Kochany Pamiętniczku, tylko nie wiem, za co :(
Zgodziłam się na opiekę nad MW i Papryczkiem przez te dwa dni, bo co miałam zrobić. Współczuję pracującym rodzicom, teściowie Pierworodnego dali z siebie tyle, że ja dla nich chapeau bas, bo zwariowałabym. Inna para kaloszy, że mają warunki lepsze niż ja - domek, podwórko, ogródek i duzo miejsca.
Ale ja pracuję, stety czy niestety. A Papryczek ma to do siebie, że siedzi cicho, kiedy nie musi, kiedy ma siedzieć i animrumrac, robi się aktywny jak wulkan Krakatau. Miały być dwa dni, a zamieniło się w dwa dni z noclegiem, w sumie mnie to rybka. Doszło po prostu powlekanie pościeli, pranie i tona ręczników. Mniejsza z większym, wyglądało na to, że bałagan nie będzie kosmiczny, jakby kometa pierdalnęła, ale wyszło jak wyszło.
Day first. Papryczek nie je i nie pije. Bo nie lubi wody (syn mówił: wody można mu dać), bo on nie pije schłodzonej, przegotowanej wody, on musi mieć wodę ze sklepu. No to nie miał. Kompot ugotowałam z papierówek, wyjechany w Kosmos z wanilią (prawdziwą), odrobiną cytryny i cukrem trzcinowym, to wziął łyk, skrzywił się jak po occie siedmiu złodziei i pokazał jak cezar przegranym gladiatorom. Nosz, kurwa, raz przełknęłam. Na obiad zjadł łyżkę puree ziemniaczanego, ze wstrętem odtrącając jajko sadzone, mizerię i mieszankę warzywną.
Nie to nie, w dupie :)
Mała Wiedźma upiła kompotu, ale jak osa się w nim utopiła, świeżego już nie chciała.
Nie to nie, w dupie. Obiad zjadła, nie powiem, ale upiera się, że sama sobie kanapkę zrobi, więc wiadomo - w kuchni chlewik.
Ale morda w kubeł.
Szczoteczek do zębów kolejny raz nie mają, ale mam na to wyjebane, nie mam sklepu ze szczoteczkami. Za każdym razem jak daję, zabierają do domu. Myć nie myją w domu, bo Papryczek ma spróchniałe pieńki i bąble na dziąsłach.
Wszyscy w łóżkach, każdy ze swoją zabawką, ja wyeksmitowana do małego pokoju (sama się wyeksmitowałam, za dużo pracowego sprzętu, badyli, ale w życiu by mi nie przyszło go głowy tam spać w taki upał). Padam, ale ostatkiem sił lecę do pokoju, bo sobie przypomniałam, że nie wyłączyłam takiego niefajnego rozgałęźnika, made in China, więc dla spokoju wyłączam. W pokoju przez poszwę poświata, MW dalej gra. A grała odkąd weszła o10, na uszach ma słuchawki, przez które nic nie słyszy, na polecenia niby reaguje, ale jak po lekach.
Gra to gra.
W dupie mam.
Rano tragedia, bo dostała okres, a nie ma podpaski. Ja też nie mam, tzn. mam staruteńkie, kilkunastoletnie always, ale wiadomo, podpaska jeść nie woła. Nie, za duże. Mam też wkładki, bierze wkładki. Okrwawione gacie rzucone koło pralki, zakrwawiona koszula nocna (nota bene moja) leży na kiblu.
Wzdech, gacie do miski z zimną wodą, koszula do prania.
