wkurwiająca jest niekompetencja i debilizm, Kochany Pamiętniczku. I nieszanowanie cudzego czasu.
Siedziałam wczoraj kołkiem te cztery godziny i pies z kulawą nogą się nie pojawił.
Wkurwiona na maksa napisałam do spółdzielni emilka. Wkurwiona, bo na bolące uszy musiałam założyć aparaty, co dodatkowo mi wszystko podrażniło. O 21 wysłałam emilka i przysięgłam, że nie otworzę minutę po 21. Cztery godziny w aparatach, w cyckonosie, z dzwonkiem bezprzewodowym do kibla (bo mam dwa dzwonki, jeden normalny, podłączony do lampki nocnej, drugi bezprzewodowy), co jeszcze kurwa mogłam zrobić.
Dzwonię do sąsiadów - byli.
W południe żadnej odpowiedzi ze spółdzielni, więc aparaty w uszy i wio koniku.
Kazali mi iść do prezesa.
Okazało się, że fachury dzwoniły domofonami po liście i odhaczali mieszkania, gdzie nikt nie odebrał domofonu i tam nie dzwonili! Skoro kontrola miała być od 17-21, to powinni latać w tych godzinach i sprawdzać do skutku, kurwa. Ja na przykład pracuję do 17 i nie ma chuja we wsi, jak jest dzień, że coś się wali i pali, żebym o 17 była w domu! A widełki czasowe są takie, że nawet jakbym wyszła o 19, zdążyłabym, żeby ktoś raczył tylko do mnie zadzwonić. Nie wiem, dlaczego nie słyszałam domofonu, czasem słyszę, czasem nie, zależy w którym miejscu mieszkania jestem. Może na kiblu siedziałam, bo pijąc 3 litry wg zaleceń lekarki sikam namiętnie.
A prezes, dureń jeden, przecież nie pierwszy raz się ze mną ściera, zaczął mnie traktować jak dziecko specjalnej troski, w którymś momencie zagalopował się i mówi do mnie "Kali mieć krowa". Pewno dlatego, że głosu z siebie wydobyć nie mogę nadal i mówię jak idiotka. Wkurwiło mnie to tak bardzo, że poprosiłam o traktowanie mnie jak osoby normalnej, mówię jak mówię, bo jestem chora, ale rozumiem wszystko, co się do mnie mówi. Podzwonił, potłumaczył i na kartce pisze, że przyjdą między 19 a 20. Słyszałam, że na tę godzinę mnie umawia, więc kurwa, ale OK.
Godzina. Godzina sterczenia.
Czekałam tylko 20 minut. Dzwonek na bezprzewodowy. Ładują się dwa Michały, jeden duży, drugi mały. Jeden stary, drugi młody. O, jak głośno dzwoni pani dzwonek. Naciskam stały: o, lampka się pali...
Dzwonili panowie wczoraj? Oczywiście, że dzwonili. Serio? W trzy dupy pijana widziałabym i słyszałabym te dzwonki.
Zamknęli się.
No bo co można rzec?
Cała zabawa trwała 5 minut może. Dwa kontakty w kuchni piszczą. To dobrze. W łazience też. Znakomicie. Gdzie jest skrzynka? Pokazuję. Super. Najwięcej czasu zajęło starszemu od papierków zapisanie mojego nazwiska. Literować musiałam. Na drugim papierku już kazał mi własnoręcznie zapisać. No, kurwa, znam z dziesięć wariantów zapisywania mojego nazwiska, ale nie dałam im satysfakcji. Nie podałam tylko mężowskiego, prostego jak drut sprężynowy. Mieszkanie mam na dwa.
Kurwa, moja wina, że ktoś prostego nazwiska nie umie zapisać?
Poszli.
W sumie spółdzielnia wyrwała mi z życiorysu kolejne 4 godziny 20 minut, nie licząc tego czasu, jak rury wymieniali i po mieszkaniu snuły mi się tabuny "fachowców". Pojebańców. Kafelki do dziś mam niezrobione, ale już się przyzwyczaiłam. Kurwa.
W międzyczasie Baran się odezwał, namawiając mnie do grzechu. Znaczy się na popieranie Jurka. Nie byłam w nastroju do żartów.
Oberwał za całokształt, bo przedtem byłam w banku i okazało się, że nie zapłacił mi, jebaniec jeden ani złotówki, serio mówił o pracy nad nowym czasopismem w ramach pensji, aczkolwiek to nie jest moje firmowe czasopismo.
Będzie jazda, chyba nawet zaryzykuję wylanie z pracy (odpukać), jak będę mu to za darmo robiła.
