wtorek, 9 lutego 2016

Codziennie

rano mijamy się mniej więcej w tym samym miejscu. Ja ze słuchawkami w uszach zapieprzam do pracy, on, utykając, powoli pcha swój wózeczek.
Spotykamy się również wtedy, gdy nie pracuję. Ja ze swoim wózeczkiem zapieprzam na Manhattan, do Lidla czy do innej Biedronki po zakupy, on dalej pracuje.
Bardzo pracowity człowiek, jak na bezrobotnego i bezdomnego.
Czasem spotykamy się w którymś z osiedlowych sklepów, ale wtedy staram się być w innym kącie, choć czasami, tak jak i on, mam w swoim koszyku ten sam napój bogów - piwo.
Nie trawię zapachu. Jego zapachu.
Wczoraj wracałam z pracy dość późno i kogo spotykam na osiedlu? Jego. A rano mijaliśmy się za torami, więc niezłą rundkę musiał przez cały dzień zrobić.
Szedł, pchając swój dziecinny wózek, z uśmiechem na twarzy. A na wózku, nawet nie chybocąc się zanadto leżała... wielka żeliwna wanna. Taka, jaką mam w swojej łazience, i która wiernie mi służy odkąd się tu wprowadziłam.
Pewnie dostał za nią w skupie niezłą kasę.
I nikt mi nie powie, że bezdomny nie pracuje równie cieżko, jak my.
Czasami nawet ciężej, bo ile musi się nalatać, nawąchać smrodu i innych takich tam, żeby zarobić na chleb i chleb w płynie...
Nie co dzień udaje się upolować wannę...

On na piwo i chleb.
A ja?
Szczęściara ze mnie.
Wracając z pracy wpadłam do do rzeźnika, a tam... zrazowa górna.


Poprosiłam trzy plastry, bo jak to, jedną roladę robić? Ubili mi pięknie, tłukac w domu tłuczkiem, żeby osiągnąć taki efekt, musiałabym spaść do sąsiada ;) Talerz jest obiadowy, nie deserowy. Ledwo się te rolady zmieściły do brytfanny, ale tak jak nie lubię wołowiny, tak ostatnio za mną chodzi i mnie męczy. I wyszło mi danie ojapierdolę. Babcine rolady (od Pszepani) się do moich nawet nie umywały, choć złe nie były. Ale moje to poezja smaku, i dusiły się li i jedynie w sosie własnym, nie dolałam ani grama wody... Smakowały na 99% jak te, co Mama robiła. No ale Mama była MISZCZEM :) A ja jestem samoukiem :)

Tak, niesprawiedliwe jest życie. Wydałam na te rolady ponad 40 zł, bo jeszcze boczku na nadzienie dokupiłam. Nie, nie odczułam tego w finansach. I wątpię, czy nawet gdybym za wannę dostała tyle, że starczyłoby na taki wyskok, kupiłabym to mięso. Jak różne są życiowe priorytety...
Koleżanka pisała, że w Intermarche zrazowa jest po ponad 80 zł za kilo. To musi być wypasiona, ale ta, po 42 jest dobra, to po co przepłacać?
Na wołowinie znam się o tyle, o ile się naumiałam w pracy na stare lata. Nie lubię wołowiny, bo lata całe sprzedawano u nas mięso ze starych krów mlecznych, a to o kant dupy potłuc i zęby na tym połamać :D

I tak sobie myślę, że nie mam już siły na pchanie wózka...
Ciągnąć, to jeszcze...
No i zabrzmiało, jak zabrzmiało.
Co ja za to mogę, Kochany Pamiętniczku, że życie porypane jest?

14 komentarzy:

  1. nie pamiętam ile dostaliśmy za wannę ale kokosy to , to chyba nie były , ale pamiętam że musieliśmy podpisać że wanna jest nasza i mamy prawo się jej pozbyć ;-)
    o wołowince gadałyśmy na fb :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że nie musieliście paragonu od kupna wanny dołączać :P

      Usuń
  2. Wolowine polubilam dopiero w Ameryce, ale to zupelnie inny gatunek niz to co bylo w PL za moich czasow. Jest cholerycznie droga, rzadko jemy, ale ostatnio zrobilam pyszny gulasz wolowy, Wspanialy mlaskal przez trzy dni po tym obiedzie:)))
    Na sama mysl o krwistych stekach z poledwicy wolowej jezor mam do samej podlogi:)) ale to rarytas raz w roku. Gorsze nieco kawalki traktuje albo w slow cooker albo w piekarniku w niskiej temperaturze i na dlugi czas. Wtedy nawet najgorszy kawalek jest jak maslo jesli sie nie przedobrzy:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo u Was jest wołowina z krów ras mięsnych, to są cuda wianki w hodowli, wiem, bom specjalistka :D U nas są specjalne hodowle, stek od takiej krowy kosztuje i 700 zł i trzeba go zamawiać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Najniższa emerytura u nas to około 850 zł...

      Usuń
  3. ja ostatnio jestem fanka rosołu na wołowinie , a dokładnie na goleni tej ze szpikiem :) co do wanny też mi się wydaje, że dużo nie dostał, bo jeszcze jak widzą, że bezdomny to zapłacą niewiele :( szkoda mi takich osób, nie wiadomo co w życiu przeszli, a jeszcze samotnie się tułają ...
    imbirella

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem fanką :) I z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy w domu było od cholery woł-ciela na kartki :)
      Tez mi bardzo szkoda tych ludzi, ale moje współczucie nie jest do końca OK, bo do domu bym nie zaprosiła. Po noclegu jednego z nich na klatce byłam dwa dni chora od zapachu, by nie rzec od smrodu...

