doszczętnie, Kochany Pamiętniczku. Wczoraj do 21 świntuszyłam, dziś cały dzień i po godzinach, bo warzywka, tak że nawet po zakupy nie poszłam, co mnie wkurza, bo ludzie są już w przedświątecznym amoku, kupują, jakby jutro miał się skończyć świat... I o dystansie nie ma mowy, po prostu kładą się człowiekowi na plecach, jakby to miało spowodować, że szybciej coś załatwią.
Wczoraj wydałam masę kasy, aż przerażona byłam - za same witaminy, które jednak suplementuję, zostawiłam 110 zł w aptece, za bilet na rok 90 zł, niby nie potrzebuję, mogę płacić tylko za przejazdy, ale... cenię sobie wygodę. Chcę, muszę, wsiadam, jadę nie zastanawiam się. No i mniej rzeczy dotykam.
I tak ziarnko do ziarnka i kaska leciała jak Niagara. A poleciałam, bo obiecałam tę kapustę na bigos Inżynierowi. Wpadł po nią wieczorkiem i na moment klapnął, jak dobrze móc porozmawiać chwilę bez wrzasku Łobuzów :) U Alienka w przedszkolu w jednej grupie ktoś ma koronawirusa, więc wszystko w zawieszeniu. Oby tylko zdrowi byli, to nawet odpuszczę tę wigilię - wszak wielkiej melodii na to nie mam. A krzywdy sobie nie zrobię, a może zrobię?
Brakuje mi przytulenia. Takiego zwykłego przytulenia, że włazi do chaty i przytuli. Wyłazi i po pleckach poklepie. Takie kurewskie czasy, że człowiek boi się przytulić do drugiego.
Nie, że ja się boję, ale też kłopotu nie chcę narobić jak coś. Jutro ma wpaść Pierworodny, bo ma zostawić prezenty dla Inżynierowych Łobuzów. Dlaczego u mnie i dlaczego Inżynier sam tam po nie nie podjechał, pozostaje dla mnie wielką tajemnicą niezbadaną, jak wszystkie czynności w wykonaniu Pierworodnego. Miał kupić małe klocki dla Łobuzów, kupił duże, tylko dlatego, że Inżynier dał większą kasę dla jego dzieci. Inżynier wypłakuje się, mówi: mamo, dałem, bo mogę, bo mam, ale następnym razem kupię byle co, żeby się nie czuł zobowiązany do rewanżu, na zasadzie wyżej sra jak dupę ma. Jadą do O. na święta. Rozumiem, nie widzieli się z teściami dobre kilka miesięcy. Z drugiej strony, jeżdżą tam na każde święta. A, mieszane uczucia mam, ale w sumie jestem zadowolona :) Będę miała święty spokój :)
I chuj :)
A święty spokój jest najważniejszy, co nie, Kochany Pamiętniczku?
E. się odzywa. Jak zwykle cały świat jest przeciwko niej, ma pod górkę i w ogóle. Po wymianie maili i SMS zaczynam wątpić w to, czy jej się odrobinę nie kićka, jej mama miała ciężką demencję, a żyła ponad 90 lat. Ona nie ma nikogo, kto zająłby się nią. Póki jednak nie wiem wszystkiego, nie wyciągam pochopnych wniosków i nie deklaruję niczego. Nie czyta ze zrozumieniem, napisała do mnie, że rozumie moją niechęć do komputera, że pewno mam słaby sprzęt. He?
Pierwsze co robię po przebudzeniu, to otwieram iPada, jak wstaję, włączam komputer. Moje kompiki kochane śmigające jak strzały i ja mam na nie narzekać?
Że jest schorowana? Wiem. Ale i mnie stawy bolą, nie sądzę jednak, że gdy będę lamencić całymi dniami będą bolały mnie mniej.
