat.

Nie ma mnie dla nikogo i super. 

W niedzielę ogarnęłam wszystkie prezenty gwiazdkowo-urodzinowe (urodziny ma Papryczek, nie w moje, a chciałam, byśmy razem świętowali, ale nie, wypiął się oraz Kalafiorkówna, która też się na mnie wypięła i na złość wszystkim przyszła na ten padół łez 26 grudnia - cwana jest). Kosztowało mnie to niemało, bo... No cóż, poszła na to cała kasa z socjalnego, drugie tyle dołożyłam z pensji. A... mnie się żelazko zjebało po 20 latach i szukam taniego, ale przecież prasuję raz na rok, hurtem...


 

 No co, mam dużo lumpów :) 

Wracając na przystanek...

Dojechałam do przesiadki...

Wprawdzie uciekła mi bimba z Jak dojadę, ale tragedii nie było. Nie wiem, dlaczego, ale i bimby, i busy prawie puste o tej porze jeździły :) 

A na przystanku


 czyhał ma mnie kotecek. One wszędzie na mnie czyhają. (Wieczorem napisałam do Kruka, long story, zobaczymy, co z tego będzie, bo jak dla mnie taki błąd to plama na marce. Pożałować 25 zł - bo tyle może kosztować korekta takiego plakatu, na który wydano niezłą kasę, firma też kasę trzepie aż miło - obciach.)

Jadę do pracki już mniej wkurwiona, bo dorwę się do kasy w banku.

Dwa bankomaty w banku nie działają. Mówią mi, że nie mam środków na koncie i nie mogą mi wypłacić.

Męczę konsjerża, ale co on może?

Wpadam do banku, zero klientów, ale każą mi czekać, bo menedżer zajęty.

Ja, kurwa też, spieszę się na spotkanie do pracy.

I tak, dowód, sprawdzanie danych, bo może mam gołe konto i się awanturniczę o bankomaty bez daj racji, łącznie z pytaniem, na co mi kasa? A w chuj, kogo to obchodzi, na co wydam własną kasę.

Oba bankomaty są puste, cipa ze słodkim uśmiechem  po sprawdzeniu mojego konta, nie wyglądam na taką kasę, trudno, moja wina, mówi, że może za godzinę będzie kasa w bankomacie.

I tak, tak jak nie wierzę w spiskowe teorie dziejów, jestem gotowa uwierzyć, że chcą nas pozbawić własnej kasy. 

I nie, nie będę płacić żadnej prowizji za wypłacanie jej z własnego konta.

Ni chujenki.

Lecę do pracy, wpadam na A. wyprowadza pieska. No a ja, kurwa, boję się na kibelek lecieć w czasie pracy.

Przestanę.

Z A. się ściskamy, bo się lubimy, piesek lubi i mnie, ale A. go dyscyplinuje.

Docieram do firmy.

Karta nie działa, na szczęście na portierni siedzi ktoś, kto mnie pamięta (czy mnie jeszcze pamiętasz?), wpuszcza, ciągnie do informatyków, którzy na piękne oczy wydają mi nową kartę, wzdychając gremialnie wszyscy: pani Basia :)

LOL :)
I tak jak na poprzednią kartę musiałam podpisać trzy podania, dać klucz od mieszkania (tym razem bez fotografii pradziadka), starą kartę, którą oddawałam, lekceważą. Na nową nic nie każą podpisywać.

Idę dalej.

Karta działa.

W redakcji popłoch, że zapomnieli o czerwonym dywanie na moje powitanie.

Ale nawet Boss wita mnie jak nie przymierzając Elżunię.

Rozbieram się do rosołu u T., który od razu pamięta o zaległych dziełach i tak wyjdę bogatsza o 5 kilo w siatce


 

 Dobra robota ma swoją wagę, o okładkę jest wojna, że nie ma na niej działu online. I dobrze, bo to bardzo niedopracowany dział, mnie witki opadają, jak go czytam. Znaczy się - zero tam korekty, nawet AI :)

M. nie ma, była u lekarza. 

Kolęduję, u maszynek też. 

