się rano z wyra zwlokłam, Kochany Pamiętniczku.
Z nosa ciekło mi jak z zepsutego kranu i temperatura skakała. No ale jak napiszę, żem chora, to nie tylko chuj bombki strzeli, ale i choinka w powietrze wyleci.
Polazałam.
I od razu na dywanik.
Ojapierdolę. Jednak męskie klimakterium to masakra (D. twierdzi, że ktoś musiał do niego z pierdołami łazić, bo takich cudów by sam nie wymyślił). Może. Przyczepił się do wszystkiego, podkreślając, jak bardzo jest niezadowolony ze mnie, ale nic merytorycznego, Nie, że błędy puściłam czy cuś. Nie, jechał po mnie jak po łysej suce za... No właśnie, za co? Że urlopu nie biorę, za chwilę mówiąc, że skoro mam tydzień w miesiącu wolny to po co mi urlop? Że mam na grudzień urlop wypisać. Ale byłam stanowcza, pytając, czy podpisze mi urlop na pierwsze dwa tygodnie grudnia. Powiedział, że nie może, bo gazeta. Ano. Mam wypisać na ostatnie dwa tygodnie. Powiedziałam twardo, że nie, bo mam wtedy i tak wolne, a o książce wtedy rozmawialiśmy dawno i powiedział, że da ją na zewnątrz. Że mam już bilety kupione za jego zezwoleniem i nie ma opcji. No to pojechał po bandzie, że ma całą teczkę życiorysów chętnych do pracy polonistów na emeryturze. Tylko czekałam aż mnie wypierdoli... No bo ma ich na pęczki, co sobie będzie żałował. Że o 30% zmalała nam objętość, wobec tego leżę i śmierdzę lenistwem. I tu się wtrąciłam, że nic mi nie wiadomo o tych 30%, że przez cały rok było tyle dodatków, że nie miałam kiedy wziąć urlopu, że na dokładkę mimo obietnic nie dostałam kasy, mimo tego, że wice pisał :) Zaperzył się, że jak nie dostałam, tom wyliczyła. Nadął się jeszcze i zaczął mi tłumaczyć różnicę między netto a brutto, jak krowie na rowie. Na moje nieśmiałe, że chciałam konkretną kwotę netto, co kilkakrotnie podkreślałam, dalej pierdolił jak potłuczony. A wystarczyło księgowej napisać, że tyle a tyle netto, co nie? Ale co ja się będę kopać z koniem. Zadumał się i rzekł, że myśli o premii dla mnie w grudniu. Całe 500 zł brutto. Ojapierdolę, za tyle roboty szarpnął się, firma zbankrutuje :) Na rączkę to będzie 350, o ile w ogóle będzie.
Chyba że są premie na święta, to dwa grzyby w barszcz wsadził. Dostanę to, co wszyscy i jeszcze będę musiała być wdzięczna.
No i dlaczego nie wiem o ekstrasie, który mam dziś zrobić. Bo mi nikt nie powiedział, bo ekstras bezpański w sumie, prowadzący pracuje zdalnie. No to mógł do mnie wcześniej emilka wysłać, co nie? Nie, to ja jestem winna, bo na zebrania nie chodzę. Ojapierdolę, na pierdolenie o Szopenie. Mówię, że w czasie gdy są zebrania jestem zazwyczaj zawalona robotą (moja osoba nic w temacie zebrań nie zmienia, sprawy tam omawiane mnie nie dotyczą, no ale...). Nie obchodzi go (a powiedział to bardzo nieładnie) to, mam być na zebraniach i koniec.
No to będę. Wyjdę z pracy 3 godziny później, a i ludzie też, bo czego nie przeczytam, to nie dostaną :)
Boska organizacja pracy, co nie?
Ale do przodu, do brzegu trzeba dopłynąć :D
Zeszło na książkę i zawołał redaktora, żeby mu zakomunikować, że Stara Jędza książki tym razem nie zrobi, bo musi iść na urlop. Ależ się ucieszyłam :) Że Boss ma dużo korektorów i jakiegoś da. A redaktor z paniką w głosie: ale ja chcę SJ. Dlaczego? Bo nikt nie zrobi indeksu. A jaki jest problem ze zrobieniem indeksu? Robi to automat w komputerze. A redaktor: nie robi, robi źle, wie o tym od dawna i jedyną do zrobienia indeksu jest SJ. W 1992 roku, gdy zaczynałam pracę w wydawnictwie, wydawca tłumaczył nam, że korekta to przeżytek, bo teraz komputery wszystko zrobią same i wkrótce bezrobotne korektorki będą stadami chodziły po ulicach...