Jeszcze wczoraj Pierworodny mówił do mnie, że mam jej pokazać, jak się stanik zapina, bo on jej musi zapinać i jak używać dezodorantu. WTF? Nie jest sierotą, ma matkę. Nawet nie próbuję egzekwować posprzątania łazienki, więcej czasu zajmie wytrącanie ją z niebytu growego niż ogarnięcie syfu. Pokazuję jak zapinać stanik z przodu, skoro nie umie się zapinać z tyłu (ja, nie chwaląc się, mimo tuszy do dziś spokojnie z tyłu zapinam), dezodorant i mówię, że ma nie sikać nim w łazience, bo jak ma zamknięte drzwi, to się udusi (okazało się, że się dusi, więc sika nie sikając). Ja nie mam problemu, drzwi od łazienki mam otwarte, ale jestem jednoosobowym królestwem :)
Papryczek tymczasem robi cyrk, bo on chce płatki, a nie chleb.
A ja płatków nie mam i nie zamierzam mieć, bo to, na co wpadają raz na ruski rok to mi się mole w płatkach zalęgną. Nie jadam płatków.
Zrozpaczony, szlochając, zjada chleb (a jakże, z odciętą skórką, bo hrabiemu w ząbki wchodzi).
Każę się MW uczesać. Nie ma grzebienia. Ma piękne włosy, takie jak ja za młodu, ale... Daję jej mój grzebień i patrzę, jak głaszcze włosy, nie rozczesując, a wyglądają jak wronie gniazdo (już wczoraj były nietenteges jak weszła, ale umyte, więc co się będę czepiać jak pijany płotu). Wkurzona biorę grzebień i...
Kolejne kołtuny odcinane nożyczkami ( nie, nie krępowałam się, czy prosto, czy krzywo) lądują w koszu. Oczywiście, jestem podła :D
Tłumaczę, że wystarczy wieczorem uczesać i zapleść w warkocze. Nie, nie zaplecie, bo nie lubi.
Grzebień każę jej schować do plecaka. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Zakupy na Manhattanie przebiegają w miarę, Papryczek na pytanie, czy jada kalafiory, odpowiada, że jada (kalafior został mu podsunięty pod oczy, gość za mną dusił się ze śmiechu, na pytanie, czy kury jada odpowiedział, że tak, co potwierdził jego ojciec na MSG). MW na pytanie, jakie podpaski nosi odpowiada, że nie wie, bo podpaski kupuje jej tato. Tato odpisuje: Bella Maxi. Jestem w szoku, ale... Sama też tak miałam :D Tyle że nie było Bella maxi, więc pół paczki waty naraz szło :)
Wracamy do domu, lecę ze śmieciami, a w międzyczasie spada z drzwi mój ulubiony zegar i nie ma winnych. Zegar badziew, ale go lubiłam, bo Paris. Nie da się naprawić, połamany mechanizm. Sam spadł ten nieszczęsny zegar.
Dzieci, które miały w czasie spadania zegara umyć ręce, jednak ich nie umyły, bo mydło suche jak pieprz.
Wrzucam na luz.
Mam wyjebane.
Gotuję obiad, opętana żądzą nakarmienia Pierworodnego, ale okazuje się, że im się zmieniło i...
Nie dojedzie, odbiera ona.
OK, jak chcieli mieć noc na seks wystarczyło powiedzieć wprost, w sumie mi to rybka,pomijając karmienie Papryczka.
Który u rzeźnika umierał na widok parówki, a w domu jej kijem nie chciał tknąć.
Oddychałam w tytkę, latając od kuchni do komputera (bo praca przychodziła, falami, ale przychodziła, jak pamiętamy, pracuję z domu i to były moje godziny pracy), wyłączywszy aparaty, nieczuła na lamenty Papryczka, że on: nie chce rysować, chce rysować, chce pić, nie chce pić. Cierpliwie powtarzałam, że mówi się: poproszę, czy mogę.
Nic, jak perły przed wieprze.
