niedziela, 7 października 2018

Merda się

ciągle, Kochany Pamiętniczku, no ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz.
Na razie merdanie zostawiam na boku, co ma być, będzie, ale uprasza się grzecznie o kciuki, zwłaszcza jutro i w kolejnych dniach, bo nie wiadomo, kiedy uda się załatwić. Informacja o załatwieniu albo i nie ukaże się po załatwieniu albo niezałatwieniu.
I na razie tyle w temacie.
A ja, and Me Shadow, latamy sobie. W sobotę polecieliśmy do wujka Mietka, a babie lato było piękne i plułam sobie w brodę, że polazłam w pełnych butach. I objuczyłam się poncho, bo zrobiło się lato.
W sumie wybrałam się po kapućki

 pod Okrąglak, albowiem choć SJ wciąż jest gorąco, to w stopki zimnawo, jak ogrzewanie nie jest włączone, a po przeglądzie szafy okazało się, że stare kapućki muszą na emeryturę, albowiem są podarte i obcierają.
Zatem teraz siedzę w letniej kiecce, bo 23 stopnie mam, balkon uchylony, a w nóżki ciepło i git majonez :P

Po powrocie popełniłam

żurku gar i wygląda na to, że do wtorku będę żurek wpieprzać. Ale dobry wyszedł więc nie narzekam.

A od wujka poleciałam sobie na spacerek








Króciutki, ale jakże treściwy. Winobluszcze już czerwienieją namiętnie, zjazd coraz bliżej, a Adaś niewzruszony jak zawsze. I Uber Eat  śmignął na rowerku, a jakże, z Indii czy innej Sri Lanki, a potem ta wycieczka kobiet w chustach. Kiedyś to był ewenement, teraz już wrosło w krajobraz. Jeszcze miałam do Avenidy iść, bo jedna z dziewczyn reklamowała zabawki w jednym sklepie, ale... Organizm mówił: do domu, sio, więc się powlokłam.

A dziś rano Alienek lekkiego focha miał, ale i tak pogadaliśmy. A potem przeprosiłam się z kijkami, bo wczoraj, gdy robiłam czystkę wśród butów nie byłam pewna, czy w ogóle dupę z podłogi podniosę. Spacer przecudny, ale wyszłam w pełni lata, a wracałam w podmuchach mroźnego wiatru. I tego nie lubię, tych wahań temperatury. Zmarzłam tak, że ledwo do domu doleciałam, znaczy się tam, gdzie król chodzi bez orkiestry i bez smartfona :P
Ale cudnie jest, jest cudnie...



 Stare Jędze ciepłe kapcie kupują, a fiefureczki zapasy gromadzą, zima sroga będzie ani chybi :D
I Indianie nie tylko chrust gromadzą, ale i całe stosy drewna :P Wiele kubików :P







 Nie byłam pewna, jaki to grzyb, więc zostawiłam go w spokoju :)


I tak minął wolny czas, zrobiłam o wiele mniej, niż planowałam, ale akumulatory naładowane, silna, zwarta, gotowa i...

Co ma być, będzie. Zawsze jest.

Choć już życia, psiamać popołudnie...

czwartek, 4 października 2018

Piździło

tak kwietniowo, Kochany Pamiętniczku. Słońce, szarość, ulewa, słońce i wiater duł.
Więc środę przesiedziałam w domu na czterech literach, odkrywając coraz to nowe rzeczy, trafiłam też na perełkę - A millions little things - na razie jeden odcinek jest, coś jak This is us. Zapowiada się nieźle.
No a dziś zebrałam się do kupki i pojechałam po te aparaty, co od dawna za mną chodzą. Piękną mamy jesień jak na razie...

Te drzewa zawsze pierwsze żółkną i pierwsze zielenieją. Zatem aby do wiosny, co nie?

Pani już miała uszykowane moje papiery, obsługa jak w Wersalu.
Audiogram, na całe szczęście słuch nie pogorszył się znacznie przez te osiem lat, więc jest powód do radości.
Pani polecała aparat za 1700 na jedno ucho, znaczy się, 1700 płacę ja, NFZ dopłaca do każdego ucha 750 zł (wydawało mi się, że 700, ale nawet nie mam ochoty sprawdzać). PFRON ani inny MOPS mi nic nie dopłaci, albowiem bogata jestem i chuj.
(Żal dupę ściska, bo w UK są aparaty za darmo, baterie też dają za darmo... No, mi w PL zamiast dać za darmo aparaty i mnie zrehabilitować, woleli mi płacić przez ponad 20 lat rentę inwalidzką. Kurde, ile zarobiliby nie płacąc mi renty, ostatnia roczna renta starczyłaby na wyjechane w Kosmos aparaty. Ale kto to tak liczył?)
Nieważne.
Czyli muszę być przygotowana na 3400 plus 100 zł wkładki do ucha, zatem 3500.
Good bye, ajfoniku, przynajmniej na razie. Jednak skoro stary ajfonik trzyma się nieźle, jak i jego stara pani, zainwestuję w siebie. Bo to fajnie czasem ludzi słyszeć, własne wnuczęta i marudzącego Barana też.
Ten się, Skubany, nie przyznaje, że to jego sprawka, że noszę aparaty.
A ja wciąż widzę, jak się pokłada na molo ze śmiechu, że ja słyszę, a nie wiem co, a to ptaszory były.
I jak się skarży, że gdy wrócił do domu, to kazali mu głośniej mówić, bo przy mnie, nienoszącej wtedy aparatów nauczył się Inżynierową metodą mówić prawie samymi ustami...
Stare dzieje, ale jakie fajne.
No dobra, zaszaleję. Póki mogę. Wzięłam lepsze aparaty od tych, które mam, ponieważ i moja wada jest duża.
I okazało się, że jednak muszę iść do laryngologa. Prawie się wycofałam z interesu na tę wieść, ale ponieważ moje skierowanie do laryngologa było nadal ważne, a pani z centrum zadzwoniła do zaprzyjaźnionej przychodni, że mnie wezmą od ręki, tom polazła, bo chcę to mieć z głowy. Jak przestanę pracowac, to nie będzie problemu, ale teraz w pracy jednak fajniej, jak mam aparaty.
W przychodni, a jakże, już na wejściu czekał na mnie kotecek. Trudno było go nie zobaczyć, bo nie wiedziałam, gdzie jest laryngolog :)

