wstał słoneczny, aczkolwiek mroźny.
Przeciągnęłam się w łóżeczku, Kochany Pamiętniczku, zadowolona, że nic nie muszę i w sumie cała złość na kumpelę mi przeszła. Nie to nie, jej strata. Dla mnie stratą byłoby w taki dzień tłoczenie się na targach w tłumie ludzi.
Więc potuptałam na Manhattan po chlebek i inne drobiazgi. I tak szłam i szłam w stronę słońca, aż musiałam okulary słoneczne założyć, bo łzy same mi ciekły.
I korespondowałam z Kierownikiem Budowy, który miał fazę na... chemitrails. W zaparte to śledził, zamiast cieszyć się Kradziejką i wolnym czasem. Z fotek wynikało, że Kradziejka go wyśmiewa. Mądra dziewczynka.
Wiem, wiem, znam wszystkie teorie spiskowe, ale skoro pewnych rzeczy nie mogę zmienić, to po prostu muszę z tym żyć, czyż nie?
I psuć sobie taki piękny dzień zamartwianiem się o rzeczy, na które nie mam absolutnie wpływu?
Bardziej martwi mnie sytuacja polityczna kraju, niż to, że na skutek chemitrails w poniedziałek może spaść śnieg.
Albowiem nie wiadomo, czy spadnie, a jakkolwiek zimy nienawidzę, to śnieg w marcu nie jest żadnym cudem ani katastrofą, choć pewno będę przeklinała w razie gdy...
Wparowałam do domu i tadam...
Tak mam teraz w miejscu, gdzie dotychczas był stolik, na którym teraz są półeczki. A w przedpokoju jasno i przestronnie. Na Wielkanoc dołożę jajeczka, zajączki i małe gniazdko, bo mam ozdóbki i będzie jak ta lala :) Podoba mi się ta zabawa,
A potem po raz pierwszy w tym roku chwyciłam kijki w dłoń i w sumie przelazłam dziś ponad 8 km :)
Zaraz po wyjściu z domu szczypałam się, bo
jak ostatnio tam byłam, to jeszcze tego nie było. Za to w szparze unijnej koperta na daninę diecezjalną z listem, że co łaska, bo budujemy.
Nie będę się denerwowała.
Dla mnie Boga ma się w sercu, a nie na kolejnym krzyżu. Tym bardziej że Kierownik Budowy tam był i mówił, że jak na razie stoi wielki dom i parking budują, który ma być płatny. Rybka mi to, nie mam auta. W ogóle mi rybka. Nie za moją kasę.
Nie tego chce Bóg.
A może chce, ale ja z tych głupich.
I biednych.
No to poleciałam dalej, a tam same zmiany. Ucywilizowała się moja Dębina, ludzi więcej jak na Manhattanie tym prawdziwym w godzinach szczytu, ale pięknie, jak zawsze :)
Nowe tablice postawione, żebym jeszcze miała z kim po tych fortach połazić, polazłabym, samej mi nijako jakoś.
Ale to nic.
Bobrów nie złapałam na gorącym uczynku, ale drzewa poowijane były jakąś czarną folią, myślę, że to dla ochrony przed nimi.
I listki piękne już...
A lodu śladowe resztki :)
I tak sobie akumulatorki podładowałam, narybek do stawów wpuszczali, kaczki się zalecały do siebie namiętnie. Idzie nowe.
Pościel na balkonie wymrożona pięknie, obiad był do odgrzania.
Żyć, nie umierać.
A juterko coś się wymyśli nowego.
Me and my Shadow udamy się jutro w nieznane.
Bez plecaczka :)
I najwcześniej we wtorek do pracki, ale na razie luz.
zatem jak słońce już będzie pewniejsze umówimy się na weekend i pójdę bez plecaczka z Tobą po fortach się włóczyć ! ten kołowrotek bardzo fajny bardzo bardzo !
OdpowiedzUsuńTrzymam za słowo. Dziękuję, kołowrotek po babci, mam go od niepamiętnych czasów :D Można takie kupić na targach staroci albo w antykwariatach, nie są drogie.
Usuńdla takiego kołowrotka trzeba mieć właśnie taki kącik w którym by się tak ślicznie prezentował , ja na daną chwilę nie mam wolnych kątków :-)
UsuńNo kącik się znalazł. Przedtem stał pod garderobianką i zawadzał, płaszcze go zasłaniały. A teraz jest i oko cieszy :D
UsuńKołowrotek ,a moja babcia mówiła na niego kądziołek.Fajnie się prezentuje w tym kąciku.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Kądziel. Krewni po kądzieli, czyli ze strony matki, bo to matki pracowały na kądziołku. Piekne słowo :) Dziękuję za przypomnienie.
UsuńPróbowałaś prząść?
OdpowiedzUsuńNie, nigdy :)
OdpowiedzUsuń