I nikt nie widzi starej, zmęczonej życiem kobiety (serio, 11 lat na emeryturze już?), każdy widzi panią Basię.

Nice.

Idę na salę imprezową.


  Stoły ciągnęły się przez dwie długie ściany.

Dopada mnie nowy prezes - widział mnie raz w życiu, jakoś przed rokiem, gdy zapoznawał się z załogą :)

Funduje mi rączkę (hmmm...) i szarpiąc moją rzecze czule: Pani Basia? Pani Basia, ta słynna korektorka, o której mi wszyscy opowiadają i pokazują jej zdjęcia? WTF? Ugryzłam się w język, żeby nie zapytać: te gołe? Zapytałam: A gdzie RODO, że zdjęcia? Nic nie odrzekł, poleciał. No ale słynna jestem, ojacierpiędolę.

Słynę z pracowania za friko pewno.  

 Bo słodko nie jest, to już nie jest to, co kocham.

Najpierw przemawiał  prezes.

Znaczy się, jak Gierek.

Potem przemawiał Boss...

Potem z monitorka przez ponad 10 minut pierdolił gość z DE. Po niemiecku, że wiecie, rozumiecie, pomożecie.

Potem z karteczki Boss tłumaczył przemówienie z Niemiec. 

Z tłumu może redaktorzy znali niemiecki. Ja nie...

Potem jeszcze dwa speeche chuj wi kogo (jestem wzrokowcem, a latach, gdy chodziłam do kościoła po 2 minutach traciłam wątek).

Oklaski, oklaski, brawa :) 

Nareszcie koniec. Naczalstwo się ulotniło jak sen złoty, a plebs rzucił się na żarełko. Zjadłam karpia w galarecie (przesolony jak diabli), kawałek pasztetu, z młodym narybkiem redakcyjnym pogawędziłam, rzucając naokoło wesołych świąt, poleciałam do pokoju, gdzie zostawiłam odzienie, odsikawszy się, rezygnując z alkoholizowania się, pomaszerowałam na pętlę i  złapawszy błyskawicznie 610, którym jechałam, czując się jak uprowadzona, bo


 

 pożegnawszy tę donicę pod firmą, kiwając rączką patrzącej na mnie, idącą w siną dal resztce ekipy, która została na winku...

... doszłam do 


 a za chwilę była już totalna ciemność i jadąc 610 zastanawiałam się, czy cała i żywa dojadę do chatki.

Dojechałam :)


 Leluje na mnie czekały, jako i emilki wysłane po 13.

Emilki olałam.

Ogarnę jutro, dziś pracowałam do 13.


 A to na jutro w lodówce się chłodzi.

Aby do 16 grudnia.

A potem?

Się zobaczy.

Jeden dzień, a tyle wrażeń, co nie ;)

No i kręgosłup boli. Mam powód do narzekania.

Ale...

Nie chcę już wracać tam.

Już nie moje klimaty, choć ludzi wciąż kocham.

Może za mną zatęsknią, ale na dwoje babka wróżyła.

Młodzi mówili, że są dla mnie pełni podziwu.

Dobre i to :) 

Sayonara :)  

 

wtorek, 25 listopada 2025

W piątek

 w Lidlu zaszalałam. Myśląc o tym, że przyjdzie jutro P. kosmetyki kupiłam. Do pielęgnowania brody, ze szczotką, a i żel pod prysznic był. Myślałam o kosmetyczce, bo jak jeździ w te delegacje, ale pomyślałam, że do brody ważniejsze. No dobra, nie do brody. Puszka. Puszka była cudna. A że kosztowała 35 zł, to kto bogatemu zabroni?


 Jestem puszkomaniaczką, jego żona też. To sobie pomyślałam, że on dostanie kosmetyki, a ona puszkę :)

Bo ostatnio, jak wleciał tę klamkę naprawiać, to jak menel był. Nie stanęłabym koło takiego menela w tramwaju, poszłabym dalej. To sobie pomyślałam, że z olejkiem i jakąś emulsją do brody ogarnie się, a jeszcze szczotka, specjalnie do brody.