Sorry, Winnetou.
Baran był wyrozumiały i stanęło na tym, że pozdrowi Ziębę. Ciekawe, kiedy Jurek mnie osobiście odpozdrowi, ale nevermind.
W międzyczasie (ostatnio międzyczas występuje u mnie równie często, jak niegdyś zwłaszcza, doprowadzająca mnie i dzieci do szewskiej pasji, ale kochana i hołubiono, bo tak pięknie brzmi) wleciałam do galerii (znów przez te cholerne Słodziaki, bo potrzebowałam masła klarowanego, a ono to już 19,99) i od proga
widzę, jak kotecka wieszają. Znaczy się, gość wiesza, a nadzór z aparatem na zębach nie za bardzo kontaktuje. Pytam aparatową, czy to ona jest głównodowodząca. Dumna panienka, patrząc z pogarda na łysą, kwadratową staruchę, potwierdza.
A ja na to: byka macie.
Nie rozumie. Pokazuję grubym, ale czystym pazurem. Wieszający rechoce, a aparatowa zaprzecza. Jaki byk, jaki? Jak wół: jest literówka - mówię. Skąd pani wie? Wiem, bo za to mi płacą. Niektórzy skąpią i potem mają.
Kurtyna.
Masła nie było. Kupiłam płyn do prania i wino.
Dawno nie piłam, ale dziś muszę.
Muszę, się, kurwa, napić, bo życie mnie przerasta.
Doczytałam się, ja, głupia idiotka, zgłupiała na starość, że... mam zapisane leki wzajemnie się wykluczające i dlatego nie śpię po nocach.
Bo co jedno mi rozrzedzi, to drugie mi zagęści i nawet te trzy litry wody ganiające mnie do kibla i powodujące nietrzymanie moczu ni chuja nie pomogą.
Podczas zakupów w aptece dostałam takiego ataku kaszlu, że panienka chciała mi pół apteki sprzedać. Podziękowałam uprzejmie. Dość już na wszystko wydałam.
Teraz ja tu rządzę i wymiatam
Dziś spokojnie zasnę, bo wypierdoliłam wszystkie piguły.
Lepiej stracić kasę, jak zdrowie, co nie?
I nie, nie zażyję lewoskrętnej witaminy C, leczącej nawet raka.
Obudzę się jutro cała i zdrowa.
Mieszkanie sprzątnięte na błysk. Zakupy zrobione. Obiad prawie gotowy.
Dzisiejsze placki z dyni, cukinii i pyrków, z cebulką i czosnkiem wyszły mlask :) Aczkolwiek zostało trochę na jutro. Dołoży się surówki i cyca kurzęcego i będzie git majonez.
Może uda się Alienka zobaczyć po wyrzuceniu wszystkich LEKÓW.
Kurwa, kto tych konowałów kształci?
I kto zabił we mnie instynkt samozachowawczy?
Bo młodą kobietą będąc wyrwałam kostusze spod łopaty przyszywanego wujka, któremu konowały zapisywały podobny misz-masz.
Porównując i czytając, choć miałam tylko Leksykon leków współczesnej terapii, nie cały Internet do dyspozycji.
Nawet jego osobisty zięć nie mógł wyjść z podziwu, chociaż sam lekarzem był. Nieważne, że psychiatrą. Powtarzał w kółko: dlaczego mi pan (był z teściem i teściową na pan, pani, jak to rasowy psychiatra) nie powiedział, że takie leki bierze? :)
Stara Jędzo, bierz się w garść, musisz jeszcze przeżyć co najmniej 231 miesięcy. Bo właśnie ZUS mi wyliczył, że za to co dotychczas zarobiłam mam tę nędzną emeryturkę na 229,7 miesięcy. Niech mi, kurwa, chociaż dwa miesiące dokładają do interesu.
Podniósł mi emeryturę za cały rok ciężkiej pracy o niecałe 20 zł.
A miałam rekordowe zarobki. I to od listopada, choć wniosek składałam w sierpniu. Przepisowo, bo w sierpniu przeszłam na emeryturę. Nie mają już skąd, kurwa, kraść, żeby dokładać tym, których okradli?
I nie mówię tu konkretnie o PiS.
Okradają nas wszystkie rządy.
KURWA MAĆ :)
I tymi pięknymi słowami żegnam się z Tobą na dziś, Kochany Pamiętniczku.
Z nadzieją na lepsze jutro.
Od godziny nie kaszlnęłam.
Cud? Czy mój zdrowy rozsądek i rozum, który mi powoli wraca?