Pytam, nie wiem, po jakiego chuja, MW, czy zmieniła podpaskę (wkładkę, cieniutką jak mgiełka) po czterech godzinach. Z trudem to do niej dociera, więc tłumaczę, jak krowie na rowie, że w tym upale. Że ma iść, zawinąć w papier i do kubełka wyrzucić. Idzie, zmienia, ale wrzuca luzem. Więc pokazuję, jak się zwija, wyrzuca i tłumaczę, znów jak krowie na rowie, że w domu to ja jej każę wynieść, ale w pracy, w szkole, to są panie sprzątające, czasem i panowie i że, kurwa, kultura tego wymaga. Potakuje. Ciekawe, ile z tego zapamiętała. Ale już nie dziwię się, że w kiblu w pracy mam deskę jaką mam... Mimo pracowania z doktorami.
MW ze słuchawkami na głowie, w swoim świecie, więc i ja miałam na wszystko wyjebane.
Ich matka nie odpisuje na MSG.
Każę MW dzwonić, odpisuje, bo ja nie dzwonię :P No a jakby tak nam cegła na łeb albo inna bomba?
A, przez 24 godziny nikt nie zapytał, czy żyjemy, a mogłam z balkonu zrzucić, udusić, utopić, co tam jeszcze?
OK, jemy obiad. Papryczek dostał potrawkę bez koperku (chuj mu w plecy, bo w dupę by jeszcze miał przyjemność), wyszła zajebiście, a na jego, że kurczaka nie je, tak na niego spojrzałam, że wpieprzył, co miał na talerzu, pyrów i kalafiora nie ruszając. Więc chuj mu w plecy jak najbardziej jest na miejscu. Bo on nie chciał kalafiora.
Zjedli, Synowa nawet wypiła cały dzban kompotu, wzdychając z rozkoszy, bo zimny był jak lód. I zaczęli się zwijać. Mówię, że gacie w misce, dam woreczek, niech weźmie. Na serio? Mdło mi na widok cudzej krwi.
Pakuję wszystko, daję obiad dla Pierworodnego, czosnek i idą. Papryczek na odchodne mówi mi, że i mnie kocha, nie tylko dziadków z O. :)
Nice.
A MW, opierdolona przeze mnie, bo miała zakaz grania, a i tak cały dzień w słuchawkach i grała, do obiadu też w słuchawkach siadła, a na mój protest, wzdech zdjęła... i... włączyła się w rozmowę. A tak samo chciałam z nią pogadać dwa dni, ale spasowałam, nie będę się kopała ze słuchawkami i ajpadem :)
Już mam to w dupie.
Synowa na uwagę, że to nie pierwszy kołtun, który wycinam wzdycha i mówi: Pierworodny miał się tym zająć, ja nawet nie mam na to czasu.
WTF?
Nie ma czasu, pracując do 15.30, mając 30 minut do domu, nie robiąc nic prawie, bo za koło gospodyń wiejskich robi on, pracujący na zmiany i dojeżdżający czasem 2 godziny w jedną stronę?
Ale morda w kubeł.
Ona jest zmęczona.
A ja tańczyłam z radości, po 2 dniach z małolatami na nie do wszystkiego, w ponadtrzydziestostopniowym upale, z dodatkowym praniem i gotowaniem, zmywaniem? Nie pracuję? Nie mam absolutnie żadnego wpływu na wychowanie moich wnuków. Sprzątam łazienkę i... w wannie miska pełna zakrwawionej wody.
Kurwa.
Ale... Uśmiech na ustach, choć w sercu ból.
Szczerze?
Nie tak widzę babciowanie. Już nie.
I przeszczęśliwa jestem, że wyjeżdżają do września, a potem... chyba zacznę kombinować jak koń pod górkę.
Bo w sumie bardzo kocham mojego syna, ale siebie też kocham.
To pisałam ja, Stara Jędza, przeszczęśliwa, że jestem sama.
A Inżynier jak się zaciął w milczeniu to dalej zacięty.
Boli mnie serce, bo tych dni coraz mniej mamy, ale nie.
Nie, kurwa, nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć, bo to ja będę umierała.
A już na pewno nie będą mi mówiły tego moje synowe.
Tak, jestem klasyczną reprezentacją najgorszej teściowej na świecie.