Kotecek jak malowanie, rasowy. Kiedyś w Wyborczej korekta dostała po premii za puszczenie identycznego kotecka, wiem, bo na drugi dzień sami o tym pisali :P To było w czasach, kiedy dojeżdżając czytałam gazet i Wyborcza była akurat na dojazd. Teraz mam prenumeratę online od Pierworodnego, ale rzadko czytam. Wyborcza całkiem na psy zeszła...Taka tam dygresja.
W przychodni myślałam, że wylecę w powietrze. Wszystkie okna zabite na głucho, a kaloryfery na pełnych obrotach. Nic dziwnego, że kicham, a i sama pani doktor była kichająco-kaszląca (szewc bez butów chodzi), w poczekalni full z zatokami, bo to laryngolog, dobrze, że natchnienie miałam i zrobiłam sobie parę dni wcześniej miksturę czosnkową, więc może wyjdę z tego bez szwanku.
Pełno niedosłyszących staruchów, co było widać po zachowaniu pielęgniarki. Aż mnie to wkurzyło, bo traktowała mnie jak niepełnosprytną, a ja tylko niedosłyszę, kurwa. Więc uprzejmie rzekłam, pukle włosów odgarniając, że aparaty mam, czytać z ust umiem, nie trzeba do mnie krzyczeć, ani na migi mówić, bo migowy to jedyny język obcy, który jest mi obcy... Pani nieco przyhamowała, ale nie za bardzo jej to szło. Widać, że ruszyło do ataku pokolenie głuchnących starców. Serio, nie chcę nikogo obrażać, sama jestem głuchą staruchą. Ale że prawie od urodzenia, to znalazłam sobie swój sposób na życie i chyba nieźle mi idzie.
Zamknięto mnie w dźwiękoszczelnej kabinie, hahahahaha.... Jedyne co w niej dostałam, to klaustrofobia, no i o mało orła nie odwaliłam z gorąca. Aparatura do dupy, a samo badanie audio nie wiadomo po co, bo sprzęt rozregulowany. Dźwiękoszczelność zaś taka, że słyszałam każdy krok. Nie, że słyszałam, ale podłoga się uginała, gdy ktoś szedł, a szły tam masy. Porządny głuchy tak ma, że odbiera ciałem dźwięki, dlatego przy współczesnych orkiestrach i wzmacniaczach można tańczyć nawet w balecie :P
Sprzęt był do dupy, bo na rezonatorach moje drugie ucho w ogóle nie działało, a w centrum jak ta lala :)
Ale dostałam upragniony świstek i o to chodziło :)
Współczuję tylko tym, którzy są leczeni na podstawie tak przekłamanego audiogramu.
Jeszcze szybko do centrum, oddać papierki i jak dobrze pójdzie, za tydzień będę bogatsza o aparaty, a lżejsza o ponad 3 tysiące.
Życie

jak mówi mądrość na murze :)

A na straganie na placu, gdzie czekałam na autobus wisiały chusty i nie było opcji.
Musiałam ją mieć, darła się, weź mnie, weź mnie, będę ci potrzebna, no popacz, a że nie zdjęłam aparatów, to nie miałam wyjścia.
Przyszła do mnie

Piękna jest i wielka, co nie? I do nowych butków pasuje jak ulał.
Znaczy się, zima sroga będzie, bo baby owijacze zbierają. Zmorka też poległa w takim starciu dziś.
Mam tego od groma, no ale jak nie wziąć takiej drącej się bieduli? Jeszcze by się od tego darcia podarła, jak kalesony na płocie.A jak będzie te zapowiadane minus trzydzieści i ten teges, to będzie jak znalazł, co nie? :)


wtorek, 2 października 2018

Koniec

świata blisko, Kochany Pamiętniczku.
Zadzwoniłam. Ja. Do obcego.
Kurwa.

Ale po kolei.
Polazłam wczoraj po te butki, ale nawet w firmowym sklepie Riekera ich nie mieli, a nie uśmiechało mi się latanie po wszystkich sklepach w mieście, zatem kupiłam kajaki.
Bo to są kajaki :)


Ale o to chodziło, bo te, które mam, są OK, ale jednak jak posiedzę osiem godzin, cisną. A w tych mam luz i są rzepy, więc żaden problem je poluzować. Fakt, mam w pracy sandały, ale czasem nie mam melodii na zakładanie sandałów.
Teraz torebka, ale to kiedyś tam.
Nie poszłam dziś po te aparaty, bo nastroju nie miałam, pospałam ładnie, w końcu mam wolne i nie muszę wszędzie latać z wywieszonym ozorem.
W markecie już grzeją jak na trzydziestostopniowe mrozy, więc choć tylko w poncho i tych butkach, wylazłam zlana ja siwa mysz latająca po kościele za kawałkami świecy.
Wchodzę do chaupki i - gorąco mi.
Zakręcam kaloryfer w małym pokoju, potem w dużym i w dużym od razu kap, kap, kap...
No to sruu, badyle do wody, żeby nie umarnęły w upale, artykuły z masarni do lodówki, żeby nie zaśmierdły w tym gorącu i wio koniku, do spółdzielni.
Grzecznie rzekę dziyń dybry, a biurwa na mój widok wygląda, jakby się octu siedmiu złodziei opiła.
Mówię, że cieknie. Wzdycha.Telefon. Dzwoni i mówi: hydraulik będzie za parę minut. Upewniam się, dziękuję, miłego dnia życzę, bo ja nawet biurwom pierdzistołkowym dobrze życzę i wio koniku do domu. Kurcgalopkiem, no bo parę minut. W popłochu wciskam aparaty na uszy, bom właśnie je umyła (wkladki od aparatów, uszy umyłam rano) i siadam pod domofonem. Siedzę tak godzinę i mnie szlag. Bo ile można, kurwa, siedzieć nic nie robiąc (moja E. mówi, że ona może tak cały dzień, ale ja, kurwa, po pięciu minutach jestem chora). A na zegarze nieubłaganie druga. A oni pracują do 15. Więc biorę to narzędzie szatana w dłoń, słuchawki w uszy i dzwonię do hydraulika. Mam numer, ja wszystkie numery mam, tylko ja NIE DZWONIĘ. No ale dzwonię i o dziwo, odbiera. Więc pytam, co z tym moim kaloryferem będzie. A co, dalej cieknie. Cieknie, cieknie... To za parę minut będzie. Jeszcze zdążyłam zapytać, czy wejdzie bez domofonu, a już się rozłączył.
Kurwa.
Wiem, wiem, normalnie słyszący też czasem nie słyszą przez telefon, ale ja mam traumę i chuj. 
Po 18 minutach dzwonek, a już w blokach, startować do spółdzielni chciałam. Klucz francuski miał. Też mam, ale nie obsługuję, nie mam opcji w programie mnie.
Pokręcił, odkręcił, zakręcił, pokręcił i rzekł, żeby miskę trzymać, bo czy będzie ciekło, to się jeszcze okaże.  Jak się okaże, że cieknie, trzeba będzie wymienić zawór. To nie mógł, kurwa, przyjść z zaworem, zapytać, czy chcę wymianę i wymienić (bo synowa do mnie jak do dziecka: ty chcesz nowy zawór, a ktoś może nie chcieć). Zawór kosztuje od 20 zł w górę i jak mam sobie zaoszczędzić kolejnego czekania na "za parę minut będę", to wolę opcję nowego zaworu. A nie miskę pod zaworem i latanie i pilnowanie: kapie, nie kapie.
Kurwa mać.
(Limit brzydkich słów na dziś wyczerpany).
A gdy "za parę minut" poszedł, tom zaszalała w kuchni i tak

powstała von Trupka, bo w galerii jest nowy, świetny mięsny sklep i mają tam von Trupkę, której nigdzie upolować nie można. I garmażerkę mają wyśmienitą. Szare kluski są.
Więc (wiem, nie zaczynamy zdania od więc, ale kto korektorce zabroni?) była rzeczona von Trupka, pyrki duszone i kapustka zasmażana, a koleżanka na fejsiku podpowiedziała, coby do von Trupki dodać gruszkę. Next time, pewnie jak Pierworodny wleci, bo on fanem jest, a von Trupka nie jest najzdrowsza, no ale raz na jakiś czas. W sumie życie też jest niezdrowe i czekanie na "za kilka minut" godzinami też.
A potem odbiło mi do reszty i mam

Te duże kawałki to jabłuszko, było tak twarde, że się nie dosmażyło do reszty. W środku jest cebulka, czosnek, jabłuszko i majeranek.
Ostatnie badania naukowe udowadniają, że masło i smalec to najzdrowsze tłuszcze.
I coś w tym jest, bo przecież lata całe i pokolenia całe to jadły.
A kto tam słyszał o margarynach, masmiksach i innych cudach wiankach?
Jedzcie dorsze, gówno gorsze :P

niedziela, 30 września 2018

Chodzi to

za mną, Kochany Pamiętniczku i otrząsnąć się z tego nie mogę.
Wciąż to mi stoi w oczach.
Czy powinnam coś zrobić, skoro mienię się człowiekiem, aczkolwiek przez małe c?

