miało być lepiej, a nie jest.
Parę szkód odkryłam, ostatnią przed chwilą i naprawdę nie mam pojęcia, jak mam zareagować. Trudno, kto ma miękkie serce musi mieć twardą dupę. Przeżyję.
Wczoraj ślimaczyło się do 20, w domu zlądowałam dobrze po 21, bo wiadomo, nic już nie jeździ za często. A sranie w banie było.
Dziś od rana to samo, ale udało się, o 16 poszło w pizdu, znaczy do druku. Jutro replay, znów całe życie z wariatami. No ale nie mogłam wyjść, nie spytawszy o wstępniaka, więc przeżegnałam się, ja, niewierząca i poszłam zapytać. Miałam wrażenie, że za chwilę rzuci mi się do szyi i przegryzie tętniczkę.
Pomijając już te emilki wysyłane do wszystkich, widzę, że nie jestem w złej sytuacji, bo będę miała dwa tygodnie odsapki. Ale z urlopem wypisanym po 8 godzin wg życzenia przepracowałam w tym miesiącu prawie 30 godzin ponad normę. I dlaczego mam tego tak nie liczyć, skoro kazał, to zabrał mi należny jak psu zupa urlop, będę miała więcej nadgodzin. Taki life.
Wracając z pracy dumałam o obiedzie, o porządnym obiedzie, o gotowaniu i sterczeniu w kuchni. O rosołku z wołowiny. Więc wchodzę do rzeźnika, wołowinę w Biedronce olałam, choć wyglądała nieźle. Leży przecudnej urody szponder, ale... w kilogramowym kawałku. Proszę o pół. Nie, pani nie przetnie, bo nie ma czym, a szponder ma kość. Pani i oburzona, i zdziwiona, gdy mówię, że rzeźnik powinien kroić mięso. Ona nie jest rzeźnikiem, ona jest sprzedawczynią.
Ano.
A za komuny każdy sklep rzeźnicki miał topór i panie sprawnie dzieliły woł-ciela na kawałki, przysługujące nam na kartkę.
Łza cicha zakręciła mi się w oku i zamiast szpondra kupiłam wołowinę na pieczeń. Za droga, żeby rosół na tym pichcić, prawie 50 zł za kilo. A rolnicy jojczą, że nie ma zbytu na wołowinę. Ano nie ma. Wołowiny nie kupią raczej ludzie mający kilka gąb do wyżywienia, bo za droga. A singiel z kolei nie kupi kilograma, bo na co mu to? Kąpać się miałam w tym rosole?
A od każdego kg mięsa potrącają im parę groszy na... propagowanie spożycia mięsa.
Ta, kółeczko się zamyka i ojapierdolę, wzdech.
A moja wołowinka smaży się z żurawiną, cebulką, ziołami dalmatyńskimi, cukinią, pomarańczą i czymś tam jeszcze.
A w marketach już żonkile, narcyzy, tulipany...
Wiem, wiem, daleko jeszcze, ale..
Przeżyć jutrzejszy dzień, a potem będzie jeden dzień bliżej do wiosny.
Dziś śnieg padał, ale tak nienachalnie, spokojnie. W sumie wolę taki śnieg, jak deszcz, bo deszcz zamarza.
Zobaczymy, co dalej, Kochany Pamiętniczku, nie planuję, bo zapeszę.
I książkę kupiłam, tę, co obiecywałam sobie nie kupić, ale promocja była, że ojapierdolę i... Jak to tak, umierać, nie wiedząc, co dalej ze Smykiem.
Więc z bólem serca kupiłam.
Wprawdzie miałam obiecane, że dostanę, ale zauważyłam, że obietnice to się łatwo składa, a trudno dotrzymuje.
Umiesz liczyć, licz na siebie.
a u nas w większości sklepów panie mają taką maszynę do przecięcia ! nawet gnaty ciachają ostatnio golonkę poprosiłam o capnięcie bo była wielka i do gara by nie weszła , nawet kruszyna se daje radę :-)
OdpowiedzUsuńMetropolia u Was, a u mnie zapyziała wiocha :)
Usuń