Bo moje dziecko niechlujem jest - uwielbia długie kłaki i zarost (z lenistwa), ale kłaków myć nie lubi. A piękne, ma gęste, garściami można wyrywać i mu nie ubędzie. Miał już włosy do pół pleców.

Ojeżukolczasty, jak ja mu zazdroszczę. 

I. zaś no - po mamusi - łysieje. 

P. ma po ojcu, ten do śmierci miał taką czuprynę.

A ja łysa przez to lizanie gałki przez Eksa.

I tak, czekając na dziecię, oczami duszy widziałam, jak doprowadzam go do porządku.

Dzwonek, lecę, otwieram drzwi i pytam: kim pan jest i co pan zrobił z moim synem?

W drzwiach stanął młodzieniec nadobny, z twarzą jak dupa niemowlęcia i modną fryzurką.

A mnie zatkało kakao :) 

Poszedł do fryzjera, z własnej i nieprzymuszonej woli.

15 lat mu ubyło, nie wyglądał jak Chrystusik z tłustym kłębowiskiem na głowie.

Fejsowi wiedzą, widzieli, tu fotki nie wrzucę. RODO.

Powiedział, że prezent się nie zmarnuje, bo na trzydniowy zarost może być, a jego poświęcenie nie sięga tak daleko, żeby się co dzien golić. 

Jeżukolczasty, żeby ten gupi łeb chociaż co 3 dni mył...

 Bo to fajny chłopak jest, jak był młodszy, mówili na niego Banderas.

I gupia ta jego żona. Tak, ja wiem, dorosły człowiek. Ale to taki model jak mój Eks. Jak nie kopniesz w dupę i nie pokażesz palcem, to mogiła. 

No ale ja jestem z pokolenia kobiet chowanych w przekonaniu, że mój mężczyzna świadczy o mnie i zawsze dyrygowałam.

I pilnowałam.

Inżynier wyrósł, po mamusi pedancik czyścioszek.

No cóż. Chociaż trochę się nacieszyłam przystojnym synem :)

Pogadaliśmy, omówiliśmy to, co do omówienia było. I OK.

Też go potrzebuję, chociaż nie we wszystko wtajemniczam.

Ale to wciąż moje dziecko, takie tam pijane dziecko we mgle (wyjątkowo niepijące, ale pijane).

Nie wszystko z tej rozmowy mnie zachwyciło, bo jak wiadomo, grudzień to u mnie pod kreską jest.

Piątka gwiazdkowiczów, mikołajki, no i dwóch jubilatów (nie licząc mnie samej). I włosy mi dęba na łysej główce stanęły, bo moja pensja nie ogarnęłaby cała wszystkich zamówień. Oczywiście, zasada jest taka, że daję ile chcę. Ale kupowanie dziecku na urodziny klocków LEGO za 900 zł (Papryczek), czy łóżka za ponad 1000 (to Kalafiorkówna - ale zapowiedziane, że składkowe, każdy da, ile chce, dokładają rodzice) - to moim zdaniem lekkie przegięcie, zwłaszcza w sytuacji finansowej młodych. Sama dopieszczając się, zastanawiam się, ile mogę wydać na perfumy. I choć mogę sobie kupić i takie za kilka tysięcy, zastanawiam się, czy wydać 200 zł.

Głupia ja, w sumie.

No ale i tak nie przeskoczę tej grudniowej kumulacji. Nie zbiednieję, ale wkurwia mnie podejście młodych - że dzieci muszą mieć zawsze to, co chcą. Alienek już czarował mnie jakimś Minecraftem za prawie 400 zł na Gwiazdkę, ale powiedziałam, że nie. Ze dam mu kasę, ma sobie sam uzbierać. 

Bo sumienie kazałoby mi dać wszystkim te 400 zł. Nawet jakbym odpuściła przyszywanego niżej, to i tak wyszłoby ponad 1600 zł. A gdzie urodzinowe?

