środa, 4 kwietnia 2018

Diabeł

we mnie dziś wstąpił rano, Kochany Pamiętniczku.
Obudziłam się i stwierdziłam, że pójdę do spółdzielni dziś.
Odprawiwszy poranne rytuały, polazłam zatem, a słoneczko świeciło jak głupie i do biura weszłam zgrzana jak stara mysz, chociaż li i jedynie sweterek narzuciłam na się.
Biurwa pierdzistołkowa na mój widok wydała wzdech z głębi piersi.
Słyszałam, bom aparaty podkręciła.
Więc rzuciwszy torby na krzesło, wygrzebałam z nich skoroszyt pięknie, wiosennie zielony, a z niego papiery wszystkie.
Rozpaczliwie zamachała rękoma, że cała dokumentacja nie jest potrzebna i że miałam przyjść na podpisanie umowy.
Ale przyszłam teraz i podsuwam jej pod nos pismo z 2007 r., w którym spółdzielnia informuje mnie uprzejmie, że do uzyskania własnościowego spółdzielczego prawa do lokalu potrzebna jest zawrotna kwota 576 zł i 23 gr polskie.
Zatrzepotała łapkami jeszcze raz, ale już jej podsuwałam wydruk z banku, że w 2009 roku ową obłedną kwotę przelałam na rachunek spółdzielni, podany w piśmie z 2007 roku.
Ale jak to, ona nic nie wie.
To proszę, żeby się dowiedziała.
No bo w papierach nic nie ma.
Rączo chwyciła leżącą na jej biurku od wczoraj teczuszkę mojego mieszkania.
Już kiedyś potrzebowałam z tej teczuszki papierków i jak świchnęła ją na biurko, tak po miesiącu, gdy potrzebowałam jeszcze raz tych samych papierków nie mogła teczuszki znaleźć. Na moje nieśmiałe pokazanie palcem sterty na biurku znalazła... Taka to porządna biurwa jest... Pierdzi w stołek niesamowicie.
Rzuciła się do kompika i mówi, że takiej kasy nie ma na moim koncie.
Jak nie ma, jak nie zwrócono mi, a ja mam dowód wpłaty?
Pewno na czynsz poszła.
I znów jak krowie na rowie wykładam, że i owszem, ale dostałam wtedy pisemko, że mam nadpłatę w czynszu w wysokości 576 zł i 23 grosze i że rzeczona kwota jest na wkład, a nie na czynsz i pani z ksiegowości ją wycofala i już więcej nie dostałam pisma, że mam taką nadpłatę, więc kto się nie bał i zajebał?
Westchnęła i podreptała do księgowości.
Wróciła i rzekła, że księgowość nie ma, ale będzie szukać.
W skroni waliły mi młoteczki, ciśnienie rosło, nerwy grały, a ona wzdychała, że jestem najgorszą i najupierdliwsza lokatorką w całej spółdzielni.
Wiedziałam. Wiedziałam, że jestem dobra, ale nie wiedziałam, że aż tak.
Upierałam się, że kasa ma się znaleźć, bo to moja kasa.
Podreptała znów do księgowości i tadam :)
Kasa jest.
Na koncie kwot umorzonych, cokolwiek to nie znaczy.
Czyli znaczy to, że mam zapłacone do końca (ale pani, czekać od 2009 roku!) i że podpiszą ze mną umowę o własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu, nie lokatorskie :)
No ale jak chcę mieć do końca, to muszę u notariusza.
To wiem.
Nie załatwiałam tego, wychodząc z założenia, że jak nie ruszę gówna, to nie będzie śmierdziało. Na bank zostałabym wyeksmitowana pod most, gdybym to ruszała. I nie, nie przez Eksa, przez szwagra, który już wtedy założył sprawę w sądzie o wyeksmitowanie mnie, argumentując, że to nie moje mieszkanie, ale Eksa. Nie brał pod uwagę tego, że mieszkanie dostaliśmy będąc małżeństwem i nie z książeczki Eksa, która do dziś gdzieś bytuje, ale za gotówkę. I że starczyło nam na lokatorskie, nie własnościowe. Co też uwzględnił sąd, stwierdzając, że mam prawo do mieszkania, a Eks ma cała chałupę... I rozeszło się po kościach.
Przez te lata dopłacałam, nie doprowadzając sprawy do końca, bo musiałabym mieć ich zgodę.
A teraz mam i kasę na notariusza, i niczyjej zgody nie potrzebuję.
Ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo nie wiadomo, czy chłopcy nie będą się musieli zrzec swojej części, co powiedziała właśnie ta biurwa.
Że jutro będzie ich radca prawny i on dokładnie powie, co mamy załatwić.
Bo dałam akt notarialny, a nie akt zgonu.
Poprosiła o akt, to dałam, co miałam w teczce akurat :)
Ale nie szkodzi. Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
I tak chcieli się tego zrzec, pomijając już fakt, że to znów będzie kosztowało, ale przynajmniej w spółdzielni jest kolejna podkładka i dobrze.
A mając własnościowe spółdzielcze prawo do lokalu zatrzymam mieszkanie dla dzieci. Bo wtedy dziedziczą prawo do lokalu i nie ma już żadnej łaski ze strony spółdzielni, że im pozwoli zamieszkać czy też wynająć.
Może uda mi się wykupić na pełną własność, nawet jak nie, nie będę płakała.
Dzieci coś dostaną, a o to chodziło.
Biurwa mówi: pani zadzwoni. A ja spokojnie po raz tysięczny w tych murach: ja nie dzwonię, ja emilki piszę.
No tak, z panią same kłopoty.
No tak, ale to ja pani płacę za rozwiązywanie kłopotów, które sprawiam :) 
Do pracy pojechałam w dobrym humorze i nawet się nie wściekłam, gdy okazało się, że wali się wszystko, że  zamiast małej pracki jest wielka robota, w środku tej wielkiej roboty jeszcze wyprawa do lekarza, z którym znów będę się wykłócała, że jestem zdolna do pracy. Bo już mi się ostatnio trafiają geniusze, mówiący, że ze względu na słuch nie powinnam mieć podpisanej zdolności do pracy.
Chore to, kurwa...
Zatem aby jutro przeżyć :)
A potem się zobaczy :)


