piątek, 25 kwietnia 2014

To był zwyczajny

szary dzień...

 ... ale kwitną bzy... No dobra, lilaki.... Choć jak to brzmi ;)
 I magnolie gdzieniegdzie wciąż...
 I znów w tym roku matura...
 I to coś, cudne, choć nie wiem, jak się zwie...
 No i bez, oczywiście...
 ... po naszemu hyczka....
 i ten lilak, co za serce chwyta, do bólu...
I
 I zapomniałam, co to ja atlas krzewów jestem?
 Kaczki stadami się wszędzie włóczą i sekszą...
 Kos...
 I? To nie rudzik, nie chce mi się szukac...
 Ale pozował cierpliwie...
 Upał był taki, że kosy bezwstydnie....
 ... taplały się...
 ... aż przyłapałam na gorącym uczynku....
 i znów serce mi zatrzepotało...
 Jakie cwane te ptasiory, ponumerowały sobie budki, żeby poczta do nich docierała ;)
 Wcale się człowieka nie boją...
 I już wiadomo, co potem zrobić z ciałem ;)
 Od podwórka...
 Urok miejskiej szarzyzny...
 Pozdrowienia dla niejakiej Zmorki narcyze ślą z mojej wioski...
A końca budowy nie widać....

Się poleci, się zobaczy :)

środa, 23 kwietnia 2014

Takiej koszmarnej

nocy nie pamiętam. Opleciona tymi kablami, na których dyndał cyckonosz, bo zdjąć się tego nie dało, a spać w nim tym bardziej, umęczona, bo na brzuchu śpię, a nie było jak się na nim położyć, bo tam leżał ten aparat, z usztywnioną na amen ręką, której też nie mogłam zwinąć jak lubię, pompowana co godzinę z tzw. dopompowaniem, kiedy odnosiłam wrażenie, że za chwilę odleci mi ręka, co zamknęłam ślepia, znów pompowanie.... tarararara bum...
Rano wyczyniając akrobacje umyłam ten głupi łeb, nie wyjdę bez umycia łba z domu, obmyłam się na ile kable pozwalały i poleciałam, w charakterze arabskiej terrorystki do przychodni. Udało mi się napompować przed przystankiem (bo cholerstwo warczy i bałam się, że hmmm... faktycznie będę arabską terrorystką), a pompowanie w bimbie minęło bez echa, bo bimba wyła i zgrzytała lepiej jak to ustrojstwo. Wyniki, moim zdaniem mam niezłe, ale to się okaże we wtorek, jak pójdę do kardiologa, bo rozrzut też jest spory :) Dziś pani doktor przyjmowała od 13, więc nie chciało mi się ani czekać (bo to takie betonowe osiedle), ani wracać, bo to na drugim końcu miasta jest.
I tak


planuję łazęgę z aparatem, bo pięknie jest, a obiektyw w ajfonie mam brudny i nie chce mi się ściągać osłonki, więc zdjęcia są mizerne.
Ale wioska moja piękna jest, soczystą zielenią, wyburzoną, wymytą, ciepło...
Koszmarny Chrystus Król olał Kościól katolicki i...

przybrał się w przepiękną tęczę. Aż wysiadłam i cofnęlam się, żeby to sfocić, bo nie daj blog jakiś wariat zlikwiduje ją, jak w Warszawie. Na mój mały rozumek, Chrystów gejów też kocha. Inaczej by ich nie stwarzał, of course :) Konwalie też już kwitną, co oznacza, że lato już niedaleko, a z nim piwonie, gladiole i inne cuda wianki...
 No i dla potomności:


Fistaszek wyrósł na schwał, waży już 320 gramów, wielkolud jakiś z niego :) Ale dalej nie wiemy, czy to On czy Ona, bo wstydliwie skrzyżował nóżki, jak wynika z raportu Sikorki i ni chuchu nie wiadomo, co nas czeka.
Osobiście uważam, że to cały urok, no ale nie dziwię się stęsknionym Rodzicom :)
Zatem kciuki i oklaski dla Fistaszka :) I buziole :)

Update
I zaczepil mnie sąsiad, pytając, czy mam laptopa i Internet bezprzewodowy. Odrzeklam, że mam, a gość na to, że to bardzo szkodliwe dla serca, że mu szkodzi, że on sam ma tylko Internet w telefonie i że mój bezprzewodowy mu przeszkadza. What?? Sama mam w mieszkaniu dostępnych co najmniej 6 sieci bezprzewodowych, w tym dwie niezabezpieczone, a skąd on wie, która jest moja i że to ona mu przeszkadza??  Ma w mieszakniu co najmniej tyle, co ja, jak nie więcej :) Cos ma źle w telefonie ustawione i mu sie koci, no nie, posądzać mnie, że ja komuś zazdroszczę necika?? Tego bez wódki  nie razbieriosz... :)


wtorek, 22 kwietnia 2014

Całą

noc miałam koszmary w związku z tym holterem, a rzeczywistość okazała się tragikomedią. Dostałam aparat, przy którym mój aparat słuchowy z czasów komuny to był szczyt techniki i wypas. Żebym nie poczytała w necie, byłabym głupia, bo pani która mi to ustrojstwo zakładała rzekła, że nie wie, nie zna się, zarobiona jest. Radziła nie kijkować (choć w necie pisało, że należy żyć tak, jak codziennie), bo "może się odkleić". Aparat poklejony cały plastrami  (ciekawe, jak to wpłynie na wyniki), a ja o mało nie umarłam z gorąca (w kurtce, a o 9 było już 20 stopni, ale tego ustrojstwa nie zakryje żadna odzież, a wszędzie wiszą czarne, gumowe rurki jak od bimbru, czy cuś). I jeszcze muszę do jutra w tym wytrzymać, kąpać się nie wolno, cyckonosza się nie da zdjąć przez te rury.
I ogólnie to ojapierdolę.
Wiem, powinnam się cieszyć, że tylko to :D
Zatem (tak jak nie cierpię tego hasła Zmorki) uśmiecham się i... ojapierdolę.
Zmorkę uwielbiam, ale keep smiling za wszelką cenę to zboczenie seksualne.