Muszę też pomyśleć o tym, że kiedyś przestanę pracować i kasy nie będzie przybywać, a ubywać, a nie wiem, jak długo pożyję, bo ja strzelam, a panbuk kule nosi.

Więc jednak wezmę na wstrzymanie, a jak zaszaleję, to dla siebie.

Ja z tego powodu nawet urodzin nie wyprawiam, bo nalatam się, nakupuję, napracuję i zostanę bez kasy i ze zmywaniem, bo do knajpy dzisiaj wziąć  8 osób to też kosztuje jak za zboże i w pracy też (bo pytali, kto obchodzi, a kto nie) nie zgłosiłam, bo co z tego, że dostanę kwiatek i bombonierkę (chłopom dają dobry alkohol chociaż), jak będę musiała wydać kilka setek na poczęstunek? Podziękuję.  Bo ja poznanianka jestem, a poznanianki to Szkotki wyrzucone ze Szkocji za skąpstwo :P 

I doszłam do miejsca, w którym jestem właśnie przez to skąpstwo, przez liczenie się z wydatkami.

I nie, moje dzieci nie były poszkodowane. Miały i zabawki z Pewexu, i pierwsze gadżety elektroniczne i inne takie. Ale nigdy nie kosztem srania wyżej jak się dupę miało. To już było w stylu Eksa - jemu się wszystko od życia należało.

A, nevermind. Niech robią, co chcą.

Tyle że ja już niedługo odetnę się od zapychania dziur.

Może to coś ich nauczy.

Pracowo dojechałam do końca. Wykończona. Okazało się, że gdybym się nie przypomniała, to za dodatkową pracę nic bym nie dostała. A i tak nie wiem, czy dostanę, bo M. mówi, że wola boska i skrzypce, bo ona może tylko prosić, ale nie wiadomo, czy dostanie.

Zdaję sobie z tego sprawę, ale... Napisałam, że prawie za najniższą krajową już jadę i coraz bardziej mnie to wkurwia.

Dziennikarza mogą zwolnić, jak chce więcej, mnie też. Ale w sumie mnie to rybka już. 

Nie czuję się gorzej, ale coraz bardziej doskwiera mi to siedzenie po godzinach.

I te tygodnie, zwłaszcza teraz, zimą, wykreślone z życiorysu.

Bo rano nie chce mi się o 6 wstać, żeby lecieć na Manhattan (a cywilizuje się, dziś byłam w szoku, bo mój stragan ma nową, wypasioną, jeszcze niewykończoną budkę), leżę do 9, potem w piżamce ogarniam to, co w nocy przyszło i nad ranem, dopiero potem ablucje, śniadanie często jem po 11, więc i obiad się tak przesunął, że kolacji już nie jem.  O 16 już ciemno i choć do marketów mam blisko - nie chce mi się już dresów zdejmować i leźć...

A jeszcze teraz śnieg zapowiadają, to już mogiła.
Dziś musiałam wyjść, bo ostatnią skibkę chleba zjadłam, a nie chce mi się piec. Bo mycie naczyń po surowym cieście mnie wkurza.

Więc poszłam na Manhattan, mając 120 zł w kieszeni.

Bo mój bankomat jest zamknięty, bo Biedronkę w Alei Żula remontują.

Na Manhattanie płatność gotówką. Więc zrobiłam zakupy za 20 zł, a co :) Da się.

Resztę można w markecie, płacąc kartą. Bo mBank, mój bank pojebało i za wypłatę z bankomatu (oprócz tego jednego w Alei Żula) prowizję bierze.

Mało, że za obsługę konta, które miało być bezpłatne i za kartę, która też miała być bezpłatna (bez ustanku  zmieniają regulamin, a w innych bankach wcale nie jest lepiej, poza tym cała rodzina ma w nim konta, co ułatwia płatności w razie W, bo są od razu na drugim koncie) też biorą - w sumie w roku 168 zł golą, to jeszcze 5 zł prowizji za 100 z bankomatu - to jest złodziejstwo. A musiałabym jechać pod samą pracę, bo tam jest jedna z nielicznych (polikwidowali w Koziołkowie prawie wszystkie) filii, gdzie mogę wypłacać bez prowizji.

