niedziela, 7 października 2018

Merda się

ciągle, Kochany Pamiętniczku, no ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz.
Na razie merdanie zostawiam na boku, co ma być, będzie, ale uprasza się grzecznie o kciuki, zwłaszcza jutro i w kolejnych dniach, bo nie wiadomo, kiedy uda się załatwić. Informacja o załatwieniu albo i nie ukaże się po załatwieniu albo niezałatwieniu.
I na razie tyle w temacie.
A ja, and Me Shadow, latamy sobie. W sobotę polecieliśmy do wujka Mietka, a babie lato było piękne i plułam sobie w brodę, że polazłam w pełnych butach. I objuczyłam się poncho, bo zrobiło się lato.
W sumie wybrałam się po kapućki

 pod Okrąglak, albowiem choć SJ wciąż jest gorąco, to w stopki zimnawo, jak ogrzewanie nie jest włączone, a po przeglądzie szafy okazało się, że stare kapućki muszą na emeryturę, albowiem są podarte i obcierają.
Zatem teraz siedzę w letniej kiecce, bo 23 stopnie mam, balkon uchylony, a w nóżki ciepło i git majonez :P

Po powrocie popełniłam

żurku gar i wygląda na to, że do wtorku będę żurek wpieprzać. Ale dobry wyszedł więc nie narzekam.

A od wujka poleciałam sobie na spacerek








Króciutki, ale jakże treściwy. Winobluszcze już czerwienieją namiętnie, zjazd coraz bliżej, a Adaś niewzruszony jak zawsze. I Uber Eat  śmignął na rowerku, a jakże, z Indii czy innej Sri Lanki, a potem ta wycieczka kobiet w chustach. Kiedyś to był ewenement, teraz już wrosło w krajobraz. Jeszcze miałam do Avenidy iść, bo jedna z dziewczyn reklamowała zabawki w jednym sklepie, ale... Organizm mówił: do domu, sio, więc się powlokłam.

A dziś rano Alienek lekkiego focha miał, ale i tak pogadaliśmy. A potem przeprosiłam się z kijkami, bo wczoraj, gdy robiłam czystkę wśród butów nie byłam pewna, czy w ogóle dupę z podłogi podniosę. Spacer przecudny, ale wyszłam w pełni lata, a wracałam w podmuchach mroźnego wiatru. I tego nie lubię, tych wahań temperatury. Zmarzłam tak, że ledwo do domu doleciałam, znaczy się tam, gdzie król chodzi bez orkiestry i bez smartfona :P
Ale cudnie jest, jest cudnie...



 Stare Jędze ciepłe kapcie kupują, a fiefureczki zapasy gromadzą, zima sroga będzie ani chybi :D
I Indianie nie tylko chrust gromadzą, ale i całe stosy drewna :P Wiele kubików :P







 Nie byłam pewna, jaki to grzyb, więc zostawiłam go w spokoju :)


I tak minął wolny czas, zrobiłam o wiele mniej, niż planowałam, ale akumulatory naładowane, silna, zwarta, gotowa i...

Co ma być, będzie. Zawsze jest.

Choć już życia, psiamać popołudnie...

6 komentarzy:

  1. Trzeba wierzyc ze sie uda zalatwic, a zdjecia piekne. Jesien jest piekna, ale wole wiosne. Przesylam pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wolę wiosnę. Bo jak się robi ciepło, to jest ciepło :P

      Usuń
  2. Cholerka,jak ja tęsknię za Poznaniem😥
    Miałam dzisiaj odebrać córkę,bo była na Japaniconie,ale niestety okazało się,że koleżanki rodzice ja przyniosą,bo akurat będą przejeżdżać przez naszą mieścine.Wrrrrr
    I co...przesiedziałam cały dzień w domu,bo tak jak rano było super i prawie godzinę łaziłam z psem,tak później zrobiło się takie piździsko,że kocyk,herbatka i raz telewizor,raz książka,raz kimka i tyle.
    Ale mam na pociechę Twoje zdjęcia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że chociaż tak mogłam Cię pocieszyć. Tak się wywalam na łowy, ale za bardzo mi to nie wychodzi, a jest wiele nowych rzeczy. Trudno :)

      Usuń
  3. a wiesz że niedawno na fejsie wyświetliło mi się wspomnienie o żurku u Ciebie ,że cały pieprz wlałaś mi na talerz :D to było pięć lat temu albo sześć ? hmmm nie pamiętam :D ale pamiętam że żurek mi smakował :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też ten żurek wywaliło. I nieprawda, wcale nie było tak dużo pieprzu, do tego wsypałam pół paczki i wszystkie kuleczki zjadłam :P Co wy macie z tym pieprzem? Pieprzenie jest bardzo zdrowe :D

      Usuń