Że nie ma pieniędzy? Że emerytura nie starcza? Trzymała się od chwili, jak ją zwolnili z E-7 (zaraz po mnie wyleciała, bo zreorganizowali dział i nie pomogło noszenie ciasteczek pani z rady zakładowej) tej samej pracy aż do emerytury, chociaż mogła ją zmienić, parę okazji miała. Pracowała na pół etatu, wiecznie narzekając, że pracuje na cały, po godzinach, że po nocach siedzi. I nie, nie tak jak ja, że 3-4 dni w miesiącu, a potem luz i hasta manana. Nie, zawsze było źle, okropnie, kierowniczka jej nie lubiła, komputera nienawidziła, zabrał jej połowę życia i takie tam... Ale nie zmieniała pracy, bo wszystkie miłości, wbrew moim radom, że żadnej dupy z własnej grupy, przeżywała właśnie na pracowym gruncie i to wyłącznie z żonatymi, dzieciatymi na dokładkę, wierząc do końca, że odejdzie od żony, a gdy nie odchodził, bo oni zazwyczaj nie odchodzą, taka prawda. I lata kiszenia się w tym romansowo-pracowym bagienku, opowieści, że tak spojrzał, tak minął na korytarzu, tak się ukłonił, a tak nie, do wyrzygu. Nie mam nic do wolnej miłości, ale żonaty - nie ruszam, bo po co? Dlaczego mieszkałam u tego esbeka? Ona mieszkała wtedy na pokoju jeszcze, mieszkała tam całe studia. Po studiach została tam sama i płaciła za dwa łóżka. Jak potrzebowałam wtedy, nie wzięła mnie (a przecież bym zapłaciła za swoje wyro), powiedziała, że gospodyni się nie zgadza. Gospodyni była naszą wspólną znajomą, ona zapoznała mnie z Eksem później. A E. mnie nie chciała, bo miała wtedy gorący romans z niejakim M. i przeszkadzałabym im w tym, bo on jej do siebie nie mógł przecież zaprosić. Zaszła w ciążę i ją zostawił. Ciążę usunęła, bo "rodzice by ją z domu wyrzucili"... Jej mama była dewotką do potęgi n, dobra kobieta, troskliwa, ale wariatka. Kiedy dowiedziała się, że jadę z moim chłopakiem pod namiot, powiedziała, że jak wrócę pójdzie ze mną do ginekologa, by sprawdzić, czy jestem dziewicą :)
Zaś jej rodzony ojciec (znaczy się dziadek E.) proponował mi kasę za spotkania w Polonezie, a oczywiście, bez zobowiązań, żebym tylko z nim kolację w knajpie zjadła :) Takie to były czasy, że nikomu o tym nie powiedziałam, po prostu powiedziałam dziadkowi nie. Może i kasy nie miałam, ale za to fantazję miałam ułańską :)
Potem nasze drogi się rozeszły, bo stanie w kolejkach i dzieci, a potem już raz na parę lat pasował jej termin, który mi pasował, o ile go w ostatniej chwili nie odwoływała.
A to tak do uzupełnienia story. Nie wiem, co chce. Najpierw zmarł jej brat, mówiłam, weź adwokata, bo sprawy rodzinne szły jak szły, ale nie. Odezwała się po śmierci mamy, że szwagierka i jej dzieci kłócą się z nią o dom. Mówiłam, idź do adwokata. Nie. Nie wiem, jak teraz, wspominała tylko, że rodzina z nią nie rozmawia i chce ją wyrolować.
No cóż - albo się robi tak jak ja - wypina na to i spokojnie żyje, wszystkiego przecież nie zabiorą, bo jak nie ma testamentu to nie ma takiej opcji, albo się użera. Żeby się użerać trzeba mieć adwokata i kasę. Ma swoje mieszkanie własnościowe, nie ma już najbliższej rodziny, do grobu wszystkiego nie zabierze i tak, więc nie wiem. Nie poradzę nic na to, że ludzie chcą wciąż mieć więcej i więcej, tak się po prostu nie da i już.
A nie wiem, czy Jezusek w tym roku się narodzi, bo u mnie okna nieumyte i takie pozostaną, albowiem primo po pierwsze nie mam czasu, primo po drugie nie chcę się zastanawiać, czy to zwykłe przeziębienie, czy inna franca.
A, sandacza kupiłam. Wprawdzie nie takiego, jak zachwalała Zmorka, bo mrożony, drogi jak cholera, ale... Niebo w gębusi i ani jednej ości. Więc muszę się jeszcze wyrwać do rybnego i na wsjakij słuczaj zanabyć. Karpia odżałuję w tym roku, jadłam już parę razy :)
I to by było na tyle, ku pamięci, bo dzień za dniem leci jak głupi :)
przyjaźnie są przereklamowane, 3 razy się nacięłam, więcej nie będę
OdpowiedzUsuńmy jutro jedziemy do rybaka ale jak dziś dzwoniliśmy to mówił, że może być problem z sandaczem ale wiadomix gupi ma szczęście, zatem myślę, że zjemy
No i jak tam Twój sandacz? Mój w zamrażalniku czeka na zeżarcie. Na 4 obiady, jak się żaden głodny nie przywlecze:P
UsuńKurczę, ale masz dobre serce! ja bym pewnie tej psiapsiółce powiedziała-spadaj na drzewo.
OdpowiedzUsuńNie, nie mam dobrego. Nie kopie się leżącego, trzymam się nauk mamy :)
UsuńSzkoda tego Jezuska, jednakowoż. Że się nie urodzi. :-DDD
OdpowiedzUsuńMoże umyjesz te okna?
Jak dziś słonko wyszło, choć już na zachodzie i w moich wschodnich oknach się jakoś odbijało zygzakiem, łamałam się. Ale na moje szczęście nie było dziś o 9.00 (kiedy wstałam) wody, a o 20 to ja za wodę podziękowałam. Jezusek musi znaleźć inne wyjście, w stajence okien wszak nie było, co nie?
Usuń