Kurwa.

I tak rano patrząc w lustro stwierdziłam, że do fryzjera pójdę, ogarnąć się, bom zarośnięta już jak dziecko, tyle że puszysta, a nie tłusta.

Strzyżenie, robota 15 minut na moim łbie, płacę zamiast 45 60 za przyjęcie bez zapisu - chyba dobry zarobek za 15 min nieopodatkowanej roboty?

Dzisiaj była ta fryzjerka, którą wolę, ale...

Chciała mnie zapisać, bo nie wskoczę w międzyczasie.

No to nie, podziękowałam i kontemplując


 ziejąc jadem z zazdrości, wróciłam do domu.

Nienawidzę układania sobie dnia, że mam gdzieś iść na godzinę. Bo nie. Bo daję napiwek, teraz rzadko kto daje. To nie, jak mnie jutro śnieg nie zasypie (bo taki ma plan), to pójdę po południu, może się załapię na tę, której nie lubię :) Wkurzają mnie te zapisy, wprowadzone w czasie pandemii. Wolałabym jak dawniej te pół godziny poczekać w kolejce i ostrzyc się, jak przyjdę, niż zapisywać na nie wiadomo jaki dzień. Są takie typy jak ja, że jak coś mają umówione i do załatwienia, to cały dzień mają z głowy. 

Co najwyżej się zapuszczę.

M. chce się ze mną spotkać, nie wiem, jak to rozgarnąć. 

Okulista wciąż niezałatwiony. 

Pracuję w sumie do 15 grudnia ciągiem ( w tym tygodniu ciąg olewam, jestem z doskoku, niech mnie w pompkę, mam nadgodziny, niech się wreszcie ogarną, nie zależy mi już na harówce). To i tak niewiele czasu potem na ogarnięcie - już nie jestem maszyną sprzątającą - chatę po tym Dniu Dziecka, co sobie zafundowałam ostatnio, ogarnęłam dopiero dziś. 

Rosołku nagotowałam, mam w zamrażalniku gotowe zupy, wezmę na luz.

Jak mnie śnieg nie zasypie (no te 15 cm nie powinno, ale nienawidzę brei pośniegowej i boję się poślizgu), a nie mam nawet zimowych butów (ostatnie zimy mnie odzwyczaiły od kozaków i po prostu ich nie mam), to może pójdę się gdzieś, nie, nie puścić, dopieścić.

Bo zasługuję na pieszczotki, co nie? :)  

A. Śnił mi się dziś Paryż. Mieszkałam naprzeciwko Notre Dame, która zaczęłam płonąć, a ja nie mogłam zrobić  fotek, bo jacyś kolorowi (a co), zasadzali się na mojego ajfonika...

I tak, wiem, że mój Paryż nie jest już moim Paryżem. Już wtedy, kiedy w nim byłam, było tam pełno kolorowych, chociaż jeszcze nie byli AŻ tak widoczni i agresywni... 

 

 

piątek, 21 listopada 2025

Jutro

możemy być szczęśliwi, Kochany Pamiętniczku.
Jutro możemy być szczęśliwiJutro możemy tacy byćJutro by mogło być w tej chwiliGdyby w ogóle mogło być.
 

Coraz

 mniej mam cierpliwości, Kochany Pamiętniczku do pracy. 

Mam wrażenie, że czas mi przecieka między palcami i nawet to, że mogę coś w domu zrobić nie usuwa tego głupiego uczucia. 

Trzy osoby w jednym dziale (czwartej się pozbyli, bo opóźniała wszystko i musieli za nią robić) i... 6 stron do zrobienia. 6 stron, które ja przeczytam dwa razy w góra 20 minut, powoli, myśląc o błędach i zastąpieniu bełkotu polszczyzną. 
I do tego D., która zawsze trzyma mnie po godzinach.