My echo, my shadow and me liczą te półgodziny, co zostały nam do jutra :)  Ciekawe, jak to w nocy z tym pompowaniem będzie??

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co zrobiłam źle??


Nie wiem.
Posłałam najładniejszą kartkę, jaką znalazłam, tak dobraną pod Małą W. Kartki do wszystkich doszły, więc nie sądzę, że ta nie doszła.
A nie dostałam nawet SMS z życzeniami, nie mówiąc o odrobinie zainteresowania.
Nie, nie mam tego w dupie, moja dupa za mała jest, żeby takie świństwo pomieścić. Bo to jest świństwo.

Same święta minęły spokojnie, w oba poleciałam na kijki i zrobiłam prawie 5 km każdego dnia. Pogoda była wymarzona, aż grzech było gnić w domu, no to polatałam.
Wczoraj byłam u teściowej KB, bardzo pouczające spotkanie, ale miłe. Kupiła mieszkanie rzut beretem ode mnie, więc nie miałam daleko. Pouczające, bo kobieta, która mężowi rogi przyprawiała oburza się na myśl, że któras z jej córek może mieć dziecko bez ślubu. Nawiasem mówiąc, córki od kilku lat mieszkają z chłopakami. No nic, może posrana jestem, ale czasem zadziwia mnie taka hipokryzja... Ale nie mój cyrk, nie moje małpy.
Inżynier pilnował mnie jak skarbu, a i inni też, aż mnie śmiech brał :) Bo to,  że spędziłam te święta sama wcale mnie nie bolało. Ale pilnowali mnie tak, jakbym miała się ciąć wzdłuż, a nie wszerz (wzdłuż to się zaszyć nie da). Dziękuję wszystkim, którzy czuwali, ale... Naprawdę nie odebrałam tego, jak tragedii.
Znaczy się, pooodcinałam już wszelkie pępowiny, mam swój świat. Jest mi w nim dobrze. Doceniam wszystkich, którzy w nim są i dziękuję, że są.
Ale tak naprawdę to, jak śpiewał nieoceniony Franek


Więc my three idziemy jutro na RR Holtera, co by dalej ciągnąć ten wózek.
A u mnie

fiołki wciąz kwitną, jako i

inne jabłonie

za niedługo oszaleją znów bzy (tak, tak, nie bij, lilaki zakwitną :P )

I ci, co znają okolicę, nie poznają, bo to juz inny śwat...
I

torcik był mlask, jeszcze trochę zostało :) Taki właśnie torcik kupilam kiedyś na święta. Któryś z potomków przywlókł się i pyta rano: chce mama kawałek tortu?? Odrzekłam, że nie, dziękuję, nie będę tortu jadła, mając na myśli, że nie tak rano...
To poszli do lodówki, podzielili na  pół i zjedli. Ot, klapnięcie paszczęką.
A teraz już drugi dzień męczę ten torcik i wciąż jest...


We three, we're not a crowd, we're not even company --
My echo, my shadow, and me.





niedziela, 20 kwietnia 2014

Staropolskim

obyczajem będę miała żurek z jajem :)



Tym razem zakwas był z Rolnika i zurek jest MLASK, że ojapierdolę :) Ten, co ostatnio robiłam, był na płatkach owsianych i nie był aż tak do bólu żurkowy.
Inżynier z pracki łapką pokiwał, Dziewczyna Inżyniera też już pracuje, Baran się zwija, Postmen zapracowany.
Wszyscy pracują, więc hulać musi ktoś.
Zatem hulam, lecę na kijki, bo po południu ma padać. A na kojki muszę, bo okazało się, że jest tyle jedzenia, że pułk wojska wykarmię, a jeszcze zostanie. Naprawdę, nie szalałam, kupiłam tylko 10 deko szynki z wędlin, a wszystko się rozmnaża, jak wielkanocne króliki. Więc żeby nie pęc, muszę latać.


sobota, 19 kwietnia 2014

A kto bogatemu

zabroni żyć po swojemu?? Kto będzie taki odważny, kto?? :)