Jakoś nie chodzą, choć internet, który korekcony nie jest, a i książki ze względów oszczędnościowych też nie, wołają o pomstę do nieba. Mniejsza z większym, wracamy do naszych baranów.
Redaktor się zaparł, że SJ. Na to Boss, że sprawdzi, który z zapasowych korektorów ogarnie tę kuwetę. Na to redaktor prosi o telefon, a Boss, że nie da :D
A ja siedzę cicho. Redaktor tak jojczył i jojczył, że...
Przesunęli, kurwa termin.
Żebym mogła to robić. Czytanie niekoniecznie, bo to dadzą geniuszowi z teczki, ale indeks to moja działka.
Kurwa, nienawidzę :)
A potem z redaktorem u niego w pokoju, a on mówi, że będzie kombinować, żebym ja to robiła, bo skoro kasa jest, to dlaczego nie dać jej mnie, a komuś, kto, cytuję: zaświni mi całą robotę. A zaświni, bo książka pisana jest specyficznym językiem środowiskowym i każdy polonista będzie poprawiał szyk zdań. Wiem, co mówię, bo trwało, zanim ogarnęłam, dlaczego jest taki dziwny szyk. Ale ogarnęłam od razu, a nie po oddaniu całej pracy skorekconej :0
A rybka mi to :)
Poszłam potem do tej brudnej roboty, zamiast wziąć się za węgiel. I nawet łamaczce radochę zrobiłam, bo sama naniosłam zmiany, tak że nie miała dużo roboty :D
A błędy koszmarne i nie, automat nie wychwyci.
Pisał prawnik i sama nie wiem, co robił? Spał?
Bo skarga paulińska zamiast pauliAńskiej to jednak byk. Merytoryczny, żeby nie było, że korekta musi to wyłapać, to nie jest zakres jej obowiązków. A czy ja się muszę znać na prawie? Dla zwykłego człowieka paulińska jest w porządku, nie ma tu błędu.
Powinnam lecieć do Bossa w podskokach, co nie, drąc się wniebogłosy.
I chyba tak zrobię, ale jak wrócę, bo go nie było, jak kończyłam, a jeszcze polowaliśmy na niego telefonicznie, bo powiedziałam, że nie wyjdę bez błogosławieństwa, bo znów się będzie indyczył.
A pierdolę :)
U mnie w domku jeszcze trzy dni.
Zamknięta w skorupie bezpiecznej.
Bez nikogo i niczego.
Popierniczyło mnie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I mam nadzieję, że moje cudo zakwitnie, zanim mnie rozpierniczy :)
Ma dwa kwiaty.
A, i dentystka mnie przyjmie. Dopiero 8 i godzina nie za bardzo, ale trudno :) W dupie mam wszystko i wyjdę :P
Skubany Boss...
OdpowiedzUsuńCieszę się, ze kciukasy ciut pomogły :)))
:)
UsuńPocieszam się, że karma czasem bywa suką...
Normalnie trzeba wszystko mieć na piśmie w razie co.
OdpowiedzUsuńTrzeba. U nas wszyscy emilki piszą, więc nikt nie ma czasu na pracę.
UsuńA ja swoje zrobię i dołączam skorekconego Worda, albo gdy robię w programie graficznym piszę: gotowe.
Dlatego mam wszystko na piśmie i mam czas.
I nie drukuję emilka, żeby go przeczytać :P
Mi bardziej chodzilo o to co mowi boss.
UsuńPewnie wg Twojego bossa to,że nie pracujesz całego miesiąca powinno Ci wystarczyć jako urlop i wgl jeszcze za dużo zarabiasz.Jak moje dzieciaki były młodsze to często przynosiły mi prace z polskiego do oceny czy "może byc"i choć nie musiałam poprawiać ortografów,bo nie robiły,to jak musialam przeczytac cos po iles tam razy to mialam dość.Zaznaczam,że ja tylko mówiłam,żeby coś tam zmienić,dodać,rozwinąć itd czyli w porównaniu z Twoja pracą to pikuś.Lubie czytać,ale nigdy w życiu nie nadawałabym się do takiej pracy i zdaje sobie sprawę jaką spostrzegawczością trzeba się wykazać i jak się na tej robocie skupić.Cóż, takiego dziada jak Twój szef trzeba by wstrząsnąć albo walnąć w łeb.
