wtorek, 30 czerwca 2015

Przeszło

mi.
Jak w tym starym kawale: panie doktorze, byłem na wczasach i na koniec coś złapałem. Przejdzie? Przejdzie, na żonę i dzieci :)

Pomęczyłam Barana tak, że chłopak zaczął się martwić, gadać chciał, ale przecież nie do pokazywania są zapuchnięte oczka, co z tego, że już niepiękne :) Pomogło. Dzielny jest, że mnie tak niańczy :) Opuchlizna zeszła, ranek zawsze jest lepszy od wieczora.
Wstaję, a w telefonie pełno fotek... Dziewczyny. W ślubnych sukniach. Zemdlałam :) Mam powiedzieć, która ładna. Powiedziałam.
Sama kupiłabym inną, ale to nie mój ślub.
Jestem jak Szwajcaria.
Wszystko akceptuję, wszystko olewam.
Wojen nie toczę, wojska nie mam.
Pensję odebrałam.
Wycwanił się, za dodatkowe zapłacił w pensji, tak że nie jestem w stanie przeliczyć ile.
Przechodzę nad tym do porządku, pierdolę, więcej nie robię :)
Doładowałam telefon, teraz pacze i co ja paczę?? Doładowałam sobie na SMS, bo już nawet taksówki zamówić nie mogłam, a tu niespodziewajka... Dołożyli mi Internetu i tym pięknym sposobem mam... 14 GB do wykorzystania :) Buhahahahahahaha :)
Niedługo do kliniki odwykowej od neta będę musiała iść, bo staram się odkąd mam ajfonika, a więc już prawie 3 lata wykorzystać te 10 GB co sobie na początku załadowałam za 100 zł, a to zamiast mi maleć, to rośnie..

Jest światełko w tunelu.
Znaczy się, wracam do normy.
I oby to nie nadjeżdżał pociąg.
Idę się ogarnąć z państwem.
W sensie, że zostanę nielegitymizowana niedługo, jako że i dowód, i paszport mi się kończą.
Zatem, Kochany Pamiętniczku, idziemy ze Shadow w miasto, bo nadciąga fala upałów i szlag nas trafi...
A do urenki, jak wiadomo, bez dowodu nie wpuszczają :D

poniedziałek, 29 czerwca 2015

I ja tam

byłam, wino i wódkę piłam :)
Ślub najdłuższego związku (12 lat razem), wbrew obawom Kierownika Budowy, który spięty był jak cholera, przebiegł bezboleśnie, aczkolwiek ksiądz się zagalopował i plótł za długo. Jak Piekarski na mękach, nie przymierzając. Watek zgubił, a ja zastanawiałam się, czy mi bateria w aparacie nie padnie. Pętli indukcyjnej nie było, więc łapałam piąte przez dziesiąte. I tak znudzona byłam, że gdy ksiądz rzekł "W górę serca" pierwszy raz w życiu,  nie wiem skąd, musiałam się ugryźć w język, bo prawie że rzekłam: "Niech zwycięża Lech Kolejorz"... Ojapierdolę :D
Byliśmy z Inżynierem długo wcześniej, i aczkolwiek w domu śmigałam jak łania w butkach, po czekaniu pod kościołem prawie 45 minut i po mszy, zaraz zdjęłam owo narzędzie tortur i już NEVER go nie założę.
Amen :D
Przed nami był jeden ślub, przynajmniej moje stare oko miało na czym spocząć, bo


ci wspaniali mężczyźni na swoich ryczących maszynach niezłą zadymę koledze zrobiłi :)
Gdybym miała te kilkadziesiąt lat nie, zrzuciłabym te cisnące pantofelki i poleciała za którymś z nich... Ale teraz nie ma już szans, wiec pozostało mi tylko gapienie się na... :)
Czego mi żal?
Nie lat minionych, lecz grzechów żal niepopełnionych, jak pisał Mistrz... :)
A Kierownik Budowy na całe szczęście nie zemdlał, nie rzekł nie, choć momentami było nam żal chłopaka.

Zapomniałam zabrać słoik z grosikami, ale to dobrze. Bo mam ich tyle, że zbieraliby do dziś. Ale Inżynierowi zabiorę, bo...
Impreza była spoko, choć przeżyłam ją tylko dzięki Baranowi, który z dalekiego kraju obiecywał mi, że ze mną zatańczy. Wiernie dotrzymywał mi towarzystwa i błogosławię tę technikę, która mi to umożliwia. W swoim czasie, of course, zatańczy,  a wiem, że u niego słowo droższe od pieniędzy.
Dziewczyna Inżyniera bowiem nie wypuściła go ze szponów ani na moment. A stolik dostał nam się taki, gdzie każda pani trzymała swoją połowę mocno w szponach (tak jakbym ja jakieś zagrożenie stanowiła) i nawet znajome nie wymieniały się partnerami. No nic. Gadanie było sympatyczne i zabawne, ale jak zagrali, to... zostawałam sama. Forever :)  Inżynier raczył ze mną zatańczyć jeden kawałek, jak dama jego serca poszła przypudrować nosek. Wiem, mogłam dołączyć do parkietu, ale to jakieś dziwne towarzystwo było, w sensie że mogłam tańczyć do ściany, więc spoko, siedziałam i... Oj tam, oj tam, tak dobrze się prowadziłam, że nawet się nie upiłam, a może powinnam była to zrobić?  Na dokładkę sale były dzielone, więc nie było widać tańczących, a widok miałam na stolik, gdzie dwie pary plotkowały do upadłego, wyraźnie układając usta, więc... Pierdół słuchałam cały czas. Obie rodziny ciekawe, materiał na brazylijski serial. Jako i mojego Eksa :)
Ale co ja będę ploty powtarzać. Najważniejsze, że jedzenie było dobre, poza jednym egzemplarzem nikt się nie nawalił, siedzieliśmy do końca do 4 nad ranem, a w niedzielę obudziliśmy się bez kaca.
I... tu się sprawa rypła....
Inżynier oświadczył, że leci do kina z Dziewczyną na Park Jurajski.
Plumknęłam, że ja bym też poszła, zdziwiona, że mnie nie prosi.
A on na to, że musi jej zapytać, czy ona się na to zgadza.
Że oni mają mało czasu dla siebie (WTF??? mieszkają razem, kurwa mać, do mnie wlatuje jak po ogień), że nie może na "romantyczne spotkanie" iść niespodziewanie z kimś dodatkowym (WTF?? Kto mi dziecko podmienił??) i inne pierdolenie o Szopenie. Przecież wie, że lubię takie bajki, zawsze razem na nie chodziliśmy. Poza tym idzie się na film, kino mają w domu, mieszkają razem, a ja ma darowane godziny!!!  I wie, że ja sama, i takie tam...
Zadzwonił do niej, łaskawie orzekła, że "jak chcę, mogę przyjść".
Wywaliłam dziecko za drzwi, bez huku, ale jednak. Powiedziałam wprost, co myślę. Że nie tak go wychowywałam i że pod wpływem laski zgłupiał, jak Pierworodny. Bo i koleżance, która właśnie jest bez przydziału, a szła na ten ślub powiedział, że ma sobie załatwić osobę towarzyszącą, bo on z nią nie zatańczy, bo ma swoją dziewczynę.
Ojapierdolę.
Odkąd posiadanie drugiej połowy uniemożliwia zabawę??
A chuj... W plecy, bo w dupę by jeszcze przyjemność mieli.  Dlaczego moje dzieci mają takie posrane drugie połowy??
Popłakałam, nie ukrywam, bo już na weselu mnie szlag trafiał.
Bo chodziłam z moją Teściową na imprezy i jakoś mi do głowy nie przychodziło, żeby się wściekać, że bawimy się razem :) Nevermind...
Wrócił.
Olałam czułości.
Dokończyłam swoje.
Bez łaski.
Wypiliśmy po piwie.
Pogadaliśmy neutralnie, nie będę robić scen. Dorosła jestem. Widziałam, że przeżywa, próbował się bronić. Ale trza być kwardym a nie miętkim i kwarda byłam.
To że akceptuję, nie znaczy, ze zaakceptuję wszystko.
Skoro pozwala sobie na robienie prania mózgu, to jego ból. Nie mój.
Już ma wyprany, bo z taksówki rozpływał się nad każdym kotem i kundlem w polu widzenia.
Miłość do zwierząt OK, ale zoofilia??
No nic.
Nie ukrywam, że boli i to nielicho, ale nie zmienię tego. Muszę z tym żyć.
Dobrze, że jest paru ludzi, którzy mimo swoich drugich połówek, w których są zakochani wciąż jakoś mnie widzą.
I za to losowi dziekuję.
Ale kurewsko boli, bo myślałam, że kto jak kto, ale Inżynier ma resztki rozumu.
Oby życie go nie doświadczyło.
Bo w którymś momencie otworzy lodówkę i stwierdzi, że "matka, jest tylko jedna".
Bez przecinka :)
I tym optymistycznym akcentem, Kochany Pamiętniczku kończymy :)

Trójkę w lotto mam.
Znaczy się, coraz mniej osób mnie kocha.
I za niedługo będę milionerką i wyjadę.
Nieważne gdzie.
Bez adresu.
Bez neta.
Tylko me and my Shadow...