To były ciężkie dni, ciężkie i szalone. Załoga padła jak jeden mąż, a co najlepsze, padła jedyna osoba, która umie łamać.
Zanim Boss dojrzał do zatrudnienia kogoś na zastępstwo, było już po obiedzie.
I tak





gradobicie przeżyliśmy w międzyczasie, a praca szła wolnym walcem, bardzo wolnym.
Dwóch facetów nie radziło sobie z czymś, co jedna kobieta robi z palcem w dupie (jak mawia moja wkurzająca kumpela). No nic. Doszło do tego, że otwierałam lodówkę, a z lodówki wychodziło światło i mówiło "akuku". Fuck. Ale tłuszczu mam tyle, że przeżyłam, moja psychika jednak siadała po ciągłej 12-godzinnej pracy, w której 6 godzin było efektywne, a 6 polegało na czekaniu aż będzie praca. Ojapierdolę. I dziękowałam niebiosom, że ani do UK się nie wybierałam, ani nie umówiłam się z Sikorką. Chybabym wtedy gołymi ręcami zamordowała wszystkich, a tak wszyscy szaleli, bo się nie wyrabiali, a ja miałam luz i polewkę. Pomijając wkurw na tempo.
I na zlew, bo tradycyjnie okładka do mnie nie trafia, no bo jaki może być błąd na okładce?? I gdybym przypadkiem nie była w gabinecie Bossa i nie rzucała ślepiami, to poszedłby ortograf na okładce...
No nic, Boss zanotował w kajeciku, że jestem skarbem :D
A skarb, jak wiadomo się zakopuje. Głęboko...
Przeżyłam, bo ranki mam takie. Fajnie leżec i gapić się na te cienie. Okna miałam unyrane po tym gradobiciu jak świnie, ale...
W piątek (dzień po terminie) ogarnęliśmy wszystko i o 15 wylądowałam w domu. Wózek w dłoń i sruuu na zakupy. I co się okazało?? Że towaru nie ma :) Moją kurczakarnię właśnie zamykali i usłyszałam, że w sobotę ich nie będzie. Fuck. Ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam zakupy i zameldował się Inżynier, że chce na Skype. A Inżynier pracuje jeszcze gorzej jak ja (wraca do domu po 23), ale luz, u nas to rodzinne. Więc wlazłszy na Skype'a (okna właśnie umyłam i tralalalala są piękne, rano słońce nic nie pokazało, żadnych plam) dowiedziałam się, że dziecię moje Drugorodne, jako i Jego Dziewczyna oraz Baran... pracują w święta. Zatem nawet jajeczkiem się nie podzielimy, bo nie ma jak. Na święta mają... pizzę.  Nie powiem, żeby mną to wstrząsnęlo, w piatek u nich był bank holiday, a że Inżynier pracował, dostał potrójną stawkę godzinową. Też bym zapierdalała za taką kasę, bo w sumie mam godzinową stawkę niezłą, nawet netto, a potrojona to ojapierdolę.
Zatem przykazawszy Inżynierowi, że kasa kasą, ale o zdrowie należy dbać, co oczywiście skwitował po swojemu, zaczęłam kombinować (Inżynier mówił, że u nich już wszystko, co wielkanocne, wystawione jeszcze przed nowym rokiem, co udokumentowałam fotką już zniknęlo, nie że sprzedali, po prostu Wielkanoc skończyła się u nich, zanim jeszcze się zaczęła).
A, zapomniałam, koleżanka kupiła mi

w mlekomacie. Mleko, autentyczne mleko prosto od krowy. Nienawidzę mleka, ale to mleko to jest cudmiódiorzeszki :) A jaki z niego kefirek jest, to ojapierdolę.
No i sobota nadeszła.
Poleciałam na Manhattan, bo wiadomo, zwijają się wcześniej, a miałam ciasto do odebrania.
I znalazłam, znalazłam, znalazłam.
Cyckonosz idealny. Jak wiadomo, stanęłam w kolejce po rozum i cycków już dla mnie zabrakło, ale obwód mam słuszny. Zatem każdy cyckonosz, który leży na mojej imitacji cycka zabija mój kręgosłup. Ale znalazłam ideał, co stwierdziwszy w domu, rzuciłam okiem na chaupkę i uznałam, że skoro

rabanek kaleka jest gotowy (prawda, że wygląda na jakiegoś królika, czy cuś, ale ja tam pluję na twarz, ja paczę w serce), to kto bogatemu zabroni zrobić święta po swojemu??
I wziąwszy kijki w dłoń, z Polską miłością na ustach i w grajku ruszyłam z powrotem na Manhattan, gdzie nabyłam rzeczony cyckonosz w kolorze czarnym tym razem i poszłam w świat z plecaczkiem, jako że słońce grzało jak szalone, a Polska miłość ma ten rytm... W sumie wyłaziłam dziś ponad 15 tys. kroków :) Tralalala...
Wróciwszy z kijków olałam kurz, ugotowałam jajeczka, zapakowałam wszystko ładnie do koszyczka
i zaczęłam myśleć nad kreacją :)

Stwierdziłam, że torebka w kształcie tasaka po popełnieniu zbroni, którą dostałam od Dziewczyny Inżyniera to jest to... I tak sobie myśłałam, czy ktoś załapie?? Nie doceniałam małolat, załapały :) Umiem czytać z ust :)
A droga do święcenia


była zielona i żółta, słoneczko grzało, że aż biedny rabanek zaczął się rozpuszczać, rozpustnik jeden i chorągiewka mu się wygła, ale ksiądz go solidnie skropił i rabanek oprzytomniał :D
Zatem wróciwszy do domu dokończyłam pieczeń ze schabu (marne pół kilo) i popełniłam szalony pasztet selerowo-pietruszkowo-marchewkowo-groszkowy, który co prawda nie wygląda tak efektownie, jak na zdjęciu w przepisie, ale za to smakuje, że ojapierdolę :D
Dostałam w pracy od koleżanki