Amen :)
Ale za to stosuję zasadę, którą polecałam wprost mojej wiecznie poświęcającej się dla wszystkich teściowej: niech mama siebie kocha, bo to najważniejsze, żeby mama kochała siebie :)
Więc mam hierarchię w miłości:
miłość do samego siebie jest dla mnie najważniejsza :D
Zresztą zalecają to nawet linie lotnicze: w razie W zakładać najpierw sobie maskę na ten mord, a dopiero potem najbliższym :D
A idąc dziś z nimi na zakupy mówię do MW: załóż namordnik :)
A Papryczek: a co to jest namordnik?
Kocham pytania sześciolatka, choć już na zapas martwię się, bo słownictwo ma ubogie i nie umie dobrać czasów i osób, a to już zerówka... Nie chce rysować, nie mówiąc i pisaniu, ale nie kopałam się z koniem, bo po co?
Zainteresowania ma monotematyczne.
A MW do dziś nie przeczytała Dzieci z Bullerbyn.
Choć Inżynier przeczytał w życiu tylko jedną lekturę, nawet nie wiem jaką. I więcej grał niż czytał.
Cieszę się, że coraz bliżej do tej klepsydry, w której będę się przesypywała :D
.
Po przeczytaniu tego wszystkiego cieszę się niezmiernie, że mam taki mały kontakt z wnukami (mam siedmioro). I synowymi - rzecz jasna!
OdpowiedzUsuńTrzymaj sie i nie dawaj! Uściski!
Odściskuję i obiecuję trzymać. Ja też szczęśliwsza byłam, gdy byli daleko :) Też nie miałam na nic wpływu, ale przynajmniej nikt ode mnie nic nie oczekiwał.
UsuńSzlag mnie trafia, jak to czytam! Nie wiem, jak to znosisz! Przez głupotę/bezmyślność/niewiedzę (?) rodziców cierpią dzieciaki. Na razie nie zdają sobie sprawy, ale kiedyś odbije się to echem.
OdpowiedzUsuńMnie moje dziecko czasami doprowadza do białej gorączki, ale gadam, tłumaczę...
Byłabyś dla nas idealną teściową i babcią :)
mamaKlary
Dzięki za dobre słowo mamoKlary, ale w praniu mogłoby się okazać inaczej :)
UsuńWidzisz, to Twoje dziecko i będzie takie, jak sobie je wychowasz. A tu w sprawie wychowania nie mam nic do powiedzenia, a patrząc na to, zastanawiam się, co zrobiłam źle, wychowując moje :) Wiesz, każdy kij ma dwa końce :) Pozdrawiam i buziaki dla Klary :)
Jak dobrze, że nie mam wnuków😀
OdpowiedzUsuńNo ale, cóż, masz rację nie ma co się kopać z koniem, ale przykro jest, cholera.
Ano. Jak nie masz parcia, to fajnie jest, masz swoje dzieci odchowane, rzadkie chwile pięknych spotkań i żadnych dylematów :) Tak, boli, ale cóż. Jak któregoś dnia nie będzie bolało, to będę już całkiem szczęśliwa. A na razie cieszę się, że boli :)
Usuńhmm Ty nie jesteś złą teściową , dla mnie byłabyś idealna , one są po prostu złymi synowymi ,dziwię się że synowa nie ma bliskiego kontaktu z córką ,przecież to matka powinna uczyć jak ubierać stanik , jak zakładac podpaskę , że trzeba dbać o włosy , zęby i paznokcie , ale może mi się tylko tak wydaje bo ja wychowywałam się bez ojca ? nie wiem ale jakbym miała córkę to właśnie we mnie miałaby tą kopalnię wiedzy , i tak masz rację , mniej wywalone na to wszystko , nie nadskakuj , one idąc "na służbę " powinny zabrać ze sobą to co lubią jeść a jak nie zabierają powinni jeść co im się poda , zresztą nie martw się dwa dni "głodówki "nikomu nie zaszkodziły :D
OdpowiedzUsuńNo masz,kolejna amatorka :) Ja też tęsknię za tymi dziewczynami, które nie zostały moimi synowymi, bo z każdą z nich miałam o czym gadać dniami i nocami :) I są teraz idealne, widzę to z perspektywy lat i tego, jak jest teraz. Wiem, że nie umrą, ale bałam się, że się odwodnią, bo w mieszkaniu było 29 stopni, a jak ktoś parę godzin nie sika, to też nie jest ciekawie. I wiesz, jak idę gdzieś i pytają mnie, co podać do picia, mówię, że to, co jest. Jak przychodzą do mnie, odpowiadają: my pijemy i tu litania. Kiedyś latałam do piątki po to, co piją, ale teraz mam wyjebane: mówię, co mam, nie chcesz? Siedź o suchym pysku. Zostawało mi 5 napoczętych kartonów z różnymi sokami, których nie piję i potem wylewałam.