W sobotę wracając z M1 (będę dokładna, bo jak dopadnie mnie skleroza znów to zobaczę), na przystanku za Piaśnicką zobaczyłam jego.
Biorąc poprawkę na wszystko, na alkohol, narkotyki, inne takie tam...
Mógł być jednym z moich synów.
Siedział na ławeczce, miał nienaturalnie wygiętą rękę. Lewą. Już w zimowym stroju, łącznie z czapeczką na głowie. Wiedziałam, że śmierdzi jak cholera i że jak wsiądzie na tym przystanku, wysiądę na Katowickiej. Nie wsiadł, nie zdążył zarzucić szelek szeroko otwartego plecaka na ramiona.
Dojechałam do Posnanii i poszłam szukać butów.
Nie znalazłam. Nie wiem, ile tam byłam, ale z godzinę na pewno.
Siedział na przystanku przy Posnanii.Wstał. Kulał. Śmierdział tak, że na pewno nie dojechał tu tramwajem, a posuwał się tip-topem.
Śmierdział tak, że na świeżym powietrzu zwalało mnie z nóg w okolicy przystanku. Inni też pryskali, a tłum był nielichy i na pewno niewielu miało takie powonienie psa gończego jak ja.
Ruszył, krokiem kulejąco-posuwistym, z niewidzącym spojrzeniem, nie wiem, gdzie.
Mógł być moim synem.

Do dziś jestem zdruzgotana, bo wbrew wszystkiemu nie zaprosiłabym go na wigilię.
Chociaż gdyby był moim synem?

Pozostaje niebiosom dziękować, że moi synowie nie: przepili, przenarkotyzowali, chuj wie co swojego życia.
A gdyby to był mój syn?

Nie wiem.
A gdybym to była ja?
Ja, która stoczyłabym się na samo dno?
Czy ktoś podałby mi dłoń?

Tak, wiem, DDA, AA, wszystkie inne takie AA.

Jestem tylko znanym pijakiem, wszyscy, u których kupuję alkohol wiedzą, jak mam na imię.
Narkotyków nigdy nie kupowałam. Ani nie próbowałam.

Więc dlaczego mnie ten obraz tak wciąż boli?

Układam

z powrotem wszystko powoli, Kochany Pamiętniczku.
Jedno wiem - nigdy więcej dobrych uczynków.
To, że ona kolęduje namiętnie po cmentarzach i bywa u moich Umarlaków codziennie prawie nie obliguje mnie do rewanżu. Nie prosiłam o to, robi to, bo takie ma hobby.
A ja nie mam siły na takie coś.
Zobaczyłam łażąc z nią po Avenidzie w jednym ze sklepów półbuty i zachorowałam na nie. Kupiłabym od razu, ale nie było mojego rozmiaru.
Nie ma ich nawet na eobuwie.
Całą sobotę łaziłam po marketach (kurde, ja i markety) i nawet śladu nie było.
Wiem, gdzie mogę je upolować i jutro tam ruszę, trzymajcie kciuki za polowanie.

Alienek pojechał do Londynu w sobotę na spotkanie ze znajomymi.

Tutaj w Hyde Parku. To, co dziecko ma na pleckach to smycz. A ja zapłonęłam pożądaniem, żeby go na tej smyczy poprowadzić. Ponoć chodzi swoimi drogami. Nie dziwię się, ma to w genach. A obsmyczony ciut krzywo, nie dlatego, że Inżynierowi się rączka omskła, ale dlatego, że Alienkowi się wygło nagle :) Ale i tak przystojniak z niego, co nie?
Rano dziś od razu chciał mnie tradycyjnie witać, aż musiałam go hamować, boby zakrztusił się bułą :) Taki wyrywny :)

A u mnie jesienna faza

 Żeberka pieczone z jabłkami i mandarynkami, tylko pieprz, resztki zielonej pietruszki, i nic więcej. After...
 ... and before :D Sos niebo w gębusi :)
I sałatka a la Stardust.
Nie gotuję, jak są goście, raz, że szkoda mi czasu na sterczenie przy garach, a dwa, że niekoniecznie to, co smakuje mi, będzie im smakowało. Niestety, ponad połowa karmionych powycina mi z tych żeberek tłuszcz, co mnie wkurwia, albowiem uczono mnie jeść wszystko. Ostatnio nawet moje osobiste dziecko tak grzebie, dlatego chodzi jeść do knajpy, a nie jest dopuszczane do jadania w domu :)
Wiem, jestem gruba, ale odrobina tłuszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, jest też wskazany. Jak raz na pół roku zjem tłustsze mięso dziury w niebie nie będzie :)

I worek z serialami dziś się rozsypał, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo na jakichś popłuczynach już jechałam. Wróciło 9-1-1 i od razu z przytupem i półobrotem, bo trzęsienie ziemi w Los Angeles. I Greys anatomy, też mocne wejście, i Chicago Med.  A place to call home napisy pięknie spływają. I parę innych. Księga czarownic się rozkręca. I świeżynka: Manifest, pierwszy odcinek super.

A na koncie zapłacone za wszystko, jak tak dalej pójdzie, to co dwa miesiące będzie super. Więc jutro jednak pójdę po te butki, a jak nie, to jakaś kurtka jesienno-wiosenna się przyda, bo mam same długie swetry i poncho, a kurtki nie - w zeszłym roku prosto z lata wskoczyłam w zimę, a z zimy w lato.

Tylko musi mi coś wpaść w oko.

Radio znów gra...


