środa, 26 sierpnia 2020

Pierdalec

 pospolitus mnie dopadł, Kochany Pamiętniczku. Ale że pogoda jest jaka jest, mycie okien nie wchodzi w rachubę, no i starzeję się, zatem mycie odpuszczam, c'est la vie.

Myślałam też o pojechaniu do tego muru na placu Wolności, ale... moje wyalienowanie z rzeczywistego świata przeważyło. I jak mnie tak miotało z kąta w kąt, gdy już spasteryzowałam dupomirki i nie miałam gdzie rąk wsadzić, a sprzątać w dzień niesprzątający to jest porąbane, co nie (tak wariują pracoholicy, mający wolne dni), wpadłam na pomysł...

... pójścia na Manhattan z chytrym planem w zanadrzu.

Udałam się do gospodarstwa domowego. Gospodarstwo domowe na Manhattanie jest dłużej niż ja, bo kiedy się tu wprowadzałam, ono już było. Prywatne, w tamtych czasach. Do dziś prowadzi je ten sam gość. I ma dosyć nieogarniętego pracownika teraz, ale mniejsza z większym, znalazł mi "mój" garnek.

Bo kurwica mnie bierze nie tylko na emaliowane garnki (za cenę kompletu emaliowanych miałabym jeden z większych z Odelio), które od piernięcia się przypalają, a co się w nich nie ugotuje, to domycie ich to droga przez mękę, no ale chciałam być eko sreko, ale i na starą, żeliwną brytfannę. Jak nie lecisz z wywieszonym ozorem mieszać, to się zaraz powidła przypalają i jest roboty po kokardkę i kucyki. I tak ze Zmorencją gawędziłam o tych garach, kiedyś chciała je kupić, ale kupiła patelnię, która jej się sfajczyła...

No i Sikorę agitowałam za Odelio, więc...

Autosugestia, psiakrew.

Zanabyłam, za całe 120 zł, ale co tam. Zaczynam wydawać na siebie i to jest mądra decyzja, ze wszech miar mądra.

Potem w Big Benie Dark kupiłam. W sam raz na taki dark day jak dziś, a i garnek trzeba oblać, co nie?

Potem 5 kilo śliwek i dobry uczynek, bo przed śliwkami kupowałam włoszczyznę i dziewczyna o tym zapomniała. Ale miała banana, jak włoszczyznę do rachunku doliczyłam. No cóż, do kościoła nie chodzę od dawna, ale "nie kradnij" pamiętam doskonale. Pewno, że kiedyś tam może i po drodze czegoś nie dopilnowałam, ale na przytomnie nie umiem kraść :D (Powinni to do góry, o ile góra jest, ale o tym potem, docenić).

No i na końcu Manhattanu dupomirki, o, po 2,90. O tej porze jeszcze, i dużo żółtych. Więc pakuję :) Pan od Pomidorków ma banana i mówi: znów? A ja, no cóż, odreagowuję kwitnięcie przed kompem i mam nadzieję, że mi przejdzie. A on: mam nadzieję, że jeszcze długo pani nie przejdzie. Nice, co nie?

I tym pięknym sposobem zlądowałam w domu z 



I kolejny dobry uczynek: wciągnęłam wózek sąsiadce, starszej ode mnie. Mieszkamy razem od początku bloku, a do dziś nie wiem, jak ma na imię i jak się nazywa. Ale zawsze ze sobą miło rozmawiamy, a ona o moich chłopaków zawsze pyta. Ma już ponad 80 lat, więc trochę nas dzieli. 

No dobra, zabrałam się za życie na kwadracie, nie za bardzo przejmując się a to chlapnięciem, a to kropelką, a to paprochem, a co tam :) W końcu mam wolne i nie musi być zawsze idealnie, co nie?

Odrobina bałaganu nie zaszkodzi.

Do komórki podreptalam (nie lubię), myślałam, że mam tam puste słoiki. A komórka zamknięta na trzy spusty i klucze nie działają. Dzwonię do sąsiada współdzielącego (sąsiad zmarł, żona z alzheimerem zniknęła, mieszkanie w remoncie) i nic. Więc dawaj mocować się z zamkami i... Puściły. Słoików pustych (moich) nie ma, za to sąsiada sklep z pustymi słoikami, ale nie są moje, to nie ruszam. Za to moich przetworów od cholery, sklep można otworzyć. (Wieczorem piszę do żony Pierworodnego, wezmą). Zamykam jak za dawnych lat na jedno przekręcenie klucza, trzeba z Pierworodnym ogarnąć zamki. I... Jak ostatnio był Inżynier z bandą, wynosił fotelik Kalafiorkówny, może to on zamki tak pozamykał? Pewno nie będzie pamiętał. A ja i tak muszę wytwory mojego pierdalca do komórki eksmitować, bo nie mam gdzie w mieszkaniu upchnąć. 