zrobione przez jej teściową i padłam z podziwu. Każdy cekin wbity jest szpileczką. Jak anielską cierpliwość trzeba mieć, żeby coś takiego zmajstrować.
I tak powolutku, pomalutku okazało się, że jedzenia mam więcej jak ustawa przewiduje, bom wczoraj żurek popełniła, taki, że MLASK, ten pasztet i parę drobiażdżków, no ale kto bogatemu zabroni??
A tak na serio. Zazdroszczę z głebi serca wszystkim szczęśliwcom, którzy mogą te dni spędzić ze swoimi najbliższymi. Będę sama, jak palec. Nie samotna, sama.
Ma to swoje uroki, bo nic nie muszę. Robię co chcę, ale jakiś kącik serca boli.
Staram się trzymać fason, choć to niełatwe.
Jest obok daru blasku łaska cienia.
Każde życie ma swoje etapy.
I... coraz więcej z nich ogarniam.
Chciałabym mieć znów moje dwudziestoletnie ciało. Ale ten rozum, który mam. A tak się nie da.
Więc godząc się z tym, że wchodzę w kolejny etap samotności, życzę wszystkim, żeby potrafili się cieszyć tym, co chwila im daje.
Bo nie wiadomo ile tych chwil jeszcze jest...

Nadziei płynącej ze Zmartwychwstania, z nadzieją, że jest gdzieś lepszy świat...
Wesołych Świąt... :)

Update

I znów niesłusznie podejrzewałam biedne Miśki. Tym razem, że schowały szmatę do podłogi... Praną, żeby nie było. A tymczasem sama nią na balkonie gasiłam zalewanie :P :) Przepraszam, Miśki kochane :*

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bolera

gęsty miód i fiolet nocnych par
niech starczy nam za cud,
gdy się dopali żar.
Nie dajmy nabrać się na życia podły kant,
że można więcej mieć,
mieć więcej niż ten Grand... 

Będę, jak wrócę, albo i nie...

środa, 9 kwietnia 2014

Napięcie rośnie

jak w filmie Hitchcocka. Wkurw maksymalny, bo rozliczyli mi dziś media i mam 600 zł niedopłaty. Z roku na rok niedopłata rośnie, choć oszczędzam ile się da. Fakt, mamy odczyt liczników w styczniu, zatem tegoroczny odczyt styczniowy obejmuje okres od stycznia ubiegłego roku  do stycznia roku bieżącego.  A zima trwała prawie do maja i miałam stare okna. Tyle że parę lat temu miałam zazwyczaj nadpłatę w wysokości 1,5-2 czynszów, a teraz mam wciąż od 3 lat niedopłatę i co roku wyższą. I moje plany zaszalenia tym pięknym sposobem poszły się jebać, bo jestem 600 zł w plecy, a to dla mnie znacząca kwota. I czynsz mi wzrósł o 20 zł, tytułem większych zaliczek, ale to rocznie daje 240 zł, więc dupa.  Myślałam, że za wodę zapłacę więcej, bo lało się jej i lało w czasie remontu i sprzątania i wizyt Jaśnie Pani, ale gdzie tam, za wodę mam nadpłatę. Powszechnie panuje opinia, że moja spółdzielnia to kanciarze, ale to Polska i jakie mam wyjście? Co mam reklamować, choć prawo do reklamacji mam?? W łazience miałam w ogóle wyłączony kaloryfer, a ogrzewanie łazienki wyliczyli mi na 300 zł...  Płatność z majowym czynszem, więc nie będę się spieszyła, co mam złodziejom kabzę nabijać. Biednemu zawsze wiatr w dupę i pod górkę.
No nic.
Listonosz Zmorczy wykazał się nie lada zdolnościami, bo wcisnął jej w szparę unijną kopertę, w której był kartonik po lampkach na choinkę, a w kartoniku był pojemnik na mocz, Wyobrażacie sobie wciśnięcie pojemnika na mocz w szparę unijną, powiększonego o taśmę, szczelnie go oklejającą, plus pudełko plus koperta A4 bąbelkowa?? To nawet nie wejdzie w angielską szparę unijną, a ta jest dwa razy szersza od naszej, co najmniej...
Zmorka kopię ostrzy i leci jutro na pocztę nakablowac na listowego :D Ma rację.
Też idę jutro na pocztę, moje butki już dotarły, ale dziś to lało, to świeciło słońce, to bylo ciemno jak w dupie u Murzyna, to oślepiało światło, więc.... Sprawdziłam w tracku co jest za przesyłka, wiem że butki więc nie pali się.
A na dokładkę miałam dziś
taki widok za oknem, myślałam, że wszystko się powoli poukłada, a tu dno i kilometr mułu i odbić się nijak nie można.
Topiłam się kiedyś w gliniankach i wiem, jak to wciąga.
Mam takie samo uczucie teraz.
Dno, od którego nie można się odbić i...
Nie wiem, czy będzie ktoś na brzegu, jak wtedy, kto skoczy i wyciągnie...
Dech może zapierać na różne sposoby,
Czasem zapiera niefajnie...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Dziwaczeję