      Usuń
  4. Za wiele nie dają w tych skupach,wiem,bo sami wozimy czasami jakieś niepotrzebne graty, ale stwierdziliśmy,że lepiej do skupu niż wywozić na główny śmietnik ,chociaż za paliwo się zwróci:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem szczęściarą, płacę, mam klucz i nawet odpady kłopotliwe możemy osobno składować, w cenie jest wywóz wszystkiego. Oprócz gruzu poremontowego, trzeba zamówić kontener, ale mi się jeszcze upiekło w czasie remontu.

      Usuń
    2. U nas jeszcze średniowiecze w tym temacie,w naszej wspólnocie lokatorzy nie zgodzili się na segregowanie śmieci. Bo jak przedstawaino projekt na zebraniach,to wyszło ,że bedą duże koszty ,a odplatnosc za sortowane czy nie podobna. Można w jakiś tam dzien wystawiać duze gabaryty czy opony lub pudła,ale jak widze,to po prostu jest samowolka i kazdy stawia pod kontenery co tam ma i kiedy chce. Mozna tez wywozić jak ktos ma czym bezposrednio na główne śmietnisko.

      Usuń
    3. Płacę bodajże 20 zł miesięcznie. To warte mojego spokoju i niekłopotania się, gdzie co wywieźć. Niby mam składowisko odpadów komunalnych pól godziny spacerem, ale... no właśnie, sił na dźwiganie coraz mniej, więc wolę te 20 zł co miesiąc zapłacić. I nie zanieczyszczam środowiska, bo porąbana jestem, ale myślę o wnukach...

      Usuń
  5. Jedzo, czy do srodka zrazika dajesz cebulke i ogorka kiszonego? A boczek tez do srodka czy na zewnatrz?
    I potem smazysz na patelni? Pytam, bo moja Mama robila pyszne zrazy, ale ja glupia wtedy sie nimi nie zainteresowalam, a teraz zal, bo moje wychodza jak wychodza. Teresa M.
    Ps. Na zdjeciach bardzo ladnie wyszlas, nie wiem czemu grymasisz... I brata tez mialas przystojnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było dawno temu i nieprawda, teraz na mój widok ludzie uciekają z krzykiem, a dzieci mają w nocy koszmary :)
      Ja całego gotowania uczyłam się sama, bo mama mnie z kuchni wyrzucała, z zaleceniem: ty się, dziecko, ucz...
      To były moje pierwsze zrazy w życiu, które mi wyszły MLASK i OJAPIERDOLĘ, ale też dotąd takiej wołowiny nie miałam.
      Przede wszystkim wołowina musi być bardzo dobrze rozbita, mi u rzeźnika rozbili w specjalnej maszynie, bardzo dokładnie. Potem posmarowałam wołowinę musztardą (akurat miałam taką fajną, gorczycową, z całymi ziarnkami gorczycy, ale myślę, że można po prostu do zwykłęj musztardy dodać gorczycę), popieprzyłam, dałam ogórek kwaszony, skórkę od chleba, cebulę, miałam akurat taką białą czosnkową, boczek pokrojony cienko i zawinęłam wszystko nitką. Zrazy były tak duże, że trzy ledwo się zmieściły do brytfanny i na tyle soczyste, że nie musiałam dodawać ani kropli wody, udusiły się we własnym soku. W brytfannie rozpuściłam masło klarowane i trochę oleju i kładłam zrazy na rozgrzany tłuszcz, podsmażając z lekka z każdej strony. Potem zmniejszyłam gaz do najmniejszego płomienia, nakryłam to pokrywką, dodawszy przedtem ziele angielskie utłuczone w moździerzu (parę ziarenek) i liście laurowe. Dusiłam to tak 2 godziny, od czasu do czasu sprawdzając, czy wszystko OK. Wołowina była tak miękka, że nie potrzebowałam do jedzenia noża, czyli cud, bo nawet w renomowanej knajpie na cielęcinie (teoretycznie miększej od wołowiny) o mało się zębów nie pozbyłam, dlatego od lat omijam to mięso szerokim kołem. Zrazy wyszły na 99% jak u Mamy. Bo jednak te u Mamy były jedyne i "niedopodrobienia". Mam nadzieję, że pomogłam, i Tobie też wyjdą. Nie dodałam grama soli, mięso nie lubi soli, twardnieje. Jak ktoś musi, solić już PO obróbce. Gdybyś musiała podlewać wodą, to tylko wrzątkiem, od zimnej wody mięso twardnieje. Można też dusić w piekarniku, ale mi się nie chciało sterty naczyń z niego wywalać, może next time :P Smacznego :)

      Usuń
    2. Bardzo dziekuje Ci za tak dokladny opis wykonania idealnych zrazikow. Juz przekleilam do zbioru "kuchnia", a jutro przepisze do kajetu, bo ja jednak bardziej papierowa jestem. Teresa M.

      Usuń
    3. Cała przyjemność po mojej stronie. Nic nie zataiłam :) Wiem, jak ciężko żyć bez sekretów kulinarnych, szukając smaków dzieciństwa. Parę trików zdradziła mi Ciocia, ale tylko parę... Niech Ci się te rolady udadzą, jako i mi się udały. A przepis w necie znalazłam :>

      Usuń