czwartek, 25 czerwca 2015

Zapierdala

ten czas, jak Zatopek nie przymierzając...
Wczoraj idąc do pracy, żeby Danusi życzenia złożyć, a przy okazji ubezpieczenie wyjaśnić, lezę i co ja paczę??
Ten kotecek, co mi parę tygodni temu pozował na piaseczku, wyginając się we wszystkie strony wdzięcznie jak modelka, lezie po... szynie kolejowej, z gracją stawiając łapki. No i dupa. Bo szłam słuchając mp3, zanim dotarłam do telefonu w głębi torbiszcza, kotecek zgrabnie zeskoczył na środek toru, przelazł na ukos przez jezdnię i... pomaszerował w siną dal... Ojapierdolę. Zakochałam się w tym kotecku. Heros, wymiata...
A wkurw mi rośnie.
Dwa miesiące temu przysłali mi propozycję ubezpieczenia grupowego. Skrupulatnie i zgodnie z prawdą wypełniłam ankietę, nic nie tając, zdając sobie sprawę z tego, że towarzystwo ubezpieczeniowe to nie instytucja charytatywna i mnie prześwietli. No i moje lata... Ale pani zajmująca się tym biorąc pod uwagę moje wątpliwości, bo czytam wszystko i ze zrozumieniem,  po podzwonieniu przyszła mi powiedzieć, że to ubezpieczenie grupowe i git majonez. Podpisałam zgodę na ściąganie mi z pensji kwoty 55 zł polskich co miesiąc, co nie ukrywam, bolało i spałam spokojnie. I niebiosa strzegły, że nie zlikwidowałam ubezpieczenia w PZU, które aczkolwiek marne, ale od lat jest i spoko płaci...
I tu bach... Pisemko z Uniqa, co nas w pracy ubezpiecza, że pani Stara Jędza nie spełnia kryteriów ubezpieczenia i ma wypełnić ankietę again... A w ankiecie pytania, że ojapierdolę. Prawie że o liczenie stolców, jakie co dzień oddaję, ile razy sikam, ile rzygam, ile śrutututu majtki z drutu. Nie było tylko pytania o to, czy mam AIDS, ale pewnie gdzieś w ich regulaminie drobnym druczkiem było zastrzeżenie odnośnie do tego :)  Za to uprzejmie zapytali o moje geny, w sensie, że kiedy szanownej pani mamusia i tatuś powiększyli grono aniołków. Tak się składa, że młodo zostałam zupełną sierotą. I nie liczy się, że babcia żyła długo i szczęśliwie, a dziadkowie odchodzili szybko, bo prowadzili niezdrowy tryb życia, znaczy się, pili na umór... :) A siostra mojej rodzonej babci, która zmarła (babcia, nie siostra) w latach 20. ubiegłego wieku na skutek zakażenia ciąży, dożyła 99 lat i 9 miesięcy ze wszczepionym rozrusznikiem serca... Brat mojego ojca dożył 93 lat i zmarł, bo się uparł, że umarnie i już... Więc.. Wkurwiałam się, nie wypełniłam ankiety. Rozumiem racje TU, ale patrząc na moich młodszych kolegów z pracy, prowadzę zdrowszy tryb życia od nich, oni ciągle jakieś operacje, szpitale, a ja ostatni raz leżałam w szpitalu w 84., rodząc Inżyniera. Tak, mam grupę inwalidzką, jestem kaleką, ale z moim słuchem znakomicie radzę sobie od ponad 50 lat :) Więc w mordę jeża, nie będę pisała w ankiecie, czy nie trzymam moczu, bo na to się nie umiera (nawiasem mówiąc, trzymam, zawsze zdążę do kibla i pampersy w szafie mam tylko dla wnuków). To jest ubezpieczenie grupowe, nie indywidualne.
Mają mi oddać składki, co mi już pobrali (a to uczynili ochoczo, nie mieli oporów).
Ponoć oddadzą.
Obaczymy.
Zatem jak coś umrę nieubezpieczona do końca.
Nastraszyłam zespół, na mój widok  zerkali w kalendarz, a ja z kamienną twarzą pytałam, czy teksty już są. M. o mało nie zeszła na zawał i powiedziała, że mi tego nigdy nie zapomni. A ci od marchewki i innych kalafiorów myśleli, że dogadałam się z Bossem. A Boss miał humor gorszy jak pogoda, więc tylko odbąknęłam na "dzień dobry" i czy ja wyglądam na straceńca, żeby z nim gadać??
Z wice gadałam.
Dwudziesty pasuje... Idealnie :) 
Mam nadzieję, że chłopcy mają jakąś opcję datku za matkę w swoim ubezpieczeniu, dowiem się :D
I mając w kubańskiej dupie zmartwienia, bardzo głęboko, poleciałam do domku...
Dziś rano zaś, pierząc się w łóżeczku o nieprzyzwoitej porze (czytaj: grając i łażąc po necie, a co, ma się czas i narzędzia), dostaję MMS od szwagierki.
Musiałam galopem do kibelka, bo myślałam, że...
Przysłała mi zdjęcie ze strony z rozprawy, z jednej z licznych rozpraw, jakie toczy mój szwagier.
A tam co słowo, to kłamstwo.
Posłałam Inżynierowi, bośmy w tym momencie gawędzili on-line, a dziecko mówi: dobrze, że nawet nie pamiętają jak mama ma na imię...
Albowiem: mój teść i mój mąż mieli identyczne imię. Moja teściowa i druga żona mojego teścia też miały identyczne imię: Anna...
No i w sumie mojemu szwagrowi musiałam się zlać w jedno z matką i macochą, bo zeznawał o mnie: Anna...
Blog łaskawy, że rozprawa dotyczyła macochy szwagra i mojego Eksa, ale na litość boską!!! Mówił o mnie!!!
Policzyłam do 10, odetchnęłam głęboko. Nie wiem, jak będzie za 10 lat, bo on jest ode mnie 10 lat starszy. Może też będę miała tak nasrane w głowie.
Nie wiem.
Na razie pamiętam ludzi, imiona, daty.
Niebiosom dzięki.
Buty, mam nadzieję wszystkie - rozchodziłam. Tylko sąsiadka w windzie odsuwała się ode mnie i patrzyła podejrzliwie, jak wsiadłam z dwoma koszami śmieci i w skarpetkach nasączonych denaturatem. Ale w sumie mi to rybka :) Sąsiad z 9. co dzień tak śmierdzi od rana, nie  mówiąc już o psie, który śmierdzi non-stop... W życiu go chyba nie kąpali.
Skrupulatnie spisałam wszystko, co jest do załatwienia z Inżynierem, na żółtej karteczce na monitorze przyklejonej.
Dużo tego.
Pisałam do Barana, ale Skubańcowi trzeba do łba łopatą wkładać, że... No właśnie. Że ma gadać. Że wszystko wiem, wszystko rozumiem, ale czasem chcę usłyszeć, jakem głucha.
Reszta wyjdzie w praniu...
Co nie zmienia faktu, że... Oj tam, oj tam, co będę czarno na białym dawała, że jestem Zboczuchą?? :)  Że za Nimi tęsknię okrutnie?? I że znajduję satysfakcję z dręczenia ich?? :) I że mam coś lepszego do taktu, niż pół wieku człowieku??? :)
Mieszkanie ogarnięte. Z lekka. Jak znam Inżyniera, musiałabym kupiszona na środku pokoju walnąć, żeby zauważył, że jest bałagan :) Na balkonie by nie zauważył :D
Jutro koniec wolności, będę latać.
Co nie znaczy, że nie lubię latać, ale lubię latać w celu, nie bez.
 No 1. Upolować zielony groszek.
No 2. Dziecko nie świnia, wszystko zje, co matka podsunie.
No 3. Rosołek ugotować w sobotę...
Wróć...
Doczekać aż wyląduje.
Utulić do memłona.
Dopieścić.
Pozwolić, żeby mnie dopieścił.
Wypić to miodowe.
Dożyć do soboty :D
A w lipcu wlatuje Sikora. Z całym taborem. Drżę.
I kiedy ja się wyśpię??
Khe??




wtorek, 23 czerwca 2015

Zadzwonił

dziś.
Zadał niewygodne pytanie.
No i moje plany poszły się jebać.
Prawie się popłakał, że to świństwo, że śrutututu majtki z drutu.
Że jego też nikt nie kocha, nikt nie lubi i nikt nie szanuje.
Nawet rodzona matka.
Że jak to tak. Sam. Że się zagra na śmierć. Koty w piekarniku upiecze, albo inne głupstwo zrobi.
Ano tak...
Wszystko wymaga dogrania, ale...
Ja się tak nie bawię i już.
Za stara jestem.

Bądź tu mądry i rób dzieci...

I lodówkę rozmroziłam po dwóch latach nierozmrażania :) Coś szwankuje, w samej lodówce woda mi się pod szufladkami zbierała, nie ciekło, ale musiałam wycierać. Myślę, że lód już nie miał gdzie narastać. Zobaczymy, co dalej. Tylko nie nowa lodówka, to mnie przerasta.

A na obiad miałam kalarepkę duszoną z botwinką i czosnkiem. Mlask.

 Popchnęłam truskawkami z bitą śmietaną.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam bitą śmietanę. Prawdziwą, nie żadne cuda wianki z puszki.
No co, raz można.
Dupa i tak mi już nie zmaleje...
A jutro do pracki, ale tylko z życzeniami imieninowymi.
Palcem w bucie nie kiwnę.

Human.
Alias.
Suits again (love <3 ).
Flash.
Vicious.
I inne takie tam :)
O... The last ship...
Jak dla mnie może padać. Mi to rybka. Może być upał :) Też mi rybka.
Zawsze mam wymówkę :D

Update
Byłam u Stardust. I nie będę się opierała. Niech wie, że go kocham. Póki mogę. 


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Jak nie urok

to sraczka albo przemarsz wojsk radzieckich i chińskich...
Wkurw trzyma mocno.
W sobotę lecąc alejką patrzę, jak biszkopt sra. Wielkie bydle. I sra wprost na trawnik, a właściciel, młode chłopię, ptaszki na drzewie liczy.
Nie zdzierżyłam i jak zazwyczaj siedzę cicho, opierdoliłam na cały regulator. Pół alejki się dołączyło i młody spieprzał, aż się kurzyło. Ale też kupa ogromna była. I dlatego żywię szacun do kociar i kociarzy, bo sprzątają po swoich pupilach.
No a jakbym ja tak kupę w krzakach walnęła, to co? Policję by wezwali...
Nie widzę różnicy między kupsztalem psa a moim.
Widzę za to różnicę w kindersztubie między mną a tym, pożal się Bożeno, psiarzem.
I niedzielę grzecznie przepękałam, plackiem, a jakże, bo  tak, dokończyłam oglądanie wszystkich rozpoczętych seriali, tęskniąc za pogawędką z Inżynierem, ale pojechali nad morze i wracali śpijmą nocą, nie miałam siły go męczyć, choć chciał gadać. Ale co tam, zobaczymy się za niedługo.
Starzec mi się rozrósł, co zauważyłam wracając z zakupów, bo okulary na nosie miałam i coś mi się żółciło w miejscu, gdzie powinno być zielono. O :) To z tych przezimowanych na balkonie jest, taka zima fajna w tym roku była...


W zeszłym tygodniu kupiłam na giełdzie

i do dziś się trzymają. A w sobotę pinkowe, bo innych nie było :)

Mam nadzieję, że też przez tydzień będą mnie cieszyły.
I dziś wreszcie znalazłam denaturat (nówka nieśmigana, nawet nie pamiętam, z jakiej okazji go kupiłam) i... dwie godziny ustałam w butach, bo prasowałam :D Nazbierało się prasowania, więc wykorzystałam, że chłodno jest i zrobiłam porządek. Nadzieja więc jest, że jednak główną uroczystość przeżyję. Zobaczę jutro jak się będą nosiły i ewentualnie doprawię denaturatem. To dobra, miękka skóra, powinno się rozchodzić.
I tak sobie prasuję, słuchając muzyczki, kulturalnie, a jakże, ze słuchawek, a tu bam.
SMS od szwagierki. To nigdy nie wróży nic dobrego, a ja od paru dni mam bardzo nieprzyjemne sny, te z tych urokowo-sraczkowatych.
Pyta mnie, czy mam na imię Anna. Ojapierdolę. Mam dwa, ale żadne obok Anny nie stało, a z bierzmowania Magdalenam, bo był szał na Hajduczka, wszystkie chciałyśmy być ukochaną Wołodyjowskiego, ale ksiądz Hajduczka nie  uznawał, a u mnie Baśka odpadała, więc została Magdalena.
Uprzejmie odpisuję, że nie przypominam sobie.
Na to ona, że szwagier w sądzie zeznawał, że ja Anna jestem.
Skoro tak twierdzi... to pewno i jestem, a co mi tam szkodzi być Anna. Nie takie cuda wianki w tej rodzinie odchodziły. Mój teść zeznawał, że nie ma rodzeństwa żyjącego, starając się o odszkodowanie za mienie zabużańskie, a pod sądem w maluchu siedziała jego siostra rodzona. Nie, nie upchnął jej w bagażniku. Żyła, nawet go chyba przeżyła...
No i szwagierka, że teraz zaraz już musimy się zobaczyć.
Napisałam, że mam wolne, ale oprócz weekendu. I że ma pisać na FB, bo nie mam kasy na koncie. I już jej się nie paliło, odpisała, że teraz z mężem po lekarzach chodzi. Nic dziwnego, że się wszyscy powykańczali tam procesując się do upadłego.
A mamy XXI wiek i po co mi SMS, jak mam i Messengera i Hangoutsa??
Za Internet płacę tak czy siak, do najbliższych mi taki kontakt wystarcza, a jak ktoś ma srajfona, to jeszcze prostsze. Nie ładuję, jak nie muszę, bo potem odpisuję na SMS z pracy. A tak, sorry Winnetou, nie mam środków, nie ma kontaktu. Nie mam służbowej komórki, a poza tym mam wolne :D
I tak, Kochany Pamiętniczku, prawda niezbita. Z rodziną to nawet na fotografii się dobrze nie wychodzi...
Oddycham zatem głęboko i czekam na rozwój wydarzeń.
Nie denerwuję się, bo co ma być, będzie, a co ma wisieć nie utonie.

Twoja nie-Anna :) Tfu, tfu, Anna to moja teściowa była i jedna ze szwagierek też :)
A ja jestem porządna Stara Jędza, a nie jakaś tam Anna :)

(Bardzo proszę znajome Anny o nieobrażanie się, imię ładne, ale ja wolę być Starą Jędza).

sobota, 20 czerwca 2015

Skończyłam

dzisiaj 10. sezon Bones. Zakończenie zaskakujące, pozostawiające scenarzystom pierdyliard rozwiązań...
I tak sobie pomyślałam o sobie, bo w moim życiu jestem dla siebie ważna :)
A dlaczemu nie??
Jak będzie, gdy odejdę z mojego Jeffersonian Institute?
Taki żarcik.
Wiem, będą mnie żałowali Szeregowi Piekarscy, plotący jak na mękach.
Nie chwaląc się. Bo jestem szybka i otwarta na sugestie. I nie czepiam się, jak ktoś mówi, że autor czy bohater reportażu o nazwisku Fleja nie chce, żeby pisać o Janie Flei tylko o Janie Fleja.
To piszemy o Janie Fleja.
Nie dzielę włosa na czworo i nie podpieram się zaleceniami profesorów ze wszystkich wydziałów polonistyki w naszym kochanym kraju.
Dlatego jestem dobra, bo nie czuję potrzeby udowadniania naczalstwu, że jestem potrzebna. Za wszelką cenę. Po trupach. Per aspera ad astra.
Dlatego dreszcze mnie przeszły, jak dziewczyna, która naraiła mi tę pracę (long story) orzekła, że skoro ona tu już 15 lat pracuje to powinna być kierowniczką.
Na całe moje szczęście, znienacka, chyłkiem i ukradkiem zaciążyła i...
Nie ma jej.
Nie mam kierowniczki.
Bo z kierowniczkami, oprócz pani Zosi z filii BG mam zawsze na pieńku...
Pani Zosia, notabene żona ubeka, była w moim życiu aniołem. Nie raz... Kilka razy. To dzięki niej, będąc praktycznie bezdomną, nie poszłam się utopić, jak zamierzałam, bo... dała mi klucze od swojego mieszkania, wyjeżdżając na urlop, z prośbą, abym tylko nie odbierała telefonów, bo... Dla mnie to nie był żaden problem, bo po prostu dzwonków telefonów nie słyszałam. A miesiąc w jej mieszkaniu pozwolił mi na uregulowanie spraw mieszkaniowych i na życie...
Zawsze powtarzała, że jak przejdzie na emeryturę, powinnam zająć jej miejsce.
Po drodze jeszcze, jak już tam nie pracowałam od lat, podżyrowała mi pożyczkę z firmowego funduszu, choć jej osobisty mąż spłacał wciąż grubą kasę za swojego brata, któremu nieopatrzenie podżyrował pożyczkę. Żeby dostać kasę na remont musiałam mieć dwóch żyrantów. Pierworodny już wówczas pracował i starczyło, ale musiała mieć żyranta z firmy. Bała się bardzo, ale mi podżyrowała.
Nie zawiodłam Jej, spłaciłam. 
Kontakt nam się urwał, nie bywa już na FB.
A ja nie bywam w eksfirmie.
W mojej pierwszej prawdziwej, nie licząc postudiowego epizodu w E-7.
I tak moje życie zatoczyło krąg, od rolnictwa zaczęłam i tam kończę.
A może pora coś zmienić, jak w 10. sezonie Bones?? :)
Nie chcę już zmian, potrzebuję stabilizacji. I choć ponoć zmiany są szansą na lepsze, jedyną, jakiej oczekuję byłaby wygrana w totka.
Rozwiązałabym kilka spraw na pniu, pojechała do tej cholernej Kornwalii, która za mną chodzi i jeszcze raz do Paryża, ale już sama.
A potem spoczęłabym z satysfakcją w trumience, w czerwonych pantofelkach i w granatowej sukience.
Gotowa na spalenie na stosie...

A kto biednemu pomarzyć zabroni?? :)

czwartek, 18 czerwca 2015

Genialna jestem

A raczej mój kompiczek.
Czasoprzestrzeń zagięłam.
No bo proszę, tu print screen



Na kompikowym zegarku jest 9.53, a na emilkowej poczcie raportuje, że emilek doszedł 9.55. Więc która była faktycznie godzina?? :)

Cały dzień czekalam na 4 strony, a płodził je ojapierdolę Piekarski na mękach. Takie kwiatki mam :)


I muszę z tego zrobić coś strawnego. Tu tekst nówka nieśmigana i musiałam do kibelka lecieć, jak doszłam do tego automatu. Oczami duszy ujrzałam, jak cielęta wychodzą z automatu po wrzuceniu do niego kaski. A może autorowi chodziło o automat w sensie, że karabin maszynowy?? :) No nic. Korektorka płakała (ze śmiechu) jak korekciła. I naprawdę, taki cud wianek to robota dla redaktora, nie dla korekty. Boss jednak uważa, że wystarczy korekta, zapominając, że do moich zadań należą tylko ortografy, literówki i przecinki, a cała reszta wisi mi kalafiorem... Tylko... jakbym to puściła, to wstyd i hańba... I ten tytuł :)
No nic, praca lekka, łatwa i przyjemna, jak widać :D

A teraz leżę i nie pachnę, bo się jeszcze nie kąpałam, Odreagowuje, wkurw wciąż mam, może mi przejdzie jutro rano, jak otworzę oczy i uświadomię sobie, że nic nie muszę??
Oby...
Na giełdę w sobotę pojadę, już nic nie sadzę, bo do sąsiada zlecę, ale leluje za 10 zł kwitną pięknie cały tydzień, a na targu przepłacam, za leluję chcą 5 zł, a tak za dychę mam 5 leluj. Nawet doliczając bilet wyjdę na swoje :P 

Bób

wczoraj widziałam na straganie. Ale nie kupiłam, bo widziałam jak wracałam i choć już miałam portfel w dłoni olśniło mnie, że jest: wieczór już prawie, a biedak leżał cały dzień w foliowym, zamkniętym szczelnie worku, Więc nie, nie kupiłam, bo niesmaczny. Inna para kaloszy, że bobu też nie powinnam jeść, ale oj tam, oj tam :)
Kupię juterko, polecę rano, na wagę kupię, niefoliowany :)
Bo juterko już nie muszę do pracki...
Jak pięknie pada deszcz..
Jest potrzebny, tu susza i wszystko marnieje.
Spokojnego dnia :)

środa, 17 czerwca 2015

Pracowy

wkurw mi opadł, bo... zamykamy szybciej jak ustawa przewiduje, albowiem... wszyscy wyjeżdżają, jak nie w teren, to na urlopy...
Boss wrócił zza oceanu, wpadł na mnie w drzwiach, dłoń uścisnął (ojapierdolę, talerzyk musiałam wsadzić pod ramię, bo kubek z herbatą rooibos w dłoni dzierżyłam, i nie, nie, ani on, ani ja nie mieliśmy zamiaru całować swych dłoni, choć jak wiadomo: całuję Twoją dłoń, Madame i takie tam)... Reszta leciała wolnym walcem, choć i w kulki, i we wściekłe ptaki sobie nie żałowałam, ale oj tam, oj tam... Bossa ustrzegłam od kompromitacji, nie będę szczegółów wywlekała, pisał na kolanie, bo dalej leciał. Samolotem, z czego się wszyscy cieszą...
Źle mu życzą?
Został też zaatakowany znienacka, że bez Starej Jędzy życia nie ma, ale...
Za dwie stówy to ja się nawet nie schylę :D
Bo to brutto.
A ja się cenię.
Że firma przepłaca?
Firmy wina. Na zewnątrz zapłacili więcej, a że ja więcej nie mogę zarobić chcę całość, którą mogę zarobić. I nie chcę za dużo, jestem o wiele więcej warta, I już to wiem...
Tym bardziej, że w mordę jeża, ale ja tam pracuję jako REDAKTORKA we wszystkich branżach. Jakbym tylko korekciła, to ojapierdolę. Bo jak inaczej nazwać fakt, że doktor (!), a jakże, znający perfekt niemiecki nie zna i nie umie odmieniać nazw landów?? W sumie powinnam olać ten błąd, jak i wiele innych, bo co mnie to? Nie znam niemieckiego, tak samo jak nie znam angielskiego. Ale znam siebie. I nie, że w bębenek biję. Zatrudniając mnie zyskują. Szkoda tylko, że widzą to wszyscy, oprócz osób decyzyjnych.
Błędy chirurga kryje ziemia.
Moje wyłażą w druku. Rzadko, ale wyłażą. I nie, że nie pracuję, Pracuję, z pistoletem przystawionym do głowy...
I tak będę pracować do usranej śmierci. Ano... Czyż można sobie wyobrazić piękniejszą śmierć?? Bummm i mózg na ścianie, ręka, noga, a flaki na suficie :D
Ale życiowy wkurw mi nie przeszedł, bo nie i już.
Bo życie to nie je bajka, co nie??
Juterko będę polowała z... wkurwem w dłoni na kilka stron. Biedny ten, co pierdoli jak Piekarski na mękach co miesiąc, bo tylko jego strony zostały.
Spis treści ostrzeżony i wie, że nie ma szans.
Jest czujny, zwarty, gotowy.
Bezkrólewie jest, nie ma Bossa ani żadnego z wice.
Kto rządzi??
MOI :)
A potem odejdę bez pożegnania, jakby znienacka ktoś między nami zatrzasnął drzwi.

Tak na serio mam dość. Wszystkiego. Od dawna tak nie miałam...

wtorek, 16 czerwca 2015

Plan

wykonywałam i szło mi znakomicie. Zakazałam jednocześnie zbliżania się do mnie na odległość mniejszą niż pół metra i się działo.
Prawie płakali, gdy wtem...
Łubudubu...
Wice zniszczył mój misterny plan.
Wyznaczył strony do zamykania do 12 w południe i walec ruszył.
Kto wygrał?
Ja...
O 12 miałam zrobione co dostałam, no dobra, o 12.02, patrzyłam na zegarek.
Oni nie mieli napisanego :)
Ale nic to, do końca dnia wolnym walcem zeszło i poganiając spóźnialskich, którzy mieli pierdyliard pomysłów, dlaczego strony "nie do 12 muszą mieć dziś" wyszłam o 17.09. Tyż piknie.
W międzyczasie jeszcze dwie stronki do wydanego na zewnątrz przejrzałam, a panie płakały, że nigdy więcej na zewnątrz, bo... osoba, która to robiła, mało że robiła, jak chciała, to... prawie nie było poprawek, co się im nie podobało.
No nic, zobaczymy co będzie dalej :)
Jutro już luz, bo reszta z palcem w dupie.
Ale praca fajna, co nie? Bo nie tylko wały u mnie konsekrują, ale i takie kwiatki sadzą :)

 albo

I tak dalej dumam nad erzatz, cholera, nie życie.
Bo to i w piekarni ostatnio więcej pieczywa bezglutenowego, jak zwykłego (posrane to już, co to, wszyscy mają celiakię??).
Na półkach z nabiałem: mleko bez laktozy, mleko sojowe, mleko kokosowe, a gdzie do cholery i do jasnej ciasnej mleko, co się normalnie zsiądzie? Gotowe zsiadłe jest, a jakże, ale jak się skład poczyta, to się człowiekowi odwiduje...
Oprócz wkurwu pracowego włącza mi sie wkurw życiowy, bo zewsząd słyszę, że źle żyję. I mówią mi to, linki podsyłają, emilkami bombardują, jeszcze trochę i w mordę jeża...
Bo źle się odżywiam, jak będę to jadła, a tego nie, to zachoruję na raka. Ojapierdolę.
Schudnę, nie schudnę, odmłodnieję, zestarzeję się.
A szlag i jasny piorun z wyładowaniami doziemnymi trzaska mnie, jak słyszę: zdrowe albo organiczne.
Że koniecznie, że nie ma innej opcji, że to śmo, tamto sramto.
Ludzie!!!
Nikomu nie bronię robić ze swoim życiem co chcecie :) Możecie stosować diety, jakie wam się żywnie podoba. Mi to rybka. Możecie chodzić zimą w kaloszach, nago i w kapeluszu z woalką. Z piórkiem w dupie, a nawet z otwartą parasolką. Jeść trociny i popijać denaturatem, skoro wam smakuje, wolna wola.
Chodzić do znachora, bądź do profesora...
Ale ja nie chcę się badać, jeżeli mam raka, to trudno, będę się musiała z nim zaprzyjaźnić, albo z nim walczyć, ale wybór należy do mnie!!!
Nie chcę się zdrowo odżywiać, chcę nadużywać rzeczy niezdrowych i zakazanych. Soli, cukru, alkoholu. Bo taką mam fantazję.
Jak mnie najdzie, chciałabym pojeść kukurydzy GMO.
I zmieniaczków posypanych DDT, bo takie jadłam w dzieciństwie i mi smakowały, jak potem już żadne.
Wiele rzeczy mi się nie podoba, na wiele się nie zgadzam. Nie zgadzam się z wyborami innych. Ale je akceptuję, bo to ich wybory.
Jestem za aborcją, choć sama nigdy bym tego nie zrobiła. I to nie ze względu na wiarę, ale ze względu na to, że odpowiadam za swoje czyny i decyzje. Jeśli ktoś myśli inaczej, wolno mu. Nic mi do tego.
Jestem za związkami partnerskimi, nie przeszkadza mi życie na kocią łapę i inne takie tam. Bo to decyzje danej pary, nie moje. Za swoje błędy zapłaciłam i płacę. Nikomu nie mówię zrób tak, a nie inaczej. Swoje dzieci ostrzegam: zapłacisz. Ale to ich rachunek i ich wybór. Niech płacą.
Jestem przeciwna szczepieniom. Swoich dzieci nie zaszczepiłam. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Moje dziecko swoje dzieci szczepi, choć wie, że jestem przeciw. Ale to jego dzieci i jego decyzja.
Lubię alkohol. I wkurza mnie, jak mi ktoś narzuca na siłę abstynencję. Piję za swoje, bo chcę i mogę. Nie wmuszam w nikogo, ale chcę mieć możliwość wyboru. Znam alkohol od poszewki, wiele zła w moim życiu narobił. Jestem DDA. Alkohol zabrał mi brata. Ale... To moja decyzja.
Nienawidzę palenia, choć sama paliłam jak smok. Jeżeli ktoś pali, mi to rybka, co najwyżej poproszę: nie dmuchaj w tę stronę. Ale nie zmuszam i nie plumkam sto razy dziennie o niepaleniu.
A tak mi się wszystko przelewa.
Bo wciąż słyszę, że dzieci też źle wychowałam.
Mniejsza z większym, być może, ale też żadnej szkoły wychowywania dzieci nie ukończyłam i może to zaważyło na błędach mojego wychowania :)

Niech nikt nie uczy mnie, jak mam żyć, bo to ja będę umierała. Sama. Z nadzieją, że jest coś, że ktoś na mnie czeka, poda rękę i...
Dostanę po pysku za całokształt najpierw, jak sądzę, ale może nie będzie aż tak źle?? :)

I tym optymistycznym akcentem, Kochany Pamiętniczku kończę, bo jeszcze coś na ruszt na juterko muszę wymyśleć. Bo jak idę do pracy z obiadem, to szybko zamykamy, a jak bez, to chodzę głodna, wściekła i wychodzę po godzinach :D 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jestem

jak wulkan. Zbierało się, zbierało i... wybuchłam. Dokładnie o 16.30.
Jak Krakatau.
Bo o 16.30 moja poczta zwariowała i zaczął nadchodzić emilek za emilkiem. A ludzie w wydrukami ustawili się w kolejkę.
Więc wybuchłam. (Tak, że aż dziwne, że antyterrorystów nie wezwano i nie wyprowadzono mnie w kaftanie. Ale ciekawie było, co nie??).
Bo oni zostawiali pracę (jak można jednocześnie przygotować 5 artykułów??). I maszerowali w stronę słońca.
W sumie ja też mogłam tak zrobić. Sęk w tym, że nie lubię zostawiać niedokończonej roboty, a jutro 6 arkuszy musi wyjechać do drukarni, co równa się temu, że padnę na mord. Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, jestem jedna. I jakkolwiek oni mogą mnie zasypać, to choćbym nie wiem, jak się starała, mogę czytać jednocześnie JEDEN tekst. A czytam szybko, zapewniam... Niby wszyscy to wiedzą, ale... No właśnie...
A cały dzień, co ja mówię, cały tydzień śmichy, chichy, telefony, nasiadówki w kuchni i na papierosach.
Pierdolę, nie robię.
Wybuchłam i zagroziłam śmiercią, a że na biurku leżał nóż z ułamanym czubkiem, towarzystwo nie ośmieliło się więcej wydruków podrzucić i niedobitki czekały aż wyjdę... Może coś pod drzwiami wsunęli. Jak wyszłam.
Ale nie, nie ma co liczyć na to, że jutro będę godzinę wcześniej. Nie. Przyjdę za dziesięć dziewiąta. Pójdę do kibelka. Wrócę. Otworzę okno. Wezmę herbatkę. Pójdę do kuchni, poszukam kubek, zaparzę herbatkę. Zaniosę do pokoju, korytarz jest długi, jakieś 50 kroków jak nie więcej w te i z powrotem. Postawię herbatkę. Pójdę na koniec korytarza podpisać listę. Pogadam z tym, kto mi się nawinie o dupie Maryni. Wejdę do pokoju, odpalę kompa. Sprawdzę pocztę. Zrestartuję kompa. Poukładam wydruczki. Wstanę. Do kibelka umyć rączki znów. Mam nerwicę natręctw jakby co. Może i tusz zabiorę i oczęta umaluję?? Inni malują :) Do pokoju. Wyciągnę pojemnik z obiadem, zaniosę do kuchni do lodówki... Wejdę na Firefoksa i co to ja chciałam?? A, emilki z pierwszą korektą :D Brzmi świetnie ten plan, co nie? To się nazywa strajk włoski  :) I nie, nie polecę z każdym wydruczkiem, bo koledzy czekają. Pozbieram je na kupce, rozniosę hurtem.  Korytarz długi, a ja mam globusa :D Źle się czuję. Migrena. Upał... A co mi tam...
Zrobiłam dziś wszystko, oczywiście, mam nadgodziny i poszłam.
Jutro wraca Boss i stwierdzam, że aczkolwiek atmosfera jest ciężka jak jest, to przynajmniej nie walą mi takich numerów, bo wiedzą, że sprawdza, ile już zrobili.
Przeszło mi, wiem, że sobie poradzę, ale dlaczego mam siedzieć po godzinach, skoro jestem dyspozycyjna w godzinach? Rozumiem wypadki losowe, ale totalnego olewactwa nie.
I wiem, dlaczego mnie lubią. Bo na korektorkę flancowaną muszą czekać.
I dlatego chciałabym móc iść na emeryturę, bo zmęczona jestem comiesięczną szarpaniną.
Pocieszam się, że w Auschwitz szarpanina była prawie co dzień, ale to marna pociecha...
No nic.
Słowa, jak sztuczny miód, erzatz, cholera, nie życie.
Kawa bez kofeiny.
Piwo bezalkoholowe.
Tak mnie naszło, że do dupy to wszystko.
Jednak mnie inaczej chowano. W poczuciu, że pracę, obowiązki i to, co się obiecało należy wykonywać sumiennie i dokładnie. Nie olewać.
Chłopcy mają to po mnie, też tyrają jak mróweczki.
U nas to rodzinne, a szkoda, mogłam im w genach przekazać odrobinę lekceważenia do życia, ale nie.
Za to Ex nigdy rękawów sobie nie wyrywał, co to, to nie :) Co mógł zwalić na kogoś, to zwalał... A przy tym jego "uczciwość" była też taka erzatz. Bo pracowaliśmy razem w warsztacie u szwagra. Wycinaliśmy elektrody do EKG. Pracował tam też mój ojciec. I Exowi zawsze teściowa dopisywała godziny, że pracował. Ja byłam rozliczana ze sztuk zrobionych elektrod, bo pracowałam, jak znalazłam chwilę. I mój ojciec, zostawał po godzinach i wycinał te elektrody, podrzucając mi, bo widział, jak szarpię się z dwójką dzieci, domem, gotowaniem, wszystko było na mojej głowie, bo Ex u mamusi kawkę popijał i Carmeny palili... Ex wyczaił w którymś momencie, że ojciec dokłada mi pudełka i zakapował. Ojapierdolę, jaka była afera. A przecież mój ojciec robił po godzinach, za które nic nie brał!! Wiem, nie do końca to było czyste, ale czyste było to, że oddawałam "normę", a Ex brał za niewypracowane godziny... :) I nie, że na dom dawał, co to, to nie. On miał swoje potrzeby, do kawiarni lubił wyjść, a palił jak smok :)
No nieważne, posmędziłam :D To se ne vrati.
Ojca potem pilnowali, żeby mi nie pomagał, wkrótce wziął i umarł, a ja odtąd tyrałam i tyrałam, aż dorosłam, pozbyłam się Exa i klepię biedę, bo ona to lubi.
Ale to moja bieda i ja ją też lubię.
 A chłopcy, jak zostaliśmy sami, nie lękali się żadnej pracy. Brali fuchy, których nikt nie chciał, bo znali wartość pieniądza od małego.
Uczyli się. I doszli do czegoś :) Co mnie cieszy. I nie, że laurkę im wystawiam, bo bywało naprawdę cienko, pracowali nie wstydząc się żadnej pracy.
Nawet takiej, gdzie płaca hańbiła, bo dzięki temu przeżyliśmy.
I to się liczy, choć gdzieś tam wciąż boli, że...
Erzatz, cholera, nie życie...
A może nie? Może to właśnie jest prawdziwe życie??

niedziela, 14 czerwca 2015

Z poślizgiem

i to niemałym, ale grill się odbył.
Było zielono. Po prostu. Zieleń to kolor nadziei. Z nadzieją, że wszystko się poukłada...


Nie robiłam specjalnie zdjęć, nie chciało mi się. Choć Kierownik Budowy polował z moim aparatem na fruczaki, które stadami latały, ale nici z tego. Latały, ale nie siadały, bo nie miały na czym.
Napasłam oczy fruczakami i zielenią.
Zapisałam w pamięci miłe chwile z miłymi ludźmi.

Bezcenne.

sobota, 13 czerwca 2015

Sprawdziła się

moje teoria, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Bratki wybujały tak,  ze ojapierdolę, ale było widać, że już odchodzą. I takoż stokrotki. Baran łaskaw był wyłożyć mi, że bratki to kwiaty dnia krótkiego, a teraz długi już jest :) A Dora kusiła zdjątkami fruczaczków (mi żadnego dotąd się nie udało upolować).
I cóżem uczyniła, istota rozrzutna?
Pojechałam na giełdę kwiatową.
I tadam :)

Wygrałam :)
Bo na przystanku spotkałam koleżankę z pierwszej pracy korektorskiej. Ma mamę w sąsiednim bloku, ale zalatana i nigdy nie ma czasu wpaść, bawi wnuki i takie tam... Gadu gadu, pierdu, pierdu, wsiadamy do autobusu, a że pożaliłam jej się, że moja karta wariuje i ściąga mi jak za cały bilet, a nie za połówkę, zaśmiała się i zapytała: ale po co płacisz za dwie osoby??
Fuck you...
Instrukcja jest tak skonstruowana, że ja, techniczna dupa zrozumiałam, że muszę najpierw kliknąć +U, znaczy się, wybieram bilet ulgowy. I takiż mi wyświetlało, ale ściągało za cały. Nigdzie nie napisano, ani mnie też nie oświecił żaden z "konsultantów MPK", że moja PEKA ma już zakodowaną ulgę i jak nią "pikam" dla siebie, to odpikuje ulgowy bilet. Jak duszę +U to ściąga mi za mój ulgowy bilet i za "osobę towarzyszącą", za którą płacę... Kuźwa... :) Zatem koniec z sieciówkami i jadziem panie Biedronka na t-portmonetkę. Za dojazd na giełdę ściągnęło mi 3,40, a za powrót tą samą trasą już tylko 1,60 tak jak należy. Ufff...
Znaczy się, miałam dziś jechać na giełdę, spotkać koleżankę, rozwikłać sprawę kasowania i nie kupować więcej sieciówki :)

Upał był zabójczy dziś, błogosławiłam kupno rolet, bo dzięki temu w mieszkaniu było 21 stopni, a z tym da się żyć.
Balkon zmienił image.
Troszku, ale zawsze :) Drabinkę drugą trzeba było dostawić, bo się kwiatki nie mieściły, ale oj tam, oj tam.
Trochę przesadzałam, ale tylko trochę :D




I Wicuś pięknie rośnie, już się wije wokół drabinki, a w tym kącie ma najwięcej słońca rano i chcę, żeby z drugiej strony loggii rósł :D

A tak poza tym Kierownik Budowy chciał wlecieć, a potem zniknął, może wleci jutro, kto go tam wie?
Inżynier miał kupować garnitur, ale nie wiem, czy kupił.
Baran zaś zgłupiał do reszty, i niestety, nic na to poradzić nie mogę.
Zatem słuchając moich piosenek powoli zwijam się spać, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją, że jednak ten zapowiadany burz dojdzie, wyburzy się nocką, i znów nie stracę dnia czekając na gości, którzy chcą wlecieć, ale im życie rzuca kłody pod nogi.
Nie lubię :D

piątek, 12 czerwca 2015

Stare

grzechy mają długie cienie...
Okazuje się, że za przejście górą po przęśle mostu Rocha grozi nawet 5 tys. złotych grzywny :)
Oj tam, oj tam, za moich czasów straży miejskiej nie było, a milicja miała inne zadania :D
Przeszłam, nie spadłam, mimo mojego lęku wysokości.
No i co?? Nie miałam ani jednej poprawki na studiach (przejście przez to przęsło gwarantuje bezbolesną sesję)... A dyplom mam na piątkę.
Fakt, obaliliśmy wtedy parę win, ale kto młodym zabroni?
To były wermuty. Dziś wiem, że wermutów nie pije się solo, ale... Zdrowe żołądki mieliśmy :)
Niechcący wygadałam się z tego wyczynu Inżynierowi kiedyś. Zatkało go, spojrzał na mnie zabójczym wzrokiem i rzekł: a nam mama wszystkiego zabraniała...
Dobrze, że wygadałam się, jak już polibudę skończył i nie miał motywacji do łażenia, a teraz jest na to za stary... Bo nawet do pubu mu ciężko wyjść.
Oj tam, oj tam, nawet Stara Jędza była kiedyś młoda i dobrze, że dzieci nie poszły w jej ślady :D

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach...

czwartek, 11 czerwca 2015

Bezkrólewie

panuje. Z jednej strony fajnie, luz i hasta maniana, z drugiej będę musiała wszystko zrobić w dwa dni. Nic to...
Dziś pół dnia na kawie, bo nowożeńców mamy.
Trafiło mi się towarzystwo koleżanki, którą bardzo lubię, bo kochana kobieta i nieba by przychyliła, ale mało że erotomanka gawędziarka, to jeszcze do tego rzekłabym - nieżyciowa. Oczywiście, wolno jej mieć swoje poglądy i zasady, jest do rany przyłóż. Tak się składa, że państwo młodzi to para pracowa, są ze sobą od lat. Pobrali się, bo za niedługo będzie mały urwis na świecie. No i koleżanka cały czas podkreślała, że ona sobie nie wyobraża, żeby jej córki z taaaakim brzuchem do ślubu szły.
A życie jest pełne niespodzianek, zasadzek i pułapek.
Każde dziecko jest darem, nieważne, ślubne, nieślubne.
Ono się na świat nie prosiło, to my je sprowadziliśmy, bo albo mieliśmy taką fantazję (ja miałam, chciałam każdą kosteczką swojego ciała mieć coś, co będzie moje do kochania, hormony buzowały mi jak najęte, ale uczciwie uprzedzałam przyszłego męża, że zajdę w ciążę, bo to "ten" dzień. I zaszłam. Na polanie, we wrześniowym słońcu, w pachnącym już jesienią lesie... Ślub braliśmy, bo on chciał, ja chciałam dziecko. Pierworodny do dziś nie dopuszcza faktu, twierdząc, że jest wcześniakiem i już :)... albo nie stosowaliśmy antykoncepcji, albo chcieliśmy mieć dziecko, bo pora.
Ilu ludzi, tyle decyzji, a każda niesie ze sobą odpowiedzialność. Bo jeśli jesteśmy ludźmi dorosłymi, ponosimy konsekwencje swoich decyzji.
Inżynier był planowany, choć biedę klepaliśmy (ale co tam, ona to lubi), bo nie chcieliśmy, by Pierworodny był sam.
Szwagier, śpiący na pieniądzach zapytał mnie (do dziś widzę ten moment, a szwagier wczorajszej nocy mi się śnił, makabra), ile mi mąż zapłacił za kolejną ciążę... Zaniemówiłam. Wiedziałam, że on chce mieć kolejne dziecko, ale jego żona mówiła NIE dużymi literami. Fakt, że ich syn urodził się niepełnosprawny, ale... Wyszedł ze wszystkiego, dziś ma już prawie 40 lat... A rodzony dziadek lekarz skazał go na śmierć z góry, mówiąc: nic z tego nie będzie...
Pokręcone jest życie.
Tak mi się to wszystko nasuwa w odniesieniu do tej kampanii, co ją rozpętano, co kobieta ma zdążyć...
O Paryżu marzyłam od pierwszej klasy podstawówki, odkąd przyjechał do Polski kuzyn z Francji, ten, z którym po 50 latach spotkałam się w Paryżu i któremu nieśmiało powiedziałam: merci, dziękując za czekoladki i inne zachodnie bajery... Te lata marzeń to nie było coś, co spisuję na straty - czasami niespełnione marzenia są piękniejsze.
Ale nie myślę, że ktoś, kto woli podróżować jest gorszy ode mnie, bo urodziłam. Takie miałam marzenie, a jeśli ktoś ma inne, to ma do tego prawo.
Bo to jego życie.
Jego wybór, on za to płaci.
Moja koleżanka jest w związku z żonatym mężczyzną od 36 lat.
Wie, że nie zostawi dla niej żony ani córki. Godzi się na to. Chciała mieć dziecko, on zaproponował jej kota. Kot był całym jej światem. Odszedł. Nie chciała już kota. Ma psa. I SM. Po pięćdziesiątce zachorowała. Facet jest wciąż z nią. Jest czuły, opiekuńczy. Podziwiam ten związek. Trwa dłużej, niż moje małżeństwo. A przecież nie ślubowali. Czy jest szczęśliwsza ode mnie? Na swój sposób tak. Więc każdy ma swoją drogę i każdy ma swoje piekło...
Z Sikorą byłam od początku, zresztą co się będę przechwalać. Mamcią umrę :D I wiem, za co Skubana mnie lubi...
Wspierałam ją, gdy walczyła i byłam z nią, gdy skapitulowała.
Bo to Ona się liczy.
I nagle, znienacka, wygrana jak na loterii. Dwie wygrane. Ale Sikora to Sikora, matka Polka z aureolką.
Moi Przyjaciele (dwie pary) nie chcą mieć dzieci. I... Dla mnie to nie problem. Bo dlaczego mam im układać życie, skoro swoje ułożyłam, jak chciałam i nikomu nie dałam się w to wtrącać? Są moimi Przyjaciółmi, niezależnie od tego, czy mają dzieci, czy nie.
W pracy mam koleżankę, która dzieci mieć nie może. Po latach zdecydowała się na adopcję. Jest osobą oschłą, jak dla mnie interesowną. Jak coś potrzebuje, to jestem Starusieńką Jędzuleńką. Jak nie potrzebuje, a wymaga, jestem Starą Jędzą. Ponieważ realnie też mówię o sobie Jędza, a ona jest głęboko wierząca, zawsze oburza się, gdy mówię, że taka ze mnie Jędza, że mam wnuczkę Małą Wiedźmę i że spalą mnie na stosie. Bo nie wolno, bo to niechrześcijańskie :) Może... Przed adopcją była wniebowzięta, po jest pełna goryczy. Bo z dziećmi są problemy, bo nie jest tak łatwo zostać w pracy po godzinach, a ona zostaje, bo karierę robi (tak jej się wydaje), bo opiekunka kosztuje, a dzieci brudzą i śmiecą, wymagają opieki, przytulenia, chodzenia na wywiadówki i takie tam.
Wiem to wszystko.
Moja młodość na tym upłynęła.
Na graniu w planszówki, których nie cierpię.
Na rysowaniu autek.
Na czytaniu (to akurat uwielbiam), opowiadaniu na dobranoc (i broń buk liściasty zmienić słowo w bajce "była sobie mama i był sobie tata i nie mieli ani jednego słodkiego złotego kochanego synka... opowiadanej do wyrzygania Pierworodnemu na temat: skąd się wziął na świecie), na dzień dobry tolerowaniu sublokatorów (kurde, do dziś, co któryś do domu wleci, to się rano jak ja lecę do łazienki sublokatorzy w moim wyrze i wywalić gada nie ma sposobu) i inne takie tam...
Przeżywanie porzucenia w jednym dniu. Co bolało nie tylko mnie, ale i Inżyniera, bo nagle skreślono mu z życiorysu 20 lat z bratem,
Przeżywanie umierania Inżyniera.
Noclegi Inżyniera na dworcu w Warszawie.
Zarzucanie mi, że jestem wredną matką, bo... oj tam, taka jedna Karolina (Baranie, pamiętasz jak tłumaczyłeś mi jak krowie na rowie?)...
I inne takie tam.
Choroby, łapanie krasnoludków na kordełce.
Pierwsze miłości, ostatnie miłości.
I... Inżynier mi ostatnio rzekł, że wiele mu się we mnie nie podoba, ale nie sprecyzował co.
A szkoda.
Bo może miałabym szansę poprawy??
A tak umrę niepoprawiona i...
Oj tam, oj tam, wiem że i tak polecę do piekła.
Zasłużyłam całokształtem i nie dajmy się zwieść pozorom. Tylko ja (i częściowo Baran, ale nie do końca) wiem, dlaczego.

Się rozpisałam, a to wszystko przez głupie nawoływanie do mienia dzieci.
I po co?
Każdy jest kowalem swojego losu.

Cieszę się, że znów pracowy okres i cieszę się z ponownego odkrycia mp3. Ja, głucha, jednak mam pamięć muzyczną. Po 3 latach bez mała niekorzystania z mp3 wiem, jaki utwór poleci następny.

I to jest, Kochany Pamiętniczku clou :)
A juterko bladym świtem zrobię sobie do pracki paryski obiad i tym razem jajka nie wylądowały na suficie :)


środa, 10 czerwca 2015

Olaboga

Jaka byłam szczęśliwa, lecąc do pracy, moje ukochane 4 kilometry. A że w nocy Endomondo chodziło beze mnie, rano okazało się, że mam rozładowaną baterię i nici z Endomondo i muzyczki...
Wyłączyłam ajfonika, co by bateria całkiem nie padła, bo już czasu na ładowanie nie było i... przeprosiłam się z odtwarzaczem. Łomatkozcórkom, ile ja mam tam muzyki i jakiej fajnej :) Na ajfoniku połowy z tego nie ma, więc... Endomondo będzie chodzić swoją szosą, a ja przeproszę się z empetrójeczką.
Jako że Boss w USA, w zagrodzie rozpiździel i wyrzucili mnie, bo marudziłam, żem bezrobotna. Tak, tak, mimo urlopu miałam pracy tyle, co kot napłakał. Rozpaczała tylko załoga nowego dodatku, bo nie wiem jakim cudem Boss pamiętał i dał to na zewnątrz. Nie powtórzę, co mi się cisnęło na usta, bo ja miałam to robić za uśmiech Prezesa. Nie robię i OK. Moja wiedza też jest warta i etat jej nie obejmuje. Amen.
Zatem o 13 wolna jak skowronek lecę i myślę: Panorama po drodze, wlezę, a nóż, a widelec...
No i było czerwonych butków od metra, ale wszystkie w szpic, szpilki albo koturny. Były koturny za 40 zł, pomyślałam, co mi szkodzi, ale ja na nie wlazłam, tak szybko z nich zlazłam, nie mam ochoty skręcić nogi w kostce. Obleciawszy zatem pierdyliard sklepów wyszłam z niczym.
Za to truskawki piękne kupiłam, prawie granatowe... ale  bez smaku w tym roku wszystkie. Gdzie są truskawki mego dzieciństwa, no gdzie.
I tak słuchając

lecę do domu i po drodze apteka. Zatem pytam o nakładki na halluksy, ale nie mają. Skusiłam się na plaster żelowy, drogie paskudztwo, jeden 4,50 ale wydaje mi się, że jakoś w tym przez kościół przebrnę.
A potem hulaj dusza, piekła nie ma.
I nie, nie mam obiekcji do zmiany obuwia, nie mam też obiekcji, żeby w trampkach nawet popylać.
Rajstop nienawidzę, ale założę, bo tego elegancja-Francja wymaga.
Ten model tak ma, jest otwarty na wszystko, uwielbia mieszanie wzorów i kolorów niemieszalnych, im głupiej, tym lepiej.
Ale.. Z tyłu główki ma też nauki mamine, co jest dobre, a co nie. I że nie hańbi cera, ale dziura czy plama... I takie tam. Do dziś pamiętam, jak szliśmy do kościoła za najbogatszą we wsi gospodynią, co to hohoho... Pani odziana w modne wówczas karakuły zasuwała w wydeptanych butach ze zdartymi obcasami i z oczkami na pończochach... Moja teściowa zaś, posiadaczka kilku karakułów, w tym najdroższych, szarych, wszystkich zębem czasu nadgryzionych, malowała je... pisakiem, żeby dziur nie było widać :D Nie pamiętam już który z chłopców zapytał, co to są karakuły. Jak usłyszał, że są to futra z owieczek, których matki są bite, żeby poroniły, boczył się na babcię i nie chciał dać buziaka :) Się nie dziwię :P :)
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc, ale kto korektorce zabroni?) jakkolwiek na co dzień popylam jak ten szuszwol, jak już elegancja, to na całego. A że Inżynier ma hopla, a ja z nimi idę, to chcę wyglądać jak porządna matka, a nie jak szuszwol.
Przykleiłam zatem ten plasterek i siedzi się całkiem wygodnie :) Gorzej z chodzeniem, ale daję radę i chodzę majestatycznie, jak na obcasach trzeba, a plecy mam proste jak struna :D Inaczej się nie da. Zatem taksówką do kościoła, a ten kilometr jakoś przelecę, w najgorszym przypadku wezmę taksówkę. Wybiorę się tam na rekonesans, bo nigdy tam nie byłam :)
Nie chcę kupować butów, które nie pasują do image'u.
Na ślub Inżyniera nie będzie problemu, bo tam wszystko w jednym miejscu będzie.
A do trumny to nawet bez plasterka pójdę.
Jeszcze muszę tylko porządne rajstopy znaleźć, bo bazarowe się nie nadają (od 3 lat nie kupowałam rajstop, nawet zimą pod spodniami nie noszę). Te domowe zetlałe są, naciągnęłam i traaach :)
Tak więc wszystko mam z głowy, a łażenie poćwiczę, co by mocno buty rozchodzić. Polecialam w nich nawet do piątki i tak, jak myślałam, w domu gładko, a na chodniku trudniej.
Ehhh, a kiedyś noc na 12-centymetrowych obcasach przetańczyłam, inna bajka, że do domu wracałam na boso :)
SKS :)

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Wywlokłam


dziś ze szafy strój wizytowy, co to w nim na wesela mam zamiar lecieć i...
Zalałam się rzewnymi łzami.
Kiecka leży jak złoto, nawet lepiej, niż wtedy, gdy ją kupowałam na ślub Pierworodnego.
Zgubiłam wprawdzie różyczkę, która spina bolerko (znaczy się, nie zgubiłam, Miśki wredne schowały), znajdzie się, albo i nie, ale to nic. Bolerko wygląda dobrze niespięte, poza tym namiętnie kolekcjonuję te małe złote agrafki i jak coś od spodu pięknie przypnę, a i broszek starych kilka mam, ale... Odkopałam też perełki, kiedyś modne, hodowlane, mam dwa sznurki i do tej kiecki wyglądają OK, sama sobie się podobałam i gotowa byłam lecieć na ślub teraz zaraz już.
I tu usiadłam i zapłakałam. Rzewnymi łzami. Bo jako dodatki do tej kiecki kupiłam czerwone buty i czerwoną torebkę i to jest clou...
I już 3 lata temu nie mogłam w tych butach uchodzić, a kupiłam je tylko dlatego, że innych czerwonych NIE BYŁO, bo... po sezonie było. Były tylko szpilki, a jak wiadomo, choćbym kopciuszkowych sióstr sposobem obrzezała sobie nóżęta, w szpilki nie wejdę. Więc kupiłam za grube pieniądze te buty, z zakrytymi palcami i goła piętą, na solidnym półsłupku, co mnie udźwignie. Były tylko pół numeru większe (kiedyś takie połówki nosiłam, ale teraz noga nie ta), wytrzymałam w nich w domu raptem godzinę!!! A przecież tu prosto i gładko, a ja będę musiała w nich iść w terenie (z kościoła do knajpy kawalątko, idziemy na nóżkach). I mam do nich idealnie dobraną torebkę kopertówkę, w tym samym odcieniu za całe kurde 75 zł polskich (wiem, cóż na to poradzę, że ze Szkocji wyrzucono mnie za skąpstwo i nie zrezygnuję z torebki raz użytej, w której mieści się z trudem mój portfel i ajfonik). Kuźwa mać.
Na weselu Pierworodnego impreza była w zajeździe, w którym mieliśmy pokój, więc hycnęłam chyłkiem i ukradkiem do pokoju po obiedzie i zmieniłam buty na takie, w których mogłam swawolić, latać za Małą Wiedźmą i nie paść trupem.
Mam wkładki, nakładki, zakładki, buty są nieużywalne, wiem co mówię, próbowałam dziś je rozchodzić  W sensie, że coś z tym zrobić, myślałam o zaniesieniu do szewca, ale nie, noga wchodzi, są po prostu niewygodne i już, choć nawet spód mają specjalnie gofrowany. Jak mówię, kupiłam, bo nie było innych, z nadzieją, że się uklepią.
Nie uklepały się.
Polatałam dziś po sklepach, gotowa wydać kasę, której nie mam na nowe buty, ale...
Poza kurewskimi szpilkami dla anorektyczek, ewentualnie nadających się do wyczołgania się z łazienki i dowleczenia do łoża nie ma czerwonych butów.
Bo w tym sezonie niemodne.
Modne są... koralowe, a ten koral jest róziowy, że ojapierdolę.
I co mam biedna zrobić?
Mogę iść na wesele i kisić się przy stole, bo w tych butach nie zatańczę.
Mogę wyglądać nieelegancko, mam nowiuteńkie sandały z Maciejki, skórzane, na płaskim, czyste, nówka nieśmigana, ale... no nie będę już tak superekstra. Wiem, że to nie moje wesele i nie ja tam gram główną rolę.
Ale...
Nie wiem, co robić, Kochany Pamiętniczku, bo ponoć to straszne faux pas iść z odkrytymi palcami i na płaskim na taką imprezę.
Z drugiej strony na noszach mnie zabiorą w tych czerwonych, nawet jak nie będę tańczyła.
Inżynier śmieje się i mówi, że na jego weselu mogę być w trampkach jak chcę, jemu to nie przeszkadza.
Celebrytów z bożej łaski sobie pooglądałam na Pudelku i do garnituru faktycznie trampki noszą w operze.
Kochany Pamiętniczku, help me.
A może nie iść na ślub?
Albo iść boso, jak ta pasterka ten tegos??
Buuuu.....

Zdjęcia z 2011 roku, ale nie chce mi się znów robić. Nic się nie zmieniło :)





piątek, 5 czerwca 2015

Kochany

Pamiętniczku, wszystko na razie toczy się wolnym walcem.
I tak z rzeczy miłych - chyba udało mi się uratować winobluszcz mój kochany. O


To jest synek Marka, ma na imię Wicuś... Ma rosnąć (już rośnie) i jak coś, przesadzę i wstawię w drugi kąt, ale nie dam mu się już rozrosnąć na maksa. W puszce nie ma dziur od spodu, ale mam nadzieję, że nie zgnije... Już ładnie strzelił i z tej okazji dostał drabinkę, na której zaczynał jego tatuś :D  Niezmiernie mnie to cieszy... W starej donicy wyrastają nowe pędy, ale tam pełno uschniętych i z tym całym galimatiasem poradziłby sobie Nadworny Ogrodnik, ale ten wypowiedział mi służbę i nie pojawi się u mnie, jak obiecał ;( Trudno...

Druga rzecz uratowana to mój osobisty, kochany, słodki, złoty i jedyny kompiczek. Jakoś zainstalowało mi się adware PriceMinus, ojapierdolę, co za cholerstwo. Myślałam, że sobie w łeb strzelę, przeryłam cały kompik i nigdzie nie mogłam tego znaleźć, antywirus też go nie widział. Pisałam do Inżyniera, ale nie miał czasu, dopiero w sobotę wieczorem by wlazł do kompiczka. Kierownik Budowy jest przed ślubem, a inne dojścia... hmmm... Zostałabym więc z pierdyliardem reklam i wyskakujących jak diabeł z choinki okienek, jedynie gmail i FB były wolne, ale co przełączałam stronę, to masakra. Poszłam się wypłakać do wujka, ale były same linki, że "zainstaluj coś co odinstaluje", a ja mam sceptyczne podejście do tego. I na samym końcu wujek mi szepnął, że kompik jest OK, a wirus siedzi na Firefoksie. I faktycznie, kopnęłam dziada w dupę i tadam... Nawet Inżynier napisał mi, że jest dumy ze mnie, a rzadko mi to mówi...

A po trzecie, byłam u lekarza we wtorek. Dolegliwość błaha, ale upierdliwa. Pani doktor zapisała maść z antybiotykiem, a jakże, bez antybiotykogramu, mówiąc, że drobiazg, tralalalala.... Z 10 minut studiowała w kompiku preparacik, a ja cicho siedziałam nie trzaskając dziobem. Jednocześnie poprosiłam o wypisanie recept na pigułki, które łykam od lat na nadciśnienie. Jak ten indor. Jako że w tym miesiącu groszem nie śmierdzę, odłożyłam kupno rzeczonych na lepsze czasy (recepta ważna miesiąc). Kupiłam maść i... Przeczytałam na co szkodzi. A więc: szkodzi na słuch (tak, tak, może nawet spowodować utratę słuchu, nie stosować u osób z osłabionym słuchem - pani doktor obadała mnie w pobliżu ucha, a na bank widziała aparaty). Szkodzi na nereczki, a te u nadciśnieniowców - bo dodatkowa recepta na nadciśnienie - przeważnie są w rozsypce... No nic, jako że chcę się pozbyć cholerstwa, pomyślałam, że zaufam pani doktor, aczkolwiek młodą cipą była, smarowałam się dzielnie maścią trzy razy dziennie, jak przykazała, widząc jak te bakterie Gram-ujemne i Gram-dodatnie spierdalają w podskokach. A... Zapomniałam, że łaziłam z paskudztwem od dwóch tygodni, no bo praca... Pani w zielarni zaleciła puder, pomogło jak umarłemu kadzidło. Sama wynalazłam sudokrem, bo skoro dupę niemowlęcia leczy, to i to powinno. I szare mydło. Zagoiło się ładnie, ale plama wciąż była, więc mnie podkusiło do lekarza... I po tej maści znów zaczęło boleć i wylazły krostki, na dokładkę mimo picia wody (wody, nie wódy) moje nereczki strajkowały i w nocy nie chodziłam jak zwykle tam gdzie król bez orkiestry, a rano bolało. Słuch miałam taki sam, znaczy się do dupy, ale to mi nie przeszkadza. Krostki zaś rosły jak na drożdżach, a to Boże Ciało było i pozostawał mi tylko ostry dyżur. Bolały. Zaczęły krwawić... Hmmm... I pomyślałam, ty głupia cipo... Co ci teściowa zawsze mówiła i co zawsze w domu stało? Święty płyn, a jakże... Jak teściowa zmarła, to tylko ja mam recepturę, bo tylko ja się tym interesowałam. No to sruuu... I okłady (kiedyś, w całkiem innej galaktyce, Pierworodny robiąc mamie na złość siusiu w majtki rzucił się na rozpalone do czerwonego drzwiczki od pieca. Wsadziliśmy mu łapy od razu w to i... nawet pęcherza skunks nie miał). Przy dzieciach był to plan awaryjny, no ale Stara Jędza nie potrzebuje, bo nie rozrabia. I co?? Krostki pękły, przeprosiłam się z sudokremem i będę dalej kombinować. Kolejka do dermatologa jest na trzy miesiące!!! I dlatego nie chodzę do lekarza, bo to tylko szkodzi. Żeby mnie nie podkusiło, nic by się nie działo, a czerwona plamka pewno by wkrótce zeszła.
Hmmm... Co ma być, będzie :D

A po czwarte mamy nowego listowego i uczciwie do drzwi dzwoni. I tak mnie dziś złapał i zapytał: pani godność?? Zacukałam się, bom niegodna, ale wybąkałam: Stara Wiedźma :) Oczywiście myląc imię, ale nie wnikał i paczuszkę oddał i tym modo mam w domu gościa


  Poznajecie?? Grzeczny, cichy i uśmiecha się mile... :)
Żeby nie było, że resztę wnuków dyskryminuję, zagraniczne już były, to miejscowe na co dzień mam i tak do kompletu


 Little Owl już na balach bywa... Rośnie dziewczyna jak na drożdżach też...

A tu

bonus... Mała Wiedźma, jak miała roczek. U siebie w domu. W sypialni... Bez słów... Biedne dziecko, nic dziwnego, że dobrze czuje się w totalnym rozpiździelu :)

I tak, Kochany Pamiętniczku, chodzenie do pracy mi służy, a urlop nie. Jest za gorąco, żeby wyjść, a poza tym zwyczajnie mi się nie chce.
A na dokładkę na naszym wioskowym portalu znalazłam takiego newsa:

Władze Poznania jeszcze w tym tygodniu rozpoczną pilotażowe działania w ramach projektu "Asystent seniora" mającego zapewnić wsparcie i opiekę osobom, które ukończyły 60. rok życia, są samotne i wymagają stałego nadzoru z powodu stanu zdrowia.

I pytam: kogo posrało?? Sama spełniam dwa z powyższych warunków, więc jakby się uprzeć, asystent się należy jak psu zupa, bo to i niedosłyszę, niedowidzę i czasem zapominam.
Ludzie mają pracować do 67. roku życia, to co?? Asystent za nich robotę odwali??
A za mną poleci te 8 km co dzień, dygając mi torebeczkę i zakupy??
Pierdolenie o Szopenie. Kolejna akcja bez pokrycia. Ale jak pięknie to w mediach wygląda. Władza dla nas robi.

I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją, że jutro gdzieś kubańską dupę ruszę, bo bilet mam tylko do 8 czerwca, a potem z buta :D
Paszport i dowód mi się kończą.
Ojapierdolę.
Chociaż dowód muszę mieć nowy, bo jak coś zwłok nie zidentyfikują.

Hallooo, SJ, bez jaj.
A ślub Kierownika Budowy i Inżyniera.
Ano...
:)

PS Biedny Edek. Niewykastrowany wciąż. Okazało się, że hodowca go nie wykastrował, bo mu jąderko nie zstąpiło. A teraz, jak ma być kastrowany (choć jąderko dalej nie zstąpiło, a hodowca grosze spuścił sprzedając niekastrowanego kocurka), zaśpiewali im za zabieg jak za zboże. I ubezpieczenie tego nie obejmuje. A ponoć tam można wszystko ubezpieczyć. Nie, żeby mnie to cieszyło, ale może... Może doceni, ile kosztuje wychowanie dzieci. Inżynier, bo to z jego kieszeni pójdzie. W sumie, jak obliczono, wydałam około 350 tys. lekko licząc. Nie wiem, może mniej, może więcej. Tak się tylko pocieszam, że to nie na marne poszło tak do końca.
Poszło na moje dzieci. Nie na sranie w banie i nie żałuję, że nie dorobiłam się samochodu. Kocham włóczęgę...
I ten Paryż :D
A Kornwalia, nr 2 na liście, może kiedyś.
Jak znajdę bogatego kochanka i go wykorzystam.
Chciałabym stanąć na klifie tam i poczuć ten wiatr.
Eden i koniec świata.
A potem mogę umierać.
Ale jak umrę bez tego, będzie mi już wszystko jedno, co nie?? :)
A na razie - chcę żyć, mocno...


UPDATE

Myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy, a jednak. Na ślubie Inżyniera (dowiedziałam się właśnie z FB) będzie... pies Panny Młodej, na stałe mieszkający w PL z rodziną. Dlatego wzięli tę lokalizację, ze względu na psa...
No nic.
Mam nadzieję, że dobrze mu z tym... Może i koty dolecą, jak tak...
A że będzie to kosztowało parę tysięcy więcej? Nie moja kasa.

środa, 3 czerwca 2015

Po burzy

jest pogoda.
Nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem, było, minęło, pozostaje marzyć, że się szybko nie powtórzy.
Co się dało odratować, odratowałam, i nie, nie pękło mi z bólu serce, jak znikały zewsząd ślady małych "słodkich" rączek.
Pojechałam rano na giełdę w ramach odstresowywania i mam


tawułkę, kupiłam też żeniszki, lawendę i celozje.
I piwonie, cały bukiet...

I jest super, kwiaty uspokajają.
Umyłam też wszystkie okna, bo wołały o pomstę do nieba, a na dokładkę balkonowa szyba była na celowniku MW non stop, zwłaszcza po klejkim i tłustym.
I cieszę się, że siłę mam, by w jeden dzień to pomyć.
I inne takie tam zrobić. Obiad. Zupę koperkową na jutro, bo został rosół.
Jeszcze tylko wyłapać długie kłaki (nienawidzę!!!), które wyłażą nie wiadomo skąd, np. mimo że wannę myłam już 4 razy, dokładnie, wciąż skądś wyłażą, bleeee...
I korekta w międzyczasie, a co? Wszak mam urlop, co nie?? :)


Muzyka w słuchawkach i słowa:


Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

     Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

     Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

     Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

     Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.


Jaki pokój może być w ciszy...

wtorek, 2 czerwca 2015

Bardziej pokręcone

to wszystko już być nie może...
Wlecieli w sobotę, oczywiście spóźniając się, co mnie nie nastroiło, bo nienawidzę niepunktualności. To kradzież mojego czasu, którego już wiele nie mam...
A to dopiero był początek wkurwu...
Rodziców Synowej widziałam może z 5 razy w życiu, w tym raz na weselu. Jej Mama jest nieszkodliwa, choć gada więcej niż ja, ale jej Ojciec... Zabiłabym, jakby był mój. Taki napakowany, tyle że nie łysy, spode łba patrzy i jest bardzo chamowaty (na lotnisku mało mnie nie przewrócił, jak przyjechali znienacka nie uprzedzając i Pierworodny był już za bramką, opisywałam kiedyś). Tym razem wparował do mieszkania (mojego, nawiasem mówiąc), dzierżąc w dłoni fotelik z Papryczkiem, wszedł do pokoju i nie mówiąc ani słowa... rozłożył kanapę, położył na niej Paryczka... i sam legł obok jak długi.
Nóż w kieszeni otwierał mi się powoli...
Potem na kanapę wskoczyła Mała Wiedźma i zaczęli się kulać.
Ojapierdolę.
A Synowa coś nie w sosie była, jej Mama nadawała jak Wolna Europa, a ja latałam, donosząc kawę i ciasto. (Następnego dnia odkryłam, że babcia J. rzuciła paczkę jakichś ciastek czekoladowych na router i w ostatniej chwili uratowałam router przed zalaniem płynną czekoladą).
Mała Wiedźma przerzuciła się na babcię, rozpłakała, bo babcia nie chciała iść z nią do galerii i kupić jej zamrożonej Elzy...
Babcia poprosiła więc o kartkę i pracowicie spisywała zachcianki MW, obiecując, że pojedzie do Auchan i poszuka...
Papryczek ryczał.
MW ryczała.
Dziadek skakał z kanapy na podłogę i z powrotem.
Cyrk trwał z godzinę.
Pojechali.
A Synowa...
Przytuliła się do mnie (ojapierdolę) i rzekła: jak dobrze, że ty jesteś normalna i cieszę się, że jestem u ciebie.
Zatkało kakao.
Ale nic, dałam obiad i polazłyśmy w siną dal, w stronę słońca, co jednak było poprzedzone godzinnym (!) leżeniem Papryczka u cycka i obowiązkowym smartfonem w dłoni.
W tym czasie posprzątałam po obiedzie i udzieliłam wyczerpujących odpowiedzi na pierdyliard "dlaczego" MW.
Z oczami wokół głowy, bo do psocenia jest jedyna i nie zna dalej słowa "nie"...
"Nie ściągaj tego, bo obok stoi wazon i woda się wyleje"... Wylała się...
No nic.
Poszliśmy  więc, ale MW była niezadowolona, bo ona chciała iść do galerii. A że przeklęta galeria leży rzut beretem obok mojej chaupki, trzeba było sprytu i taktyki, żeby ją ominąć. Łażąc znalazłyśmy... siłownię na wolnym powietrzu, gdzie MW z Synową świetnie się bawiły, a ja kołysałam wózeczek z Papryczkiem, albowiem Młodzi wychodzą z założenia, że stęskniona jestem za kołysaniem.
Papryczek

dziecko pogodne spał jak aniołek (tu akurat nie śpi)
zaś MW szalała


albowiem szaloną dziewczyną jest. Zapoznała tam Szymka, więc Synowa dołączyła do mnie i... ludzie, nie chcę takich historii słuchać, bo w przeciwieństwie do Zmorki nie jestem ani ciekawa, ani nie chcę wiedzieć... No nic, nasłuchałam się i żal mi się dziewczyny zrobiło, bo faktycznie niewesołe to. A na koniec zabiła mnie i moją trumnę gwoździami, mówiąc, że chciałaby być taką kobietą jak ja. Ojapierdolę, niektórych to nieźle gnie, przypomniały mi się jazdy po mojej osobie na FB i inne takie cuda wianki, ale uśmiechnęłam się cicho i półgębkiem, a Papryczek jak na zawołanie zaczął koncert... Mała Wiedźma zaś za Chiny Ludowe nie chciała do domu wracać, nie bacząc na to, że przebudzony Papryczek ostro protestował, gdyż było już po terminie jego kąpieli i cycka... W końcu uległa i ruszyliśmy do domu, ale normalną drogą, więc koło galerii... I znów cyrk, bo ona chce do galerii, bo jej obiecaliśmy (nikt się nawet nie zająknął)... Skoro nie pozwoliłyśmy jej iść do galerii i nie chciałyśmy obiecać, że jutro tam pójdzie, strzeliła focha z przytupem i półobrotem i oświadczyła swojej Matce, że ta ją zaniedbuje i terroryzuje, że wszystko dla Papryczka, a dla niej nic...
Szybko zrobiłam kolację, bo Synowa musi dużo jeść (pochłania kolosalne ilości jedzenia, zjadła u mnie duży słoik majonezu, używa go zamiast masła. Nie, żebym jej żałowała, ale jakem baba jak rzepa, to ona już baba jak trzy rzepy). Wykąpała Papryczka i... karmiła go 3 godziny... Do 23... Ojapierdolę... Sprzątnęłam po kolacji i wykąpałam Małą Wiedźmę. Zrobiłam z niej "małego bejbika", taki pokąpielowy rytuał, książeczkę poczytałam... Pana Pierdziołka, część II. Synowa na to: ale ona już to ma i jej czytamy :) Ma, ale część I... I nie, nie czytają jej, bo ani jednego z bon mot nie zna, nie kojarzy też rymów. Nie zna prostych, dziecięcych wyliczanek, które moje dzieci przez sen recytują do dziś. Nevermind...
W niedzielę mieliśmy iść w świat bez plecaczka, ale zanim Papryczek oderwał się od cyca, minęła cała epoka. Poszliśmy jednak. Już za drzwiami zaczęło się: do galerii... Ojapierdolę.
Kto zna MW, wie, że "najpierw zje, potem umyje" i lubi stawiać na swoim.
Tym razem nie postawiła.
Po drodze Biedronka, bo coś do picia. Mała chce pączka, Synowa też. I słoiczek dla Papryczka. Kto płacił? Moi, of course...
Musiałyśmy wejść do Starego Browaru, bo Synową przypiliło, zawlokłam MW na stoisko, gdzie


pobawiła się z okazji Dnia Dziecka, a ja w prezencie urodzinowym kupiłam jej książkę, którą sama wybrała i której nie dała sobie odebrać, po angielsku, nie chciała polskiej wersji, i super :D Z okazji Dnia Dziecka zaprosiłam je też na lody, potem poszłyśmy na Stary Rynek. Synowa stwierdziła, że musi coś zjeść i choć w domu czekał gotowy obiad, poszłyśmy - dzięki niebiosom - do baru mlecznego, nie do knajpy. Mój portfel chudł w oczach, a ona mówiła, że była z rodzicami 3 dni nad morzem i wydali 3 tysiące... Uśmiechnęłam się, westchnęłam i rzekłam, że mój budżet jest, niestety, ograniczony i nie dam rady jej tak gościć. W barze wzięłyśmy jarzynową, pyzy i buraczki oraz zraz za 10 zł, bo promocja była. MW odmówiła i zażyczyła sobie zestaw dziecięcy, w zestawie pomidorowa (jest jej fanką), naleśnik z bitą śmietaną i kompot... Oblizała łyżkę, odsunęła i stwierdziła, że od dziś nie lubi pomidorowej... Na naleśnik spojrzała jak na osobistego wroga i rzekła, że takiego czegoś jadła nie będzie, a pokazując palcem bitą śmietanę rzekła: a to co?? Synowa miała już pianę na ustach, rzuciła się na MW z krzykiem, kolejka wiła się obok stolika, a MW już miała ryknąć... Bo nikt jej nie kocha, nikt jej nie lubi i nikt jej, of course, jak babci, nie szanuje... Tyle że babcia scen publicznie nie robi, a ona i owszem... Więc podsuwając jej grzecznie spodek od zupy zapytałam z nadzieją w głosie: a może masz ochotę na pyzę. Miała. Mięsko jej w ząbki wchodziło, Synowa już drgawki miała, spokojnie zabrałam mięsko na swój talerz i z nadzieją zapytałam: a buraczki. Zjadła. Całe moje buraczki... :) Ale co ja będę rodzonej wnuczce żałowała?  Synowa zaczęła karmić Papryczka, koło nas kolejka młodzieńców, że ojapierdolę, a MW zwala widelec. Gość podnosi, uśmiecha się, a ta ani be, ani me, ani kukuryku... Podziękowałam mu i mówię do MW, że jak ktoś jej pomoże, powinna podziękować...
Spojrzała na mnie jak na raroga...
Papryczek szamał swój słoiczek leniwie, plując, bo woli cyca.
MW zaczęła się nudzić i nadawać na cały lokal, że on już nie chce jeść, że już ma dość, że pluje, że...
Synowa jak rakieta zaraz w kosmos wyleci... I umoralniającą gadkę puszcza, jaka to MW niedobra...
Poszłam w świat z MW...
Wróciłyśmy do domu po spacerku na Starym Rynku, gdzie MW nie mogła patrzeć na Synową i vice versa...
W domu afera, że ona umówiła się z Szymkiem, a nie byliśmy na placu...
Ryk, krzyk, Synowa leży z cycem...
W końcu uległa i poszłyśmy o 19 (!) na plac. 19 to pora kąpieli Papryczka...
Szymka oczywiście nie było, meszki żarły jak szalone, koło galerii znów scena z rozdzieraniem szat, że nie może iść do galerii, w międzyczasie dzwoni babcia J., że zabawek w Auchan nie było, więc kolejny powód do rozpaczy, a ja natykam się na dwóch wesołych, którzy gapiąc się na Papryczka pytają: mamuśka, chłopiec czy dziewczynka.
Ojapierdolę...
MW ryczy jak niemowlę, żeby zwrócić na siebie uwagę, zachowuje się jak niemowlę. Skacze na Papryczka. Synowa się drze. A ja latam kuchnia-stół, gotując, zmywając.
O 23 dzieci upchnięte.
A Synowa przychodzi na zwierzenia.
Na szczęście Papryczek się wybudza i...
W poniedziałek muszę iść do pracy...
Rano lecę po chleb, bo zabrakło, bawię Papryczka, bo ona musi się znów godzinę kąpać (goli nogi), MW histeryzuje po raz kolejny...
Z ulgą docieram do pracy i KOCHAM moją pracę.
A przed wyjściem (jako że nie wiem, czy wrócę przed ich wyjazdem, obiad jest na piecu, muszą jeszcze iść bilety wydrukować, z odprawą był cyrk na inną powieść, łącznie z kurwami do Pierworodnego, który je odprawiał, twierdząc przy tym, że się nie da zapisać pdf...), nie wiadomo, czy mam zamawiać taksówkę (jej telefon nie działa), czy przyjadą Jej Rodzice, MW pisze do mnie list... Papryczek ma fazę, a Synowa rzuca mi się na szyję i rzecze: jesteś jedyną przyjaciółką, jaką teraz mam w PL...
Kochany Pamiętniczku, noża w ręku nie miała.
Myślisz, że nic mi do zapasów nie dosypała??
Z pracy udało mi się wyjść o 17. News roku.
Myślałam, że już ich nie będzie, ale byli.
I znów się wkurwiłam, nie że bajzel.
Ale babcia J. czuła się jak u siebie w domu i nawet mój grzebień wykorzystała do czesania MW, bo miała wizję poukładanej MW, a Synowa jej nie dała szczotki...
Dla mnie MÓJ grzebień, gatki i szczoteczka do zębów to świętość. Nieważne, że to MW. To mój grzebień. U nas w domu każdy miał SWÓJ grzebień. Takie mam zboczenie. Synowa znów była tak spięta jak na początku, a dziadek S. siedział jak basza i kontemplował.
Żal mi jej było w tym momencie.
Papryczek na zakończenie walnął kupę. A MW spytała żałośnie: ty mi nie będziesz włosów wiązać?? Po babci J. zostały różne ciasteczka, napoje i inne takie tam. Babcia Y. (Yoda, czyli ja), jest wredna. Nie kupuje...
Odjechali.
Dolecieli.
Powiedziałam Synowej wprost, że następna wizyta jak będę miała urlop, bo nie uciągnę ich i pracy. Nie ma opcji...
Mają chrzciny w sierpniu czy w lipcu, ale nie pojadę. Raz, że nikt nie zapraszał, dwa, że to rocznica ślubu Jej dziadków.
Mam wymówkę: uroczystość rodzinna.
Ogarnęłam chaupkę. Po stronie zysków - te chwile z dziećmi, w sumie fajne, choć nie jestem fanką małych dzieci, bezstresowo chowanych.
Po stronie strat: brudne ściany, brudna kanapa (nowa), nie wiem, czy doczyszczę, zerwany próg, założony na słowo honoru, bo wiertarki zabrakło, z prośbą o nieskakanie na niego. MW skakała nań namiętnie.
Nie podoba mi się: są myte BEZ środków myjących (MW mówi: bo szczypie). Od brudu szczypie. Paznokcie mają z żałobą. Sama mam zawsze krótko przycięte, moje dzieci też miały. I nie bały się ani mydła, ani szczotki, a przecież wtedy nie było tylu cudów wianków. Osobiście używam białego jelenia i szarego mydła. Mam też inne środki, ale to od wielkiego dzwonu, bo niszczą skórę, ale czasem mam ochotę na kąpiel w pianie (co mamy w planie?? Kąpiel w pianie, kochanie i spanie... tekst chłopców, znaczy się, wykąpać, pomiziać dziecki i animrumrają :)
I wiele innych takich tam.
Ale - mam na to wyjebane.
Jeżeli mówi, że mnie podziwia i chce być taka jak ja, to niech coś z tym zrobi.
Inna para kaloszy, że to już przegięcie i zboczenie.

A dziś poszłam do dentysty i pani doktor powiedziała, że rwiemy po jej trupie :)
Czyli przesunęło się w czasie.
Poszłam też do lekarza i... umówiona na 14 weszłam do gabinetu o 15 :> Ale całkiem fajna pani doktor i zapewniła mnie, że nie umrę, chociaż jestem gruba i pochwaliła za włóczęgi :D
10 tys. kroków zaliczyłam dziś, delektując się nicniemuszeniem. Chciałam myć okna, bo faktycznie brudne, ale...
Mam urlop, co nie??
Więc poza skorekceniem paru drobiazgów MAM URLOP :)
I słyszę ciszę, choć jak szłam do dentysty i do lekarza to w aparatach wyło mi jak dusza potępiona, bo u mnie upał, ale piździ jak za cara...
Jest cudnie.
Cicho.
Mam piwo i truskawki.
Szampana nie lubię :P