wszystko coraz bardziej, Kochany Pamiętniczku.
U mnie wkrótce już luty, albowiem dziś pożegnała styczniowy numer, czeka mnie jeszcze styczniowy numer warzywek, a i świniory (wlokące się od wiosny) spadły na mój łeb znienacka i w nieodpowiednim momencie z całym impetem, ale może to dobrze, bo zamiast zamęczać się rzeczami nieistotnymi popracuję w pocie czoła (ta kasiorka na koncie), nie martwiąc się, jak żyć?
Napisałam do E. dziś, że ma wejść na MSG. SMS znaczy się wysłałam. Biłam się z myślami od wczoraj, bo nie za bardzo mam ochotę na słuchanie "a ja się wkułam", no ale... Napisałam, że zapraszam w środę.
Nie ma odpowiedzi ani na SMS, ani na MSG. I nie wiem, czy mam się cieszyć jej brakiem, ale w międzyczasie napisałam, że jednak odpada, bo prosięta hulają. Tak, to ta moja "przyjaciółka" ze studiów, która była nią zawsze, gdy jej pasowało.
Czasy takie, że nie wiem, co o tym myśleć... A na serio? Nawet ja, niepodchodząca do telefonu, zazwyczaj raz dziennie go sprawdzam. W necie to prostsze jest, częściej można mnie tam spotkać.
Pomyślę o tym jutro...
A na razie śledzę opluwanie i głaskanie policji na FB. I znów mam mieszanie uczucia.
Bo...
Mąż mojej szefowej, ten z drugiego miejsca pracy, w którym zlądowałam błyskawicznie, wywalona z pierwszego, albowiem rzeczona "przyjaciółka", która miała być wywalona, bo się nie sprawdzała, miała "plecy" u pani z rady zakładowej, której latała po ciastka, a ja pleców nie miałam, bo powiedziałam, że nie należy to do moich obowiązków... Mój szef na wieść o zwolnieniu mnie szału dostał, ale odeszłam bohatersko, bo co ja będę po ciastka latała, nawet jak kawiarnia niedaleko? No cóż, takie to były dzieje :)
Drugie miejsce pracy, tam gdzie był ów mąż, znalazłam błyskawicznie, bo koleżanki (nawet nie przyjaciółki, przyjaciółką mieniła się E.) tato, dusza człowiek pracował w branży i... Następnego dnia miałam pracę. Pracę marzeń, aczkolwiek szefowa, pani Z. wciąż mi powtarzała, że widzi we mnie swoją następczynię po przejściu na emeryturę. Pani Z. przeszła na emeryturę parę lat temu, a ja odeszłam z firmy, z którą jestem do dziś związana różnymi węzłami, w 1986 roku, po urodzeniu Inżyniera już :) Firma do dziś dba o mnie, jako że to budżetówka, więc dba, o i okazuje się, że łączy mnie nie tylko więź z panią Z., ale i mój kolega z podstawówki był w szoku nie mniejszym niż ja, gdy okazało się, że on tam w profesory poszedł, a ja dziś korekcę jego teksty, bo on do mojej gazetki pisuje :) A łączy nas mój ulubiony red. G., jego były uczeń :) Jaki ten świat mały, nieprawdaż?
Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady :) Mąż Z. był esbekiem. Nikt tego wtedy nie ukrywał, wiedzieliśmy o tym wszyscy. Wpadał czasem do nas z torcikiem, elokwentny, wygadany, spokojny, w przeciwieństwie do z lekka rozhisteryzowanej zawsze Z., zapalającej kolejnego papierosa bez filtra w lufce.
