zaczynają mi powoli siadać, Kochany Pamiętniczku.
Nie, żeby się coś złego działo, nie, ale wzrok mi się jednak wyraźnie pogarsza.
Niedawno jeszcze pisałam na kompiku bez okularów, z rzadka puszczając byka, ale teraz coraz trudniej pisać mi bezwzrokowo, nie sadząc błędów. Chociażby tu. Widzę je potem na stronie, bo tam jest większy druk. Zazwyczaj nie widzę też, czy wklepałam kropkę, czy przecinek, ale to wszystko przez to przeskakiwanie z klawiatury na klawiaturę, jednak układ maczka i PC trochę się różni, a po paru godzinach pracy na jednej klawiaturze, klepię na pamięć na drugiej.
Zatem krążę od torebki do biurka, wymieniając okulary i modląc się, żeby nie zapomnieć ich zabrać do pracy.
A i w domu nie lubię nosić okularów, niby wszystko widzę, ale sprzątając... Jak założę okulary widzę niedoróbki i gdzie farba zaczyna się łuszczyć, gdzie plama na ścianie, mimo tego, że uważam jak cholera...
Masakra :)
Bez okularów życie jest spokojniejsze :P
Taki refleksyjny dzień mam, Kochany Pamiętniczku, bo tak sobie porozmyślałam, obudziwszy się o 5.15 wypoczęta jak ta nówka nieśmigana... Wiadomo, weekend, to co tam spanie.
Bo, Kochany Pamiętniczku, odkiblowałam uczciwie 8 godzin w pracy. Nie, żebym sobie rękawy wyrywała, nie, ale to nie moja wina. Tak krawiec kraje, jak materii staje.
O 17 zamknęłam budkę na kłódkę, czyściuteńko, ani papierka na biurku, ani emilka na poczcie. Nic.
W domu otwieram pocztę (prywatną, żeby nie było, ale podałam kiedyś prywatną, bo czasem trzeba, od tego czasu ślą mi i na służbową, i na prywatną, hurtem), a tam emilek, 17.08. Z prośbą o korektę, a jakże.
Kurwa mać. Na cito.
Westchnęłam głęboko, zamknęłam pocztę i... skorekciłam rano, przy śniadaniu.
Wciąż słyszę, że inne korektorki to od-do.
Ja też od-do.
Później jest mój czas na życie.
I tak będę trzymała.
Bo ja ciągle w biegu, w galopie, z przytupem, z podskokiem, w półobrocie.
Cokolwiek komukolwiek się nie zapierdzi, ja ze sztandarem w dłoni i z pieśnią na ustach, silna, zwarta, gotowa, naprzód młodzieży świata...
Natomiast kiedy ja coś potrzebuję, to jutro, w grudniu, po południu, zalatany człowiek taki, i sorry Batory, cuda wianki i reduta Ordona.
A chuj.
Nie ma.
Porozmyślawszy w ten sposób, przewróciłam się z prawej szyneczki na lewą i...
Śniło mi się coś dziwnego, ale miłego :)
Bo obudziłam się o 8.15 i stwierdziłam, że KURWA, NIC NIE MUSZĘ :)
Podrapałam się po lewym półdupku, bo swędział odrobinę (skórę mam suchą jak pergamin), ziewnęłam i...
Kąpiel.
Śniadanie, wiadomo, sama muszę je zrobić, ale co tam :) Może ze trzy razy w życiu dostałam śniadanie do łóżka, w tym raz Inżynier się szarpnął.
Nie mówiąc już o bajce, że ktoś robi śniadanie, a ja siadam do stołu na gotowe, bo to czasem w gościach się trafia, a i w Paryżu wpadaliśmy na śniadanie do bistra. A i w UK Inżynier raz (słownie: raz) zawlókł mnie do knajpki, żebym zjadła typowe lokalne śniadanie. Pyszne było. Ja z tych, co śniadania jedzą i kochają :)
Taaa, ewenement.