UsuńU nas woda jest OK, mam zawsze przegotowaną schłodzoną wodę w lodówce. Herbatę. Kawę. Kupuję nawet rozpuszczalną, której nie pijam. Ale chyba przestanę. Nie chcesz z ekspresu? Pij wodę :)
Nie da sie ukryc, ze Twoje synowe sie nie popisuja. To chyba juz to pierwsze pokolenie, ktore bylo wychowywane “bezstresowo” –
OdpowiedzUsuńwiem, ze Twoi synowie wychowani sa jak najbardziej “normalnie” i swietnie przystosowani do zycia – i moze wlasnie dzieki temu te ich malzenstwa trwaja, bo to oni przejeli wiekszosc obowiazkow.
Swoja droga – moja mama miala do spraw intymnych podejscie strusia. Jak dostalam pierwszy okres, to polecialam przerazona do niej krzyczac : Mamo, mamo krew mi leci!! A ona zrobila glupia mine i z ledwoscia wydukala , ze to tak byc musi, bez zbednych wyjasnien , tyle ze kupila mi klab waty...Reszte rozpracowalam sama – higiene, majtki, dawanie sobie rady w szkole ( nawet nie pamietam jak??? Z wata biegalam do lazienki ??? ) . Za rada kolezanek poszlam do biblioteki i wypozyczylam sobie ksiazke pt. “ Wszystko dla dziewczat”. Chyba taki byl tytul. Rodzice mnie nie zbytnio nie “uswiadamiali” – od tego byli koledzy przy trzepaku.
A teraz przy tej calej dostepnosci internetu – sytuacja wydaje sie byc jeszcze gorsza.
Teraz dziewczynki to ksiezniczki , ktore zyja bezstresowo w wirtualnym swiecie, w realu ciagnie sie za nimi zakrwawiona wata, a na glowie rosnie koltun.
Wyobrazasz sobie ich dzieci ???:)
Moja mama uświadamiała całe pokolenia swoich uczennic, ale sama przyznała mi, że mnie nie umie. Z tym, że ja, czytająca jako małolat Marksa już dawno wynalazłam w gminnej bibliotece O dziewczętach dla dziewcząt i nie miałam pytań. Pierworodnemu podsunęłam O chłopcach dla chłopców,jeżu, jak mi dziękował, bo myślał już, że jest nienormalny, bo miał poranny wzwód. Sam powiedział; ocaliła mi mama życie. Inżynier miał starszego brata, więc miałam problem z głowy. Eks o seksie nie chciał z nimi rozmawiać. Tak, trzepak też miał swój wkład, oj, anegdot mam od metra na ten temat.
OdpowiedzUsuńNie, nie wyobrażam sobie ich dzieci. Włosy dęba mi stają na głowie, co to będzie, jak MW wejdzie w realny świat uczuć. Jak ją chłopak odrzuci, bo nie da się ukryć, że choć jest prześliczna, jest fleją, zwykłą fleją.