Przyszedł czarny moment w moim życiorysie, gdy nie miałam gdzie mieszkać, nawet akademik w ówczesnej firmie musiałam opuścić. Wtedy mąż Z. zaproponował, żebym zamieszkała w ich mieszkaniu na miesiąc, bo jadą na wczasy. Poprosił tylko, żebym nie odbierała pod żadnym pozorem telefonu, bo mogą dzwonić z firmy, a mieszkanie było firmowe. Dziś, z perspektywy lat, mieszkanie w starej kamienicy było norą, nie mieszkaniem, a już na pewno nie mieszkaniem "luksusowym". Tego zlewu w kuchni nie zapomnę do końca życia, identyczny miałam w naszym pierwszym małżeńskim mieszkaniu, które było... służbówką służącej przedwojennego stolarza z dobrą marką :) Mniejsza z większym, to był fajny miesiąc, a dzwonka telefonu po prostu nie słyszałam, o ile dzwonił, a że nie odczuwałam potrzeby dzwonienia - miesiąc minął cudnie, a 1 października, gdy mieli wracać z urlopu szłam się utopić po pracy i na olbrzymim placu przed uczelnią spotkałam siostrę ucznia mojej mamy i...
Nie doszłam już do Warty, ale to już inna bajka :)
Tak więc, jakby nie patrzeć, esbek ryzykował, dając mi klucze od swojego mieszkania na miesiąc, co nie?
Nawet im pół litra ani nic nie dałam :|
Fakt, byli ode mnie nieco starsi, ale nie aż tyle :)
Potem za mąż wyszłam.
Pierworodny się urodził.
W czasie stanu wojennego, gdy Pierworodny miał 2 lata, do DE wyjechaliśmy całą rodziną. I wróciliśmy. Wpadłam z dzieckiem do pracy, bo urocze było, pochwalić się chciałam, jak każda matka. Traf chciał, że akurat mąż Z. był w pracy. Dziecko popodziwiał, zapytał też, jakim cudem dostaliśmy całą bandą paszporty... Odrzekłam, że mąż na rencie, ja na urlopie macierzyńskim, to i państwo chciało się nas pozbyć, licząc na to, że nie wrócimy :) Uśmiechnął się, Pierworodnego zabawił (bardzo chcieli mieć dzieci, ale nie mieli, tak wyszło)i powiedział: Pani SJ, jeżeli pani mnie gdzieś spotka i ja się pani nie ukłonię, proszę się nie gniewać i nie brać tego do siebie. Życie nie zawsze jest różowe. Niedługo później, lecąc do Peweksu w Polonezie po ćmiki dla teściowej, a jakże miała walutę na papierosy, po kokardkę i kucyki, nie mówię, bo i ja, jako palaczka się załapywałam, ujrzałam męża Z., siedzącego na fotelu w holu, z pustym spojrzeniem, obojętnie patrzącego na mnie i Eksa, jakby nigdy w życiu mnie nie widział... Parę razy tak się minęliśmy.
A potem, gdy zostałam sama już, bo Eks lewa prawa, pomaszerował w siną dal, szukałam pomocy w macierzystej dawnej placówce. Chodziło o drobiazg - pożyczkę w kwocie 1500 ówczesnych złotych na remont. Ale musiałam mieć żyranta z pracy i z rodziny. Z rodziny podżyrował mi Pierworodny, już wówczas pracujący. A z pracy pani Z., mimo obaw, bo jej męża, który po ustrojowych zmianach poszedł na swoje, wyrolował rodzony brat, a sąsiedzi im drzwi malowali, bo wiadomo - esbek...
A taka tam historyjka, wspomnienia...
Są ludzie i są parapety, nieprawdaż? Nie znam dalszych losów osób z tej historii (oprócz mojego), internety niewiele mówią, to nie amerykański film, gdzie wyszukiwarka wszystko wywali, nie mam adresu, telefonu, nawet nie pamiętam imienia męża pani Z.
E. się nie odezwała, ale...
Wciąż myślę, jakie ciężkie życie mają inni i jak wielką cenę za to płacą.
Za miłość.
Za bycie.
A na stole stos wydruczków na juterko i tak do świąt :) No cóż, każdy ma swoje piekło, nieprawdaż? Chociaż ja nie nazywam tego piekłem, po prostu praca mnie kocha i mam zapełnione dni aż do świąt...