10 komentarzy:

  1. Jeszcze raz sie tam pojawisz i biurwa pierdzistolkowa moze dostac zawalu:))
    Jestem z Ciebie dzielna!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Oj, jeszcze niejeden raz tam będę, ale nie chcę mieć jej na sumieniu, aż tak okrutna nie jestem :)

      Usuń
  2. A te biurowy od urodzenia takie som czy taka specyfika pracy i one się dostosowują?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest powołanie. Nie zawód. Tak samo jak kurwa :)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Czuję się dowartościowana :) Tym bardziej, że tym razem nie musiałam wołać prezesa :D

      Usuń
  4. Biurwy na całym świecie takie same som :((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano. Ale słyszałam, że w UK sporo można przez internet załatwić i tak ogólnie jakoś lżej :D

      Usuń
  5. tak wszystko trzeba mieć pokserowane i pochowane , też tak mam , a mieszkanie też mamy własnościowo spółdzielcze ( nigdy nie stykło kasy by w księdze wieczystej zapisać ) ale są tego plusy , komornik nie może nas z niego wyjebać ( a wiadomo że oni się nie szczypiom ) poza tym przy sprzedaży nie ma problemu z księgą wieczystą
    ale biurwy u was są typowo biurwowe u nas już coraz częściej spotykam przyjazne dla ludzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie księgę chcę założyć. Zdawało mi się, że to lepsza opcja. Choć nie mam zamiaru sprzedawać mieszkania.

      Usuń