I jeszcze piękna niespodziewajka, bo w niedzielę, po pracowitym poranku, gdyż u Inżyniera bateria poszła
i gdyby nie dwaj dzielni pomocnicy i doradcy
to mimo powtórnej jazdy do B&Q po brakujący w zestawie klucz zostalibyśmy bez wody, jako że stara bateria wykręcona, a nowa nie chciała się zaaklimatyzować. A tu odcinanie wody jest takie, że jeden kurek odcina wodę w całym domu i to zarówno ciepłą, zimną, jak i w toalecie... Dzięki kotełkom jednak sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Dobrze mieć tak wspaniałych pomocników.
Po południu w ramach tej niespodziewajki pojechaliśmy do S. do Pierworodnego i po raz pierwszy odkąd do nich jeździmy, była to naprawdę udana wizyta. Już na dole słyszałam radosne "bapppppcia" i w moje stęsknione ramiona wpadła Mała Wiedźminka, bez tradycyjnych fochów "nie znam tej pani". I już mnie puścić nie chciała, nadając jak nakręcona, ale nie jak pszepani :) A Papryczek na mój widok mordka w podkówkę i buuu... Dopiero po prawie godzinie, widząc, że nie zjadam jego siostry i nie zagryzam rodzicami, nieśmiało klepnął mnie w kolanko, a potem to już z górki było i nie wiedziałam, co mam najpierw robić, grać w piłkę z przyszłą dumą polskiej reprezentacji czy słuchać gawęd mojej Wiedźminki :) I o dziwo, obiadem nas poczęstowano, więc choć za spaghetti bolognese nie szaleję, zjadłam grzecznie i pochwaliłam, bo dobre było. Filmik, uroczy z gwiazdkowego przedstawienia MW oglądnęliśmy i już pora była na pożegnanie, bo trzeba było jechać po Dziewczynę do pracy. Ale choć oczy nam się zaszkliły, nie jest źle, bo widzimy się za niedługo na ślubie Inżyniera, a czas szybko leci.
Wieczorkiem
pyszne, muszę u nas poszukać, aczkolwiek tanie nie będzie, ale warto :)
W poniedziałek zaś, rzucona jak sierota na pastwę losu, ale za to z kompikiem, nadrobiłam zaległości filmowe w ciszy i spokoju, delektując się napisami bez dźwięku, bo Inżynier ma dodupne głośniki. Kotecki grzecznie przespały cały dzień, nie licząc jednego łapoczynu, ale oj tam, oj tam, leją się, to są zdrowe.
Obiadek zrobiłam tylko dla siebie, bo oni w pracy jedzą, ale nie dziw, 13 godzin poza domem.
Dziś znów pobudka kotkowa i pominąwszy to, że Edek łachudra znów żebrał i to nachalnie o jedzonko, a mam kategoryczny zakaz podawania mu choćby okruszka ludzkiego żarełka, cisza, a ja...
Szczęśliwa.
Szczęśliwsza będę tylko po powrocie do memłona :)
Zdjątka są, oglądałam, aczkolwiek nie mam tu programu do obróbki, więc reportażyk trzasnę za jakiś tydzień, dwa, jak znajdę chwilę.
Bo prosto z samolotu do roboty ląduję.
I też pięknie :)
A za oknem mam
Ja to się umiem urządzić ;)
UPDATE
Na listonosza czekałam, bo zapomniałam zabrać słuchawki, a jak wiadomo, są one częścią mnie. Chłopcy kochani mieli je wysłać. Stuk-puk, rzuciłam się do drzwi, bo Baran pisał, że musieli zapakować je tak, że nie wejdą w szparę unijną. Ale tutejszy listonosz był szybszy i go nie widziałam, za to na progu była paczka. Hmm... Bombę mi wysłali?
Jako że w tym roku nie kupiłam, i tak tradycji stało się zadość i dzięki Chłopakom będę miała znów nagie męskie torsy, i to tatuowane, na ścianie :)
Też Was kocham :*
Takie numery to tylko z nimi mi wychodzą :D
Chłopaki wiedzą jak sprawić Ci radość!:)
OdpowiedzUsuńMW i Papryczek pewnie już sporo podrośli. No i fajnie,że MW się ucieszyła i stęskniła z Tobą.
Kurcze,jak ładnie rosną tam storczyki, te moje już niestety nie wyglądają za dobrze:(
Doro, to są sztuczne, z Ikei. Tu nie ma kwiatów, bo koty ważniejsze :)
OdpowiedzUsuńO kurcze:))))))
OdpowiedzUsuń