Pól godziny kuchenkę szorowałam, ale jest OK  :)

Osiem kilo śliwek wygląda tak



Ten większy to nowy gar, a widziałam jeszcze taki na 6,5 litra w necie, niedrogi, niecałe 80 zł, ale pytanie brzmi: co ja w nim będę gotowała, skoro ten mniejszy, po lewej starcza mi na ugotowanie zupy na dwa dni?

Odelio powinno mi płacić za reklamę, ale gary, choć drogie, warte grzechu: myją się idealnie i pasują do indukcji (to akurat mnie nie rajcuje). Można w nich w piekarniku swobodnie zapiekać. Z lewej powidła po dwóch dniach smażenia, z prawej po jednym. Droga do celu daleka jeszcze, a wyjdą z tego marne słoiczki. No dobra, nie jadam powideł, żrę tylko podczas smażenia.

Wiem, wiem, zboczona jestem, taki los.

A za oknem piździ gorzej niż za cara na Skieletczyźnie i taki ponury, pojebany dzień pogodowy. Czytam o kataklizmach, huraganach i cieszę się, że jestem stara.

Odpaliłam sobie Było sobie kłamstwo na Netflixie, z moimi ulubieńcami Rickym Gervaisem i Robem Lowe (no i serial z nim poszedł w pizdu), a i Jennifer Garner nie od macochy.  Może nie są to wyżyny intelektu i potencjał tematu nie jest wyczerpany, ale film trafia mimo wszystko w sedno "tu, teraz, dziś", nawet mimo lukrowanego zakończenia.

Jest na Netflixie. Polecam.

I tak minął kolejny dzień mojej laby: zero poczty firmowej (chwilo, trwaj), zero obowiązków (słoiki stygnące w różnych kątach się kłaniają, razem z brudnymi w chuj oknami), a ja jestem szczęśliwa, jakby co.

I polecam poszukanie na YouTube De Mono Osiecky. Jeżeli ktoś lubi Agnieszkę O. Ja uwielbiam. I zazdroszczę jej poniekąd umiejętności wyrażania uczuć. Do pięt jej nigdy nie dorosłam, wzdychając, kochając i umierając z miłości, do momentu, w którym powiedziałam sobie twardo, że już nigdy mnie nikt nie zrani i że nie będzie mnie nigdy nic bolało. Czasami myślę: a może warto, żeby bolało, ale nie. Nie warto :) Za bardzo kocham siebie :D

Pierworodny pewno by "wzdechł": mama i De Mono.

Ano. Bo Osiecka :) 

Więc dla wielbicieli De Mono i Osieckiej: rewelacja. Zwłaszcza Deszcze niespokojne. 

Ostatnio bardzo płodna jestem, co nie? Aż strach, tak każdy dzień zapisywać.

A jeszcze Wysokie Obcasy sugerują apki do zapisywania zwyczajnych szarych dni.

I tak myślę: jak mnie kiedyś władza zapyta o alibi, to?

No, jak kiedyś ludzie, niepiszący papierowych pamiętników odpowiadali na pytanie, co robili danego dnia?

Bo ja, na serio, łapię się, że czasem pomaga mi FB, a czasem szukaj na Kochanym Pamiętniczku.

Jakie to wszystko... hmmm... pojebane?

Poniekąd, ale nie do końca chyba.


Wszystko jest tak kruche, tak ulotne... Pisać po to, by ocalić coś, co przemija... Może miłość?

Nawet jeżeli jest już tylko pustym słowem... Każda.


2 komentarze:

  1. no żeby wszyscy mieli takiego pierdolca to świat byłby nie dość że piękny bo czysty ale też smaczny :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świat będzie czysty, jak umyję okna. Nie tak szybko, bo pierdalec mija mi, a potem mam szarańczę, a potem to już całkiem po pierdalcu będzie i robota :)

    OdpowiedzUsuń