wtorek, 23 lutego 2016

Zdziwaczałam

do reszty, jak mniemam.
Ale lata samotnego życia na powrót zrobiły ze mnie starą pannę w sensie mentalnym.
Młodą matką będąc musiałam na tych metrach, na których dziś mi samej ciasno pomieścić osób sztuk cztery.
I chociaż mój szwagier lekceważąco zawsze mówił: co ona tam sprząta w tej ciupie, sam będąc w posiadaniu pałacu bez mała, uważałam, że zasada: każda rzecz ma swoje miejsce nie jest zła. Tak samo jak zasada, że każde łóżko musi być posłane, nieważne, czy to kanapa, czy piętrus. I tego się zawsze twardo trzymałam. W chlewiku (jak mawia Zmorka) w szafach mógł być kipisz, ale w tej ciasnocie musiało być miejsce dla ludzi. I było. Każdy nadprogramowy kubek był eksmitowany i takie tam. W porywach były tu dwa biurka, czyli jedno więcej niż obecnie, dodatkowo dwie maszyny do szycia ( wciąż kiblujące w garażu Kierownika Budowy) i inne takie tam. Wchodzący do domu i rzucający portfel, klucze, później zaś i telefon na stół w "dużym pokoju" ścigany był bezwzględnie. Zabawkami można było się bawić wszędzie, pod warunkiem, że potem wracały na swoje miejsce.
I tak się to kręciło.
Jedyna rzecz, która miała prawo być wszędzie, tzn. nawet w kiblu, w najmniej oczekiwanych miejscach były książki i gazety. Te miały prawo bytu wszędzie. Nigdy nie było za dużo książek, zawsze było za mało półek. I tak jest nadal :)
A teraz, po remoncie staram się utrzymać wszystko w ryzach, na zasadzie: jak najmniej szwęda się na widoku.
I każdy przyjazd .... tu wstawić odpowiednio :) burzy ten porządek. Zaczynając od rodziny Pierworodnego, które to przypadki opisywałam długo i szeroko, a którym w końcu powiedziałam: mój dom, moje zasady. Dostają "mały pokój" w dzierżawę i jakoś to działa, nie mówiąc o tym, że tam jest jakby piorun w rabarbar strzelił :) Ale taka jest cena tego, że mam te chwile z wnukami.
Piękne, aczkolwiek - tak, wiem, nie warto się tym przejmować - jak można aż taki rozpiździel robić? Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, na tych metrach jeszcze chałupnictwo robiłam różne i zawsze było w skrzyneczce, w kartoniku i takie tam.
Inżynier zmieniwszy się. Bardzo. Wie, że portfel i klucze na stole to zbrodnia niewybaczalna, ale robi te swoje shrekowe oczy i kładzie. A w chlewiku - lepiej nie mówić. Spuścić zasłonę milczenia.
Ogarniając go dziś znalazłam kubki na parapecie. Krzesło NIGDY nie było dosunięte do stołu :P
A bił się w piersi, że taki tu wyluzowany, bo kabli chować nie musi, ani orzeszków napoczętych, ani innych takich tam (ach, ten mój zamach prawie smoleński za pomocą gumki recepturki od włoszczyzny na kotecki), bo... nie ma kotecków.
Nie ma.
Ale na starą matkę można inne chytre pułapki zastawiać, co nie?
Dobra, dosyć zrzędzenia.
Tylko fakt oczywisty stwierdziłam.
Wyłazi ze mnie stara panna :)
Jedno fajne, że klepał się po brzuszku i pasa popuszczał (nie, nie dokładałam ani nie nakłaniałam siłą), mówiąc, że już dawno tak nie jadł.
Ano :) Polskie jedzenie to jest to i warto było przeżyć ten strach przy kupnie ligawy :P
Chałupka już ogarnięta, pościel poprana, jutro ma być cieplej, to mnie swędzi na mycie okien :)
Wyprawa do Wąsowa super, aczkolwiek pogoda nie za bardzo sprzyjała.
Cieszę się, że pojechałam, wyleczyło mnie to z szukania eleganckich butów. Tam co rusz schody, śliskie i z zakrętami, takie, że poważnie rozważam wesele na trzeźwo, żeby się nie wyłożyć. W każdym razie zero obcasów, bo Narzeczona, będąca w kozaczkach na niewysokim słupku kurczowo trzymała się Inżyniera i dumała, jak ona w szpilkach zejdzie. A że ma buty szyte na zamówienie, pomyślałam: czemu nie myślisz o słupku. Ale rozsądnie zamilkłam. Milczenie jest złotem :D Tym bardziej że Inżynier nie jest menem do szpilek, ale oj tam, oj tam...