piątek, 28 września 2018

Powłóczyłam się

po knajpach do wypęku, Kochany Pamiętniczku i na jakiś czas mam serdecznie dość.
Znaczy się, z Inżynierem czy jakimś innym Inżynieropodobnym stworem mogłabym i ponad wypęk.
Ale znów, moim modo,wolę siebie i My Shadow.
Zlądowała u mnie E.
Że do lekarza i że zginie w wielkim mieście. Że ją zjedzą, rozjadą i takie tam. Faktycznie mogli, bo na światła nie patrzy, wchodzi na jezdnię wg swojego widzimisię :P  Ze swoimi problemami, z mężem już rękoczynującym, bo nie dogadują się na stare lata, bo każde z nich ma swoją rację, a jego racja jest najmojsza. No OK. Wciąż pisze, że sprząta na grobie moich Umarlaków. Okazuje się, że systematycznie ląduje na cmentarzach w celu oczyszczania umysłu, no a ja cóż mam rzec - wdzięczna jestem, Umarlaki zadbane w sensie, że mam raporty, jak tam hulają, kogo sprowadzają na balangi i takie tam.
No więc wdzięczność dozgonna.
Zawlokłam do szpitala wśród lamentów, czy na pewno tam, a może na drugim końcu miasta.
Było na tym, gdzie wlekłam.
No ale jak dalej trafimy?
Droga na końcu języka. Była. Post factum okazało się, że przez telefon wymęczyła panią ze szpitala i miała tak opisaną trasę, że ślepy by doszedł bez macania laseczką.
Nieważne.
Prawdopodobnie zafundowała sobie chorobę przez własną głupotę, bo zrobiła sobie jakieś tam paznokcie, bij zabij, nie pamiętam nazwy, bo mnie to zupełnie nie interesuje, te co się robi lampą z jakiejś chińskiej mikstury. A, hybrydy. Dla mnie hybryda to całkiem coś innego, ale ja jestem głupia :P
Badanie, jazda do domu. W domu wyciąga lakier z plecaka i chce sobie manicure robić. Objechałam, jak święty Michał diabła. Bo nie wiadomo co jest, ma czekać na wynik, a ona kolejną chemię na te biedne paznokcie chce walić. Ale to nie chińskie, tylko z Avonu. Bo ona lubi mieć eleganckie i pomalowane.
Ojapierdolę.
Poluzowałam gumę w majtaskach :)
Gadka-szmatka i ona by chciała coś kupić do ubrania, bo nie ma nic w K.
No dobra, jako że gabarytowo zbliżona do mnie wlokę na Katowicką, dokąd wybierałam się od dawna, ale wciąż dupa. Na Katowickiej zaszalałam ja, a ona nawet nic nie przymierzyła, powtarzając, że"jakie to dobro jakościowo".  Nie, że nie miała kasy, bo miała, nie działały tam karty, to mnie poratowała gotówką, i to niemałą, bo jak mówiłam - zaszalałam :) Ale za to mam dwie wyjechane w kosmos bluzy, jakich od dawna na jesień szukałam.
Potem do Posnanii, która zwiedzałyśmy sobie a muzom, bo... chciała, ale sama nie wiedziała czego, Nienawidzę łażenia po galeriach bez celu, ale trudno.
Obiad w Pyra Bar - wniebowzięta, bo ona jeszcze  bardziej pyrowa niż ja.
I dała się namówić na Brovarię - a tam cót, mjut i ożeszki piniowe, bo jest już miodowe grzane. Podobało się jej.
I gadałyśmy jak najęte, bo jednak mamy o czym, aczkolwiek jej czarnowidztwo i złośliwość wpędza mnie do grobu. Galopem. Uważa, że ludzie pracujący są po to, by jej usługiwać. Gdy więc kelner zapytał, czy smakuje nam piwo i czy mamy ochotę na następne dobrze, ze wykazałam się refleksem. Bo gdy się oddalił, jęknęła, że "jeszcze nie wypiłam, a cham już pyta o następne. Za to mu płacę, żeby czekał aż go zawołam".
Zatkało kakao.
No nic.
i tak mnie przemęczyła do  północy, bo ma kłopoty ze spaniem. Ja nie mam, ale trudno.
Jestem wzorową gospodynią.
Ranek i całkowite wybicie z mojego rytmu.
Nieważne.
Okropnie prowadzę dom, bo... nie mam dużego lusterka. Znaczy się, mam lustra w szafach, lusterko w łazience, ale nie mam TAKIEGO lusterka.
Z leksza wkurwiona, bo makijażowała się namiętnie, a śniadanie stygło, huknęłam, że i tak na nią nie polecę, z makijażem czy bez, więc najpierw śniadanie, potem tapeta, a na next time kupię rzeczone lusterko.
Zadziałało.
Plan był, że na dworzec, bilety, obiad i odjazd.
Bo nawet nie miałam kiedy tego upichcić, żeby ją przed odjazdem nakarmić, bo nie była zdecydowana, jedzie, nie jedzie, a bilety w piątek to loteria.
W końcu ruszyłyśmy na dworzec.
W okienku E. numer dwa.
Kupuje moja E. Tonem nieznoszącym sprzeciwu mówi, co chce. E. numer 2: senior? Moja E.: a co to senior?  Ponieważ wiem, że senior, to bilet dla osób po sześćdziesiątce, mówię: tak, poproszę. Moja E. drąży temat, a głos ma jednak ostry, E. nr 2 odpowiada równie metalicznie, więc napięcie rośnie. Mówię, że tak, i do E.: płać.
Odchodzimy od okienka, a ona: siedzi pizda w okienku, ona dla mnie pracuje... Ojapierdolę. Mówię, że może okres miała, a może musi do kibla i nie może. I idę do informacji, gdzie siedzi młoda. Mówię: dzień dobry, zakręcona jestem, czy mogę prosić - i dostaję wszystkie potrzebne informacje, okraszone fajnym uśmiechem, za co nie omieszkam i podziękować, i życzyć miłego dnia....
E.: płacą jej za to...
Zamilkłam. Płacą, nie wiadomo ile, ale grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą, a czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą.
Idziemy na obiad, co jest biegiem z przeszkodami, bo to Avenida i sklep na sklepie. Każdy do wejścia, pomacania, skrytykowania: a to cen, a to rozmiarów.
Wkurw mi rośnie, bo ani nie kupuje, ani nie wie, czy coś chce.
Kurwa,
Sfinx.
Żarełko super i lampa


Z tykwy, takie robi żona mojego kolegi. Cudo, a w ciemności jeszcze większe cudo.
Płacę, zwijamy się na dworzec.
I znów sklep za sklepem, bez celu, dla sportu, dla jaj.
Trudno.
Po drodze nasza kawiarnia

I jakież piękne hasło

 :)
I znów sklep za sklepem, dla sportu.
W ostatniej chwili orientuję się, że już czas.
No ale kibelek konieczny.
Udało się.
Lądujemy na peronie i seria "a jak pociąg nie jedzie?".
Sama jestem podróżową histeryczką, ale to przekracza wszystkie granice.
Pociąg podjeżdża, time to say good bye.
Oddycham z ulgą, jadąc do domu.
Home, sweet home.
My Shadow, Miśki, Anielka i Ciapek, radio Pogoda i więcej nic.
SMS od E., jak obrzydliwie przywitał ją mąż.
Przytulam, cóż więcej mogę?
Każdy ma swoje piekło i każdy jest kowalem swego losu.
Za chwilę SMS: żałuję, że nie przymierzyłam tych butów.

Kurwa mać.
Mam wyrwane dwa dni z życiorysu.  Zaczęłam się zamartwiać, a ona żałuje, że butów nie przymierzyła? A namawiałam ją gorąco: skoro Ci się podobają, przymierz.

Koniec z relacjami międzyludzkimi, Kochany Pamiętniczku.
Chyba zacznę sama chodzić na to piwo do Brovarii, a kto bogatemu zabroni?
Bo jest przepyszne. 

środa, 26 września 2018

Padnięta

jestem, Kochany Pamiętniczku :)
I widać tak miało być, że nie miała dziś przyjechać, bo nie dałabym rady.
Wczorak kurcgalopkiem pozałatwiałam rano, paczkę do Demi wysłałam i na lotnisko w ostatniej chwili zdążyłam.
Okazało się, że Inżynier nie ma żadnej randki, więc jest cały mój.
Zabrałam biedaka do domu, nakarmiłam, trochę się pouczył, bo jutro na egzamin z jabłuszka, to jest certyfikowany specjalista od ogryzków, jestem z niego taka dumna, że ojapierdolę.
Nie mógł się zdecydować, czy chce domowe żarełko, czy zaszaleć, ale w końcu kiedy szaleć, jak nie w momencie, gdy nie ma Alienka?
Zatem poleźliśmy do Brovarii.
Fotki takie sobie, bo ajfonem, chyba ma znów obiektyw niedomyty, ale mówi się trudno i idzie się dalej :)

 Prawie cała sala była zarezerwowana, jak wychodziliśmy było jak w ulu i nie do wiary, że to był wtorkowy wieczór - nie było ani jednego wolnego stolika.

Wzięłam schabowego ze świni złotnickiej, bo tyle się o tej rasie naczytałam, ale szczerze? Nie widzę różnicy, no może w cenie. Ale smaczne było i to bardzo :)


No i najnowsze piwka - Inżynier porter wziął, a ja koźlaka,był przepyszny. Porter mi jakoś ostatnio nie wchodzi.