Kocham to :)
Uwielbiam Twoje opowiadania kochana Jedzo, prosze o wiecej. Chwila zapomnienia i w innym swiecie czlowiek chwile pobedzie. Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńMoniko, bez przesady, takie tam pleple :) Ale dzięki za miłe słowo :)
UsuńChciałabym kiedyś usiąść z Tobą i słuchać jak opowiadasz.Jestem ciekawa jak byś to opowiadała,czy tak jak mi się wydaje szybko i z jakimś takim zapomnieniem czy powoli i w skupieniu.Chcialabym tylko żeby mniej było tych niedopowiedzeń.Lubie słuchać jak ludzie opowiadają i lubię sobie wyobrażać to o czym mówią
OdpowiedzUsuńO, wyszła ze mnie gawędziarka erotomanka, co nie? :)
UsuńTakie to czasy były. Ja też znam jednego takiego, który udawał, że nikogo (z własnej wsi) nie zna :). Zaś jeśli chodzi o miłość pracy do Ciebie i mnie, to moja kocha mnie jeszcze bardziej, niż Twoja Ciebie. Ja pracuję w każdy weekend grudniowy,oraz w święta i w Sylwestra. I to się dzieje w tak porządnym kraju, jakim są Niemcy. Możesz mi współczuć :).
OdpowiedzUsuńKto mówi, że Niemcy to porządny kraj? Moja szwagierka, nota bene Polka,która wywiała tam niezbyt legalnie lata temu, twierdzi, że Niemcy to bagno. Jest tak prawicowa, że budzi w nas przerażenie. I nie powinna narzekać na nic, jest lekarką, nie miała tam źle. No ale wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma :) Też lata całe pracowałam w święta i sylwestra oraz w inne tam pierwszomajowe dni, albowiem gazeta codzienna musiała w poświąteczny dzień wyjść. Mnie to nie bolało, lubiłam te klimaty pracy w święta, nawet jak dzieci były małe, bo szłam wtedy na popołudnie do pracy, wracałam, jak spały, a kasa była podwójna :) Ale skoro sobie życzysz - współczuję :)
UsuńMasz dobrą pamięć!
OdpowiedzUsuńJa mam kiepską, ale i niechetnie wracam do przeszłości, mało wspominam, może dlatego, bo za bardzo to i nie mam co wspominać.
Tak.Zapominam tylko rzeczy złe i złych ludzi. A resztę miło powspominać :) Dobre wspomnienia warto pielęgnować :) A i Ty takie masz, chociażby Twoje dzieci i kotełki :)
UsuńMogłabym Cię czytać i czytać...
OdpowiedzUsuńmamoKlary przerażasz mnie :) Ty już lepiej kanon lektur czytaj :) :*
UsuńWróciłam myślą do tych lat.W Polonezie też kupowałam czasem fajki
OdpowiedzUsuńPall Mall , Rothmans... fuj...po co paliłam?:) pamiętam tych smutnych panów z targów, gdy pracowałam zawsze w czerwcu u Niemców...
O, ja paliłam wszystko i dużo. Najgorsze były czasy kartkowe. Z tamtych lat mam dużo wspomnień, bo i działo się, Eksa rodzina była hmmm... specyficzna :)
UsuńOpowiadaj. Dobrze Ci to wychodzi.
OdpowiedzUsuńA ludzie nigdy nie są czarni albo biali. Wszystkie odcienie szarości i czyż właśnie to nie jest piękne?
o przepraszam ja jestem "niebieskim ptakiem " :D
Usuńteż lubię jak SJ opowiada o przeszłości :-)
SJ się fochnęła, jak mogłaś o mnie zapomnieć. Może nie codziennie, ale piszę do Ciebie. Foch.
UsuńTak, ludzie są kolorowi, jak tęcza. I to jest w nich takie piękne, że czasem najgorszy nie jest taki najgorszy, a świętoszek jest obleśny. I dlatego życie jest zaskakujące, jak zepsuty motocykl ;)
Usuń