na maksa i obawiam się, że lepiej już nie będzie. Wkurwiają mnie rzeczy, na które powinnam mieć głęboki zlew. Wkurwia mnie maksymalnie od paru miesięcy koleżanka, pracująca w gazecie codziennej jako dziennikarka. Odchudza się, idzie jej to super, co mnie cieszy, nie wkurwia. Ale... Podnieca się, jakie to dobre jedzenie, jakie masaże i cuda wianki. No ba, doskonale zdaję sobie sprawę, że to reklama. Ale jak reklama, powinno być napisane "reklama", a nie robienie ludziom wody z mózgu. Jeden dzień wyżywienia od tych dietetyków, fakt, że z dostawą do chaty kosztuje 45 złotych :) A teraz zamieściła ich cennik na Wielkanoc i tak z drobiazgów: litr żurku 20 zł (trzeba kupić co najmniej litr), surówka z buraczków i jabłek - 25 zł za kg (trzeba kupić co najmniej kg). Mózgotrzepanie. Kilo jabłek: 3 zł, kilo buraczków 1,80. Wiem, nie muszę kupować, to dla tych których stać, ale achy i ochy, jakie to udogodnienie. Odzywa się druga kumpela, której zawdzieczam bardzo dużo, dzięki niej miałam pracę na 10 lat i wychowałam dzieci. Nie zmienia to faktu, że babka jest wkurwiająca, ustawiała się zawsze jako bluszcz koło mena. Nie, że nie jest pracowita, co to to nie, ale ten typ, taki co to liczy się tylko ona, a reszta niech skacze, jak ona zagra. Znamy się już ponad 20 lat, zawsze uczyła mnie, jak mam dzieci chować, choć swoich nie chowała. Taka kukułka. Ale to jej sprawa. Teraz wyjechała za granicę (wreszcie), pracuje w barze (też bym chciała) i wciąż mędzi do mnie. A to, że powinnam jechać do chłopaków, bo oni mają obowiązek, a to inne takie tam przepisy na moje życie. Dziś włączyła się w to jedzenie i mówi, że to ceny w sam raz i ona by zamówiła. No pewno, za szwajcarską pensję to ją stać. Nie, że jej zazdroszczę, znam realia, przeliczniki i wiem, że to, na co mogą sobie pozwolić ludzie tam, jest nieosiągalne dla nas tu. Taki life. Ale do jasnej cholery tekst: bo to propozycja dla prawdziwych kobiet, a nie dla kur domowych wkurwił mnie maksymalnie. W sumie mam dochód na głowę bardzo przyzwoity, ale nie zapłaciłabym 20 zł za litr żurku!! Czy 25 zł za taką sałatkę. Ale nieważne, wkurwia mnie to. Klapki na oczach i "bo wy tu gnijecie". Tak, z własnej i nieprzymuszonej woli.
Kumpela-reklamiarka ma jedzenie i masaże w ramach reklamy, którą robi firmie. I OK, taki ma fach, takie ma polecenie. Firmie wychodzi taniej niż opłacenie reklamy jako reklamy, wiem co mówię, jestem z branży.
Wkurwia mnie takie zakłamanie.
Druga sprawa wkurwiająca mnie od jakiegoś czasu i instytucja, z którą mam na pieńku to Poczta Polska. Biedna Żaba oberwała przy okazji. No nic, mój wkurw kopnął też innych ludzi, przeprosiłam, czuję się jednak dalej winna.
Kupiłam

 na aukcji takie oto butki. Na fotce wyglądały na maleństwa, Żaba namawia, mówi: pasują do naparstków. Pasują, ale... okazały się siedmiomilowymi butami. Nie o to jednak chodzi. Paczka "szła" od 3 kwietnia. Wczoraj po scenach ode mnie kobieta daje mi ok. godziny 16 namiary, sprawdzam w necie, pisze jak wół, że 7.04 o 06:04 przesyłka ląduje w moim urzędzie. Wczoraj "nic nie wiedzieli, bo nie ma awiza". Dobra. Dziś rano słałam do Zmorki grzybki tybetańskie, jak nie dojdą, to wybuchną, ich wysyłka to osobna bajka. Spisałam nr przesyłki i pani grzecznie mówi, że sprawdzi, czy jest. Była. To pytam, dlaczego wczoraj konieczne było awizo i dlaczego nie dostałam awiza, skoro przesyłka do PZ dotarła już. A pani: bo dotarła po 18. Ja na to: nie, o 6. Pani: to niemożliwe... Mówię, że zapis jest 06:04, a ona mi dziecko w brzuch, że to 18:04. Ojapierdolę. Ale że dostałam przesyłkę, zamilkłam, jako że do pracy leciałam i całe szczęście, że saboty doszły nietknięte, bo zabiłabym. A nad pakowaniem grzybka dla Zmorki namęczyłam się, jako że nienawidzę pakowania paczek, a to trzeba było szczelnie zapakować. Wsadziłam go w pojemnik do moczu, nalałam mleka, zawinęłam w taśmę, wsadziłam w maleńki kartonik pasujący jak ułał, namęczyłam się, żeby zaadresować, okleić, a na poczcie pani twierdzi, że to nie może być wysłane tak, że musi iść w bąbelkowej kopercie, bo będzie taniej. Nie wiem, czy było taniej, wysłałam, jak mówiła, bo gacie mi opadły!!!! Jak nie dojdzie do jutra, grzybek szlag trafi, może rozsadzić kopertę i wylecieć w powietrze. A może będą wołać jednostkę antyterrorystyczną, bo będzie wyciek nieznanej śmierdzącej substancji??? Zemsta jest rozkoszą bogów... :)  Teraz czekam na butki do kijków, ciekawe, co poczta tym razem wysmaży??
Srajdy. Jestem ciekawa, jak u Zmorki rozwiązała się historia. A u mnie co dzień, jak robię śniadanie za oknem leci deszcz chleba. Ojapierdolę. A trawniki w odremontowanej alejce (pieknie) w mojej wiosce wyglądają tak