Chodząc w PL na śniadanie do baru nie dożyłabym do piętnastego.
Pozmywałam.
Odziałam się.
Poszybowałam na Manhattan, a ciepło jest, bratki odżyły, piździ, ale tak 10-12 stopni to wypas.
I wdepnęłam do Galerii.
A jako że muszę zagospodarować wszystko na te cztery ciężkie dni, ruszyłam do Biedronki.
Jak sama nie pomyślę, nie mam nic.
Zatem obkupiłam się w Biedronce jak na wojnę stuletnią i raźnym krokiem zapierdalam, myśląc, co jeszcze MUSZĘ.
I...
Coś mnie zatrzymało.
Ja, KURWA, nic nie muszę.
Mogę, nie muszę.
Kubki rozdawali. Za zakupy od 30 zyla. Akurat więcej wydałam, więc sobie myślę, dlaczego nie?
Kubków nigdy nie za dużo. I kawkę do tego gratis dawali.
Wprawdzie ja niekawkowa specjalnie, ale dlaczego nie?
Myślałam, że w kartonikach na wynos, ale panienka mówi, że mam siąść, obsłuży.
Nosz, jak wiek prawie już żyję, nie byłam sama na kawie nigdy.
Ale cupnęłam. W Galerii tropiki, tom zdjęła płaszczyk, szalik, wyłuskałam ajfonika i tadam
kawkę i ciasteczko dostałam :D
I jakoś wkoło nie zebrał się tłum, pokazujący na mnie palcami, że paczcie, paczcie ludzie, Stara Jędza sama kawę żłopie...
Kawka cud mjut i orzeszki laskowe, ciśnienie nieco mi skoczyło, ale oj tam, oj tam, zanim spacerkiem do domu doszłam, opadło.
I potem już włączyłam wsteczny bieg.
Nic nie muszę.
Nie muszę nic na godzinę.
Jeżeli mieszkanie będzie wycyckane o 19, a nie o 14.30, to dziury w moście nie będzie.
I nie będzie dziury w moście też, jeżeli nie będzie wycyckane w ogóle.
I nie, NIE UMYJĘ okien w ramach tego, że od ostatniego mycia w końcu listopada padał deszcz. Niech pada. Jego prawo padać. Moje prawo mieć nieco zakropione okna. Życie :D
Jeżeli nie udzielę rzeczowych odpowiedzi na każde zapytanie w ciągu dnia, bo nie muszę być cały czas na baczność, też się nic nie stanie.
Jeżeli odpowiem następnego dnia, to trudno, tak wyszło.
Muszę się nauczyć żyć dla siebie, swoim rytmem, według swoich potrzeb.
Nie jestem na co dzień potrzebna, a i moje potrzeby też na co dzień nie są zaspokajane, nie ma opcji: silna, zwarta, gotowa.
Jest kanapa, są zabawki i jest mój wybór :D
I tego się będę trzymała.
Zapisane w kajeciku.
Amen :D
Tak trzymać!:)
OdpowiedzUsuńNiestety,ja bez okularów do pisania/czytania/sprzątania jak bez ręki,więc też mam kilka par,to tu to tam, bo inaczej byłoby krucho.A zawsze maiłam taki sokoli wzrok,i w ogóle...
no więc tylko się tego trzymaj !
OdpowiedzUsuńO to wlasnie chodzi - my nic nie musimy tylko mozemy i sami decydujemy, tak widze moja osobista wolnosc i tak mi dobrze i tak mnie cieszy.
OdpowiedzUsuńNo i bardzo madrze piszesz (jak zawsze zreszta), zycie solidnie przepracowalysmy, teraz jak chce to zrobie, a jak nie to jak mowisz dziury w moscie nie bedzie. Tylko jeszcze czasami zdarza mi sie calkiem niepotrzebna napinka, ale powoli ucze sie, ze teraz KWJ. Teresa
OdpowiedzUsuń