środa, 25 kwietnia 2018

Oszalało

wszystko w tym roku, Kochany Pamiętniczku.
Ze szczętem, do ostatka, do szału, do dna.
Ale już powoli statecznieje.


Japońska wiśnia już przekwita i okrywa się tymi wyjątkowymi liśćmi.

Tu na tle zieleni widać ich urok.

Dziś kasztanowce już mają kwiaty, ale nie sfociłam :) Matura, matura, jak co roku matura...

Pieścichłopy, już te ogrodowe, nie szklarniowe wymoczki. Już zostaje po nich wspomnienie i w domu, i w ogrodach...

Forsycje już zielone, za to wszędzie żółto od mleczy. Mniszki moje kochane, znienawidzone przez szwagra, bo mu trawnik psuły. I za to je kocham, poniekąd. Żałuję, że nie mam gdzie ich w okolicy nazbierać, by wykorzystać ich leczniczą siłę. Życie...

Kierownik Budowy wleciał, wzbogacił moją kolekcję o naparstek z Madrytu :) No i jak zawsze nagadał, nawywijał, nakombinował. Jednak coraz krzywiej ma pod kapturkiem, nad czym bardzo boleję. A najgorzej, że jest Kradziejka... Ech...

Do spółdzielni poszłam, z duszą na ramieniu, bo biurwa. Specjalnie odczekałam parę godzin po otwarciu, żeby nie drażnić w poniedziałek :) Powitała mnie pretensjami, że emilka nie napisałam. WTF? Jak pisałam, to nie odpisywała, więc po prostu poczekałam aż będę miała wolne :D Nie dogodzisz. Radca prawny powiedział jej to, co ja proponowałam, że zabiorę akt notarialny, a dam akt zgonu. Bo w sumie spółdzielnię gówno obchodzi, czyje jest mieszkanie, co nie? :) Więc musiałam wrócić do domu po akt zgonu, akt notarialny odzyskałam, ale... Umowę podpiszą ze mną za parę dni. Powiedziałam, że wlecę w piątek... Co sobie pospacerowałam, to moje, pogoda cudna była :D

We wtorek ruszyłam kostropaty tyłek i w szafie w kuchni posprzątałam. Grzecznie, na drabince, żeby znów nie zlecieć. I okazało się, że te robale, co fruwają, to nie z moich zapasów, bo te mam szczelnie w puszkach pozamykane. Nie wiem, jakim cudem zalęgły się w... grzybach... Fuj, ile tam tego było, wszystkie wywaliłam, bo mało, że motyle, to jeszcze robale w stadium gąsienicy. Trudno. Ale grzyby od Sikory nówki nieśmigane, bo w innym miejscu schowane. Widocznie bardziej serdecznie dane, bo mam od niej od dawna i nigdy nic się nie ulęgło.
Tak więc kuchnia ogarnięta, nic już nie fruwa.
A i pokój przy okazji przeleciałam, bo taki misz-masz był w szafie, jakby ktoś granat wrzucił...
I git majonez.

A potem...

Do ciebie szłam, przez puste ulice,
Do ciebie szłam, znaczona księżycem,
Do ciebie szłam po usta i serce,
Do ciebie szłam, by nie iść już więcej.

Od ciebie szłam, przez łzy nic nie widząc,
Dla ciebie to był tylko epizod,
Od ciebie szłam, bez ciebie szłam przez pusty świat,
Bez ciebie - jak od lat...










Dziś planowałam wyjście, ale praca mnie dorwała. A miało jej nie być, no ale była. Nic mnie nie kocha tak, jak praca.
Dobrze, że chociaż ona.
Pogoda taka niezdecydowana, ale już dłużej nie mogę. Pojechałam na dworzec, bilet zanabyłam, nie bez stania w kolejce, dlatego dziś jechałam. I jeszcze 25% zaoszczędziłam, bo gość biurw okienkowo-pierdzistołkowy nawet się nie zająknął, że mi się zniżka należy. Gdy zapytałam o nią, rzekł: faktycznie, po czym okienko z wdziękiem zatrzasnął, a z kolejki za mną rozległ się jęk rozpaczy, bo zostały tylko dwa okienka czynne...
Zatem jutro do Umarlaków jadę.
Mam mus i tyle.

A jeszcze dziś

kotecka przyłapałam. Mnóstwo kotecków, ale wiał wiatr i telefonem niełatwo je upolować. A to-to kwitnie koło oliwnika, do którego wąchania przymierza się Zmorka. A który w tym roku dostał na łeb, jak wszystko.

Zatem time to say goodbye...


2 komentarze: