bardzo wczesnym rankiem, Kochany Pamiętniczku, albowiem mimo zmiany czasu chciałam polecieć na półmaraton.
Prawda, że warto wstać?
Ubrałam się ciepło, ale nie mogłam znaleźć rękawiczek z obciętymi palcami, więc wzięłam zwykłe, jako ze jeden stopień był, jak wychodziłam.
Dotuptałam do trasy
a tam plakat reklamujący. Zajęłam pozycję strategiczną i czekam spokojnie
no i start
Na przodzie jak zwykle stawka czarnoskórych (pal diabli poprawność polityczną, ale wygrał Polak, nie ma go tu na zdjęciu, nie złapałam)
A potem to już ciurkiem leciało :)
Za Kolejarzem 9999 goni, ojapierdolę :D
A samolociki sobie beztrosko na Ławicę leciały...
Bardzo dużo było osób z wózkami, dzieci albo spokojnie spały, albo siedziały grzecznie, same, we dwójkę, z misiami. Można widać :)
Picie z wkładką? :)
Piesełków też nieco było w tym półmaratonie, normalnie to jeden biegł tylko...
I Supermana upolowałam :) Wreszcie :)
I ptaszory jakieś biegały :D
I wielbiciele swoich telefoników :)
Ten gościu zygzakiem biegł, taką miał fantazję :)
I ktoś wózek ze starszą panią pchał...
I Panda zasuwała aż miło...
Brrr.... Jak mi zawsze ciepło, tym razem też mi było ciepło, ale palce mi tak zmarzły, że nie mogłam baterii wymienić. Dobrze, że wzięłam drugi aparat. Palce bolą mnie do teraz, choć już wieczór i nie mogę ich wciąż rozgrzać. A gość wątłą, bo wątłą, ale gołą klatę prezentował :)
Antos i PAD też biegli. Oby to prorocze było ;)
Prawdziwe kobiety. Ja tak nawet od święta odpindrzona nie chodzę. Makijaż, fryz i te paznokcie.
Marek z Teatru Wielkiego. Brawo :)
A ten pan czapeczkę zakłada.
I to już niedobitki...
Ale szcun, że biegli i nie rezygnowali.
Wszyscy się już zwinęli, a i ja do domu szłam, a taka sympatyczna wolontariuszka mówi, że to nie koniec, że jeszcze 3 km do nas ma ostatni półmaratończyk. Zagadałam do niej, bo na końcu nie biegł jak zwykle bosonogi pan w sile wieku, niosący flagę. Więc z ciekawości zostałam i nie żałowałam. Z obstawą lepszą jak prezio szedł, a właściwie jednak biegł, bo nie tak łatwo było go złapać ten pan. Chapeau bas.
Jestem dumna, że mogłam Go dopingować.
A potem wróciłam do domu i ledwo doleciałam... :)
Jednak na słońcu było ciepło, a w cieniu nie za bardzo, a z mojej strategicznej pozycji zostały nici, bo mi co rusz jacyś widzowie włazili w kadr, więc w sumie wylądowałam w cieniu. Po drugiej stronie było gorąco, ale tam by mi zdjęcia nie wyszły.
Ale nie żałuję i szykuję się na następny maraton.
To piękne przeżycie, chociaż biegać nie mogę :)
A potem...
Dopadła mnie chandra unyńska, z mordobijskiego powiatu, bo uświadomiłam sobie, jak znów zmienił się mój świat. Dokopałam do dna dołka po przeczytaniu artykułu o eurosierotach 70+.
Baram wprawdzie pamiętał jak zwykle, że dziś Dzień Matki, a i chwilę potem Inżynier też się odezwał, ale...
Synowa no1 też życzenia śle. Szok.
Jednak kontakt pisany to tylko pisany.
I jakkolwiek dzieci Pierworodnego mnie tak nie rozżaliły, ale też i on nigdy o mnie się specjalnie nie troszczył, a Inżynier zawsze do usług.
I to się skończyło.
I już łopatkę wbiłam głębiej, bo mam parę problemów. Nie żebym ich nie rozwiązała sama, skoro mus to mus, ale poczułam się bez zaplecza.
I...
No burkliwy był, a może ja to tak odczytałam?
I całej prawdy nie mówił.
Synowa transfuzję miała, na szczęście wyniki są już OK.
Alienek miał skan na te cystki, ale też jest OK.
No ale...
I tak kopię i kopię, a tu... Pierworodny się obudził, pewno go w dupę kopnęła mocno, ale dobre i to.
Wracam do kopania dołka, a tu...
Inżynierowa wysyła Alienka na niedzielę dla mnie.
Zamurowało mnie.
I rozmawia ze mną jak czekista z czekistą.
Co do niej absolutnie niepodobne, więc tym bardziej szok.
No bo po porodzie, transfuzji i takie tam.
I opowiada o Alienku i o Inżynierze. Jak ogarnął, jak się nie bał Alienka i że wszystkie pierwsze kupki były jego :)
Jestem dumna z mojego syna i... Chyba kiedyś znajdziemy jeszcze czas na moje pierdoły.
Postawiona do pionu, pokazuję Alienka.
Podziwiać, bo długo go tu nie będzie :)
A teraz idę pogrzeszyć. Zasłużyłam uczciwie na duży grzech :)
niedziela, 26 marca 2017
piątek, 24 marca 2017
Można
puścić kciuki, Kochany Pamiętniczku :)
Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wspierali Alienka w wydostawaniu się na ten najpiękniejszy ze światów, kciukami, myślami i fluidami.
Zlądował tu dziś, o 15.36, czyli o naszej 16.36, ważąc 3710 g :) Nie zrobił przyjemności Baranowi, ale trudno. Najważniejsze, że jest cały, zdrowy i ma 21 paluszków, jak natura przykazała. Trochę pomarszczony, ale to się wyprasuje i będzie git majonez :)
Jestem przeszczęśliwa, bo naprawdę się obawiałam, mam swoje powody.
Obawiam się też, że Alienkiem zostanie, nawet mi przeszła uraza do Aliena.Imię mi nie pasuje, ale nikt mnie o zdanie nie pyta, to zawsze można zostać przy Alienku albo coś innego wymyślić. Mała Wiedźma wie, że jest Małą Wiedźmą i nie protestuje. Wie, że ją kocham :)
Zobaczymy.
Dzięki niemu mam wyprasowany stos prania, który leżał od stycznia i czekał na zmiłowanie losu.
I mieszkanie wysprzątane na tip-top :)
I na razie proszę znajomych z FB o niegratulowanie mi tamże, bo rodzice chcą się pierwsi pochwalić, więc gratulacje przyjmuję tu, wznosząc toast Mołdawską Doliną półwytrawną, jest przepyszna. Jak wrzucę Alienka na FB, to będzie już oficjalnie, a tak cieszcie się, że wiecie wcześniej, ludziska :)
Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wspierali Alienka w wydostawaniu się na ten najpiękniejszy ze światów, kciukami, myślami i fluidami.
Zlądował tu dziś, o 15.36, czyli o naszej 16.36, ważąc 3710 g :) Nie zrobił przyjemności Baranowi, ale trudno. Najważniejsze, że jest cały, zdrowy i ma 21 paluszków, jak natura przykazała. Trochę pomarszczony, ale to się wyprasuje i będzie git majonez :)
Jestem przeszczęśliwa, bo naprawdę się obawiałam, mam swoje powody.
Obawiam się też, że Alienkiem zostanie, nawet mi przeszła uraza do Aliena.Imię mi nie pasuje, ale nikt mnie o zdanie nie pyta, to zawsze można zostać przy Alienku albo coś innego wymyślić. Mała Wiedźma wie, że jest Małą Wiedźmą i nie protestuje. Wie, że ją kocham :)
Zobaczymy.
Dzięki niemu mam wyprasowany stos prania, który leżał od stycznia i czekał na zmiłowanie losu.
I mieszkanie wysprzątane na tip-top :)
I na razie proszę znajomych z FB o niegratulowanie mi tamże, bo rodzice chcą się pierwsi pochwalić, więc gratulacje przyjmuję tu, wznosząc toast Mołdawską Doliną półwytrawną, jest przepyszna. Jak wrzucę Alienka na FB, to będzie już oficjalnie, a tak cieszcie się, że wiecie wcześniej, ludziska :)
No i dupa, bo w kwietniu (albo w marcu jeszcze, ale chyba nie, bo marzec się już kończy) będą u nas piony kanalizacyjne wymieniać. I nie, że się boję o mieszkanie, ale jak urlop wziąć, jak wypadnie pracowo? Mam nadzieję, że Boss zgodzi się na pracę online, bo nie mam kogo wrobić w pilnowanie mieszkania.
Ale pomyślę o tym jutro.
Dzisiaj smakuję wino, słucham Raz Dwa Trzy i liczę moje wnuki...
Zmieniłam się od urodzin Małej Wiedźmy i to bardzo...
Sama siebie nie poznaję.
I tak ma być :)
czwartek, 23 marca 2017
O kciuki
proszę wszystkich, Kochany Pamiętniczku.
Synowa nie czuła Alienka, więc polecieli do szpitala. KTG jest Ok, ale wywołują.
Dobre fluidy potrzebne.
I dobre myśli, będę dźwięczna.
Wolałabym już sama rodzić, jak tak w niepewności siedzieć.
Synowa nie czuła Alienka, więc polecieli do szpitala. KTG jest Ok, ale wywołują.
Dobre fluidy potrzebne.
I dobre myśli, będę dźwięczna.
Wolałabym już sama rodzić, jak tak w niepewności siedzieć.
środa, 22 marca 2017
Czuję się
już nie jak na karuzeli, Kochany Pamiętniczku, ale jak na diabelskim młynie, którym nota bene nigdy nie jechałam, ale...
Najpierw JK leci do Londynu.
Pytanie brzmi: po kiego chuja i czego on tam szuka?
Za frak będą sprowadzać rodaków do PL?
To będzie trzęsienie ziemi. Ale jego wizyta to nic dobrego nie wróży.
I niedługo później wieść, że zamach jest w Londynie.
Tak jak nie poważam Stonogi, zastanawiam się, czy nie ma racji?
Ojapierdolę.
Do tego wszystkiego Alienek się nie śpieszy i zupełnie przestałam się temu dziwić, bo po co mu na taki świat?
Baran obstawia, że dostanie urodzinowy prezent.
A ja biedna będę musiała żyć z dwoma baranami jak coś. I tak będę musiała, bo Alienek już zbaraniał...
No nic.
Święty płyn, zostańmy przy tej głupiej nazwie, bo innej nie wymyślę, w rodzinie Eksa otaczany był czcią i szacunkiem, a wielki słój tegoż stał zawsze w kuchni pod ręką.
Sama naocznie i naskórnie przekonałam się o jego działaniu i dziękowałam losowi, że w domu swoim też go miałam.
Jest panaceum na oparzenia. Wiem, że szwagier próbował go opatentować, ale mu nie wyszło, a teściowa zawsze mówiła, żebym nie zdradzała receptury. I tak w tej wielkiej rodzinie tylko ja i Eks wiemy, jak się go robi, bo... inni to zlekceważyli, skoro nie można z tego kasy wydusić. A teściowa wzięła i zmarła, nie zapisując tego ani innych receptur teścia, a ten, prawie Zięba i zły człowiek do szpiku kości, konowałem był dobrym. Potem mnie pytali o recepturę, bo Eks zapomniał już.
Święty płyn uratował ręce Pierworodnego, który był łobuzem na maksa. Miał zakaz zbliżania się do pieca, zwłaszcza w momencie, gdy w nim paliliśmy. Któregoś dnia nie słuchał nikogo, czegoś tam nie dostał i z okrzykiem: jak nie dostanę, to dotknę drzwiczek od pieca, poleciał do nich. Momentalnie zanurzyliśmy mu ręce w tym, a potem Eks (ten miał cierpliwość) nawilżał mu ręce przez kilka godzin.
Skubany nawet bąbla nie miał.
Inżynier zaś niechcący chwycił rozgrzaną podstawkę od żelazka przy desce do prasowania i też ominęło go oparzenie.
Wyrób ten jest idealny na oparzenia, mnie też nieraz ratował od oparzeń w kuchni. Warunek: trzeba zadziałać zaraz, więc zapas trzeba mieć.
Sikora dziewczyną Inżyniera będąc też się poparzyła, ten ze słoikiem do niej szybciorem dojechał i wdzięczna do dziś wspomina :)
Szwagier uciachał sobie palec u nogi kosiarką, nie goiło się, paprało, antybiotyki nie pomagały. teściowa zmusiła go do moczenia nogi w tym i... pomogło, zaczęło się błyskawicznie goić, mimo że odstawił antybiotyk.
I inne takie tam historie.
Więc jak ktoś chce, niech skorzysta, nie będę nic ukrywała.
Proporcje na litr wody: 4 łyżki siemiania lnianego i łyżka soli. Ale dobrej soli, nie żadnej ze zbrylaczem. I gotować, aż się zrobi galaretka, przecedzić i do słoika.
Jak spleśnieje, zrobić nowy, chociaż teściowa zawsze mówiła, że pleśń to naturalny antybiotyk :D
Żeby nie spleśniało za szybko, po ostudzeniu można dodać spirytusu, wtedy lepiej dezynfekuje i dłużej się trzyma.
Ot, i cała bajka.
Wiem, śmieszne to. Ale działa :)
Można też to pić, można ciało smarować, nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi.
Temperówka dupy nie urywa. Cukinię pokroiła perfekcyjnie, ale marchew już stawiała opór. Ale jak mówiła Zmorka, co można mieć za 5 zł. A porządna temperówka, krojąca warzywa na makaron to 100-200 zł, spasuję, będę tradycyjnie siekać nożem.
Najpierw JK leci do Londynu.
Pytanie brzmi: po kiego chuja i czego on tam szuka?
Za frak będą sprowadzać rodaków do PL?
To będzie trzęsienie ziemi. Ale jego wizyta to nic dobrego nie wróży.
I niedługo później wieść, że zamach jest w Londynie.
Tak jak nie poważam Stonogi, zastanawiam się, czy nie ma racji?
Ojapierdolę.
Do tego wszystkiego Alienek się nie śpieszy i zupełnie przestałam się temu dziwić, bo po co mu na taki świat?
Baran obstawia, że dostanie urodzinowy prezent.
A ja biedna będę musiała żyć z dwoma baranami jak coś. I tak będę musiała, bo Alienek już zbaraniał...
No nic.
Święty płyn, zostańmy przy tej głupiej nazwie, bo innej nie wymyślę, w rodzinie Eksa otaczany był czcią i szacunkiem, a wielki słój tegoż stał zawsze w kuchni pod ręką.
Sama naocznie i naskórnie przekonałam się o jego działaniu i dziękowałam losowi, że w domu swoim też go miałam.
Jest panaceum na oparzenia. Wiem, że szwagier próbował go opatentować, ale mu nie wyszło, a teściowa zawsze mówiła, żebym nie zdradzała receptury. I tak w tej wielkiej rodzinie tylko ja i Eks wiemy, jak się go robi, bo... inni to zlekceważyli, skoro nie można z tego kasy wydusić. A teściowa wzięła i zmarła, nie zapisując tego ani innych receptur teścia, a ten, prawie Zięba i zły człowiek do szpiku kości, konowałem był dobrym. Potem mnie pytali o recepturę, bo Eks zapomniał już.
Święty płyn uratował ręce Pierworodnego, który był łobuzem na maksa. Miał zakaz zbliżania się do pieca, zwłaszcza w momencie, gdy w nim paliliśmy. Któregoś dnia nie słuchał nikogo, czegoś tam nie dostał i z okrzykiem: jak nie dostanę, to dotknę drzwiczek od pieca, poleciał do nich. Momentalnie zanurzyliśmy mu ręce w tym, a potem Eks (ten miał cierpliwość) nawilżał mu ręce przez kilka godzin.
Skubany nawet bąbla nie miał.
Inżynier zaś niechcący chwycił rozgrzaną podstawkę od żelazka przy desce do prasowania i też ominęło go oparzenie.
Wyrób ten jest idealny na oparzenia, mnie też nieraz ratował od oparzeń w kuchni. Warunek: trzeba zadziałać zaraz, więc zapas trzeba mieć.
Sikora dziewczyną Inżyniera będąc też się poparzyła, ten ze słoikiem do niej szybciorem dojechał i wdzięczna do dziś wspomina :)
Szwagier uciachał sobie palec u nogi kosiarką, nie goiło się, paprało, antybiotyki nie pomagały. teściowa zmusiła go do moczenia nogi w tym i... pomogło, zaczęło się błyskawicznie goić, mimo że odstawił antybiotyk.
I inne takie tam historie.
Więc jak ktoś chce, niech skorzysta, nie będę nic ukrywała.
Proporcje na litr wody: 4 łyżki siemiania lnianego i łyżka soli. Ale dobrej soli, nie żadnej ze zbrylaczem. I gotować, aż się zrobi galaretka, przecedzić i do słoika.
Jak spleśnieje, zrobić nowy, chociaż teściowa zawsze mówiła, że pleśń to naturalny antybiotyk :D
Żeby nie spleśniało za szybko, po ostudzeniu można dodać spirytusu, wtedy lepiej dezynfekuje i dłużej się trzyma.
Ot, i cała bajka.
Wiem, śmieszne to. Ale działa :)
Można też to pić, można ciało smarować, nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi.
Temperówka dupy nie urywa. Cukinię pokroiła perfekcyjnie, ale marchew już stawiała opór. Ale jak mówiła Zmorka, co można mieć za 5 zł. A porządna temperówka, krojąca warzywa na makaron to 100-200 zł, spasuję, będę tradycyjnie siekać nożem.
poniedziałek, 20 marca 2017
Wlazł mi
na odcisk i nadepnął jeszcze mocniej, zamiast rzec: przepraszam, Kochany Pamiętniczku.
A ja, nie do wiary, nie odpyskowałam.
Ha!
Jakby mnie dobrze znał, wiedziałby, że najgorzej, jak się zatnę w milczeniu. Moje dzieci to wiedzą.
Po tej akcji nawracającej (a to w zupełności, jak rozmowa ze świadkami Jehowy albo gęsi z prosięciem) jeszcze mi mema podrzucił, że najważniejsze jest oddychanie, bo jemu oddychanie poprawiło całe życie.
No, ja mam od tych przeciągów we łbie popierdolone na maksa.
Odpisałam grzecznie, że moją maksymą jest: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Odpisał, że mam jeszcze poczekać, bo dużo muszę się w tej dziedzinie nauczyć.
Nosz, kurwa, co on wie o oddychaniu, jak w ogóle nie kuma czaczy?
Ale zamilkłam.
Nie skreślam, bo to też człowiek, ja nikogo nigdy nie skreślam.
Ale nie ma zmiłuj i żadnego barabara już nie będzie.
Moje nerwy nie są tego warte, a jak będę chciała dyskutować, zapiszę się do jakiegoś kółka albo innych anonimowych alkoholików :)
A to idealna ilustracja, ale już jej nie posłałam, bo co będę się z nawiedzonym kłócić?
Ta niezłożona kostka Rubika to oczywiście ja. I bardzo sobie cenię, że jestem taka niepoukładana :D
Inżynierowi wywnętrzyłam się na główkę, słuchał ze zrozumieniem, po swojemu, wiernie, jak zawsze.
Przytulił, pogłaskał, bo zna KB doskonale i zna jego zagrania.
No nic.
Potrafię zaakceptować zainteresowania każdego człowieka.
Nie wyśmiewam, bo każdy ma inny sposób na życie.
Na osiąganie zadowolenia i orgazmu.
Sama latami - jak nie można było kupić książek - przepisywałam ukochane wiersze. Siedem brulionów się zebrało, prawie wszystko umiem na pamięć.
Ale nie nudzę nikomu, że musi kochać poezję, jak ja.
W moich ciężkich chwilach przypomina mi się jakiś wiersz i z tego czerpię uspokojenie.
Albo ze starej piosenki sprzed lat.
Nie wymagam nadawania na tych samych falach, zresztą jeszcze nie spotkałam nikogo, kto podzielałby moje zainteresowania tak, żeby o nich całą noc przegadać.
I dobrze. Są moje, najmojsze. I niech tak zostanie.
Jestem fanką świętego płynu, jak zwano wynalazek teścia w rodzinnym domu Eksa.
Podsuwałam i synom, i Baranowi, nie wypaliło i OK.
Nadal jestem jego fanką, bo na własne oczy widziałam efekty.
Tyle że wymaga cierpliwości, a dziś tego ludziom brakuje.
Nie to nie :) Sama stosuję, jak jest taka konieczność i sobie chwalę.
Ale żebym robiła akcję na cały świat: kochajmy święty płyn. Po kiego grzyba.
Warzywka mnie ostatnio doprowadzają do białej gorączki. Zaspałam dziś z lekka i kurcgalopkiem do pracy, a w warzywkach nikogo, na biurku ani jednego wydruczku. Pograłam w nowe Angry Birds, zanim wydruczki doszły. Niosę im, a oni przy kawce i drożdżówkach. No to o 15 mówię adios amigos, reszta z domu i jutro online.
I tak cykają, a jutro pół dnia znów w plecy.
Kurwa, jak można tak pracować niepracująco?
Ale spojrzałam w kalendarz i oczom nie wierzyłam.
Mam wolne do 6 kwietnia, czyli prawie trzy tygodnie moje. Półmaraton będzie, Umarlaki od spodu pukają, więc nic, tylko się i pogodę pomodlić i hulaj dusza, piekła nie ma. I okna przed świętami umyję :) Bo potem do samych świąt z zaparciem, nawet w Wielki Piątek i wszystko w galopie. Ale będzie dobrze.
A Alienka, Skubańca, wciąż na ten świat nie ciągnie...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
A ja, nie do wiary, nie odpyskowałam.
Ha!
Jakby mnie dobrze znał, wiedziałby, że najgorzej, jak się zatnę w milczeniu. Moje dzieci to wiedzą.
Po tej akcji nawracającej (a to w zupełności, jak rozmowa ze świadkami Jehowy albo gęsi z prosięciem) jeszcze mi mema podrzucił, że najważniejsze jest oddychanie, bo jemu oddychanie poprawiło całe życie.
No, ja mam od tych przeciągów we łbie popierdolone na maksa.
Odpisałam grzecznie, że moją maksymą jest: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Odpisał, że mam jeszcze poczekać, bo dużo muszę się w tej dziedzinie nauczyć.
Nosz, kurwa, co on wie o oddychaniu, jak w ogóle nie kuma czaczy?
Ale zamilkłam.
Nie skreślam, bo to też człowiek, ja nikogo nigdy nie skreślam.
Ale nie ma zmiłuj i żadnego barabara już nie będzie.
Moje nerwy nie są tego warte, a jak będę chciała dyskutować, zapiszę się do jakiegoś kółka albo innych anonimowych alkoholików :)
A to idealna ilustracja, ale już jej nie posłałam, bo co będę się z nawiedzonym kłócić?
Ta niezłożona kostka Rubika to oczywiście ja. I bardzo sobie cenię, że jestem taka niepoukładana :D
Inżynierowi wywnętrzyłam się na główkę, słuchał ze zrozumieniem, po swojemu, wiernie, jak zawsze.
Przytulił, pogłaskał, bo zna KB doskonale i zna jego zagrania.
No nic.
Potrafię zaakceptować zainteresowania każdego człowieka.
Nie wyśmiewam, bo każdy ma inny sposób na życie.
Na osiąganie zadowolenia i orgazmu.
Sama latami - jak nie można było kupić książek - przepisywałam ukochane wiersze. Siedem brulionów się zebrało, prawie wszystko umiem na pamięć.
Ale nie nudzę nikomu, że musi kochać poezję, jak ja.
W moich ciężkich chwilach przypomina mi się jakiś wiersz i z tego czerpię uspokojenie.
Albo ze starej piosenki sprzed lat.
Nie wymagam nadawania na tych samych falach, zresztą jeszcze nie spotkałam nikogo, kto podzielałby moje zainteresowania tak, żeby o nich całą noc przegadać.
I dobrze. Są moje, najmojsze. I niech tak zostanie.
Jestem fanką świętego płynu, jak zwano wynalazek teścia w rodzinnym domu Eksa.
Podsuwałam i synom, i Baranowi, nie wypaliło i OK.
Nadal jestem jego fanką, bo na własne oczy widziałam efekty.
Tyle że wymaga cierpliwości, a dziś tego ludziom brakuje.
Nie to nie :) Sama stosuję, jak jest taka konieczność i sobie chwalę.
Ale żebym robiła akcję na cały świat: kochajmy święty płyn. Po kiego grzyba.
Warzywka mnie ostatnio doprowadzają do białej gorączki. Zaspałam dziś z lekka i kurcgalopkiem do pracy, a w warzywkach nikogo, na biurku ani jednego wydruczku. Pograłam w nowe Angry Birds, zanim wydruczki doszły. Niosę im, a oni przy kawce i drożdżówkach. No to o 15 mówię adios amigos, reszta z domu i jutro online.
I tak cykają, a jutro pół dnia znów w plecy.
Kurwa, jak można tak pracować niepracująco?
Ale spojrzałam w kalendarz i oczom nie wierzyłam.
Mam wolne do 6 kwietnia, czyli prawie trzy tygodnie moje. Półmaraton będzie, Umarlaki od spodu pukają, więc nic, tylko się i pogodę pomodlić i hulaj dusza, piekła nie ma. I okna przed świętami umyję :) Bo potem do samych świąt z zaparciem, nawet w Wielki Piątek i wszystko w galopie. Ale będzie dobrze.
A Alienka, Skubańca, wciąż na ten świat nie ciągnie...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
piątek, 17 marca 2017
Pierniczę
Kochany Pamiętniczku.
Dziś normalnych ludzi już nie ma. Każdy ma jakiegoś bzika, każdy swego hopla ma.
Ale dlaczego wmela to innym?
Kierownik Budowy od dłuższego czasu upierał się na randkę, no i dałam się skusić.
Poszliśmy do Ptasiego Radia na piwo fiołkowe, a że dziś św. Patryka, to dlaczego nie wypić.
Przedtem przysłał mi linka z gorącą prośbą o oglądnięcie. Ponadgodzinny film. Wytrzymałam 13 minut, ojaciepierdolę, pierdolenie o Szopenie. Nienawidzę.
No ale nic, na randkę pojechałam.
I przy takim nędznym piwku (bo przekonania nie pozwalają mu zaciemniać alkoholem umysłu)
siedzieliśmy dwie godziny, wałkując (znaczy się, on wałkował, bo ja byłam w opozycji) temat oczyszczenia umysłu do stanu nirwany, odpowiedniego oddychania i innych wynalazków. Robiłam za psychoanalityka i byłam na siłę nawracana na dobrą drogę życiową, żebym nie bała się umierania.
No nie, ojapierdolę.
Odkrył to, trafiło do niego, bawi go słuchanie na YouTube nawiedzonych, co zmienili swoje życie medytując - wolna droga. Nie krytykuję, nie oceniam, nie moja bajka.
Ale dlaczego mam się sama ze sobą źle czuć, skoro kocham siebie taką, jaka jestem i nie mam zamiaru szukać mojego ukrytego ja.
Żadne moje inne ja się nigdzie nie ukrywa, ja to ja, Stara Wiedźma i nic w sobie nie muszę odkopywać. Moje ciało żyje w idealnej komitywie z moim umysłem, a jak zacznę odpływać, to znaczy, że alzheimer czy inna gnida mnie dopadła...
Złem jest nawet to, że śmierci boję się jedynie jako skomplikowania życia innym, że będę długo umierała, będąc dla bliskich ciężarem.
Bo potem jest ekstra.
Super.
Na moje nieśmiałe, że jeszcze nikt nie wrócił i nie potwierdził, powiedział, że na bank tak jest, bo wszyscy w ośrodku to mówią.
Rzekłam więc, że ja wrócę, żeby mu to potwierdzić albo zaprzeczyć, uspakajając przy tym Kierownikową Budowy, która dołączyła z Kradziejką na obiad, że nie pojawię się w ich mieszkaniu, coby dziecka nie stresować, ale siądę na zagłówku samochodzu i rzeknę: tak, jest tam pięknie.
Kierownikowa makaronem się zakrztusiła, dokarmiła Kradziejkę i poszła z nią na spacer, żebyśmy mogli spokojnie dyskutować.
Ojapierdolę.
Wybawiło mnie to, że stolik był na 18 zarezerwowany.
I nie, nieprędko znów się zobaczymy.
Jednak My Shadow jest doskonałym towarzyszem, nie chrzani i nie mędrkuje. A ja jestem fajną babką i nie nudzę się w swoim towarzystwie nigdy :)
I kocham moje galopujące myśli i popierdolone decyzje.
I nie chcę się wyciszyć, lubię moje dołki, sama je kopię, wkładając w to dużo energii i zdrowia :D
Jestem stara, gruba, mam wąsa, wszy na płucach i popierdolone we łbie od urodzenia. Jestem niepoprawną romantyczką, starą wariatką i jestem całkiem dobrym egzemplarzem wiedźmy.
I nikt, kurwa, nikt nie będzie mi przy mnie majstrował i mówił mi, jak mam żyć.
Bo to ja, kurwa, będę umierała. Za siebie. Nie za cały świat.
I niech się ode mnie odwalą wszyscy nauczający, nawracający i tłumaczący mi, jak źle robię, źle się odżywiam, źle myślę.
To jest moje i nikomu do tego.
I wprost to KB powiedziałam, że jest okropny, jak każdy neofita, że w końcu wszystkich do siebie zniechęci.
Musiał sprawdzić neofitę.
No nic.
Koniec :)
A ja kupiłam sobie dziś temperówkę do warzyw, bo taką miałam fantazję i zachciankę.
I oczywiście, oprócz rzodkiewki wkręciłam do niej palec.
Już wiem, jak to działa :D
Fajna zabawka :P
Teraz będę temperować wszystko. Nie wiem, co się stanęło, ale odrzuciło mnie właśnie od mięsa. Ten typ tak ma... :)
Dziś normalnych ludzi już nie ma. Każdy ma jakiegoś bzika, każdy swego hopla ma.
Ale dlaczego wmela to innym?
Kierownik Budowy od dłuższego czasu upierał się na randkę, no i dałam się skusić.
Poszliśmy do Ptasiego Radia na piwo fiołkowe, a że dziś św. Patryka, to dlaczego nie wypić.
Przedtem przysłał mi linka z gorącą prośbą o oglądnięcie. Ponadgodzinny film. Wytrzymałam 13 minut, ojaciepierdolę, pierdolenie o Szopenie. Nienawidzę.
No ale nic, na randkę pojechałam.
I przy takim nędznym piwku (bo przekonania nie pozwalają mu zaciemniać alkoholem umysłu)
siedzieliśmy dwie godziny, wałkując (znaczy się, on wałkował, bo ja byłam w opozycji) temat oczyszczenia umysłu do stanu nirwany, odpowiedniego oddychania i innych wynalazków. Robiłam za psychoanalityka i byłam na siłę nawracana na dobrą drogę życiową, żebym nie bała się umierania.
No nie, ojapierdolę.
Odkrył to, trafiło do niego, bawi go słuchanie na YouTube nawiedzonych, co zmienili swoje życie medytując - wolna droga. Nie krytykuję, nie oceniam, nie moja bajka.
Ale dlaczego mam się sama ze sobą źle czuć, skoro kocham siebie taką, jaka jestem i nie mam zamiaru szukać mojego ukrytego ja.
Żadne moje inne ja się nigdzie nie ukrywa, ja to ja, Stara Wiedźma i nic w sobie nie muszę odkopywać. Moje ciało żyje w idealnej komitywie z moim umysłem, a jak zacznę odpływać, to znaczy, że alzheimer czy inna gnida mnie dopadła...
Złem jest nawet to, że śmierci boję się jedynie jako skomplikowania życia innym, że będę długo umierała, będąc dla bliskich ciężarem.
Bo potem jest ekstra.
Super.
Na moje nieśmiałe, że jeszcze nikt nie wrócił i nie potwierdził, powiedział, że na bank tak jest, bo wszyscy w ośrodku to mówią.
Rzekłam więc, że ja wrócę, żeby mu to potwierdzić albo zaprzeczyć, uspakajając przy tym Kierownikową Budowy, która dołączyła z Kradziejką na obiad, że nie pojawię się w ich mieszkaniu, coby dziecka nie stresować, ale siądę na zagłówku samochodzu i rzeknę: tak, jest tam pięknie.
Kierownikowa makaronem się zakrztusiła, dokarmiła Kradziejkę i poszła z nią na spacer, żebyśmy mogli spokojnie dyskutować.
Ojapierdolę.
Wybawiło mnie to, że stolik był na 18 zarezerwowany.
I nie, nieprędko znów się zobaczymy.
Jednak My Shadow jest doskonałym towarzyszem, nie chrzani i nie mędrkuje. A ja jestem fajną babką i nie nudzę się w swoim towarzystwie nigdy :)
I kocham moje galopujące myśli i popierdolone decyzje.
I nie chcę się wyciszyć, lubię moje dołki, sama je kopię, wkładając w to dużo energii i zdrowia :D
Jestem stara, gruba, mam wąsa, wszy na płucach i popierdolone we łbie od urodzenia. Jestem niepoprawną romantyczką, starą wariatką i jestem całkiem dobrym egzemplarzem wiedźmy.
I nikt, kurwa, nikt nie będzie mi przy mnie majstrował i mówił mi, jak mam żyć.
Bo to ja, kurwa, będę umierała. Za siebie. Nie za cały świat.
I niech się ode mnie odwalą wszyscy nauczający, nawracający i tłumaczący mi, jak źle robię, źle się odżywiam, źle myślę.
To jest moje i nikomu do tego.
I wprost to KB powiedziałam, że jest okropny, jak każdy neofita, że w końcu wszystkich do siebie zniechęci.
Musiał sprawdzić neofitę.
No nic.
Koniec :)
A ja kupiłam sobie dziś temperówkę do warzyw, bo taką miałam fantazję i zachciankę.
I oczywiście, oprócz rzodkiewki wkręciłam do niej palec.
Już wiem, jak to działa :D
Fajna zabawka :P
Teraz będę temperować wszystko. Nie wiem, co się stanęło, ale odrzuciło mnie właśnie od mięsa. Ten typ tak ma... :)
czwartek, 16 marca 2017
SKS
Starość, kurwa, starość dopada mnie chyba, Kochany Pamiętniczku.
Zamknęłam dziś z przytupem i z półobrotem, niby się nie napracowałam po kokardkę i kucyki, wyszłam o ludzkiej porze, ale...
Nie wiem, może to zmiana ciśnienia i pogody (robi się coraz cieplej), może mnie jakieś choróbsko łapie czy inna zaraza, ale pobolewała mnie głowa, co mi się rzadko zdarza, apetytu nie mam wcale, śniadanie wróciło do domu i robiło za obiad.
Spacer sobie zrobiłam, żeby się dotlenić, ale wlokłam się jak koń po westernie.
W galerii (bo parę rzeczy z Biedronki potrzebowałam, a i Panu Bogu szansę chciałam dać w związku z kumulacją, kasa na gwałt potrzebna) o mało nie umarłam z gorąca, a lekką, wiosenną kurteczkę już mam. Ale tam ogrzewanie włączone na maksa, jakby na zewnątrz było co najmniej minus trzydzieści.
Zmęczona jestem niesamowicie i nie, żadne tam przedwiośnie.
Żrę zdrowo, zdrowiej już nie można, bo człowiek się porzyga od tej zdrowotności, wszystko co nakazali łykam, eko, sreko, non GMO i ojapierdolę...
A w czasie spaceru czułam, że znów mi się odnawia ta cholerna opryszczka na wardze. W domu zaraz zasmarowałam, ale nie wiadomo, czy spierniczy, czy się wylęgnie.
Jestem tak bardzo zmęczona.
Wbrew wrogiej propagandzie Bossa okazuje się, że na stałe mamy więcej, bagatela, około 60 stron. To znaczy, że ja mam więcej około 120 stron.
I nieważne, że są fotki, strony są stronami, tekst tekstem, tempo tempem.
Bo ja te 240 stron robię w sumie w dwa dni. Razy dwa, to jest 480 stron. Część robię na spokojnie, więc zakładam, że na te dwa najbardziej szalone dni zostaje mi 150, czyli 300 stron, bo oczywiście, co ja sobie tłumaczę.
Czym innym jest czytanie 300 stron książki dla przyjemności, a czym innym moja praca.
I chyba moja starość niewiele ma tu do rzeczy, bo w życiu jeszcze nie spotkałam nikogo, kto czytałby tak szybko, jak ja, ze zrozumieniem, z widzeniem błędów i kojarząc, że redaktor kiksa strzela.
W ramach rozrywki poczytałam dziś pobieżnie konkurencję, i nie, nie mam się czego wstydzić.
I dobrze, że pracuję już na pół etatu, że mam te chwile oddechu i luzu, inaczej pewnie gryzłabym trawkę od spodu (a może byłabym w lepszej rzeczywistości, w alternatywnym świecie, kto to wie), :)
I z tym optymistycznym akcentem udaję się w Krainę Nicnierobienia i Czekania na Alienka.
Dziś termin, ale Skubanemu dobrze tam, gdzie jest. Synowa była wczoraj u położnej i jest OK, wywoływać będą najwcześniej 28.
Zatem proszę o dobre fluidy dla kolejnego wnuka Starej Jędzy...
A co, trochę radości od życia każdy pragnie.
I z góry serdecznie dziękuję :D
Zamknęłam dziś z przytupem i z półobrotem, niby się nie napracowałam po kokardkę i kucyki, wyszłam o ludzkiej porze, ale...
Nie wiem, może to zmiana ciśnienia i pogody (robi się coraz cieplej), może mnie jakieś choróbsko łapie czy inna zaraza, ale pobolewała mnie głowa, co mi się rzadko zdarza, apetytu nie mam wcale, śniadanie wróciło do domu i robiło za obiad.
Spacer sobie zrobiłam, żeby się dotlenić, ale wlokłam się jak koń po westernie.
W galerii (bo parę rzeczy z Biedronki potrzebowałam, a i Panu Bogu szansę chciałam dać w związku z kumulacją, kasa na gwałt potrzebna) o mało nie umarłam z gorąca, a lekką, wiosenną kurteczkę już mam. Ale tam ogrzewanie włączone na maksa, jakby na zewnątrz było co najmniej minus trzydzieści.
Zmęczona jestem niesamowicie i nie, żadne tam przedwiośnie.
Żrę zdrowo, zdrowiej już nie można, bo człowiek się porzyga od tej zdrowotności, wszystko co nakazali łykam, eko, sreko, non GMO i ojapierdolę...
A w czasie spaceru czułam, że znów mi się odnawia ta cholerna opryszczka na wardze. W domu zaraz zasmarowałam, ale nie wiadomo, czy spierniczy, czy się wylęgnie.
Jestem tak bardzo zmęczona.
Wbrew wrogiej propagandzie Bossa okazuje się, że na stałe mamy więcej, bagatela, około 60 stron. To znaczy, że ja mam więcej około 120 stron.
I nieważne, że są fotki, strony są stronami, tekst tekstem, tempo tempem.
Bo ja te 240 stron robię w sumie w dwa dni. Razy dwa, to jest 480 stron. Część robię na spokojnie, więc zakładam, że na te dwa najbardziej szalone dni zostaje mi 150, czyli 300 stron, bo oczywiście, co ja sobie tłumaczę.
Czym innym jest czytanie 300 stron książki dla przyjemności, a czym innym moja praca.
I chyba moja starość niewiele ma tu do rzeczy, bo w życiu jeszcze nie spotkałam nikogo, kto czytałby tak szybko, jak ja, ze zrozumieniem, z widzeniem błędów i kojarząc, że redaktor kiksa strzela.
W ramach rozrywki poczytałam dziś pobieżnie konkurencję, i nie, nie mam się czego wstydzić.
I dobrze, że pracuję już na pół etatu, że mam te chwile oddechu i luzu, inaczej pewnie gryzłabym trawkę od spodu (a może byłabym w lepszej rzeczywistości, w alternatywnym świecie, kto to wie), :)
I z tym optymistycznym akcentem udaję się w Krainę Nicnierobienia i Czekania na Alienka.
Dziś termin, ale Skubanemu dobrze tam, gdzie jest. Synowa była wczoraj u położnej i jest OK, wywoływać będą najwcześniej 28.
Zatem proszę o dobre fluidy dla kolejnego wnuka Starej Jędzy...
A co, trochę radości od życia każdy pragnie.
I z góry serdecznie dziękuję :D
środa, 15 marca 2017
Standard
Kochany Pamiętniczku, czyli całe życie z wariatami.
Again.
Ale jeszcze tylko jeden dzień.
Syndrom Bossa - Boss wie lepiej wszystko i to reguły mają się dostosować do reguł Bossa, a nie na odwrót zadziałał na moją korzyść.
W tym miesiącu lądował w mojej kanciapie co i rusz, za każdym razem zapracowana byłam jak ten mrówek, co mi na dobre wyszło :) Najpierw przyczepił się - i tu mu wlazłam ostro na odcisk, że pozmieniałam mu Wysokiego Komisarza na wysokiego komisarza i Pana na pana. Na korytarzu rozegrała się batalia, moje tłumaczenie, że takie są reguły w wywiadach i że nie mają nic wspólnego z szacunkiem, było rzucaniem grochu o ścianę. Rzekłam, że jak chce, niech sobie duże litery wstawi z powrotem, mi to rybka. I posłałam mu linka do reguły. Wywiad na wydruku wylądował z moimi poprawkami zaakceptowanymi. Ha. 1 : 0 dla mnie :)
Następnie przyszedł z reklamacją, że wyrzuciłam mu cudzysłowy z wybitych cytatów. Tłumaczę mu jak dziecku, że albo rybki, albo pipki. Że jak kursywa, to nie cudzysłów (wybicia były kursywą), Zawlókł mnie do grafików, a nasza łamaczka mówi mu, że mam rację, bo to dwa grzyby w barszcz. Na to on zapiera się i mówi, że tak jest w layaucie... Ja na to, że robili go niefachowcy (bo to prawda)...
Ustąpił. Ale nadęty jak indor mówi, że mu Wysokiego Komisarza sprofanowałam.
Ewakuuje się z DTP, a ja na to: Bossie, dużą literą to tylko Pieniądze Przed Pierwszym.
Zarechotał, jak dawno już nie rechotał, takim starym rechotem, więc kułam żelazo póki gorące.
Poszłam na dywanik i mówię, że chcą mnie do robali, ale za darmo pracowała nie będę. Przygotowana byłam na stałą gadkę o półetacie, o innych cudach wiankach, a tu zonk. Wciąż rechocąc zapytał, ile chcę i animrumnął. Tylko mam nie robić tego w godzinach pracy. I tak nie będę, bo raz, że przy tej organizacji się nie da, dwa, że to już po naszym cyklu wydawniczym.
Ale robale moje, co mnie cieszy, bo je kocham, a i kaska, o której chłop nie wie, będzie.
A z całą resztą użerałam się jak ze stadem wściekłych psów.
W poniedziałek bąka puścić nie miałam czasu, dobrze, że zabrałam z domu powidła i kupiłam słodki chlebek, przynajmniej sobie cukier podnosiłam i z głodu nie umarłam. Przetrzymali mnie 11 godzin i były to zabójcze godziny, bo bez wytchnienia.
Umarłam za to ze zmęczenia.
Dziś tylko 9 godzin i miałam czas na puszczenie bąka...
Gdy wracałam do domu, niebo było pięknie rozgwieżdżone i patrząc na to przypominałam sobie, jak ktoś mi kiedyś powiedział, że nie mam płakać i tęsknić, bo wszędzie będą te same gwiazdy.
Prawda. Są wciąż, piękne i majestatyczne, choć my już nie jesteśmy tacy sami...
Tempora mutantur, et nos mutamur in illis...
Szkoda, ale cóż.
Wciąż te same gwiazdy, to się liczy. I My Shadow, z którym za niedługo pójdę w świat, z plecaczkiem albo i bez, bo jutro KONIEC :)
Kierownik Budowy o mnie dba, dziś wleciał do pracy z olejem dr Budwig, kupując pomyślał o mnie :) Naolejona jestem jak zadbana maszyna, bo oprócz tego mam konopny i rydzowy.
Buhahahahahaha...
W pracy i w domu zaczęły mi tak samo marnieć skrzydłokwiaty, co mnie wkurzało. Dziś w wolnej chwili wlazłam do neta i okazało się, że mają za dużo światła. Ojapierdolę. W starej kanciapie pięknie mi rósł, bo stał tam na biurku, z dala od okna. W nowej mam mniej słońca, więc wypieprzyłam go na okno, no i zaczął marnieć :D Kurde :P I nie lubi oparów gazu, a domowego w kuchni trzymałam, też na oknie.
Wracając zaś do naszych baranów, jak mówią Żabojady, patrzyłam na te gwiazdy i nawet się do domu nie spieszyłam, bo wiedziałam, że czekają na mnie te łobuzy tam, wiernie...
Otwierając drzwi, wiedziałam, że jestem w moim bezpiecznym miejscu, w moim świecie i naprawdę jestem szczęściarą.
A to, że sama?
Jestem wspaniałym towarzyszem, nie nudzę się w swoim towarzystwie, czegóż więcej do szczęścia trzeba, Kochany Pamiętniczku?
Z tyłu czaszki cały czas krąży mi myśl, jak wybornie będę się bawiła, gdy wreszcie skończę tę brudną robotę i wezmę się za węgiel.
Chciałabym zobaczyć choć jeden numer beze mnie.
Bo z piętra niżej wpadł mi w szpony przypadkiem i dwa ortografy na 1/3 łama to jednak cud, miód i orzeszki pini.
Nie oceniam, znam gościa, który to pisał, sadzi byki namiętnie. Może poszło bez korekty, i tak bywa.
Ale...
Znam życie :)
I myślę, że nawet z zaświatów będę miała niezły ubaw.
W ramach walki o kasę (kiedyś była walka o ogień) konkurencja, wrzucając kamyczki do naszego ogródka napisała, że płace w ciągu trzech lat wzrosły u nas o 60%... Oczywiście, zastanawiali się, opierając się na dostępnych źródłach, skąd kasę firma miała.
Sęk w tym, że osobiście miałam jakieś 10 zł podwyżki w 1. roku pracy, może parę groszy więcej, już nie pamiętam, w ramach indeksacji. Potem już indeksacji nie było.
No więc, kto kurwa zakosił moje 60%? :)
Again.
Ale jeszcze tylko jeden dzień.
Syndrom Bossa - Boss wie lepiej wszystko i to reguły mają się dostosować do reguł Bossa, a nie na odwrót zadziałał na moją korzyść.
W tym miesiącu lądował w mojej kanciapie co i rusz, za każdym razem zapracowana byłam jak ten mrówek, co mi na dobre wyszło :) Najpierw przyczepił się - i tu mu wlazłam ostro na odcisk, że pozmieniałam mu Wysokiego Komisarza na wysokiego komisarza i Pana na pana. Na korytarzu rozegrała się batalia, moje tłumaczenie, że takie są reguły w wywiadach i że nie mają nic wspólnego z szacunkiem, było rzucaniem grochu o ścianę. Rzekłam, że jak chce, niech sobie duże litery wstawi z powrotem, mi to rybka. I posłałam mu linka do reguły. Wywiad na wydruku wylądował z moimi poprawkami zaakceptowanymi. Ha. 1 : 0 dla mnie :)
Następnie przyszedł z reklamacją, że wyrzuciłam mu cudzysłowy z wybitych cytatów. Tłumaczę mu jak dziecku, że albo rybki, albo pipki. Że jak kursywa, to nie cudzysłów (wybicia były kursywą), Zawlókł mnie do grafików, a nasza łamaczka mówi mu, że mam rację, bo to dwa grzyby w barszcz. Na to on zapiera się i mówi, że tak jest w layaucie... Ja na to, że robili go niefachowcy (bo to prawda)...
Ustąpił. Ale nadęty jak indor mówi, że mu Wysokiego Komisarza sprofanowałam.
Ewakuuje się z DTP, a ja na to: Bossie, dużą literą to tylko Pieniądze Przed Pierwszym.
Zarechotał, jak dawno już nie rechotał, takim starym rechotem, więc kułam żelazo póki gorące.
Poszłam na dywanik i mówię, że chcą mnie do robali, ale za darmo pracowała nie będę. Przygotowana byłam na stałą gadkę o półetacie, o innych cudach wiankach, a tu zonk. Wciąż rechocąc zapytał, ile chcę i animrumnął. Tylko mam nie robić tego w godzinach pracy. I tak nie będę, bo raz, że przy tej organizacji się nie da, dwa, że to już po naszym cyklu wydawniczym.
Ale robale moje, co mnie cieszy, bo je kocham, a i kaska, o której chłop nie wie, będzie.
A z całą resztą użerałam się jak ze stadem wściekłych psów.
W poniedziałek bąka puścić nie miałam czasu, dobrze, że zabrałam z domu powidła i kupiłam słodki chlebek, przynajmniej sobie cukier podnosiłam i z głodu nie umarłam. Przetrzymali mnie 11 godzin i były to zabójcze godziny, bo bez wytchnienia.
Umarłam za to ze zmęczenia.
Dziś tylko 9 godzin i miałam czas na puszczenie bąka...
Gdy wracałam do domu, niebo było pięknie rozgwieżdżone i patrząc na to przypominałam sobie, jak ktoś mi kiedyś powiedział, że nie mam płakać i tęsknić, bo wszędzie będą te same gwiazdy.
Prawda. Są wciąż, piękne i majestatyczne, choć my już nie jesteśmy tacy sami...
Tempora mutantur, et nos mutamur in illis...
Szkoda, ale cóż.
Wciąż te same gwiazdy, to się liczy. I My Shadow, z którym za niedługo pójdę w świat, z plecaczkiem albo i bez, bo jutro KONIEC :)
Kierownik Budowy o mnie dba, dziś wleciał do pracy z olejem dr Budwig, kupując pomyślał o mnie :) Naolejona jestem jak zadbana maszyna, bo oprócz tego mam konopny i rydzowy.
Buhahahahahaha...
W pracy i w domu zaczęły mi tak samo marnieć skrzydłokwiaty, co mnie wkurzało. Dziś w wolnej chwili wlazłam do neta i okazało się, że mają za dużo światła. Ojapierdolę. W starej kanciapie pięknie mi rósł, bo stał tam na biurku, z dala od okna. W nowej mam mniej słońca, więc wypieprzyłam go na okno, no i zaczął marnieć :D Kurde :P I nie lubi oparów gazu, a domowego w kuchni trzymałam, też na oknie.
Wracając zaś do naszych baranów, jak mówią Żabojady, patrzyłam na te gwiazdy i nawet się do domu nie spieszyłam, bo wiedziałam, że czekają na mnie te łobuzy tam, wiernie...
Otwierając drzwi, wiedziałam, że jestem w moim bezpiecznym miejscu, w moim świecie i naprawdę jestem szczęściarą.
A to, że sama?
Jestem wspaniałym towarzyszem, nie nudzę się w swoim towarzystwie, czegóż więcej do szczęścia trzeba, Kochany Pamiętniczku?
Z tyłu czaszki cały czas krąży mi myśl, jak wybornie będę się bawiła, gdy wreszcie skończę tę brudną robotę i wezmę się za węgiel.
Chciałabym zobaczyć choć jeden numer beze mnie.
Bo z piętra niżej wpadł mi w szpony przypadkiem i dwa ortografy na 1/3 łama to jednak cud, miód i orzeszki pini.
Nie oceniam, znam gościa, który to pisał, sadzi byki namiętnie. Może poszło bez korekty, i tak bywa.
Ale...
Znam życie :)
I myślę, że nawet z zaświatów będę miała niezły ubaw.
W ramach walki o kasę (kiedyś była walka o ogień) konkurencja, wrzucając kamyczki do naszego ogródka napisała, że płace w ciągu trzech lat wzrosły u nas o 60%... Oczywiście, zastanawiali się, opierając się na dostępnych źródłach, skąd kasę firma miała.
Sęk w tym, że osobiście miałam jakieś 10 zł podwyżki w 1. roku pracy, może parę groszy więcej, już nie pamiętam, w ramach indeksacji. Potem już indeksacji nie było.
No więc, kto kurwa zakosił moje 60%? :)
sobota, 11 marca 2017
I tak
Kochany Pamiętniczku, mądre słowa mi się przypomniały.
Jest obok daru blasku łaska cienia.
I niech tak zostanie.
A tak w ogóle, to za mało bratków.
Na targu pojawił się Pan Pomidor, oczywiście, jeszcze bez pomidorków, ale bratki już miał. Po 1,50. Kto może się temu oprzeć, wszak gdy on się pojawia, to wiadomo, wiosna na bank.
Dobrze, że więcej nie kupiłam, bo korytek nie mam.
Ale nic straconego, co nie, Kochany Pamiętniczku?
A tak spadający dzień był. Co położyłam, to spadło. Na koniec spadł talerzyk od przyduszania kapusty i się stłukł. Trudno.
Szklane było, to się zbiło. To był ostatni talerzyk od ślubnego serwisu, kiedy potłukła się reszta, nie mam pojęcia. Nie pamiętam.
Zbierają podpisy pod wnioskiem o referendum o wyjście z Unii.
Pojeby.
Że niby będziemy wolni i niezależni. A nie jesteśmy? Moja koleżanka ze szkolnej ławy (dosłownie) wrzuciła post tak tłumaczący wszystko na pisowską rzeczywistość, że zwątpiłam w siebie przez moment. Jest miła, grzeczna, dobrze wychowana. Nigdy nie słyszałam od niej przekleństwa. Elegancka, taka Aleksis.
I kurwa, jak ktoś może być tak pojebany?
A może to ja jestem nietenteges? Jestem niegrzeczna, klnę i nawet nie stałam koło Aleksis w życiu...
Można zwariować.
I słucham radia, a co kawałek lecą kolędy :) Nie mam przywidzeń anie "przesłuchów", to radio internetowe i wyświetla tytuły :)
Ojapierdolę...
I łeb mnie boli, więc pewno się już wszystko popierdoliło.
Jest obok daru blasku łaska cienia.
I niech tak zostanie.
A tak w ogóle, to za mało bratków.
Na targu pojawił się Pan Pomidor, oczywiście, jeszcze bez pomidorków, ale bratki już miał. Po 1,50. Kto może się temu oprzeć, wszak gdy on się pojawia, to wiadomo, wiosna na bank.
Dobrze, że więcej nie kupiłam, bo korytek nie mam.
Ale nic straconego, co nie, Kochany Pamiętniczku?
A tak spadający dzień był. Co położyłam, to spadło. Na koniec spadł talerzyk od przyduszania kapusty i się stłukł. Trudno.
Szklane było, to się zbiło. To był ostatni talerzyk od ślubnego serwisu, kiedy potłukła się reszta, nie mam pojęcia. Nie pamiętam.
Zbierają podpisy pod wnioskiem o referendum o wyjście z Unii.
Pojeby.
Że niby będziemy wolni i niezależni. A nie jesteśmy? Moja koleżanka ze szkolnej ławy (dosłownie) wrzuciła post tak tłumaczący wszystko na pisowską rzeczywistość, że zwątpiłam w siebie przez moment. Jest miła, grzeczna, dobrze wychowana. Nigdy nie słyszałam od niej przekleństwa. Elegancka, taka Aleksis.
I kurwa, jak ktoś może być tak pojebany?
A może to ja jestem nietenteges? Jestem niegrzeczna, klnę i nawet nie stałam koło Aleksis w życiu...
Można zwariować.
I słucham radia, a co kawałek lecą kolędy :) Nie mam przywidzeń anie "przesłuchów", to radio internetowe i wyświetla tytuły :)
Ojapierdolę...
I łeb mnie boli, więc pewno się już wszystko popierdoliło.
piątek, 10 marca 2017
Nazbierało się
Kochany Pamiętniczku.
No nic.
Aby do brzegu.
Pomijając to, co w polityce się dzieje, co mnie już nawet nie denerwuje, ale śmieszy, bo co mogę zmienić poza tym, że pójdę zawsze, póki żyję na wybory, bo już wiem, że mój głos ma swój ciężar.
Co z tego, że teraz mogę jeszcze lajkować i nie lajkować, że w dupie mam pisiorów, bo się z mojego klubu wypisali, aczkolwiek nie wszyscy.
Nie gloryfikuję ani PO, ani lewicy, ani żadnej innej partii. Wiadomo, kto u żłoba, ten musi się nażreć. Utopia, jak i czysty komunizm nie istnieje. Moja mama zawsze mówiła, że komunizm będzie wtedy, gdy będziemy chodzić w walonkach, bo każdemu wystarczy jedna para walonek.
Takiego obłąkania, jak w tej partii TKM (teraz kurwa my) nie było nawet za komuny.
Przebili chyba nawet Goebbelsa w wymyślaniu uzasadnień.
Nie jestem wielbicielką Tuska, ale cieszę się, że go wybrano.
Ma tę odrobinę politycznej ogłady, to coś, co pozwala na tolerancję i przychylność. Mogę się z nim nie zgadzać, ale potrafię ogarnąć jego tok myślenia i jego racje.
Mam nadzieję, że to krok ku normalności.
Ale zostawiam politykę na boku, bo nic w tym momencie nie zrobię.
Nie poszłam na manifestację 8 marca, bo zawłaszczyły ją sobie też środowiska skrajne. W mojej wiosce akurat pierwsze skrzypce grają osoby z kręgu LGTB, co akurat ja wiem najlepiej :) I nie, żebym coś do LGTB miała, rybka mi to, co niektórzy wiedzą to z autopsji.
Ale...
Jeżeli walczymy o normalność, nie wyciągamy na wierzch spraw łóżkowych. Bo to są nasze osobiste sprawy. Mając kochanków na pęczki mogę być bardzo dobrą osobą i moje życie osobiste nie ma nic do rzeczy z moim życiem jako jednostki.
I powariowały też feministki. Chcą zrobić akcję oswajającą społeczeństwo z karmieniem piersią i ciążą, w sensie, że matki będą karmiły w przestrzeni publicznej i pokazywały brzuszki.
Wiem, stara jestem, ale chyba kogoś tu popierdoliło.
Co mają cycki do demokracji? Takich udogodnień dla matek (i ojców też) z dziećmi, pokoików do przewijania i innych bajek moje pokolenie sobie nawet nie wyobrażało.
Nie przeszkadza mi matka karmiąca dziecko, skoro musi, niech karmi. Nawet tam, gdzie - moim zdaniem - nie powinna, np. w restauracji przy stole. Gdybym karmiła piersią, nie latałabym po knajpach z dzieckiem. Bo jest czas w życiu, gdy można z pewnych spraw zrezygnować na rzecz tych, które są ważniejsze.
I knajpa nie jest miejscem komfortowym dla niemowlęcia. Nie dają dzieci do żłobków, bo bakterie, a w knajpach nie ma bakterii?
Kurde...
Tak samo z epatowaniem ciążą. Trochę, ale tylko trochę zazdroszczę mamuśkom z XXI wieku nieukrywania ciąży. Jeżu kolczasty, jak seksownie wyglądałabym wtedy w tych obcisłych wdziankach, co je dziś noszą, zwłaszcza że z moich kochanych 45 kilo przytyłam w ciąży na 56 :) Zgrabniejsza byłam, jak dziś :D A nosiłam "lejby", takie szerokie kiecki, zasłaniające brzuszek. To była moja radość, moja i męża i nie widzę powodu, dla którego miałabym podtykać pod nos komuś obcemu mój brzuch. Mój brzuch, moja sprawa, tak zostało we mnie do dziś.
I nie jest tak, że wszystkie sprawy trzyma się pod dywanem i w ukryciu. Wiedziałam to już lata temu, gdy wystąpiłam o skierowanie ojca na leczenie, za co w całej wiosce zostałam wyklęta.
O sprawach, które trzeba wyciągać na światło dzienne mówiłam zawsze wprost.
Jak o tym, gdy ojca znajomy próbował mnie w ogrodzie macać...
Ojciec nie rozumiał. Z chłopakiem się migdalisz, a co, on cię dotknąć nie mógł? Przecież ci nic nie zrobił.
Tak, to kurwa było OK, bo od macania w ciążę zajść nie mogłam, ale z chłopakiem, którego kochałam to tak.
To jest problem i to jest rzecz, o którą się walczy.
Walczy się o in vitro, o opiekę w szpitalach.
O edukację dzieci,
O godność.
Ale to są moje osobiste poglądy i nikomu ich nie narzucam, ani nie będę w tej sprawie, broń buk liściasty gdziekolwiek demonstrować.
Od tego mam ciebie, Kochany Pamiętniczku, żeby żółć wylać...
A nazbierało się, że ojapierdolę...
Przede wszystkim Pierworodny odwalił taki numer, że klękajcie narody.
Po raz kolejny zasłużył sobie bezapelacyjnie na wyskrobanie w następnym życiu i aczkolwiek gada kocham wciąż tak, jak w ten dzień, gdy spojrzałam w te wielkie ślepia, wyskrobię, jakem Stara Jędza.
Bezapelacyjnie i nie ma zmiłuj, nawet jeżeli oznacza to niebycie Małej Wiedźminki, na której wszystko goi się, jak na psie (vide guz z ZOO) i Papryczka.
Każdy sąd mnie uniewinni, w następnym życiu.
Mam też żal do osoby, o której myślałam, że jest moim przyjacielem.
Nie jest.
Tak nie robi przyjaciel.
Nie będę szat darła, po prostu wiem już na bank, że na końcu schodów nie ma przyjaciół, nie ma już wrogów.
Niby wiedziałam to od dawna, ale...
Bo wciąż pamiętam, jak byłam potrzebna, jak ten ktoś na mnie niecierpliwie czekał.
Teraz mu dobrze, to jestem od przypadku do przypadku. Albo i nie. W sumie to nawet nie chcę być, bo po co?
Trudno.
Wszystko się kończy.
Dobrze, że My Shadow będzie ze mną, dopóki świeci słońce.
Nevermind.
Dzień Kobiet, poza oficjalnym badylem od kierownictwa, pięknym zresztą, żadny tam pieścichłop, ale wypasiona róża, zamiast więcej badyli przyniósł mi
:)
Kierownik Budowy jest praktyczny i wie, czego kobieta potrzebuje :) Mam więc szatkownicę i mam zamiar jutro zaszaleć :)
Olej konopny jest ok, pamiętam ten smak z dzieciństwa.
Może się skuszę na więcej, byleby tylko Inżynier się nie dowiedział, bo zabije...
Sama sobie też sprezentowałam, i o dziwo, czytam.
Aczkolwiek Bonda dupy nie urywa, są lepsze kryminały, klasyka. W sumie bardzo mało z dawniej czytanych książek pamiętam, może pora wrócić do przeszłości?
On revient toujours à ses premiers amours... :)
Mam coraz bardziej dość neta i...
Nie, że z gryzmolenia w Kochanym Pamiętniczku zrezygnuję, ale net nie jest tego wart :P
A w pracy poza standardem, też wkurw mnie ogarnął na zakłamanie ludzi.
Bo moja kochana D. we wtorek w rozmowie wyciąga zza pazuchy (na szyi nosi) różaniec i całując krzyżyk mówi, że wszystko w rękach Boga. OK. Nie mam nic do tego, ale mnie zatkało. Dziś, czyli w piątek, w kuchni podają białą kiełbasę na różne sposoby, bo była do przepisów. D. jest pierwsza do jedzenia. Mówię: ale to Wielki Post i piątek na dokładkę. Słyszę: nie szkodzi. A koleżanka: wyszliśmy z domu, dojechaliśmy do pracy, a więc jesteśmy w podróży. Zatem jest dyspensa.
Ojapierdolę.
Osobiście nie muszę przestrzegać postu, ze względu na mój wiek. Poza tym od wieków myślę, co Panu Bogu przeszkadza, że wcinam mięso? Jak mam fazę, mogę go miesiącami nie jeść...
Ale cała reszta, tak jak i mój wiek to hipokryzja.
Więc do dupy z tym.
Dobrze, że mam zapas srajtaśmy.
I od razu na wątrobie lżej...
No nic.
Aby do brzegu.
Pomijając to, co w polityce się dzieje, co mnie już nawet nie denerwuje, ale śmieszy, bo co mogę zmienić poza tym, że pójdę zawsze, póki żyję na wybory, bo już wiem, że mój głos ma swój ciężar.
Co z tego, że teraz mogę jeszcze lajkować i nie lajkować, że w dupie mam pisiorów, bo się z mojego klubu wypisali, aczkolwiek nie wszyscy.
Nie gloryfikuję ani PO, ani lewicy, ani żadnej innej partii. Wiadomo, kto u żłoba, ten musi się nażreć. Utopia, jak i czysty komunizm nie istnieje. Moja mama zawsze mówiła, że komunizm będzie wtedy, gdy będziemy chodzić w walonkach, bo każdemu wystarczy jedna para walonek.
Takiego obłąkania, jak w tej partii TKM (teraz kurwa my) nie było nawet za komuny.
Przebili chyba nawet Goebbelsa w wymyślaniu uzasadnień.
Nie jestem wielbicielką Tuska, ale cieszę się, że go wybrano.
Ma tę odrobinę politycznej ogłady, to coś, co pozwala na tolerancję i przychylność. Mogę się z nim nie zgadzać, ale potrafię ogarnąć jego tok myślenia i jego racje.
Mam nadzieję, że to krok ku normalności.
Ale zostawiam politykę na boku, bo nic w tym momencie nie zrobię.
Nie poszłam na manifestację 8 marca, bo zawłaszczyły ją sobie też środowiska skrajne. W mojej wiosce akurat pierwsze skrzypce grają osoby z kręgu LGTB, co akurat ja wiem najlepiej :) I nie, żebym coś do LGTB miała, rybka mi to, co niektórzy wiedzą to z autopsji.
Ale...
Jeżeli walczymy o normalność, nie wyciągamy na wierzch spraw łóżkowych. Bo to są nasze osobiste sprawy. Mając kochanków na pęczki mogę być bardzo dobrą osobą i moje życie osobiste nie ma nic do rzeczy z moim życiem jako jednostki.
I powariowały też feministki. Chcą zrobić akcję oswajającą społeczeństwo z karmieniem piersią i ciążą, w sensie, że matki będą karmiły w przestrzeni publicznej i pokazywały brzuszki.
Wiem, stara jestem, ale chyba kogoś tu popierdoliło.
Co mają cycki do demokracji? Takich udogodnień dla matek (i ojców też) z dziećmi, pokoików do przewijania i innych bajek moje pokolenie sobie nawet nie wyobrażało.
Nie przeszkadza mi matka karmiąca dziecko, skoro musi, niech karmi. Nawet tam, gdzie - moim zdaniem - nie powinna, np. w restauracji przy stole. Gdybym karmiła piersią, nie latałabym po knajpach z dzieckiem. Bo jest czas w życiu, gdy można z pewnych spraw zrezygnować na rzecz tych, które są ważniejsze.
I knajpa nie jest miejscem komfortowym dla niemowlęcia. Nie dają dzieci do żłobków, bo bakterie, a w knajpach nie ma bakterii?
Kurde...
Tak samo z epatowaniem ciążą. Trochę, ale tylko trochę zazdroszczę mamuśkom z XXI wieku nieukrywania ciąży. Jeżu kolczasty, jak seksownie wyglądałabym wtedy w tych obcisłych wdziankach, co je dziś noszą, zwłaszcza że z moich kochanych 45 kilo przytyłam w ciąży na 56 :) Zgrabniejsza byłam, jak dziś :D A nosiłam "lejby", takie szerokie kiecki, zasłaniające brzuszek. To była moja radość, moja i męża i nie widzę powodu, dla którego miałabym podtykać pod nos komuś obcemu mój brzuch. Mój brzuch, moja sprawa, tak zostało we mnie do dziś.
I nie jest tak, że wszystkie sprawy trzyma się pod dywanem i w ukryciu. Wiedziałam to już lata temu, gdy wystąpiłam o skierowanie ojca na leczenie, za co w całej wiosce zostałam wyklęta.
O sprawach, które trzeba wyciągać na światło dzienne mówiłam zawsze wprost.
Jak o tym, gdy ojca znajomy próbował mnie w ogrodzie macać...
Ojciec nie rozumiał. Z chłopakiem się migdalisz, a co, on cię dotknąć nie mógł? Przecież ci nic nie zrobił.
Tak, to kurwa było OK, bo od macania w ciążę zajść nie mogłam, ale z chłopakiem, którego kochałam to tak.
To jest problem i to jest rzecz, o którą się walczy.
Walczy się o in vitro, o opiekę w szpitalach.
O edukację dzieci,
O godność.
Ale to są moje osobiste poglądy i nikomu ich nie narzucam, ani nie będę w tej sprawie, broń buk liściasty gdziekolwiek demonstrować.
Od tego mam ciebie, Kochany Pamiętniczku, żeby żółć wylać...
A nazbierało się, że ojapierdolę...
Przede wszystkim Pierworodny odwalił taki numer, że klękajcie narody.
Po raz kolejny zasłużył sobie bezapelacyjnie na wyskrobanie w następnym życiu i aczkolwiek gada kocham wciąż tak, jak w ten dzień, gdy spojrzałam w te wielkie ślepia, wyskrobię, jakem Stara Jędza.
Bezapelacyjnie i nie ma zmiłuj, nawet jeżeli oznacza to niebycie Małej Wiedźminki, na której wszystko goi się, jak na psie (vide guz z ZOO) i Papryczka.
Każdy sąd mnie uniewinni, w następnym życiu.
Mam też żal do osoby, o której myślałam, że jest moim przyjacielem.
Nie jest.
Tak nie robi przyjaciel.
Nie będę szat darła, po prostu wiem już na bank, że na końcu schodów nie ma przyjaciół, nie ma już wrogów.
Niby wiedziałam to od dawna, ale...
Bo wciąż pamiętam, jak byłam potrzebna, jak ten ktoś na mnie niecierpliwie czekał.
Teraz mu dobrze, to jestem od przypadku do przypadku. Albo i nie. W sumie to nawet nie chcę być, bo po co?
Trudno.
Wszystko się kończy.
Dobrze, że My Shadow będzie ze mną, dopóki świeci słońce.
Nevermind.
Dzień Kobiet, poza oficjalnym badylem od kierownictwa, pięknym zresztą, żadny tam pieścichłop, ale wypasiona róża, zamiast więcej badyli przyniósł mi
:)
Kierownik Budowy jest praktyczny i wie, czego kobieta potrzebuje :) Mam więc szatkownicę i mam zamiar jutro zaszaleć :)
Olej konopny jest ok, pamiętam ten smak z dzieciństwa.
Może się skuszę na więcej, byleby tylko Inżynier się nie dowiedział, bo zabije...
Sama sobie też sprezentowałam, i o dziwo, czytam.
Aczkolwiek Bonda dupy nie urywa, są lepsze kryminały, klasyka. W sumie bardzo mało z dawniej czytanych książek pamiętam, może pora wrócić do przeszłości?
On revient toujours à ses premiers amours... :)
Mam coraz bardziej dość neta i...
Nie, że z gryzmolenia w Kochanym Pamiętniczku zrezygnuję, ale net nie jest tego wart :P
A w pracy poza standardem, też wkurw mnie ogarnął na zakłamanie ludzi.
Bo moja kochana D. we wtorek w rozmowie wyciąga zza pazuchy (na szyi nosi) różaniec i całując krzyżyk mówi, że wszystko w rękach Boga. OK. Nie mam nic do tego, ale mnie zatkało. Dziś, czyli w piątek, w kuchni podają białą kiełbasę na różne sposoby, bo była do przepisów. D. jest pierwsza do jedzenia. Mówię: ale to Wielki Post i piątek na dokładkę. Słyszę: nie szkodzi. A koleżanka: wyszliśmy z domu, dojechaliśmy do pracy, a więc jesteśmy w podróży. Zatem jest dyspensa.
Ojapierdolę.
Osobiście nie muszę przestrzegać postu, ze względu na mój wiek. Poza tym od wieków myślę, co Panu Bogu przeszkadza, że wcinam mięso? Jak mam fazę, mogę go miesiącami nie jeść...
Ale cała reszta, tak jak i mój wiek to hipokryzja.
Więc do dupy z tym.
Dobrze, że mam zapas srajtaśmy.
I od razu na wątrobie lżej...
niedziela, 5 marca 2017
Okna
są tak czyste, Kochany Pamiętniczku, że rankiem wyglądało, jakby szyb nie było ;)
Rozmowa z Inżynierem, spacer do wujka Mietka ze świeczuszką, bo wczoraj moje Kaziki imieniny miały. Ale na Kaziuka mi się już leźć nie chciało i dobrze, że nie polazłam, ponoć tłumy były. A tego nie lubię.
Badylki po drodze zanabyłam
Cudnie, co nie? A Zmorcze doniczki strzał w dziesiątkę :) Więcej już wieszać nie mogę, bo mi barierkę szlag trafi.
Obiadek, film, puzzle, krótka rozmowa z drugą połową i już po niedzieli.
Jakie to szczęście, że jeszcze jutro nic nie muszę.
I tego się trzymajmy :)
Szok. Żona Inżyniera złożyła mi życzenia z okazji Dnia Teściowej.
Nie ukrywam, mała rzecz, a cieszy :)
Miło mi...
Rozmowa z Inżynierem, spacer do wujka Mietka ze świeczuszką, bo wczoraj moje Kaziki imieniny miały. Ale na Kaziuka mi się już leźć nie chciało i dobrze, że nie polazłam, ponoć tłumy były. A tego nie lubię.
Badylki po drodze zanabyłam
Cudnie, co nie? A Zmorcze doniczki strzał w dziesiątkę :) Więcej już wieszać nie mogę, bo mi barierkę szlag trafi.
Obiadek, film, puzzle, krótka rozmowa z drugą połową i już po niedzieli.
Jakie to szczęście, że jeszcze jutro nic nie muszę.
I tego się trzymajmy :)
Szok. Żona Inżyniera złożyła mi życzenia z okazji Dnia Teściowej.
Nie ukrywam, mała rzecz, a cieszy :)
Miło mi...
sobota, 4 marca 2017
Zaiste
sobota była pracowita, jakbym odrabiała te wszystkie dni lenistwa, Kochany Pamiętniczku.
Poleciałam na giełdę kwiatową, a tam zatrzęsienie bratków, pierwiosnków, stokrotek, krokusów, hiacyntów i morze pieścichłopów. Niestety, pieścichłopy pakowane po 25, więc z żalem zrezygnowałam, bo na co mi 25 kwiatów za 30 zł, które niedługo postoją? Nie mam komnat, więc bez sensu :)
I tak po godzinie
mój balkon wyglądał tak :)
I żal dupę ściskał, bo co spojrzałam na okno, to widziałam
wschód słońca obiektywem soniczka. Zoom błotko na szybach powiększył :)
Westchnęłam więc głęboko nad niesprawiedliwością losu i ruszyłam do boju o czyste okna.
Szesnaście stopni na plusie było dziś.
Mieszkanie się fajnie przewietrzyło, nie tylko widać wiosnę, ale czuć.
A ja padnę zaraz na fotel z nóżkami do góry, bom zmęczona okrutnie, ale i dumna. Bo znów mi się udało.
Jeszcze tylko pranie powieszę i spocznę na laurach, przepraszam, na listku bobkowym :)
Poleciałam na giełdę kwiatową, a tam zatrzęsienie bratków, pierwiosnków, stokrotek, krokusów, hiacyntów i morze pieścichłopów. Niestety, pieścichłopy pakowane po 25, więc z żalem zrezygnowałam, bo na co mi 25 kwiatów za 30 zł, które niedługo postoją? Nie mam komnat, więc bez sensu :)
I tak po godzinie
mój balkon wyglądał tak :)
I żal dupę ściskał, bo co spojrzałam na okno, to widziałam
wschód słońca obiektywem soniczka. Zoom błotko na szybach powiększył :)
Westchnęłam więc głęboko nad niesprawiedliwością losu i ruszyłam do boju o czyste okna.
Szesnaście stopni na plusie było dziś.
Mieszkanie się fajnie przewietrzyło, nie tylko widać wiosnę, ale czuć.
A ja padnę zaraz na fotel z nóżkami do góry, bom zmęczona okrutnie, ale i dumna. Bo znów mi się udało.
Jeszcze tylko pranie powieszę i spocznę na laurach, przepraszam, na listku bobkowym :)
piątek, 3 marca 2017
Ciekawy
dzień, Kochany Pamiętniczku.
Pobieżyłam rano rączo jak sarenka na przystanek sąsiedni, bo słoneczko napiździało aż miło.
Chciałam wschód sfotografować, ale okna są tak brudne, że przy zbliżeniu wyszedł brud na oknach, zamiast słoneczka. Więc zdjęcia wschodu nie będzie.
Jak na złość autobusu (jeden na godzinę) nie było, więc po półgodzinie stania wsiadłam w 71 i łapałam połączenie. Nie dziwię się, że tyle sie spóźnił, bo wracając utkwiłam na nowym, a jakże, szlabanie i przeczekałam 6 (!) pociągów. Ojapierdolę. Next time jednak pójdę tunelem, choć tam pod górkę tak, że zdycham. trudno.
Dziś kupiłam chleb w Zagrodniczej, ale jeszcze nie jadłam. Komyśniak. Trochę się boję, bo dawniej mi na żołądku leżał, a teraz żołądek mam starszy, nie młodszy ;)
W pracy dużo pracy, ale płynnie i wszystko było uszykowane, tak że obleciałam całość ekstrasa dwa razy i dzięki temu mam poniedziałek wolny, zatem jeszcze 3 dni przede mną. Słowniki netowe padły i jak słusznie podejrzewałam, było to padnięcie zawinione przez nasz serwer. Informatyk ze skóry wychodził i było mi go momentami żal :P
I dostałam dziś
Moja robótka :) Ładne wydanie, treści nie oceniam :) I zapłacone bez targowania, zatem lubię :P
Jako że słonko jeszcze na niebie było, jak wyszłam z pracy, polazłam lewa, prawa. Koło Panoramy diabeł mnie podkusił, no ale w sumie w jednych butach mam dziurę na wylot, a w drugich dwa takie spacery i też dziura będzie. Potrzebuję buty nieprzemakające przy byle deszczyku, a takich nie mam.
I tadam, bez latania, bez szukania, moja ukochana Maciejka. W sumie od zimowych różnią się tylko krojem, ale co tam :)
Cudne :)
Cena też cudna, ale mniejsza z większym, karta, o której chłop nie wie ma nowego PIN-a :)
Sandałków jeszcze nie ma w sprzedaży :)
A niedaleko domu mam
i jak znajdę ochotnika, który mi wytłumaczy, jak odblokować to cholerstwo, to może się skuszę i znów wsiądę na rower? Ścieżką rowerową z Hetmańskiej mam fajną trasę do domu... Przydałoby się... Zobaczymy :)
Nie zapłaciłam ostatniego rachunku za prąd w terminie (3 dni się spóźniłam) z tej prostej przyczyny, że nie miałam rachunku, bo mnie w domu nie było i dupa :) Cztery grosze odsetek musiałam zabulić za trzy dni spóźnienia. Chamy i złodzieje, co nie? :)
Pobieżyłam rano rączo jak sarenka na przystanek sąsiedni, bo słoneczko napiździało aż miło.
Chciałam wschód sfotografować, ale okna są tak brudne, że przy zbliżeniu wyszedł brud na oknach, zamiast słoneczka. Więc zdjęcia wschodu nie będzie.
Jak na złość autobusu (jeden na godzinę) nie było, więc po półgodzinie stania wsiadłam w 71 i łapałam połączenie. Nie dziwię się, że tyle sie spóźnił, bo wracając utkwiłam na nowym, a jakże, szlabanie i przeczekałam 6 (!) pociągów. Ojapierdolę. Next time jednak pójdę tunelem, choć tam pod górkę tak, że zdycham. trudno.
Dziś kupiłam chleb w Zagrodniczej, ale jeszcze nie jadłam. Komyśniak. Trochę się boję, bo dawniej mi na żołądku leżał, a teraz żołądek mam starszy, nie młodszy ;)
W pracy dużo pracy, ale płynnie i wszystko było uszykowane, tak że obleciałam całość ekstrasa dwa razy i dzięki temu mam poniedziałek wolny, zatem jeszcze 3 dni przede mną. Słowniki netowe padły i jak słusznie podejrzewałam, było to padnięcie zawinione przez nasz serwer. Informatyk ze skóry wychodził i było mi go momentami żal :P
I dostałam dziś
Moja robótka :) Ładne wydanie, treści nie oceniam :) I zapłacone bez targowania, zatem lubię :P
Jako że słonko jeszcze na niebie było, jak wyszłam z pracy, polazłam lewa, prawa. Koło Panoramy diabeł mnie podkusił, no ale w sumie w jednych butach mam dziurę na wylot, a w drugich dwa takie spacery i też dziura będzie. Potrzebuję buty nieprzemakające przy byle deszczyku, a takich nie mam.
I tadam, bez latania, bez szukania, moja ukochana Maciejka. W sumie od zimowych różnią się tylko krojem, ale co tam :)
Cudne :)
Cena też cudna, ale mniejsza z większym, karta, o której chłop nie wie ma nowego PIN-a :)
Sandałków jeszcze nie ma w sprzedaży :)
A niedaleko domu mam
i jak znajdę ochotnika, który mi wytłumaczy, jak odblokować to cholerstwo, to może się skuszę i znów wsiądę na rower? Ścieżką rowerową z Hetmańskiej mam fajną trasę do domu... Przydałoby się... Zobaczymy :)
Nie zapłaciłam ostatniego rachunku za prąd w terminie (3 dni się spóźniłam) z tej prostej przyczyny, że nie miałam rachunku, bo mnie w domu nie było i dupa :) Cztery grosze odsetek musiałam zabulić za trzy dni spóźnienia. Chamy i złodzieje, co nie? :)
czwartek, 2 marca 2017
Prawdziwy
marzec mamy, Kochany Pamiętniczku :)
Wstaję, leje. Zła jestem, bo sieciówki nie mam i chciałam naładować, bo jutro do pracy. Mam portmonetkę, ale dwutygodniowa sieciówka idealnie wpisuje się w mój rozkład jazdy.
Jem śniadanie, pokój zalewa słońce.
O, polecę.
Wkładam płaszcz już, a tu nagle jak nie chluśnie.
Przeczekalam. Udało mi się przelecieć między kroplami, kiedy wróciłam do domu, znów się rozchlapało, za chwilę słońce i tak dookoła Wojtek :)
Podziwiałam świeżo nasadzone drzewka, na złość tym złamasom, co korzystają z prawa Szyszki i rąbią bez daj racji.
O, cały rządek nowych posadzony, a i po drodze takich pełko.
Na forsycji już są pąki, urwałam gałązkę bez wyrzutów sumienia, bo co roku te krzewy prawie do ziemi przycinają, a one rosną jak głupie :D
Zobaczymy, czy mi w domu rozkwitnie :)
I chodząc po wiosce widzę, że muszę schudnąć, bo ludzie jeżdżący samochodami pogłupieli kompletnie. Parkują wszerz chodnika, o proszę...
Za chwilę jechała straż miejska, ciekawe, czy zauważyli tych geniuszy?
A na poczcie, a jakże, nóżkami przebiera. Już emilka wysłał, że cały ekstras czeka.
Odpisałam, że jutro, tak jak się umawialiśmy. Kiedyś bym rzuciła wszystko i leciała, ale po kija? Ani kasy, ani medalu za to nie dostanę. Jak ja czekam na materiał, to jest OK. Więc niech teraz poczekają na mnie :) Znów bezpłatne nadgodziny, o borze liściasty niewycięty, jak mi się jutro nie chce iść :)
Śniło mi się zebranie w pracy, że zarzucałam na nim, że źle robimy. W trakcie gadania dostałam ataku kaszlu, obudziłam się kaszląc tak straszliwie, że myślałam, że płucka wypluję. I nie, nie jestem ani przeziębiona, ani chora. A głowa mnie tak bolała, że myślałam, że po 30 latach znów wróciły mi migreny. Ledwo doczołgałam się z łazienki do wyrka i zapadłam znów w sen. I znów mi się praca śniła, że źle reklamy robią (a robią źle)... Na całe szczęście po obudzeniu kolejny raz już mnie głowa nie bolała. Ufff... I jak tu nie wierzyć w stresującą rolę pracy? :)
Lektora dziś oglądnęłam. O dziwo, dawno już nie wysiedziałam dwie godziny bez przerwy, nie poszłam nawet do łazienki ani po herbatę.
Mądry film. Niebanalny. I tak myślę, że każdy ma swoje rzeczy, które odbijają się na jego życiu...
Wstaję, leje. Zła jestem, bo sieciówki nie mam i chciałam naładować, bo jutro do pracy. Mam portmonetkę, ale dwutygodniowa sieciówka idealnie wpisuje się w mój rozkład jazdy.
Jem śniadanie, pokój zalewa słońce.
O, polecę.
Wkładam płaszcz już, a tu nagle jak nie chluśnie.
Przeczekalam. Udało mi się przelecieć między kroplami, kiedy wróciłam do domu, znów się rozchlapało, za chwilę słońce i tak dookoła Wojtek :)
Podziwiałam świeżo nasadzone drzewka, na złość tym złamasom, co korzystają z prawa Szyszki i rąbią bez daj racji.
O, cały rządek nowych posadzony, a i po drodze takich pełko.
Na forsycji już są pąki, urwałam gałązkę bez wyrzutów sumienia, bo co roku te krzewy prawie do ziemi przycinają, a one rosną jak głupie :D
Zobaczymy, czy mi w domu rozkwitnie :)
I chodząc po wiosce widzę, że muszę schudnąć, bo ludzie jeżdżący samochodami pogłupieli kompletnie. Parkują wszerz chodnika, o proszę...
Za chwilę jechała straż miejska, ciekawe, czy zauważyli tych geniuszy?
A na poczcie, a jakże, nóżkami przebiera. Już emilka wysłał, że cały ekstras czeka.
Odpisałam, że jutro, tak jak się umawialiśmy. Kiedyś bym rzuciła wszystko i leciała, ale po kija? Ani kasy, ani medalu za to nie dostanę. Jak ja czekam na materiał, to jest OK. Więc niech teraz poczekają na mnie :) Znów bezpłatne nadgodziny, o borze liściasty niewycięty, jak mi się jutro nie chce iść :)
Śniło mi się zebranie w pracy, że zarzucałam na nim, że źle robimy. W trakcie gadania dostałam ataku kaszlu, obudziłam się kaszląc tak straszliwie, że myślałam, że płucka wypluję. I nie, nie jestem ani przeziębiona, ani chora. A głowa mnie tak bolała, że myślałam, że po 30 latach znów wróciły mi migreny. Ledwo doczołgałam się z łazienki do wyrka i zapadłam znów w sen. I znów mi się praca śniła, że źle reklamy robią (a robią źle)... Na całe szczęście po obudzeniu kolejny raz już mnie głowa nie bolała. Ufff... I jak tu nie wierzyć w stresującą rolę pracy? :)
Lektora dziś oglądnęłam. O dziwo, dawno już nie wysiedziałam dwie godziny bez przerwy, nie poszłam nawet do łazienki ani po herbatę.
Mądry film. Niebanalny. I tak myślę, że każdy ma swoje rzeczy, które odbijają się na jego życiu...
środa, 1 marca 2017
Śledzik
wyszedł mi tak dobry, że ojapierdolę, Kochany Pamiętniczku.
Nie, że poszczę, wyrąbane mam na to, ale śledzie lubię, to i skorzystałam, bo mi internety przypomniały. Niestety, straszą też, że ryby mocno zanieczyszczone, więc staram się mniej ich jeść. No ale Podkoziołek jest raz w roku, więc wczoraj wymoczyłam, a dziś zeżarłam :) I trewala jadłam pierwszy raz w życiu, lepszy od makreli, zatem od czasu do czasu kupię.
A z Faworu się wypisałam, bo miałam nosa.
Chleb po otwarciu wyglądał tak, reszty nie dało się wyjąć z worka, bo się rozsypało.
Z trudem to posmarowałam, a i smakowało jak trociny. W pierwszym odruchu chciałam reklamować, ale za leniwa jestem i co, jak udowodnię, że nie poszarpałam chleba? Chciałam pisać emilka do Faworu, ale wrzuciłam na luz.
Kolejny chleb, z Limaro, skreślony. Smakuje nijako i barwiony karmelem.
Jutro idę szukać dalej.
W wciąż widzę piekarnię w R., pana Biegańskiego, piekącego chleby, jakich już nie ma dziś. I tego piekarza z Dąbrowy, który raz w tygodniu jeździł takim zabudowanym wozem i sprzedawał chleb tym, którzy zamówili, Takie ogromne bochny. moja Mama nigdy nie chciała ich kupować, nie wiem, dlaczego, więc latałam do sąsiadki na skibkę chleba z Dąbrowy ze smalczykiem. A piekarz za kołnierz nie wylewał i zdarzało mu się zasnąć na koźle. Koń stawał przy każdym domu, wiedział na pamięć gdzie, ludzie brali chleb i wkładali kasę do koszyczka... Dziś by się ani chybi sanepid i inne cuda wianki przyczepiły. A my jakoś przeżyliśmy.
A do piekarni do Biegańskiego chodziłam w każdą sobotę trzy razy... Rano po chleb i bułki, potem w południe zanosiłam blachy z plackiem. Stawialiśmy je na podwórzu, na specjalnych półkach, a piekarz piekł. Złotówkę kosztowało upieczenie jednego placka. No i trzeci raz odebrać upieczony, a po łapach dostawaliśmy za niedoniesienie w całości, wiecie jak trudno oprzeć było się świeżutkiej kruszonce? A owocom w sezonie?
Łza się w oku kręci...
I do dziś, jak mam chleb (a piec mi się jakoś teraz nie chce) i go kroję, zawsze przeżegnam. Kupnego nie, bo z lenistwa krojony kupuję :) I nie ma to nic wspólnego z wiarą. Po prostu chleb trzeba przeżegnać, a gdy upadnie niechcący na ziemię, podnieść, pocałować i przeprosić.
Wiem, co to głód.
Wiem, że jak mam w domu chleb, wodę i sól, jest OK.
Wciąż widzę moją babcię, jak drobi chleb do miseczki, zalewa wrzątkiem, dodaje soli i odrobinę masła i z namaszczeniem zjada, mlaskając z zadowolenia... I mówi: ale się najadłam...
Za kilka lat będę miała tyle, co ona, gdy to zapamiętałam...
Przy tej emeryturze to pewno i tak pojadę, ale wiem, że póki mam chleb, jestem panią swojego życia...
A w pokoju z takiej mikrej, nierokującej cebulki tadam
Przecudnej urody...
Wpadłam wczoraj na znajomą, matkę kolegi Inżyniera z podstawówki. Kobietka 10 lat ode mnie młodsza, jak nie więcej, szczupła, z warkoczem do kolan. Typ z tyłu liceum, z przodu muzeum. W róziowym płaszczyku, blondyneczka, och i ach, róziowa czapeczka, białe botki... A ja, no wiadomo, kolubryna i kubańska dupa się kłania :) Kurtka rozpięta, wiosenna już. I dźga mnie toto paluchem w bebech, że ja taka gruba. Tylko Aniołowi Stróżowi zawdzięczam, że jej w mordę nie dałam. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Nienawidzę, jak mnie ktoś dotyka, a tu sruuu, dźgnięcie w brzuch. Nie dotykam nigdy ludzi, a już na pewno nie w brzuch, nawet synowych nie dotykałam, ciężarnych, of course. Starsza poprosiła sama o dotknięcie, to OK. Ale tak...
Co ludzie z tym, kurwa, mają? Że przytyłam? No i co z tego, uczciwie zapracowałam na oponę na moim brzuchu. Czy ja się jej czepiam, że młodsza, a pomarszczona jak pergamin? Kurwa.
I nadaje, że to, że sramto, a co u chłopaków?
U chłopaków OK.
No wie pani, bo syn jest też w UK. Wiem. A skąd? Z fejsa :) A co to, bo ja fejsa nie mam. A ja mam, hahahahahaha...
A jeszcze zaraz po wyjeździe Inżyniera męczyła mnie, żebym synowi załatwiła wyjazd do Inżyniera, żeby mu pracę załatwił.
Jest kucharzem. Inżynier ma z tym tyle wspólnego, że czasem do knajpy wpada i tyle jego znajomości dziedziny :)
A wczoraj mówi, że jej brat jest od 13 lat w UK.
Nosz, a ja miałam Inżyniera męczyć.
Pytam kobietki, kiedy tam jeździ, a ona, że jeszcze nie była.
Będę odtąd na jej widok spierdalać w podskokach, mój brzuch należy do mnie :)
I Niechciej z Leniem Śmierdzącym znów siedzą, tyle że nowa kapustę zakisiłam, reszta dnia przemaszerowała lewa, prawa, lewa, prawa, nie wiadomo kiedy.
Jutro muszę parę rzeczy jednak ogarnąć, w piątek do pracy.
Tak, praca mnie kocha, a ja ją.
Fajnie jest mieć kaskę na koncie ;)
Nie, że poszczę, wyrąbane mam na to, ale śledzie lubię, to i skorzystałam, bo mi internety przypomniały. Niestety, straszą też, że ryby mocno zanieczyszczone, więc staram się mniej ich jeść. No ale Podkoziołek jest raz w roku, więc wczoraj wymoczyłam, a dziś zeżarłam :) I trewala jadłam pierwszy raz w życiu, lepszy od makreli, zatem od czasu do czasu kupię.
A z Faworu się wypisałam, bo miałam nosa.
Chleb po otwarciu wyglądał tak, reszty nie dało się wyjąć z worka, bo się rozsypało.
Z trudem to posmarowałam, a i smakowało jak trociny. W pierwszym odruchu chciałam reklamować, ale za leniwa jestem i co, jak udowodnię, że nie poszarpałam chleba? Chciałam pisać emilka do Faworu, ale wrzuciłam na luz.
Kolejny chleb, z Limaro, skreślony. Smakuje nijako i barwiony karmelem.
Jutro idę szukać dalej.
W wciąż widzę piekarnię w R., pana Biegańskiego, piekącego chleby, jakich już nie ma dziś. I tego piekarza z Dąbrowy, który raz w tygodniu jeździł takim zabudowanym wozem i sprzedawał chleb tym, którzy zamówili, Takie ogromne bochny. moja Mama nigdy nie chciała ich kupować, nie wiem, dlaczego, więc latałam do sąsiadki na skibkę chleba z Dąbrowy ze smalczykiem. A piekarz za kołnierz nie wylewał i zdarzało mu się zasnąć na koźle. Koń stawał przy każdym domu, wiedział na pamięć gdzie, ludzie brali chleb i wkładali kasę do koszyczka... Dziś by się ani chybi sanepid i inne cuda wianki przyczepiły. A my jakoś przeżyliśmy.
A do piekarni do Biegańskiego chodziłam w każdą sobotę trzy razy... Rano po chleb i bułki, potem w południe zanosiłam blachy z plackiem. Stawialiśmy je na podwórzu, na specjalnych półkach, a piekarz piekł. Złotówkę kosztowało upieczenie jednego placka. No i trzeci raz odebrać upieczony, a po łapach dostawaliśmy za niedoniesienie w całości, wiecie jak trudno oprzeć było się świeżutkiej kruszonce? A owocom w sezonie?
Łza się w oku kręci...
I do dziś, jak mam chleb (a piec mi się jakoś teraz nie chce) i go kroję, zawsze przeżegnam. Kupnego nie, bo z lenistwa krojony kupuję :) I nie ma to nic wspólnego z wiarą. Po prostu chleb trzeba przeżegnać, a gdy upadnie niechcący na ziemię, podnieść, pocałować i przeprosić.
Wiem, co to głód.
Wiem, że jak mam w domu chleb, wodę i sól, jest OK.
Wciąż widzę moją babcię, jak drobi chleb do miseczki, zalewa wrzątkiem, dodaje soli i odrobinę masła i z namaszczeniem zjada, mlaskając z zadowolenia... I mówi: ale się najadłam...
Za kilka lat będę miała tyle, co ona, gdy to zapamiętałam...
Przy tej emeryturze to pewno i tak pojadę, ale wiem, że póki mam chleb, jestem panią swojego życia...
A w pokoju z takiej mikrej, nierokującej cebulki tadam
Przecudnej urody...
Wpadłam wczoraj na znajomą, matkę kolegi Inżyniera z podstawówki. Kobietka 10 lat ode mnie młodsza, jak nie więcej, szczupła, z warkoczem do kolan. Typ z tyłu liceum, z przodu muzeum. W róziowym płaszczyku, blondyneczka, och i ach, róziowa czapeczka, białe botki... A ja, no wiadomo, kolubryna i kubańska dupa się kłania :) Kurtka rozpięta, wiosenna już. I dźga mnie toto paluchem w bebech, że ja taka gruba. Tylko Aniołowi Stróżowi zawdzięczam, że jej w mordę nie dałam. Co komu do domu, jak chaupka nie jego? Nienawidzę, jak mnie ktoś dotyka, a tu sruuu, dźgnięcie w brzuch. Nie dotykam nigdy ludzi, a już na pewno nie w brzuch, nawet synowych nie dotykałam, ciężarnych, of course. Starsza poprosiła sama o dotknięcie, to OK. Ale tak...
Co ludzie z tym, kurwa, mają? Że przytyłam? No i co z tego, uczciwie zapracowałam na oponę na moim brzuchu. Czy ja się jej czepiam, że młodsza, a pomarszczona jak pergamin? Kurwa.
I nadaje, że to, że sramto, a co u chłopaków?
U chłopaków OK.
No wie pani, bo syn jest też w UK. Wiem. A skąd? Z fejsa :) A co to, bo ja fejsa nie mam. A ja mam, hahahahahaha...
A jeszcze zaraz po wyjeździe Inżyniera męczyła mnie, żebym synowi załatwiła wyjazd do Inżyniera, żeby mu pracę załatwił.
Jest kucharzem. Inżynier ma z tym tyle wspólnego, że czasem do knajpy wpada i tyle jego znajomości dziedziny :)
A wczoraj mówi, że jej brat jest od 13 lat w UK.
Nosz, a ja miałam Inżyniera męczyć.
Pytam kobietki, kiedy tam jeździ, a ona, że jeszcze nie była.
Będę odtąd na jej widok spierdalać w podskokach, mój brzuch należy do mnie :)
I Niechciej z Leniem Śmierdzącym znów siedzą, tyle że nowa kapustę zakisiłam, reszta dnia przemaszerowała lewa, prawa, lewa, prawa, nie wiadomo kiedy.
Jutro muszę parę rzeczy jednak ogarnąć, w piątek do pracy.
Tak, praca mnie kocha, a ja ją.
Fajnie jest mieć kaskę na koncie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























































