I nikt mi nie powie, że to nie jest grzech, choć Dziewczyna Inżyniera twierdzi, że woli dać chleb ptakom jak wyrzucać. Ja też. Ale nie wyrzucam chleba. Moja babcia gromadziła stary chleb, suszyła, zalewała potem wodą, soliła, dodawała łyżeczkę masła i zajadała. Mnie uczono całowania kromki chleba, która upadła.
Ten pozbruk, co na fotce widać, świeżo kładziony, miejscami pokryty jest warstwą śliskiego gówna. Myślałam, że na drzewach są gniazda, ale nie, gniazd nie ma. To srajdy sobie sralnię zrobiły. A Dziewczyna Inżyniera żali się, że w UK nie wolno jej ptakom rzucać chleba. Bo to cywilizowany kraj jest, gdzie srajdy nie rządzą.
Narażam się miłośniczkom zwierząt, ale wszystko w przyrodzie ma swoje miejsce. Kociary sprzatają po swoich kotach i cześć im i chwała za to. Z psiarami różnie bywa, moje miasto zasrane jest do bólu i mi to przeszkadza!!! Nie mam psa, bo nie mam ochoty sprzątać po nim gówien, a przyzwoitość nakazywałaby mi sprzątać. I zwykła kultura.
Jak ktoś hoduje gołębie, ma gołębnik i sprząta. Dzikie srajdy to plaga. Nie zmienię zdania i nie obchodzi mnie łkał, płakał, gryzł kłodę i kochał przyrodę. Też ją kocham, ale moje badyle nie srają :0
Po południu co ja paczę?? Wszystkie badyle na korytarzu odsunięte. Okna myli. Wtem wychodzi sąsiadka i mówi: jak trzeba, pomożemy pani kwiaty przestawić. A ja na to słodko, pokazując grafik sprzątania: myślę, że powinien sprzątnąć ten, kto jest w grafiku. A ona: niech pani sprawdzi, kto jest. Było jej mieszkanie. Sprzątną. I OK. Kiedyś już pisałam, że w sumie sprzątam tylko ja. Jak nie sprzątną, bedzie stało, aż się ociepli i zabiorę badyle na balkon. W dupie to mam. A dziś było 21 stopni, czuję się paskudnie, w tramwajach syf i zaduch, a okna na głucho zabite... Burza była i się ochłodziło i zapowiadają na Wielkanoc...  nawet śnieg. Więc co ja będę badyle i drabinkę nosiła...
Kupowałam baterie do aparatów, karta nie chciała za Chiny Ludowe i Kubę przejść, więc poleciałam do SB do bankomatu, bo baterie muszę mieć, bo będę w pracy głucha :D A tam


Wiem, że pełno ich i w parku są, ale muszę się tam wybrać z aparatem :D
Innych wkurwów też mam od cholery i od metra, ale mi się już pisać nie chce. Może innym razem.
Diagnoza jednak się nie zmienia: dziwaczeję.
I sama siebie mam dość :D 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Uduszę

Dorę. Napisała o tej sałatce z kaszą jaglaną i do mnie dzieciństwo wróciło. O dziwo, jak dzieci nie cierpią kasz, ja kasze zawsze uwielbiałam, nie cierpiałam za to przetworów z ziemniaków, typu plędze czy kopytka (teraz lubię). No i ta kasza za mną łaziła i łaziła, a że PIT zaniosłam do US, to zboczylam do Prosiaczka, który teraz sklepem ekologicznym jest i co ja paczę?? Na ladzie leży kasza jaglana i szczerzy do mnie kły. Co było zrobić, westchnęłam i kupiłam. No a w przepisie jeszcze roszponka była i pieczarki i inne cuda wianki, których w domu nie miałam. No to co? Kijki wzięłam w dłoń i na koniec włóczęgi polazłam do Lidla i dokupiłam brakujące rzeczy. Sałatka wyszła z gatunku tych, co lepiej smakują jak wyglądają, inna niz Dory, bo mięsa w niej nie było, ale dałam rzodkiewki i inne takie tam i... miało być na jutro do pracy. Miało, bo nie ma, a ja siedzę i ledwo zipię i nawet na kijki bym już nie polazła, bo umarłabym.... Zresztą ciemno już :p
W pracy pracy było w sam raz, łażę więc w przerwach po stronach i stwierdziłam, że najwyższa pora przestać wszystko czytać, bo tam jedna pierdoła goni drugą, a każda żywność jest albo cudowna, albo zabójcza, w sumie człowiek musiałby siedzieć i jeść, jeść, żeby żyć wiecznie i nie zachorować. I pękłby, tak jak ja za chwilę pęknę :D
Zatem przestaję czytać blogi, na których autorki wrzucają jedzenie. Jedzeniu mówimy stanowcze nie, jakkolwiek pyszne by ono nie było...
Jedzenie to zuo. I cieszę się, że będę sama na święta, bo będzie zero kiełbas i bigosów, zrobię sobie taką insalatinę z varelianellą i kto mi zabroni. Sikora mnie dziś namawiała z Cyganem na wyjazd do nich na święta, cieszę się, że o mnie pomyśleli, ale nie :) To dla mnie też będzie przygoda takie święta-nieświęta, wszystkiego trzeba w życiu spróbować.
Nawet łamię się, czy iść do święconki, bo na przykład Baran nigdy nie chodził, u nich się nie święciło potraw, a Inżynier, choć satanista pierwsza klasa - poza jednym razem, zresztą bardzo dla nas obu bolesnym - zawsze mnie wyciągał do święconki, nawet wtedy, gdy krople wody święconej parowały na nim z sykiem.
Dla mnie to wciąż powrót do lat dziecinnych.
Do dni, kiedy byłam kochana.
Szczęśliwa.
Pełna nadziei i planów.
I ta pierwsza święconka po ślubie, kiedy z radością szykowałam koszyk, nasz koszyk, a Pierworodny harce w mym brzuchu urządzał. Święconka, po której płakałam, bo wyśmiała ją bezlitośnie moja teściowa, że taka wsiowa, bo wszystko jest, że koszyk wielki, że tu w mieście to "ą, ę, bułkę przez bibułkę"... Zepsuła mi całe szczęście z tego, że nasze, że mam swój dom, że robię tak jak Mama.
Zadra pozostała, choć z biegiem lat nauczyłam się mieć w dupie.
A dupę mam dużą i dużo się w niej zmieści.
Żeby było jasne.
W kościele jestem bardzo rzadkim gościem.
Nie czuję potrzeby, już nawet nie, że chodzenia do kościoła, jakoś we mnie zgasło wszystko. I śmieję się z Inżyniera, że celebruje Gwiazdkę, bo... No właśnie. Że komercha, wiem. Że nawet niewierzący obchodzą, wiem. Ale... A co ja się będę spowiadała.
Nie ma już kraju lat dziecinnych, niewinności i takich tam...