Sceny balkonowe odstawiłam i skończyłam o 16.58, ale i tak kurwica mną miotała.

Jedyną pociechą jest to, że z chmurki będę  obserwowała nową korektorkę.

A może i nie, może przesadzam z moim niezastąpieniem? Może, jak śpiewa SDM - będą wtedy szczęśliwsi? 

Właśnie przed chwilą dostałam diagnozę MW. Spektrum autyzmu. Wysoko funkcjonującego, ale jednak.

Trudno, trzeba będzie z tym żyć, choć łatwo nie będzie. Są gorsze rzeczy w życiu. Przerabiałam, obawiałam się ich. 

Muszę to jeszcze przetrawić.  Mnie nie była potrzebna diagnoza, ja po jej oczach wszystko wiem.

Przykro mi bardzo i żal do losu. Ale cóż.

Jutro wleci P., pogadać.

Tak jak mówiłam, tłumaczyłam: rodzina. Nie taka, jak mojego ojca, gdzie ma trzynaścioro dzieci w sumie nikt się nikogo nie trzymał i wszyscy byli skłóceni.

Nie jak mojej mamy, gdzie do dziś nie potrafię rozszyfrować ich animozji, ale tam były trzy żony, czwórka dzieci z dwóch małżeństw i nie - żadnych rozwodów, po prostu życie - śmierć i macochy. Zakręcone, a ja do dziś nie jestem w stanie ogarnąć tych pokrewieństw i żali - za głupia jestem.

I nie taka, jak mieliśmy z Eksem, gdzie wszyscy oglądali się na kasę, a ci, który jej nie mieli (jak ja i jedna ze szwagierek, z pogardą nazywana: bo una jest ze Swarzyndza, najwięcej z siebie dała, opiekując się wszystkimi, w tym i teściową, która nią pogardzała, bo una ze Swarzyndza), no i jak mówiła teściowa: każdy ma ręce do siebie, nie od siebie. Upominając się o zachowek, który jej się nie należał, bo była już 10 lat po rozwodzie, co miała wyrwać, wyrwała, a wyrywali sobie każdą pierdołę, krzywoprzysięgając, nawet zepsutą pralkę automatyczną, bo "im się należała". Teść w sądzie zeznawał, że nie ma innych bliskich, a pod sądem w samochodzie czekała na niego rodzona jego siostra. Rodzina, w której wszyscy dorwali się do koryta, zabierając Eksowi to, co mu zostało zapisane,  okradając jego dzieci - które były powodem, dla którego chatę dostał. Żeby miał za co je wykształcić. Teść, nienawidzony przez całą rodzinę, nawet Eks unikał go jak diabeł święconej wody, jednak myślał o najsłabszym ogniwie w rodzinie.  Że nie walczyłam? Rodzina miała adwokatów za darmo, ja musiałabym płacić. Zażarta walka trwała 12 lat. Testamentów było 17 (sic!). Z mojej pensji korektorki opłacić adwokata? Dzięki kasie, której nie wydałam na adwokata, wykształciłam dwójkę wspaniałych chłopaków. Druga żona teścia, z którą się rozwodził, ale nie zdążył się rozwieść, miała córkę adwokatkę. Szwagier operował wielu adwokatów, nie, nie brał za to kasy - brał usługi, także od stolarzy i innych zawodów. Taniej by operowanym wyszło zapłacenie za zabieg. Szwagierka z Niemiec wydawała na adwokata co miesiąc tyle, że ja bym za tę kasę miesiąc przeżyła i jeszcze bym odłożyła.

Cóż, było, minęło, mam superdzieci, znające swoją wartość. 

Niemające do mnie żalu, bo razem tak postanowiliśmy - iść naprzód, nie oglądając się na rodzinę. My jesteśmy swoją rodziną. 