  Ta samotna para to przyszli Państwo Młodzi :)



Jak będzie pogodnie, na tym tarasie będzie ślub.
 Łoże w apartamencie dla nowożeńców.
 Kupiłabym :)
 Dałabym się na ten poderwać :D
Widok z tarasu. To LOVE to reklama targów.

Targowe różności. Chyba nie muszę pisać, że nie wzięłam aparatu...

Podobał mi się najwięcej, ale Inżynierowi ni dudu. Tak jak mój naszyjnik, com chciała pożyczyć Narzeczonej. Nagle. Bo zawsze mu się podobał. Tempora mutantur et nos mutamur in illis :D  Napisane bez wujka, mam dobrą pamięć :D





Wata cukrowa, zeżarłam. Nie oparłam się, wieki nie jadłam :P

Inżynier zapłacił, i to niemało, za cztery osoby (był z nami Ojciec Narzeczonej, ale to temat na osobną notkę, której nie będzie, on to nas podwiózł), ale za tę kasę mogliśmy jeść i pić do rozpuku.
Nie rozpukłam się, ale powiedziałam, że proszę o rybę na weselu, bo aczkolwiek wszystko było MLASK, ryba jest zawsze opcją bezpieczną i neutralną.
Będzie ryba :D
Co do reszty Państwo Młodzi mają jeszcze przed sobą długie godziny dyskusji i zastanawiania się.
I dobrze, że ja nie muszę.
Ojciec Narzeczonej napierał się, że chce siedzieć z młodymi, bo nie może przyjść z osobą towarzyszącą, jako że sytuacja w rodzinie na ostrzu noża - jesienią zmarła mu Żona, ale uważa, że już mu niewiele zostało do życia i ma parcie na szkło. Więc chciał być koło córki.
Ojapierdolę.
Na szczęście, po skonfrontowaniu sali i stołów zmienił zamiar i...
TADAM :)
Mam zamiar zaszaleć z moimi najbliższymi :) (Zainteresowani wiedzą).
Bo aczkolwiek jestem matką Pana Młodego, będzie on rozrywany i nie widzę sensu wiszenia mu na karku, na zasadzie, że to ja urodziłam bohatera.
To jego dzień, nie mój.
I nie musi mnie niańczyć :D
Mój będzie, jak wyciągnę kopyta :P 
Będzie dobrze.
W drodze powrotnej wdepnęliśmy na Nowinę, do Mamy Narzeczonej i wreszcie cyknęłam fotkę grobowcowi Kulczyka

 Abstrahując od kasy wydanej na ten pomnik, myślę, że jest mu wszystko jedno, jako i tym, którzy tam leżą pod skromniejszymi kamieniami.

Polecieliśmy jeszcze na kawę do domu Narzeczonej. Ma zajebistą Babcię, ponaddziewięćdziesięcioletnią. Zakochałam się w niej. I marzę, żeby mieć jej rozum na stare lata. To znaczy, mój rozum, żeby mi z niego nic nie uciekło.
Fascynująca kobieta. Wygląda jak Yoda, siedząc na kanapie, a ogarnia wszystko, nawet pieprzenie Ojca Narzeczonej. I umie go zgasić.
Też tak chcę :) Tego chcę dożyć, a czemu nie, ale nie chcę siedzieć jak Yoda.
Chcę zapierdalać z balkonikiem.

Inżynierostwo już na swoich śmieciach, moja chaupka ogarnięta.
Życie pędzi coraz prędzej...

2 komentarze:

  1. Tak to już jest,że się dziwaczeje trochę ,kiedy się samemu jest na okrągło w chacie.Zauważam i ja ,ze jak mi coś ktoś poprzestawia, czy ogólnie wprowadza inny rytm to lekko jestem zakręcona.Ale to mus czasem dawać się oddziczeć:)

    Co do tych wszystkich atrakcji weselnych,to autka super piękne,przejechałoby się takim,ech.
    Torty,to nie wiem,ten biały kwadraciak w czarne postacie pomysłowy .Wszystko zależy pewnie od całości wystroju i stylu w jakim się uroczystość ma odbyć.
    Stoły jak stoły, Łózko,czy ja wiem? No ale codziennie się na takich nie sypia ,fakt.
    Zameczek bardzo ładny z zewnątrz.

    No a grób-pomnik,duży,ale przynajmniej nie jakieś olbrzymie marmury czy inne pałace.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja Ci życzę śmigania bez balkonika!

    OdpowiedzUsuń