A wszystko przez Dorę i jej kaszę jaglaną :D

Udusić???

Udusić na pewno D. z pracy. Pyta, co robiłam na urlopie. Mówię, że 100 km przelazłam w te dni, bo tak mi Endomondo obliczyło, zatem i tak więcej przelazłam, bo latania po zakupy i inne rzeczy nie liczyłam. A ona: ty tak dużo nie chodź, bo to niezdrowe. Ojapierdolę, a myślałam, że to brak ruchu jest niezdrowy, a tu masz... U niej zawsze wszystko, co robię, jest niezdrowe albo zabronione. Kobieta ma złote serce, ale wkurwiająca jest na maksa.
Tydzień więc ogólnie zaczął się na NIE, zatem napięcie będzie rosło.
I będzie wybuch.

 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Nagrabiła

sobie Poczta Polska sama. Podnieśli ceny tak, że ojapierdolę, więc więcej akcji wysyłania kartek świątecznych nie będzie. Taniej wychodzi wysłać SMS, a i ręce się nie męczą. Osobiście mam wtórną dysgrafię i sama nie potrafię już swojego pisma odczytać, a tym bardziej długopisu utrzymać w ręku. Zresztą nigdy nie lubilam pisać ręcznie. Kartki wysyłam więc tylko za granicę, bo zdaje się, że co poniektórzy za mną trochę tęsknią (hahahahahaha, zaśmiała się hrabina i oddała mocz do analizy), w PL tylko Ci, którzy nie obsługują mediów elektronicznych mogą liczyć na kartkę. Amen.
A jak już zaczęłam pisać kartki, to okazało się, że z pierdyliarda długopisów poutykanych w koszyczkach, kubeczkach i innych kurzołapach pisze jeden, reszta zaschła :)
Pojechałam do Ikei, bo potem nie będę miała kiedy, po te baterie do holtera i dobrze zrobiłam, bo do aparatu też takie potrzebuję, a tam porządne baterie są po 0,80 zł za sztukę. Opłaci się :D Chciałam też kupić buciki dla kijków i co?? Centrum handlowe z tysiącem sklepów sportowych i nie mają butków. Ale dobrze, że nie mają, bo w Intersporcie zapłaciłam w zeszłym roku 25,99 (!!!!!!!) za takie butki, a dziś zrozpaczona patrzę na alledrogo i co?? Sklep wysyła takie butki w cenie... 1,75 za sztukę. Uderzyłam do Sikory i od razu kupiłam 10 takich. Złodzieje w sportowych sklepach. Butki identyczne, jak na alledrogo!!!
A przy okazji pólmaraton u nas biegł :) Kierowcy klęli, a tramwaje jechały jak ta lala :D





Potem zeżarłam żurek (wszystko przez Jolę, bo gadała i gadała o tym żurku, a rozbierała na czynniki pierwsze jak nie przymierzając Kierownik Budowy i musiałam ugotować), odsapnęłam i poleciałam na rytynowy spacer na Dębinę, pogoda była przecudna.
A jutro na ramię broń i do pracy...
Nie wiem, czy nareszcie, czy niestety, ale liczę: tylko 9 dni i znów wolne do maja do długiego weekendu.