OdpowiedzUsuńHa!przypomniało mi się jak jeździłam do szkoły i pasowało mi żeby dojeżdżać ż moim tatą samochodem.Było to zaraz po tym jak zdałam prawko.Ja chciałam jeździć,wiadomo...no a tatuś co chwile zwracał mi uwagę.bo za szybko,za wolno,rozjechalabys tego rowerzystę itd itd😠 Raz tak się wkurzyłam,że zatrzymalam samochód,zabrałam torbę i wyszłam na drogę i zaczęłam zatrzymywać samochody.Ojciec za mną i się drze,że zwariowałam.Samochod na środku drogi,za chwilę wjazd do miasta a my się kłócimy.Powiedziałam,że owszem wrócę,ale nie chcę już słyszeć żadnego bręczenia.Od tego momentu miałam spokój,a po jakimś czasie usłyszałam nawet,że bardzo dobry że mnie kierowca.Takie radykalne metody są super.Tylko gdybyś Ty powiedziała temu baranowi,że schodzisz ż pokładu i niech się buja to pewnie by nawet okiem nie mrugnął.Ale chociaż w myślach tak zrób,może chociaż Cię to rozbawi😂
Poza tym to ja Cię bardzo podziwiam,za hart ducha,za mądrość i ło ho ho wszystko co u Ciebie
Całuski
W sedno, Lilijko. Ja nigdy dzieciom nie poprawiałam ani nie sprawdzałam, bo wychodziłam z założenia, że na klasówce nie będzie mnie obok nich. Były o to złe, ale potem mi dziękowały.
UsuńA moja mama była nauczycielką biologii. Do dziś widzę jej zmęczoną twarz, gdy pyta mnie wieczorem: dziecko, a jak się pisze żaba? A jak komórka?
A co do mojego Bossa, to standard, że korekta to literówki i przecinki. Dlatego gromadzę zrzuty ekranu i co lepsze kwiatki. Jeszcze nie wysyłam, bo szkoda mi kolegów. Co oni winni, że są fachowcami, ale nie od ortografii i gramatyki? I że w tym wariatkowie trzymają w szufladzie butelki z wódką? Ja jeszcze nie. Twarda jestem :P
A, za "sterami" malucha siadłam raz. Mąż mi nie nie pokazał, nie powiedział, tylko wrzasnął; kurwa, jak jedziesz :) A ja mam zaburzenia błędnika od słuchu :P Wysiadłam z auteczka i z dzieckiem rocznym poszłam 6 km na pieszo do domu :) I do dziś nie mam prawa jazdy, za to mogę się bezkarnie alkoholizować, dopóki mam na taksówkę albo jakąś trzeźwą ofiarę pod ręką :D
UsuńWiesz to moje pomaganie to było faktycznie tylko takie "czy może byc" gdzie ja ciągle mówiłam a weź jeszcze coś dopisz albo tu coś zmień.Znam jednak takich rodziców a szczególnie mamuśki,którzy to np rysowali dzieciakom pracę na plastykę,kolorowali obrazki w religii,a nawet kurwa tym najmniejszym poprawiali szlaczki żeby były ładne i rowne👀.Nie mówię już o zadaniach ż matematyki np w 3 kl podstawówki,że niemal komisja się zbierała czy aby na pewno dobrze zadanie zrobione.
OdpowiedzUsuńA jak twój mąż postąpił ż Tobą to mój tata też podobnie zrobił mojej mamie.Mieli Warszawę,czyli wiesz w porównaniu do malucha to czołg był przecież.Niestety mama po przejechaniu 500 m moze zaparkowala W rowie,w dodatku w zaspie i stwierdziła,że to by chyba było na tyle.Powiedziala do taty ty tu siedź i poszła...doszla do jakiegoś gospodarza,wysłała go na ratunek,wypiła herbatkę,tatuś dojechał i wrócili do domu.Trzy tygodnie ponoć się do niego nie odzywała,bo też zamiast jej wytłumaczyć to powiedział tylko,a weź nie pierdol co to za filozofia prowadzić samochód.Po jakimś tam czasie nawet przeprosił,bo mama nawet nie chciała nigdzie ż nim jeździć,bo okazało się,że się tak wystraszył,że miała opory wgl do samochodu wejść.Jednak kiedyś stwierdziła,że żałuje ze była takim tchórzem i nie zrobiła nigdy prawa jazdy.