I potem nocne rodaków rozmowy przy kominku




Bo i kominka się dorobiłam :)

A ranek wstał piękny, choć zimny. Kaloryfery już ładują, za co dzięki niebiosom :P I elektrociepłowni :P


Inżynier skoczył na chwilę do znajomych, bo dziecko im się niedawno urodziło, a mieszkają na naszym fyrtlu. Potem dentysta i pakowanie.
I dzwoni Synowa. Dała Alienkowi owoce-gotowce, w takim plastikowym pudełeczku. Do tego był dołączony widelczyk plastikowy. Chwila, moment i... dorwał i zeżarł jeden ząb, No i co teraz? Jednak to ostry kawałek. Aktualnie jest w szpitalu, bo z przychodni odesłali ją do szpitala. Czekam na wieści i nie ukrywam, że się nerwuję. Moje połykały też różne cuda, jedno ołowianą kulkę od bilardu, musieliśmy wtedy monitorować gówna, Eks z zaparciem przez trzy dni macał gówienka, kulka wyszła. Ale taką kulkę można zlokalizować rentgenem, a jak zlokalizować kawałek plastiku? Nie mam pojęcia. Alienkowi nic nie jest, ale dmuchają na zimne.
A my pojechaliśmy na obiad, bo tak mieliśmy zaplanowane, w domu nie miała nic, żeby pichcić, a i niepojechanie na obiad w niczym nie pomogłoby Alienkowi.
Pojechaliśmy do Whiskey in Jar.
O rety :0
 Harley Davidson na butelkach whisky :)

I piec, cudowny piec kaflowy



Honey Jar


jeden z lepszych drinków, jakie piłam w życiu.

I przepyszne danie


Inżynier wziął stek, ale ja poprzestałam na polędwiczkach wieprzowych, bo dla mnie grillowana wołowina to jednak kosmos :)

Ceny - zamilknę. Ale warte to było wydanej kasy, a i mój gość jest wyjątkowy.
Potem galopkiem na lotnisko, siałam panikę. Ale mieliśmy szczęście - całe miasto stało, a my tramwajem sruuu, a autobus na lotnisko ma buspas i akurat w tym jednym kierunku korków nie było.
I już po wizycie. Ma jeszcze trzy zęby do leczenia, ale to przyleci pewno dopiero jak się Kalafiorkówna urodzi.
I tak licząc wszystko, co wydał, wyszedł na plus w porównaniu z cenami u dentysty w UK.
Była przecież opcja leczenia kanałowego, a tam to nawet 800 funtów.
U nas drogo, ale nawet z polskiej pensji można na to wyskrobać.
Porąbane to wszystko.

Ławica żegnała mnie w spokoju


Za niedługo tam wrócę, a potem again...

Tylko życie pędzi coraz prędzej...

poniedziałek, 24 września 2018

Moce

mi się skumulowały, Kochany Pamiętniczku.
Po letnim myciu okien ani kropla deszczu nie spadła, ani  żaden burz się nie pokazał na horyzoncie.
A tym razem moc wróciła ze zdwojoną siłą.
I pogoda się marcowa zrobiła.
Zimno. Ciepło, słońce, mrok, zimno, czarno, leje, grad i tak dookoła Macieju.

 Dobrze, że pracuję online, bo pewno bym tak skończyła :)
Miałam dziś książkę dla Demirji wysłać, ale...
Najpierw pół dnia straciłam siedząc na poczcie emilkowej.
Co coś przyszło, odsyłałam i nic. Dupa. Cisza.
Koło 14 telefon dzwoni jak głupi...
Kurde.
Piszę SMS. A pani K. odpisuje, że proszą o materiały.
Już przy zeszłym numerze tak było, że nie odbierało materiałów ode mnie, co jest dziwne, bo normalnie odbiera.
Więc piszę, że poślę jej na prywatną pocztę na WP.
No i poszło szybciorem, 15 minut i było po bólu, a tak straciłam cały dzień.
No ale nic, niczyja wina, musimy komunikację usprawnić. I muszę ich do pionu ustawić, bo jak po półgodzinie w dniu zamykania nie ma ode mnie wiadomości, to coś niehalo jest :P Bo ja chcę zamknąć i być wolna jak ptak...
No nic, zamknięte.

Na termometr spojrzałam, zimowe poncho z szafy wywlokłam, zakładając, że w takim poncho i sandałkach to przeżyję te 9 stopni, ale... znów lunęło.
Więc zrezygnowałam nawet z wynoszenia śmieci, wywalając je szczelnie zawiązane do dyżurnego kubełka w loggii :) Wiem, fleja jestem.
Ale ubierać się tylko po to, żeby do śmietnika iść? Pierdolę :) Jakże brakuje mi dzieci.
I znów świeci słońce, ale nie, nie ze mną te numery Brunner.
Jutro.
Wszystko uszykowane, karnie, w szeregu. Bo jutro na lotnisko jadę, po Inżyniera :)
Parę godzin moje, ale zawsze.
Pierworodny mnie wkurzył, a i Synowa też. Mam mu zapłacić za kurs SEP. Pytam kilka razy o numer konta, bo bilet kupiony, a kurs niezapłacony. A on mi o dupie Maryni. Dopiero jak huknęłam i rąbnęłam pięścią w stół, to napisał rzeczowo, że płatność po egzaminie. Dla mnie dziwne, ale skoro tak twierdzi, mi to rybka.
Tak samo rozgarnięta jest Synowa, jak kupa gnoju. Mają dostać mieszkanie. Pytam, co słychać, a ta, że jakieś pismo dostali, ale nie otwierała, bo to nieinteresujące. Kurwa. "Starają się" o to mieszkanie od ośmiu lat i niczego nie pilnują. Ja otwieram każde pismo urzędowe  szybciorem, nawet jak wiem, co jest w środku!
Dobrali  się jak w korcu maku.
Czekam na złotą polską jesień, bo takich szarug to ja nie lubię.
Więc

 i


i Radio Pogoda i już można żyć. Zwłaszcza jak nie trzeba nigdzie wychodzić :D

Koleżanka ma przyjechać w czwartek, bo do lekarza. Mówiłam, że ma przyjechać w środę, to spokojnie pójdziemy. Nie, przyjedzie w czwartek bladym świtem i nie wiadomo, czy zostanie. Kiedyś bym szalała, a teraz mam wyrąbane. Żadnych zakupów, będzie to co jest. Luz i hasta manana :) Chleb i pomidory są.
A potem odetchnę i już :)

Dla szukających seriali: A Discovery of Witches. Są już dwa odcinki. Miodzio. I zaczął się ostatni sezon A place to call home. Miodzia :) 
I Damages polecam. Zakręcone jak słoik po ogórkach, ale wciąga. To skończone, jest 5 sezonów.

sobota, 22 września 2018

Sobota

Kochany Pamiętniczku :)

Pracowita nadzwyczaj.
Przez te pracowe tygodnie nie, że się nabałaganiło, ale jakoś tak...

Więc zerwałam się bladym świtem i na Manhattanie zostawiłam tyle kasy, że ojapierdolę.
I nie, nie na żarełko, no ale...


taki zajączek przytulak dla Kalafiorkówny, com się namęczyła, żeby wybrać, bo dla dziewczynek to wszystko pinkowe jest.
W tle takie drewniane coś, jedno dla Alienka, drugie może dla Papryczka, dla Papryczka kupię za tydzień, bo nie wiedziałam, co lubi,a  są piękne drewniane puzzle.



Dinozaurek, miękki jak kaczuszka... Może dla Alienka, nie wiem, jak nikt nie będzie chciał, sama wezmę, bo zaiste, jak kaczuszka, kurde, jak kaczuszka. Tylko cicho, żeby Ciapek nie usłyszał, bo zwieje.

I pierdalca dostałam po powrocie do domu.
Okna umyłam.
Jak pięknie, bo dzień był pochmurny, a wtedy najlepiej się myje, bo się smugi nie robią :D
Tajemnica mojego szaleństwa leży w cyklu hormonalnym. Moja mama i ciocia też myły okna raz w miesiącu. Ciocia nawet jak już klimakterium miała, bo mama się na nie nie załapała. Mam i ja tak. Raz w miesiącu muszę, inaczej się uduszę, ale przez te upały wymiękłam.
A dzisiejszy dzień był idealny.
Rzutem na taśmę: zmieniłam i wyprałam pościel, pranie zrobiłam, posprzątałam dokładnie kuchnię i mały pokój, duży też, zmieniłam obrusy i takie tam, nawet kurze pościerałam. No dobra, bez  ściemy - na widoku i po łebkach. Ale okna robią całość i jest cót, mjut i ożeszki laskowe :D


Sekretem mojego mycia okien jest

bez tego idzie mi jak krew z nosa.
To ściągaczka od malucha. Szwagra, nawiasem mówiąc. Pożyczyłam i... świnia jedna, nie oddałam. Ale też się nie upominał, pewno kupił sobie nową.
Inną nie umiem. Kupiłam już mnóstwo innych, w IKEA, w gospodarstwie domowym, w Biedronce i homoniewiadomo gdzie. I żadna mi nie pasuje tylko ta.
Lubię się chwalić, że umyłam okna, bo to też dla mnie już wyczyn fizyczny, jestem strasznie zaniedbana, jedyne co może to usprawiedliwić, to koszmarne upały, nie byłam w stanie nic robić, a chodziłam tylko jak musiałam. Trzydniowe latanie przy spadku opłaciłam dwoma tygodniami choroby.
Więc tak, cieszę się, że nie tylko pomyłam okna, ale i tak dokładnie ogarnęłam tę kuwetę.
I wkurwia mnie, gdy ktoś mówi "to wpadnij do mnie i umyj okna". Jak będę chciała myć okna na okrągło, założę firmę. I nie, nie lubię myć okien. Lubię myć swoje okna, a to zasadnicza różnica. Mam w pracy taką koleżankę, która mi zawsze to proponuje. A ma dwie córki w wieku moich chłopaków, ale panienki nie lubią myć okien. Powiedziała, że mi zapłaci. Jak ma na to kasę, niech sobie wynajmie taką usługę.
Powiedziałam jej to wprost, że cudze okna mnie nie kręcą, orgazm mam tylko myjąc swoje :)

piątek, 21 września 2018

Nareszcie

pozamykane i pozamiatane, Kochany Pamiętniczku.
Ale jazdy były, bo nie przyjechała redaktorka z Warszawy, a zażyczyła sobie korektę w PDF.
No, a w pracowym kompiku mam Adobe z czasów dinozaurów, bez możliwości zaznaczania poprawek. Piszę, że zrobię, jak wrócę do domu, bo w domu mam program, ale nie, ma być teraz zaraz już i już.
Informatyk wchodzi do kompika, a jakże, zdalnie, co mnie bawi niezmiennie, bo rączki mam tutaj, a kursorek łazi sam, ale okazuje się, że... nie mamy licencji.
Nikt nie ma licencji, bo się nie opłaca.
Kolega robi wielkie oczy i...
Instaluje mi bezpłatną wersję Adobe. To mi wystarcza.
I tak sobie myślę, że pogadam z Inżynierem, czy to tak do końca legalne.
Czy też informatykowi się po prostu nie chciało?
Nie ściągałam sama, bo pechowa jestem, zawsze mi się wtedy McAffe czy inny badziew zainstaluje, zresztą to firmowy komp. Mam  tam same starocie i muli, ale trudno :)
I tym pięknym sposobem wróciłam do domu w ostatnich promieniach letniego słońca, a lato było piękne tego roku...
Ponoć jutro ma być już jesień, deszcz i ogólnie japierdolę, co mnie nie cieszy, bo zaplanowałam mycie okien.
Zobaczymy, co ma być, będzie.
I z aparatów jednak kobieta dosłyszała nazwisko, a moje wszyscy przekręcają na tysiąc sposobów, bo SMS przyszedł z uprzejmym zaproszeniem. Odpisałam, ze w październiku, bo i tak nie mam jak.
Czas nie guma w majtach, nie wyciągnie się. Ale chyba odpadnie mi wizyta u laryngologa, co cieszyłoby mnie bardzo.
Zmęczona jestem i to bardzo, ale psychicznie. Dlatego potrzebuję fizycznego zmęczenia, żeby dojść ze sobą do ładu.
Niewiele mi czasu z tego wolnego zostaje dla mnie samej, bo przyszły tydzień chata pełna, potem minie kurcgalopkiem i już znów praca, potem Pierworodny i Umarlaki da się ogarnąć wreszcie, mam nadzieję, potem już listopad, trzy gazety, więc niewiele wolnego, potem grudzień i chuj znów bombki strzeli.
Jak to przelatuje, jak Zatopek, a kiedy usiąść, zadumać się i zwolnić?
No dobra, nie narzekam :)
Sublokatora nie wywaliłam i proszę, dołożył się do czynszu. Spisał się, co nie? Lubię Grzesia.

Polowałam na nią wczoraj cały wieczór, bo latała jak smród po gaciach, a dziś po pracy - tadam :)
Dlatego lubię pająki, a zwłaszcza Grzesia. Niech mu w ciałko idzie, bo mizerny. I będzie mi niezmiernie przykro, kiedy myjąc okna będę musiała go wyeksmitować. Coś wymyślę :)

czwartek, 20 września 2018

Topić się

dzisiaj chciałam w Warcie, Kochany Pamiętniczku.
A tak fajnie zapowiadał się dzień.
Od paru dni dojechanie do pracy to jak loteria. Dziś widząc tłumy drepcące na przystanku, który o tej porze powinien być już pusty, wybrałam drogę okrężną i jak los pokazał - trafnie. Spóźniłam się do pracy tylko 4 minuty, a już w drzwiach wszyscy: Boss pyta o panią. Kurwa. Wysłał tekst o 7.25, zaczynamy pracę o 9. Jak jestem wcześniej, to gniję i w nosie dłubię.
No nic.
Skorekciłam.
Polazłam do kuchni po herbatkę, wychodzę, a Boss leci od ucha do ucha uśmiechnięty, z grabą. A ja w jednej ręce mam gorącą herbatę, a w drugiej zapasowy kubek. Bo ja mam najfajniejsze  kubaski w całej redakcji i zawsze mi ktoś podprowadza. A ja nie lubię, jak ktoś z mojego kubka pije. Mam półlitrowe, w wszyscy mają małe, standardowe. Więc pożyczają. Zatem wyciągam ręce, że sorry, a ten mnie ojapierdolę, tuli. I o zdrowie, kurwa, pyta.
Już wiedziałam, że będą schody, ma się tego nosa.
Gala będzie.
Dostaję plakat, o dziwo.
Nie zgadzam się z tekstem i sruuu, do Bossa.
A ten się czepia, że mu coś tam poprawiłam, a poprawiłam dobrze. Kufa, Świat dużą literą pisze w środku zdania. On wszystko dużą, nawet Redaktor Naczelny :P
Ugiął się. Zmianę w plakacie zaakceptował.
I pojechał.
Godzinę później, gdy praca szła jak strumyk płynący z wolna, Długorzęsa Szczapa mówi, że Boss dzwonił. że poszedł błąd w chlewie.
Idę poszukać okeja, jest błąd. Mój błąd. I zastanawiam się, co mnie wygło, że takie coś puściłam? Jakim cudem?  Coś mi nie pasowało, bo to nie była literówka, ale niespójne zdanie.
Zmartwiona mówię, że wezmę ten kamień, co w jednym pokoju leży i sruuu do Warty.
Pocieszać zaczęli, ale byłam niepocieszona. Kombinowałam, gdzie się rzucić, z mostu, czy z brzegu.
I tak czas płynął.
Odezwał się Pierworodny, że przyleci w październiku i zostanie do pojechania na cmentarz. Bo będzie SEP robił.I nie przyjadą na Gwiazdkę do PL bo nie dostał urlopu.
To mi pasuje. Bo nikt nie będzie się po chaupce plątał, jak mnie nie będzie. Kierownik Budowy będzie miał wstęp wzbroniony. Kwiatki podrzucę sąsiadom. Koniec, kropka :)
Znów robota.
Myślałam, że koniec, na śmierć zapomniawszy, że jeszcze z targów będzie relacja, ale los strzegł. Bo poszedłby koszmarek. Tłumy przyciągał magnez. Kurwa. Teraz mam tak wszystko popieprzone, że już sama nie jestem na sto procent pewna, jak poszło, ale... Nic to, jutro sprawdzę. Pierdolę wszystko.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, zwijając do domu, gdy wtem wpada Długorzęsa i mówi: Boss dzwoni, że w gali znów błąd.
Kurwa.
Czytałam to 4 razy, żeby błędu nie puścić, a błąd jest. Pora karierę skończyć.
Czytam. Znajduję błąd, ale kurwa, tego nie było tu. Mam pamięć wzrokową, zamykam oczy i widzę.
Biorę Worda. Jest inne zdanie, tego nie ma.
Drążę dalej. A, ktoś wyrzucił i nowe wrzucił, ale do korekty już nie dał. No i szło Euroropean, czego nikt nie widział, bo oni znają niemiecki, a nie angielski. Ja nie znam ani jednego, ani drugiego.
Poprawiłam.
I mordę drę, w sensie, że się wywnętrzam, bo muszę, inaczej się uduszę.
I coś mnie tyka.
Idę jeszcze raz do chlewa i biorę II korektę. A nie OK. I tak, to, co poszło źle to nie mój błąd. Po prostu koleżanka zmieniła słowa, ale nie wyrzuciła niepotrzebnych, które zaznaczyłam, żeby wyrzucić.
Ksero.
Kseruję. Nie robiłam tego nigdy, zawsze biorę wszystko na klatę. Nie drążę, kto, co, jak, błądzić jest rzeczą ludzką.
Ale hola, hola, nie wszystko na korektę. Pora zacząć pracować, nie na wariackich papierach, nie ja wszystko wiem lepiej. Bo ja nie wiem. I mam w sobie dużo pokory. I wiem, że robię błędy. Ale nie oskarżam nikogo i nie robię cyrków.
Bronić się jednak będę.
Bo to nie pierwsza taka akcja. Już kiedyś ktoś z zewnątrz dostał gotowy egzemplarz do skorekcenia, no i oczywiście - w tym fachu tak jest, że jeden rabin mówi tak, drugi rabin mówi nie. Ten ktoś miał na to 2 tygodnie :) Dwa tygodnie na taką robotę, w zaciszu domowym, bez to jest pilniejsze, ja zaraz wyjeżdżam i bez grzebania po mnie - biorę!
To była akcja poniżej pasa, jak i szukanie, ile robię, łącznie z drukowaniem Wordów i inne pierdoły.
Musiałam. Połaziłam z wydruczkami, pozwoliłam się pogłaskać po łysej główce i wysłuchałam: a nie mówiliśmy, nawet powiedziałam, że szkoda, że Warta nie wystąpi z brzegów, boby się trochę podlało. Zaprzeczali, ale ja swoje wiem :) Ja i ten kamolek - wylew rzeki murowany :)

Październikowy numer z głowy.
Jutro warzywka, ale warzywka to oaza spokoju. Wyśpię się i pojadę, jak będzie mi się chciało.

Dziękuję, życie, że wciąż mam siłę na takie fiki-miki, chociaż coraz trudniej to znoszę.

 


środa, 19 września 2018

Z tymi

zmianami to wcale nie do końca taka prawda, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem w pracy fonty mi padły.
Zawołany na ratunek T. pracowicie je wprowadzał z powrotem, albowiem informatyk przychodzi, jak ktoś strzelbę znajdzie. A fonty to podstawa mojej pracy, więc T. się poświęcił.
Ale okazało się, że są fonty, a nie ma ramki.
Znaczy się, w programie, który używam schowała się taka belka, na której są wszystkie przydasie. Umiem to obsługiwać, wyciągając funkcje z górnego paska, ale ile przy tym czasu tracę.
Raban podniosłam nieziemski.
I nie mógł nikt rameczki znaleźć, a ja dostałam po prawie całym dniu łażenia z kąta w kąt pracę na cito.
I co chwila ktoś właził, sprawdzając, czy już i dlaczego tak wolno.
Wyrzuciłam w końcu z wrzaskiem wszystkich, bo mało, że przeszkadzali, to nie mogłam nawet stron przewinąć.
Nienawidzę takich zmian.
Oddałam rzeczoną robotę.
Nigdy nie otwierałam tego programu na ślepo, a już był prawie czas do domu.
Zaryzykowałam, otworzyłam.
Nie mam zielonego pojęcia, co kliknęłam, ale odzyskałam tę pieprzoną rameczkę.
I znów mogę pracować z prędkością światła, z zamkniętymi oczami.
I jedyne co mnie teraz wkurza  to przestawianie się z klawiatur, bo każda ma inny rozstaw liter i inne shifty i takie tam.
Ale spoko.
Z nudów wzięłam do ręki gazetkę wychodzącą piętro niżej. Kiedyś też ją korekciłam, na początku, w ramach pokazywania, jaka to ja dobra jestem. Potem miałam do wyboru moją i tamtą, ale nie chciałam tamtej, bo to tygodnik. Pracowałabym środa-piątek i poniedziałek. A tu jak dobrze idzie mam dwa tygodnie wolne. W międzyczasie tygodnik połączył się z drugim w Warszawie i ni cholery nie ogarniam, jak oni pracują, ale fakt, w sumie mają ok. 120 stron, odliczając od tego ogłoszenia drobne, program TV i ogłoszenia matrymonialne, których na pewno nikt nie korekci i reklamy, jest i tak sporo do roboty. Więc zerknęłam i ojapierdolę. Rozmawiałam potem z T., mówię jak jest, a on, żeby poczerwienić. Mówię, że nie będę kamieniem w koleżanki rzucała, a on, że nie chodzi o rzucanie. Ale Boss wciąż mówi, jak niechlujnie pracujemy. Nie wiem jak, mam zasadę nie brać do ręki drukowanego. Dla mojego zdrowia psychicznego. Tempo jest, jakie jest, a i po mnie co poniektórzy pracują. Nie ma tak, jak w Auschwitz, że korekta dostawała gotową makietę, podpisywała ją i już nikt nie mógł kropki zmienić. Często jest tak, że 5 minut po ogłoszeniu fajrantu i do następnego numeru, gdy mnie już nie ma, ktoś coś tam zmienia. U nas odpowiada redaktor, nie korekta. Więc cuda się zdarzają, a i chochliki nie śpią. Tak jak licho. Ono też nie śpi. I ja nie śpię. Z byle kim :)   Ciapek i Miśki to nie byle kto, a reszta? Albo się nie liczy, albo jest milczeniem,
Nie, nie czytałam dokładnie, ale leciały po oczach błędy. Nawet w podpisach pod zdjęciami, które osobiście sprawdzam skrupulatnie, bo tytuły, śródtytuły i podpisy - to zawsze się w oczy rzuca. Pomijając już błędy stylistyczne typu w porównaniu do zamiast w porównaniu z - i to w wybiciach. I niekonsekwencje, bo raz % a raz procent. Nie jest to błędem, ale w tekście powinna być konsekwencja zapisu. U mnie przyjęto, że %, więc zawsze jest %.
I błędy zasadnicze, takie jak złe nazwy mieszkańców miejscowości. Fakt, to redaktorska robota, ale ja zawsze to sprawdzam.
I inne takie tam.
Dlatego mogę chodzić i drzeć mordę :)
Dam ten egzemplarz T. Jak chce, niech wykorzysta. Ja na zebrania nie chodzę.
A lubię moich kolegów, swoją pracę i nie znoszę twierdzenia, że jesteśmy tacy najgorsi.
Bo to nieprawda, są gorsi od nas :D

Tak mi się ostatnio wszystko okołopracowo kręci, ale czasem i tak bywa.
Okna, o dziwo, oprócz kuchennego, które osrały osy pchające się na gwałt do jedzenia, nie wyglądają źle, ale mam nadzieję wykorzystać jeszcze ciepły weekend do zrobienia z nimi porządku. Nie pada, więc nie są nawet brudne, tylko muszki je osrały.
A słońce teraz rano pada tak, że to widać. I kurz widać.
I mam pierdalca :P
No ale potem znów usiądę na listku bobkowym przy świecach i lampeczkach :D

Jeszcze jutro, będzie ciężko, bo muszę czekać na relację z targów, nie ma mocnych. A nie wiadomo, kiedy dojdzie, bo pisze mój ulubiony dział.
W piątek się wyśpię, polecę w południe na warzywka, ale to lajtowo jest.
A potem będzie intensywnie, bo i o aparatach muszę pomyśleć, i Inżynier wleci do dentysty, i koleżanka  maruda mi się kroi zaraz.

A wrzesień cudny, jak nie wrzesień, o 18 26 stopni w cieniu, ojaciepierdolę. Wracając myślałam, że jestem chora, a po słońcu dreptałam z zakupami, to pewno i ze 28 było. Chociaż te upały nie są takie powalające jak naprawdę letnie. Są łagodniejsze i łatwiej je oswoić. Może dlatego, że noc przywraca już równowagę.
I na Dębinę albo w inny las mnie ciągnie, dawno nie byłam na przyrody łonie i choć niby co roku to samo, to jednak...
Duszaszczypatielno....

wtorek, 18 września 2018

Moje

drugie imię to Panikara, Kochany Pamiętniczku.
17 września mijał mi termin używania Office'a. W zeszłym roku zapłacili mi z pracy, ale w tym nawet nie poruszam tematu, jest jak jest, w dupie mam. No ale przyjemność pracy na legalnym Office'u też kosztuje, 300 zł rocznie. Można za 800 zł wykupić na całe życie, ale... jeszcze muszę wygrać w totka :D Tak więc męczyłam biednego Inżyniera, bo to emilek był, potem drugi, a kasy z konta nie brali. Inżynier jak krowie na rowie tłumaczył, że po kasę to się zawsze zgłoszą i pacz pani, dziecko zawsze ma rację.
Zgolili dziś z konta i fakturkę wystawili.
Ale spoko. Nie, nie jestem święta, lata całe pracowałam nawet nie na Open Office, ale na zwykłym piracie. Pracuję z domu często, dla warzywek zazwyczaj z domu, więc... Nie chcę robić swoim pracodawcom siary. Fakt, mogliby kupić, wszystko mogą wrzucić w koszty, ale samo proszenie, pisanie. Pierdolę.
Nie mam zielonego pojęcia, jak będzie to wyglądało jak odejdę. A tak wiem, że jak nie zapłacę, będę miała. A z Officem jest dysk 1 TB, więc to się też kalkuluje, zwłaszcza przy moim fotach.
No nic, nieważne, kasa wydana.
Kota nie ma, myszy tańcują. Boss na Chińskim Murze siedzi, to i wszystko się wlekło, siedziałam dziś w pracy 10 godzin, z tego 8 przepracowane prawie bez sikania (nie miałam czasu pić). Spuchnięta jestem dodatkowo, bo w 19.30, gdy wracałam do domu na dworze było 21 stopni. Gdyby nie to, że był już zmierzch

pomyślałabym, że to ciepły, sierpniowy wieczór jak za dawnych lat.

A koło pracy rośnie


hmmm... obiadek czy nie obiadek?

Ranki już chłodnawe, ale nie chcę brać swetra, bo potem muszę dźwigać. Jeszcze dwa dni, zobaczymy jak będzie.
W piątek warzywka, dobrze, że je przenieśli na piątek, ale to dobrze, wyśpię się i spokojnie przyjadę na wydruki, tam dostaję całość, ogarniam i nie siedzę czekając na zmiłowanie.

To już osiem lat, a ja ciągle taka nieogarnięta i nieuczesana.

Dziś może powiedziałam parę słów za dużo, bo nasza gwiazda uśmiechała się do mnie serdecznie, a ostatnio na zebraniu p.o. Bossa powiedział, że jak pani H. mówi cicho, to źle wróży.Niestety, niektóre kobiety źle przeżywają klimakterium, a już zwłaszcza te, które całe życie jechały na chłopie. Pani H. jechała, aż miło, z poślizgiem, zmieniając mężów częściej niż ja obuwie... I zawsze dzięki męskiemu ramieniu była gwiazdą na niebiosach. Mąż jej zmarł kilka lat temu, nagle. Szkoda gościa, znałam go od lat. No ale pani H. ma już wyrobioną pozycję, jak może kogoś w dupę kopnąć, to kopnie, a co ma sobie żałować. Graficzką jest wszakże. Ano. Tyle że w porządnym DTP taka osoba jest łamaczem. Grafik to już wyższa szkoła jazdy. Nieważne, skoro jej to w życiu pomaga, to niech i graficzką będzie. W życiu nie zrobiła nic, co robi grafik i wiem, co mówię, bo pracuję z nią od 1992 r. :) Za to często poprawia teksty po korekcie, szkoda, że poprawia źle, a na każdego linka do słownika czy reguły robi sceny balkonowe. W życiu nie poprawiła po mnie literówki (a miałam paru fajnych łamaczy, nie grafików, którzy zawsze moje wpadki poprawiali), za to potrafiła się ze mną kłócić do upadłego, że odnośnie sprawy, a nie odnośnie do sprawy. Drobiazg, prawda? Na dywaniku u Bossa o to byłam... No bo jak to, pani H. mówi, że odnośnie... I wszyscy tak mówią...
W tym numerze dzięki talentowi graficzki czytałam strony po 4 razy. W umowie mam dwa, a wierzcie, czytanie 4 raz tego samego w kółko wcale nie poprawia wyłapywania błędów. A traci się czas, bolą oczy. Ale co tam, pani graficzka, widząc, że czytam dany tekst (takie ustawienia, ona widzi, ja nie) bawiła się w przełamywanie i cała moja praca szła się jebać.
Za czwartym razem poszłam z pyskiem do p.o., a ten, że i jemu taki numer walnęła dziś.  A że korekta jest poniekąd pod ochroną (bo proszę, idź, poszukaj, gdzieś w największym tłumie, kto cię jeszcze tak zrozumie) i wyglądała jakby miała na zawał zejść... numerki skończyły się.
I tak się toczy życie firmowe.
A mogłoby być tak pięknie, co nie?
Czasem marzy mi się wielka wygrana w totka, bo życia już nie starczy na zarobienie na interes i firma tak naprawdę przyjazna dla ludzi.
Jestem wiedźmą, nie da się ukryć, ale czasem mam wrażenie, że potrafiłabym coś takiego stworzyć.

Ale może jak mówi Inżynier: zgadza się, ma mama wrażenie :)

PS Dla Zmorki, bez kropek. Ten layout mi się podoba i ostatnio zmieniłam zdanie. Tylko krowa nie zmienia poglądów - polubiłam zmiany. I jestem krową, bo komfort cieplny krów wynosi od 9 do 16 stopni. Identycznie jak mój :)