Jako że 18 stopni w cieniu,  lezę w t-shircie. A sąsiadka, zakutana w szal po czubek głowy mówi: jak pani tak może, potem gardlo boli. Co ja, dziecko jestem?? Czy wyglądam na kogoś specjalnej troski?? Mnie gardło bardzo rzadko boli i już na pewno nie wtedy, jak w upale łażę rozebrana. Co ludzie mają z tym czepianiem się? Nie zaczepiam nikogo, co łazi opatulony (a dziś jeszcze ludzi w kozaczkach widziałam) i nie pytam: nie za gorąco pani/panu. Żebym goła latała, to rozumiem, ale ja mam t-shirta :)

piątek, 4 kwietnia 2014

Sprostowanie

Okazało się, że Fistaszek jest nazwą zastrzeżoną, wobec tego zamieszczam sprostowanie :)
Oczekujemy Groszka, kolejny bocian zatrudniony będzie do dźwigania Groszka, aczkolwiek nie wiadomo, czy Groszek nie okaże się dziewczynką.
Zatem kibicujemy dalej Fistaszkowi i od nowa Groszkowi :)


Dwa

bociany widziałam. Na Sikorę padło, to wiadomo. Dziś dowiedziałam się, że mam szansę na kolejnego Fistaszka :) Worek jakiś się rozerwał czy cuś? Zatem zaciskam mocno kciuki, żeby wszystkim się udało. Bociany nie kłamią.
I popitoliłam sobie.... Ale schrzaniłam jeden program, bo odpisałam darowiznę niepotrzebnie, zatem musiałam ściągnąć drugi.
I niebiosom dzięki za wirtualną drukarkę, będę mogła wydrukować, nie będę musiała przepisywać... Łomatkozcórkom, jak sobie przypomnę niegdysiejsze pitolenie, z kalkulatorkiem i stertami papierów.... Razy trzy :) Moi chłopcy, cwaniacy, nigdy pita nie wypełniali, tylko autograf ładnie składali.
Teraz, od kilku lat z tymi programami to pikuś.
13 złotych powinni mi złodzieje oddać, ale pewno 8 oddadzą, a i listowy będzie końcówkę chciał :)
Ojapierdolę :)
Zabrali, złodzieje, ulgę za Internet, a ja akurat za Internet sporo płacę.
No nic.
Niech się udławią.
I co się okazało?? Żaby na groszu to faktycznie złodziejki. Posłuchałam Żaby (lepiej późno niż wcale) i wywaliłam je z domu i co?? Drgnęło.
Wstyd mi było się dopominać o kasę za fuchę (wiem, śmieszna jestem), ale po ponad trzech miesiącach ciszy uprzejmie pytam, co jest grane, a pani przeprasza, że zapomniała. Hmmm... Nie powiem, miotnęło mną, ale... Policzyłam do dziesięciu. Potem mówi, że nie ma materiałów, nie wie, gdzie szukać. Zamknęłam kompik i poszłam spać, w nocy się budzę i cholera mną miota. Rano wstaję, znajduję rzeczone i wysyłam... Do juterka czekam na sygnał: kasa idzie, a potem opierdolę.
Zatem nie trzymajcie żab, bo odkąd je z Wrocka przywiozłam, mam więcej wydatków, jak wpływów, remont mi dupę przetrzepał, żaby nie są jak dziad, nie robią pieniędzy, one je topią!!!!



czwartek, 3 kwietnia 2014

Stan gotowości

Gotowa jestem do świąt, choć... boję się, bo pierwszy raz sama, no ale pierwsze koty za płoty.
A gotowa jestem, bo wolnym walcem, bez wyrywania sobie rękawów umyłam wszystkie okna, poczyściłam wszystko i planowałam nawet świąteczne porzadki, a potem strzeliłam się w ten głupi pusty łeb i zapytałam: co chcę sprzątać?? Naczyń z szaf nie będę wyrzucała, w rzeczach im większy mam bałagan, tym łatwiej wszystko znajduję, dokumentów muszę szukac, fakt, ale nie pali się i nie muszę do tego demolowac całego mieszkania.
Zatem wracam spokojnie do pracy w poniedziałek, przed samymi świętami rutynowo przejadę i będzie OK. Ciasto w Faworze zamówiłam jako pierwsza, byłam po chleb i widzę ogłoszenie, więc od razu zamówiłam. Pani zdziwiona, skąd wiem, a ja słodko: przecież kartka na drzwiach wisi. Ale tak wcześnie? Zamawiam, póki mam czas, potem nie będę miała czasu wlecieć do piekarni. Maleńki torcik owocowy i pól roladobabki, więcej nie zamawiam, starczy. Jajka kupię u kolegi z pracy, ekologiczne, a jakże, ważme, że od prawdziwych zielononóżek i dobre. Już zamówiłam w zeszłym miesiącu. Trochę wędliny kupię przed samymu świętami, łamię się tylko przy alkoholu, ale zobaczymy.
Umarlaki ogarnięte.
Pozostaje mi jeszcze PITolenie, nie chce mi się, mam wszystko pod ręką, ale mam lenia. 
I tym pięknym sposobem wszystko ogarnięte.
Ale uświadomiłam sobie, że nie daj blog coś, to dzieci maja problem.
Bo nie mam rozwodu. Że to działa w obie strony (jakoś dotąd na to nie wpadłam). A rozwód (po co ja czytam pierdoły w necie?) kosztuje lekko licząc ok. 4 tys. Raz, że nie mam takiej kasy, dwa, jak znam życie, biliby się do usranej śmierci, więc na 4 tys. by się nie skończyło.
Psiakostka :)
Zatem chciał nie chciał muszę żyć.
Na złość.
Pomyślę o tym jutro...