A teraz bez kasy weźmiemy się za ogarnianie tego, co się rypło. Nie do końca, ale czasem trzeba będzie się sprężyć. Cóż, taki life, przerabiałam gorsze rzeczy. 

Będzie dobrze.  

 A w tym całym syfie pracowym nawet nie zrobiłam dnia gospodarczego i nie posprzątałam korytarza (znów moja kolej, jak ten czas zapierdala!).

Ale Spotify przypomniało mi w którymś momencie 


 i... przeleciałam wszystkie możliwe interpretacje, w tym i braci Kaczmarków kilka lat później (o rany, jakie inne odczucia, nawet z moim słuchem, wiadomo, jest jak jest), i Ładysza, Ładysza z żoną, i...

No czasem tak mam.

Mama moja i ciocia, jej siostra, kochały Ładysza. Mnie było trudno ogarnąć jego głos bez słuchawek.

Teraz, bo wiadomo, że z moim słuchem, pogarszającym się systematycznie, wiele nie ogarniałam do końca. I owszem, na potańcówkach, na zabawach - wiadomo, głośno.

Ale na potańcówkach nikt tenorów nie puszczał.

Chociaż O sole mio leciało w radiu, inne takie też. O sole mio znałam, bo ciocia często nuciła :) 

Ale tak naprawdę zaczęłam to wszystko zbierać do kupki teraz, zwłaszcza że wtedy nikt nie zakładał nawet istnienia YT, Spotify czy innych cudów wianków.

I tak, skoczywszy do Lidla na jednej nodze, słuchając piosenki, wracając po te nowiny niespodziewane...

Umówiona jestem na jutro z P.

I. jest słomianym wdowcem, żona pojechała na jakąś konferencję...

Rano, bladym świtem (u mnie 8, jak on zaczyna pracę) pomyśleliśmy o nocowance.

Ale...

Kundel.

U mnie w mieszkaniu nie ma już miejsca dla Kundla.

Przykro mi... Nie, żebym go nie... no dobra, lubiła, o kochaniu mowy nie ma, bo wonieje mokrym psem i ciągnie mnie, narażając na kontuzję...

Nie mam gdzie wynieść badylków, które przedtem poupychałam na balkonie


 Obgryza namiętnie wszystkie, a tu są trujące dla niego. Nie wywalę też (nie mam gdzie) badylków z małego pokoju, koło których przesmykuję się sama wdzięcznie. Musiałabym je usunąć, żeby było spanie dla wszystkich. 

Sorry, w starciu badylków z Kundlem - wygrywają.  

Każde z nas ma swój wybór.

No i...


 to wszystko nie przetrwa ataku Łobuzów. Nudzących się, poniekąd, bo pod ręką i kompiki (nie wolno dotknąć nawet palcem), nie wolno się huśtać na krześle, nie wolno rzucać poduszkami, bo leci, nie, nie pierze, ale wszystkie durnostrojki. Cóż, moje mieszkanie jest niekompatybilne z dorastającymi, a jeszcze niedorosłymi egzemplarzami (te od Pierworodnego już dorosły). 

I. ma do ogarnięcia swoje lary i penaty (oj, ma, moje to małe miki w porównaniu z jego), zakupy i dwójka Łobuzów, nie byłoby nawet czasu na rozmowę. Dogadaliśmy się MSG. Jest OK.

Sama potrzebuję oddechu po pracy, spotkanie z P., bo on potrzebuje matki jednak. Tak wyszło. Cóż, czasem matka przydaje się, zwłaszcza gdy akceptuje, ogarnia, nie ocenia, nie docieka i nie analizuje. Nie wnika. Po prostu jest.

Więc... przeżyć jutro, pocieszyć dziecko, ogarnąć kuwetę.

I dalej żyć.

Jak widać, życie nie składa się z oddychania...

Ale i tak jest piękne.

Mimo wszystko.

A sny miałam koszmarno-słodkie, wyjechane w Kosmos.

Tak jakby mnie i wzywali na tamtą stronę, i kazali tu warować.

Cóż, muszę się jakoś  ogarnąć.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo...