dziś skoro świt, Kochany Pamiętniczku...
A nie, nie będę kłamała, wyleżałam się w piernatach do bólu kości, do zajechania, wciąż powtarzając sobie, że dziś jest ten dzień :)
Na Manhattan poleciałam, kombinując jak koń pod górkę.
I zakupy takie zrobiłam, że ojapierdolę, ledwo do domu się dowlokłam, a jeszcze w gospodarstwie domowym zostałam winna 50 groszy "poda pani przy okazji", bo chciałam zapłacić drobnymi, gość się cieszył, a mi zabrakło 50 groszy :)
No i w lodówce jeszcze sporo wylądowało :)
Ale dupomirki u Pana od Pomidorków były w promocji po 3,90, a normalnie ma po 9,90 albo 15,90, to jak miałam się oprzeć.
Wyładowałam, zabrałam ze słoiczka czynsz od pajączków i znów na Manhattan tadam :)
Oddałam 50 groszy, pan oczy zrobił jak talerze, ale dla mnie dług rzecz święta i jakby on każdemu klientowi odpuszczał te 50 groszy, to poszedłby z torbami, a ja lubię ten sklep, bo jest w moim Heimacie odkąd tu mieszkam, a inne sklepy padają jak muchy i jest dupa, trzeba do marketów na drugi koniec wioski lecieć.
Oddanie 50 groszy zostało wynagrodzone
10 kilo dupomirków za 6 złotych to jest okazja :) A że wózeczek był pusty, bo ja po Heimacie dygam z wózeczkiem, więc ktoś z Was by się oparł takiej okazji?
I jeszcze
papryka się zmieściła, bo uświadomiłam sobie, że te białe bąbelki w garnku z papryką to nie pleśń, tylko kwas mlekowy.
Taka stara, a taka głupia cipa :)
Paprykę już ukiszoną przełożyłam do słoika i do lodówki, postoi, nic jej nie będzie.
Wiem, jestem fleja, ale trzymałam kiszone jabłka już kupę czasu. Pierwsze mi nie smakowało, bo za szybko wyciągałam, ale dziś, chcąc je wywalić zorientowałam się, że...
Sa ukiszone na medal, a pachną wanilią i goździkami, że ojapierdolę i są fantastyczne :)
Więc poszły do mniejszego słoika, a ja rzuciłam się w wir kiszenia.
Powoli, albowiem stara i sterana życiem jestem.
A radio Pogoda grało do bólu serca...
Między jedną a drugą piosenką wkurw popracowy mi opadał...
Synowa powiedziała, że da maluchom powidła do spróbowania, ale nie wie, czy da radę zabrać do UK, bo miejsce w walizce. Rozumiem :) Ale Sikora się po nie zameldowała, więc mam gdzie upchnąć, a i zobaczymy jak MW i Papryczek... Co ja za to mogę, że smażenie powideł jest dla mnie relaksem.
Jak również robienie przetworów
I rosołek się w międzyczasie ugotował na dziś i na jutro, a jedna porcja poszła do zamrażalnika. Kocham mojego Samsunga :)
A po całym dniu grzebania mam
I dwa kamienne garnki kiszonki paprykowo-pomidorowej :)
To był superdzień, zleciało ze mnie wariatkowo ze szczętem.
A i trzy prania zrobiłam.
Jeden odcinek Blacklist oglądnęłam.
A gdy
na ścianie cienie się pojawiły, zapowiedź bliskiej jesieni, i świeczuszek, i takich tam, ostatnim tchnieniem steranego serca rzuciłam się na taśmę i sobotę powitam na bobkowym liściu.
Wszystko mogę, nic nie muszę :D
I takie dni kocham :)
I rachunek za prąd przyszedł, niższy o kilkadziesiąt złotych, a więcej świeciłam, więc już nic nie rozumiem, ale cieszy te parę dych w kieszeni :P
I Anka się w tym roku popisała, noce i ranki chłodne, tak jak lubię.
I, nie będę się wkurwiała na pożary w Amazonii, Arktyce i na Syberii, bo nic za ro nie mogę.
Tak jak za tragedię w Tatrach.
I za wiele innych rzeczy. Każdy ma tyle do przeżycia, ile mu pisano, ale nie na wszystko ma wpływ.
Myślę o moich dziecinnych lękach, kiedy z moją przyrodnią siostrą wymyślałyśmy "sposoby na Niemców", bo tak to nazywałyśmy. Moje dzieciństwo upłynęło w cieniu zimnej wojny i straszenia nas rewizjonizmem.
Teraz już wiem, że co ma być, będzie.
I jakkolwiek bym się nie miotała, będzie.
Walczę w mojej małej skali, tymi pieprzonymi woreczkami i segregowaniem śmieci, hodowaniem badyli i niemarnowaniem rzeczy.
Przechodziłam całe lato w jednych sandałach, patrząc, jak moje koleżanki co dzień mają inne szpilki. Nie potępiam ich, są młode, chcą błyszczeć. Do domu lecą w adidasach, jak Amerykanki, ale co dzień inne szpilki. Widziałam dziś takie w sklepiku, cena nie jest zaporowa, do łażenia po korytarzu OK. Tylko: po co?
No, ale świata nie zmienię :)
Żyjemy w ciekawych czasach.
Cieszę się, że jestem stara, chociaż kto wie, co jest na tamtym końcu tęczy?
piątek, 23 sierpnia 2019
czwartek, 22 sierpnia 2019
Działo się
Kochany Pamiętniczku.
Albowiem w sobotę kupiłam maliny i to wszystko przez te cholerne maliny.
Nie miałam ani czasu, ani ochoty, żeby je zjeść, więc dziś rano, aczkolwiek lodóweczka jest the best, postanowiłam kompot ugotować, albo wiem w szufladzie telepało się jeszcze kilka niedobitków moreli, zaczynały więdnąć.
Kompocik nagotowałam, zostawiłam na piecyku, żeby ostygł, bom do pracy bieżyć musiała.
W pracy siedziałam i się kisiłam, z nudów przed 11 pomyślałam: nie pamiętam, czy wyłączyłam gaz...
Ojapierdolę.
Oblałam się zimniuteńkim potem i lecę do pani M., że taksówka, że do domu muszę.
A pani M. zachichotała i...
Zorganizowała mi transport i fajnego kierowcę, i tym sposobem trzasnął mnie zaszczyt przejechania się firmowym samochodem :)
Uff. Już pod drzwiami wiedziałam, że jest OK, bo nic nie śmierdziało :) J. oglądnął mieszkanie, badyle popodziwiał i wróciliśmy do pracy :)
Jednak ludzie są fajni, nie powiem :)
Dlatego już dziś nie łaziłam i nie pytałam, kiedy teksty.
A pani M. na podziękowania powiedziała, że tyle dla firmy robię, to i czasem firma może coś dla mnie.
Niby prawda, ale nie zawsze tak jest.
A zaraz po wkroczeniu do pracy poleciałam do Bossa, bo tę sześciusetstronicową kobyłę musiałam wreszcie obgadać. Pół nocy się z myślami biłam, ale stwierdziłam, że zażądam więcej niż wynosi moja pensja i to będzie uczciwe. Ale szłam jak na ścięcie. Nie owijałam w bawełnę, podkreśliłam, że ponieważ wszystkie ekstrasy robię za uścisk dłoni prezesa, to za książkę, która absolutnie nie wchodzi w zakres moich obowiązków i której nie jestem w stanie zrobić w godzinach pracy chcę porządną zapłatę, ale i tak schodzę z ceny rynkowej, a i on wie, jaka będzie jakość korekty. Zgodził się, ale mówi brutto. Ja na to, że interesuje mnie kwota netto, a brutto to zmartwienie księgowości. Zanotował, ale netto opatrzył znakiem zapytania. Niech mi spróbuje dać to brutto, będę łaziła i upominała się.
Kurde, facet zarabiający grube tysiące chandryczy się o parę stów.
A dla mnie te parę stów to dużo.
Zawsze może sobie wziąć studenta na zlecenie, mi to rybka.
Z tej kasy o której chłop nie wie nikt się nie odezwał, może mają kogoś swojego, A. mnie poleciła, bo wie, ile jestem warta.
Jakoś mnie to nie martwi, bo jak powiedział Inżynier: żeby się mama nie zarypała.
Ano. Etat przede wszystkim, a są okresy, że nie mam mocy przerobowych, tak jak w te cztery ostatnie dni.
Więc nie żal mi i wcale mnie nie martwi. Co z tego, że odłożę na koncie 1000 zł dodatkowo może, jak i tak z grobu tego nie wykorzystam :)
No i Cezar, ojacierpiędolę.
Specjalnie pojechałam przed 9, żeby mu pysk zatkać, skorekciłam, a jakże, rzuciłam na biurko i poszłam się obijać (na pracę czekałam do 14, pracowałam do 16.30). Dziesięć minut później puk-puk, choć prosiłam, by nie pukać.
Dlaczego napisałam żółwinek mała literą, skoro Eurygaster integriceps Puton jest dużą. Kurwa.
Pytam gościa, czy komar albo mucha czy też inna biedronka czy omacnica napisze dużą? No nie. Więc żółwinek też małą. No ale po łacinie jest dużą.
Kurwa.
Akurat dostałam z warzywek tekst, gdzie były robale. To i pokazuję. I mówię, że nie poprawiamy korekty, bo korekta wie lepiej i poprawianie korekty kończy się śmiercią lub kalectwem.
Chyba nie zrozumiał.
No a potem z nudów pogrzebałam i co|? Sam nie wie co pisze. Ściągał z angielskiej strony, ale nie doczytał do końca.
Eurygaster integriceps Puton - mało, że miał przed korektą integriceps dużą, co jest błędem, to jeszcze ten Puton to gość, który tego robala odkrył i to nie jest absolutnie poprawna nazwa. Polazłam i mówię. Chyba się mnie boi, bo Putona wykreślił.
Nie należy do moich obowiązków takie pilnowanie tekstu, ja nie jestem od merytorycznych byków. Ale jak mam chwilę, pomogę.
Ale nie będzie mi nikt, kurwa nad łbem stał i pytał, dlaczego. Mamy tego samego Googla i każdy powinien sobie poguglować na własną łapkę, a nie czekać, aż korekta to zrobi.
Uczyłam się łaciny, 8 lat.
10 lat pracy w wydawnictwie medycznym, plus moja pamięć wzrokowa - widzę niejako błąd, nie wiedząc, dlaczego. Sprawdzam. Więc jeśli ktoś nie odrabia lekcji, to niech mi w drogę nie włazi, bo zapierdolę.
Można zapytać - pourquoi. Ale nie kwestionować mojej wiedzy. Jak się potknę, umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Tak, poprawiałam po profesorach, specjalistach z medycyny. Ale jeśli sadzili kiksy obstawałam przy swoim. Bo nie pchałam się na salę operacyjną i nie mówiłam: panie profesorze, skalpel bardziej w lewo.
Więc niech profesor nie wmawia mi, że nie ma środków do leczenia trądzika, bo i owszem - są środki do leczenia trądziku. Trądziku, nie trądzika.
Język to moja specjalność.
I tak myślę, czy wzorem napisów z saloonów: Nie strzelać do pianisty! Facet gra najlepiej jak umie!, nie wydrukować sobie i nie nakleić na drzwi: Nie przeszkadzać korektorce! Czyta najszybciej jak umie! :) Bo bardzo często odnosząc korektę słyszę jęk: juuuuuuuuuuuuuż :) Ano już :)
I tak uzupełniłam grafik, ogarnęłam kuwetę i o 17 pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w stronę słońca i...
Wtem...
Biedronka mi na drodze wyrosła skubana.
I mam
Zwie się pachira.
Ale choruję na żelazne liście. Przywiozłam je po śmierci Cioci, i chociaż to żelazna roślina, jak sama nazwa mówi, zabiłam.
Nie wiem, jakim cudem, ale zabiłam.
W necie ceny z Kosmosu, więc odpuszczę.
Ale może się uda.
A teraz idę na serial, muszę wykorzystać trzy (niecałe) dni spokoju, bo w niedzielę po południu najazd Tatarów (sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało) :)
W planach zakiszenie wielu, wielu pomidorów.
Tylko mnie może tak popierdolić, co nie?
No ale to pierwsze przetwory, które będę jadła tonami :P
Inne to tylko fantazja była :D
Albowiem w sobotę kupiłam maliny i to wszystko przez te cholerne maliny.
Nie miałam ani czasu, ani ochoty, żeby je zjeść, więc dziś rano, aczkolwiek lodóweczka jest the best, postanowiłam kompot ugotować, albo wiem w szufladzie telepało się jeszcze kilka niedobitków moreli, zaczynały więdnąć.
Kompocik nagotowałam, zostawiłam na piecyku, żeby ostygł, bom do pracy bieżyć musiała.
W pracy siedziałam i się kisiłam, z nudów przed 11 pomyślałam: nie pamiętam, czy wyłączyłam gaz...
Ojapierdolę.
Oblałam się zimniuteńkim potem i lecę do pani M., że taksówka, że do domu muszę.
A pani M. zachichotała i...
Zorganizowała mi transport i fajnego kierowcę, i tym sposobem trzasnął mnie zaszczyt przejechania się firmowym samochodem :)
Uff. Już pod drzwiami wiedziałam, że jest OK, bo nic nie śmierdziało :) J. oglądnął mieszkanie, badyle popodziwiał i wróciliśmy do pracy :)
Jednak ludzie są fajni, nie powiem :)
Dlatego już dziś nie łaziłam i nie pytałam, kiedy teksty.
A pani M. na podziękowania powiedziała, że tyle dla firmy robię, to i czasem firma może coś dla mnie.
Niby prawda, ale nie zawsze tak jest.
A zaraz po wkroczeniu do pracy poleciałam do Bossa, bo tę sześciusetstronicową kobyłę musiałam wreszcie obgadać. Pół nocy się z myślami biłam, ale stwierdziłam, że zażądam więcej niż wynosi moja pensja i to będzie uczciwe. Ale szłam jak na ścięcie. Nie owijałam w bawełnę, podkreśliłam, że ponieważ wszystkie ekstrasy robię za uścisk dłoni prezesa, to za książkę, która absolutnie nie wchodzi w zakres moich obowiązków i której nie jestem w stanie zrobić w godzinach pracy chcę porządną zapłatę, ale i tak schodzę z ceny rynkowej, a i on wie, jaka będzie jakość korekty. Zgodził się, ale mówi brutto. Ja na to, że interesuje mnie kwota netto, a brutto to zmartwienie księgowości. Zanotował, ale netto opatrzył znakiem zapytania. Niech mi spróbuje dać to brutto, będę łaziła i upominała się.
Kurde, facet zarabiający grube tysiące chandryczy się o parę stów.
A dla mnie te parę stów to dużo.
Zawsze może sobie wziąć studenta na zlecenie, mi to rybka.
Z tej kasy o której chłop nie wie nikt się nie odezwał, może mają kogoś swojego, A. mnie poleciła, bo wie, ile jestem warta.
Jakoś mnie to nie martwi, bo jak powiedział Inżynier: żeby się mama nie zarypała.
Ano. Etat przede wszystkim, a są okresy, że nie mam mocy przerobowych, tak jak w te cztery ostatnie dni.
Więc nie żal mi i wcale mnie nie martwi. Co z tego, że odłożę na koncie 1000 zł dodatkowo może, jak i tak z grobu tego nie wykorzystam :)
No i Cezar, ojacierpiędolę.
Specjalnie pojechałam przed 9, żeby mu pysk zatkać, skorekciłam, a jakże, rzuciłam na biurko i poszłam się obijać (na pracę czekałam do 14, pracowałam do 16.30). Dziesięć minut później puk-puk, choć prosiłam, by nie pukać.
Dlaczego napisałam żółwinek mała literą, skoro Eurygaster integriceps Puton jest dużą. Kurwa.
Pytam gościa, czy komar albo mucha czy też inna biedronka czy omacnica napisze dużą? No nie. Więc żółwinek też małą. No ale po łacinie jest dużą.
Kurwa.
Akurat dostałam z warzywek tekst, gdzie były robale. To i pokazuję. I mówię, że nie poprawiamy korekty, bo korekta wie lepiej i poprawianie korekty kończy się śmiercią lub kalectwem.
Chyba nie zrozumiał.
No a potem z nudów pogrzebałam i co|? Sam nie wie co pisze. Ściągał z angielskiej strony, ale nie doczytał do końca.
Eurygaster integriceps Puton - mało, że miał przed korektą integriceps dużą, co jest błędem, to jeszcze ten Puton to gość, który tego robala odkrył i to nie jest absolutnie poprawna nazwa. Polazłam i mówię. Chyba się mnie boi, bo Putona wykreślił.
Nie należy do moich obowiązków takie pilnowanie tekstu, ja nie jestem od merytorycznych byków. Ale jak mam chwilę, pomogę.
Ale nie będzie mi nikt, kurwa nad łbem stał i pytał, dlaczego. Mamy tego samego Googla i każdy powinien sobie poguglować na własną łapkę, a nie czekać, aż korekta to zrobi.
Uczyłam się łaciny, 8 lat.
10 lat pracy w wydawnictwie medycznym, plus moja pamięć wzrokowa - widzę niejako błąd, nie wiedząc, dlaczego. Sprawdzam. Więc jeśli ktoś nie odrabia lekcji, to niech mi w drogę nie włazi, bo zapierdolę.
Można zapytać - pourquoi. Ale nie kwestionować mojej wiedzy. Jak się potknę, umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Tak, poprawiałam po profesorach, specjalistach z medycyny. Ale jeśli sadzili kiksy obstawałam przy swoim. Bo nie pchałam się na salę operacyjną i nie mówiłam: panie profesorze, skalpel bardziej w lewo.
Więc niech profesor nie wmawia mi, że nie ma środków do leczenia trądzika, bo i owszem - są środki do leczenia trądziku. Trądziku, nie trądzika.
Język to moja specjalność.
I tak myślę, czy wzorem napisów z saloonów: Nie strzelać do pianisty! Facet gra najlepiej jak umie!, nie wydrukować sobie i nie nakleić na drzwi: Nie przeszkadzać korektorce! Czyta najszybciej jak umie! :) Bo bardzo często odnosząc korektę słyszę jęk: juuuuuuuuuuuuuż :) Ano już :)
I tak uzupełniłam grafik, ogarnęłam kuwetę i o 17 pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w stronę słońca i...
Wtem...
Biedronka mi na drodze wyrosła skubana.
I mam
Zwie się pachira.
Ale choruję na żelazne liście. Przywiozłam je po śmierci Cioci, i chociaż to żelazna roślina, jak sama nazwa mówi, zabiłam.
Nie wiem, jakim cudem, ale zabiłam.
W necie ceny z Kosmosu, więc odpuszczę.
Ale może się uda.
A teraz idę na serial, muszę wykorzystać trzy (niecałe) dni spokoju, bo w niedzielę po południu najazd Tatarów (sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało) :)
W planach zakiszenie wielu, wielu pomidorów.
Tylko mnie może tak popierdolić, co nie?
No ale to pierwsze przetwory, które będę jadła tonami :P
Inne to tylko fantazja była :D
środa, 21 sierpnia 2019
Całe
życie z debilami, Kochany Pamiętniczku :)
Działo się.
Pracuję tu już od 9 lat i nikt mi tak na odcisk nie wlazł.
Bywały chwile lepsze i gorsze, ale zawsze stali murem za mną, a i ja na nikogo długo się nie gniewałam, a podobno moje NIE od razu na mordzie widać :)
Moje dzieci twierdzą to samo.
Pewno, że wkurwia mnie technika, przez którą co miesiąc po godzinach siedzę, ale co oni za to mogą, że nie mogą?
Ale Cezar?
Przez niego w pierdoły pracowe się wdałam, a i ryja darłam tak, że w całej redakcji było słuchać.
Potem poszłam na papierosa.
I nie, że paliłam, ale...
Kawał skurwiela, wkręcił się, bo ma chody.
I, kurwa mać, rozwala pracę techników, bo w każdej pracy są technicy.
W imię tych znajomości.
Nie przyjmuje do wiadomości, że nie, że nie ma racji, że nie, nie zrobię mu JEGO działki, bo nie mam czasu się wysikać, a jego działka jest na jutro, nie, on musi mieć to TERAZ.
Na domiar złego NIE OGARNIA pracy, zapisywania i innych bajek...
Tyle, co mi się udało, to że do południa warzywka wywaliłam, bo nie miałam nic innego do roboty, a potem się zaczęło, bo Cezar rozpierdolił system.
Wychodziłam z pracy o 19, dziś po - bagatela 10 godzinach pracy - a Cezarowy cót, mjut i orzeszki laskowe wciąż leżały na biurku :P
Ma iść jutro, pójdzie jutro, wolnym walcem, nie rozumiem, dlaczego miałam rzucić wszystko, a wszystko było na przedwczoraj, by on miał swoje dziś.
Za to, kurwa, co pięć minut pukał (!) do pokoju mego, pytając, czy materiał jest już gotowy.
Normalni ludzie wchodzą, kładą wydruczki i czekają na moje moce przerobowe.
A tak się pechowo złożyło, że na ten Cezarowy szajs nie miałam mocy przerobowych i to nie dlatego, że chciałam coś na złość.
Bo ja wredna jestem, ale nie złośliwa.
No nic.
Te nadliczbowe świnie sobie oglądnęłam, i...
Hmmm.
Idę jutro do Bossa.
Cena jest zaporowa.
Zażyczę sobie naprawdę dużo, aczkolwiek cena będzie promocyjna.
Nie mam musu robienia tego, no cóż, cena jest kwestią rynkową.
To nie zakres mojego etatu, może zawsze wziąć kogoś z zewnątrz. Wolny rynek.
A mój czas, którego mam coraz mniej jest cenny.
A moja wiedza jest bezcenna.
No nic. Jutro KONIEC :)
Potem lekki wdech, a potem...
Mam nadzieję, że przeżyję.
A kiszone pomidory są OJAPIERDOLĘ. Dziś otworzyłam słoik. Kto może, niech kisi i zażera się... :)
Żrąc kiszone pomidory człowiek ląduje w siódmym niebie :)
Działo się.
Pracuję tu już od 9 lat i nikt mi tak na odcisk nie wlazł.
Bywały chwile lepsze i gorsze, ale zawsze stali murem za mną, a i ja na nikogo długo się nie gniewałam, a podobno moje NIE od razu na mordzie widać :)
Moje dzieci twierdzą to samo.
Pewno, że wkurwia mnie technika, przez którą co miesiąc po godzinach siedzę, ale co oni za to mogą, że nie mogą?
Ale Cezar?
Przez niego w pierdoły pracowe się wdałam, a i ryja darłam tak, że w całej redakcji było słuchać.
Potem poszłam na papierosa.
I nie, że paliłam, ale...
Kawał skurwiela, wkręcił się, bo ma chody.
I, kurwa mać, rozwala pracę techników, bo w każdej pracy są technicy.
W imię tych znajomości.
Nie przyjmuje do wiadomości, że nie, że nie ma racji, że nie, nie zrobię mu JEGO działki, bo nie mam czasu się wysikać, a jego działka jest na jutro, nie, on musi mieć to TERAZ.
Na domiar złego NIE OGARNIA pracy, zapisywania i innych bajek...
Tyle, co mi się udało, to że do południa warzywka wywaliłam, bo nie miałam nic innego do roboty, a potem się zaczęło, bo Cezar rozpierdolił system.
Wychodziłam z pracy o 19, dziś po - bagatela 10 godzinach pracy - a Cezarowy cót, mjut i orzeszki laskowe wciąż leżały na biurku :P
Ma iść jutro, pójdzie jutro, wolnym walcem, nie rozumiem, dlaczego miałam rzucić wszystko, a wszystko było na przedwczoraj, by on miał swoje dziś.
Za to, kurwa, co pięć minut pukał (!) do pokoju mego, pytając, czy materiał jest już gotowy.
Normalni ludzie wchodzą, kładą wydruczki i czekają na moje moce przerobowe.
A tak się pechowo złożyło, że na ten Cezarowy szajs nie miałam mocy przerobowych i to nie dlatego, że chciałam coś na złość.
Bo ja wredna jestem, ale nie złośliwa.
No nic.
Te nadliczbowe świnie sobie oglądnęłam, i...
Hmmm.
Idę jutro do Bossa.
Cena jest zaporowa.
Zażyczę sobie naprawdę dużo, aczkolwiek cena będzie promocyjna.
Nie mam musu robienia tego, no cóż, cena jest kwestią rynkową.
To nie zakres mojego etatu, może zawsze wziąć kogoś z zewnątrz. Wolny rynek.
A mój czas, którego mam coraz mniej jest cenny.
A moja wiedza jest bezcenna.
No nic. Jutro KONIEC :)
Potem lekki wdech, a potem...
Mam nadzieję, że przeżyję.
A kiszone pomidory są OJAPIERDOLĘ. Dziś otworzyłam słoik. Kto może, niech kisi i zażera się... :)
Żrąc kiszone pomidory człowiek ląduje w siódmym niebie :)
wtorek, 20 sierpnia 2019
W telegraficznym
skrócie, Kochany Pamiętniczku.
Z ręką w nocniku wylądowałam, a jakże.
220 stron mamy, razy dwa to jednak 440 :)
No ale kto temu poradzi, jak nie ja, co nie?
Dziś 11 godzin w pracy, w sumie godzina zupełnie niepotrzebnie, bo Boss miał fantazję, ale oj tam, oj tam, pan każe, sługa musi.
Nie jest źle, tylko że gdy mi warzywka przyniosły o 19 wydruczki, zdziwione, że ja jeszcze kibluję, westchnęłam i palcem ich nie tknęłam. Są potrzebne na jutro, zatem jutro będę szukała chwili na nie, dziś dość.
W grudniu fajnie będzie, bo zamykamy 13 grudnia (hahahahaha) i potem do stycznia mam wszystko w dupie.
No, poniekąd, bo po drodze i warzywka, i nie wiadomo co z maszynkami, a i teatrzyk, i może ta nowa fucha, o której chłop nie wie, która mnie wstępnie zaakceptowała, ale emilka jeszcze nie wysłała i chujwi co po drodze się trafi.
Więc nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam.
Kompik szaleje, raz się włącza, raz trzeba go na kolanach prosić.
Pisałam do Pierworodnego, potem komp zaskoczył, ale choć padało, choć było ślisko, to się przywlokło to świniorzysko. Z połowicą, of course.
Żartuję, przyszedł, przyniósł wypełniacz do tego ukruszonego panela, nawet nie wiedziałam, że takie cuś jest. W necie gdzieś wymychałam naprawianie dziur zupką chińską :) Seriously :)
Nie goniłam do kompa, bo działał, a dziś rano znów odmówił współpracy.
Kopnęłam dziada i zaskoczył.
Wracam z pracy, włączam, działa.
Ki diabeł?
Inżynier przez Brexit dostaje w dupę aż się kurzy, boję się, że mu nerwy puszczą, ale cóż, każdy ma swoje piekło. Dziesięć lat temu C. namawiał go na niewyjeżdżanie, miałby od ręki pracę, za fajną kasę, ale nie, chciał jechać i koniec. Nie zatrzymywałam, choć i ja zapłaciłam za to swoją cenę. Wyjechał następnego dnia po absolutorium.
Każdy z nich poszedł swoją drogą, ale niestety, rodzicielstwo polega na płaceniu za dzieci do końca życia.
Niekoniecznie kasą.
W następnym życiu wyskrobię bez pardonu i będę żyła samotnie, długo i szczęśliwie, co nie?
Dobrze mówię, proszę pana?
Jak w tym kawale, który lubię:
Siedzi facet nad stawem i łowi ryby. W pewnym momencie wynurza się żaba i pyta:
- Proszę pana, czy ja mogłabym wejść na spławik i skoczyć do wody?
- A skocz sobie - odpowiada facet.
Żaba skoczyła, a facet dalej łowi ryby. Po chwili żaba znowu się wynurza i pyta:
- Proszę pana, a czy ja mogłabym jeszcze raz wejść na spławik i skoczyć do wody?
- No, skocz sobie - odpowiada już podirytowany facet.
Żaba skoczyła, a facet dalej łowi ryby. Po chwili żaba znowu się wynurza i pyta:
- Proszę pana, a czy ja mogłabym... - widzi wkurzenie faceta, więc kończy - ...usiąść koło pana?
- A siadaj - odpowiada facet.
Żaba siada koło faceta, a ten dalej łowi ryby. Siedzą tak sobie w milczeniu, aż ze stawu wynurza się druga żaba i pyta:
- Proszę pana, czy ja mogłabym wejść na spławik i skoczyć do wody?
Na to pierwsza żaba:
- Spierdalaj! Dobrze mówię, proszę pana?:)
I tak wyszło w pracowym młynie, żem się dokształciła. Te lulki z Mickiewiczowskiej Pani Twardowskiej, o których zawsze myślałam, że to papierosy, jako że:
Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola! Ledwie karczmy nie rozwalą...
... to nie papierosy, ale
https://pl.wikipedia.org/wiki/Lulek_czarny.
LOL :)
A Cezara objechałam jak święty Michał diabła. Nie moja wina, że jest hmmm... niekompatybilny ze mną. Odnoszę wrażenie, że jest niekompatybilny z całą załogą. A że na dokładkę nie jest wysokich lotów, to trudno. Nie, nie będę czytała cztery razy tylko dlatego, że on nie ma iskry bożej do pisania. I że bełkoce, nie pisze nic, co może normalnego człowieka zainteresować, a już na pewno nie ludzi, do których adresowana jest nasza praca.
Z tego co wiem, etat i wypasioną pensję dostał od ręki. Więc dlaczego ja mam za niego robotę odwalać? Qui bono?
Bo ma dwie literki przed nazwiskiem, a ja trzy? Bo ma dobre układy z Bossem?
Większość z mających dwie literki jest marnymi pracownikami. Co ja najlepiej wiem.
I nie, nie zazdroszczę im.
Zrobiłam doktorat z prania pieluch na czwórkę.
A magistra mam na piątkę, bo szóstek wtedy nie było.
I znam swoją wartość.
Żeby nie było :)
O dziwo, Synowa do mojego NIE w temacie Office'a odniosła się spokojnie, mówiąc, że ona też by nie chciała, żeby ktoś na jakikolwiek jej profil wchodził, nawet z gwarancją, że nie będzie tam grzebał.
I to mi się podoba :)
Z ręką w nocniku wylądowałam, a jakże.
220 stron mamy, razy dwa to jednak 440 :)
No ale kto temu poradzi, jak nie ja, co nie?
Dziś 11 godzin w pracy, w sumie godzina zupełnie niepotrzebnie, bo Boss miał fantazję, ale oj tam, oj tam, pan każe, sługa musi.
Nie jest źle, tylko że gdy mi warzywka przyniosły o 19 wydruczki, zdziwione, że ja jeszcze kibluję, westchnęłam i palcem ich nie tknęłam. Są potrzebne na jutro, zatem jutro będę szukała chwili na nie, dziś dość.
W grudniu fajnie będzie, bo zamykamy 13 grudnia (hahahahaha) i potem do stycznia mam wszystko w dupie.
No, poniekąd, bo po drodze i warzywka, i nie wiadomo co z maszynkami, a i teatrzyk, i może ta nowa fucha, o której chłop nie wie, która mnie wstępnie zaakceptowała, ale emilka jeszcze nie wysłała i chujwi co po drodze się trafi.
Więc nie chwalmy dnia przed zachodem słońca, ale oj tam, oj tam.
Kompik szaleje, raz się włącza, raz trzeba go na kolanach prosić.
Pisałam do Pierworodnego, potem komp zaskoczył, ale choć padało, choć było ślisko, to się przywlokło to świniorzysko. Z połowicą, of course.
Żartuję, przyszedł, przyniósł wypełniacz do tego ukruszonego panela, nawet nie wiedziałam, że takie cuś jest. W necie gdzieś wymychałam naprawianie dziur zupką chińską :) Seriously :)
Nie goniłam do kompa, bo działał, a dziś rano znów odmówił współpracy.
Kopnęłam dziada i zaskoczył.
Wracam z pracy, włączam, działa.
Ki diabeł?
Inżynier przez Brexit dostaje w dupę aż się kurzy, boję się, że mu nerwy puszczą, ale cóż, każdy ma swoje piekło. Dziesięć lat temu C. namawiał go na niewyjeżdżanie, miałby od ręki pracę, za fajną kasę, ale nie, chciał jechać i koniec. Nie zatrzymywałam, choć i ja zapłaciłam za to swoją cenę. Wyjechał następnego dnia po absolutorium.
Każdy z nich poszedł swoją drogą, ale niestety, rodzicielstwo polega na płaceniu za dzieci do końca życia.
Niekoniecznie kasą.
W następnym życiu wyskrobię bez pardonu i będę żyła samotnie, długo i szczęśliwie, co nie?
Dobrze mówię, proszę pana?
Jak w tym kawale, który lubię:
Siedzi facet nad stawem i łowi ryby. W pewnym momencie wynurza się żaba i pyta:
- Proszę pana, czy ja mogłabym wejść na spławik i skoczyć do wody?
- A skocz sobie - odpowiada facet.
Żaba skoczyła, a facet dalej łowi ryby. Po chwili żaba znowu się wynurza i pyta:
- Proszę pana, a czy ja mogłabym jeszcze raz wejść na spławik i skoczyć do wody?
- No, skocz sobie - odpowiada już podirytowany facet.
Żaba skoczyła, a facet dalej łowi ryby. Po chwili żaba znowu się wynurza i pyta:
- Proszę pana, a czy ja mogłabym... - widzi wkurzenie faceta, więc kończy - ...usiąść koło pana?
- A siadaj - odpowiada facet.
Żaba siada koło faceta, a ten dalej łowi ryby. Siedzą tak sobie w milczeniu, aż ze stawu wynurza się druga żaba i pyta:
- Proszę pana, czy ja mogłabym wejść na spławik i skoczyć do wody?
Na to pierwsza żaba:
- Spierdalaj! Dobrze mówię, proszę pana?:)
I tak wyszło w pracowym młynie, żem się dokształciła. Te lulki z Mickiewiczowskiej Pani Twardowskiej, o których zawsze myślałam, że to papierosy, jako że:
Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola! Ledwie karczmy nie rozwalą...
... to nie papierosy, ale
https://pl.wikipedia.org/wiki/Lulek_czarny.
LOL :)
A Cezara objechałam jak święty Michał diabła. Nie moja wina, że jest hmmm... niekompatybilny ze mną. Odnoszę wrażenie, że jest niekompatybilny z całą załogą. A że na dokładkę nie jest wysokich lotów, to trudno. Nie, nie będę czytała cztery razy tylko dlatego, że on nie ma iskry bożej do pisania. I że bełkoce, nie pisze nic, co może normalnego człowieka zainteresować, a już na pewno nie ludzi, do których adresowana jest nasza praca.
Z tego co wiem, etat i wypasioną pensję dostał od ręki. Więc dlaczego ja mam za niego robotę odwalać? Qui bono?
Bo ma dwie literki przed nazwiskiem, a ja trzy? Bo ma dobre układy z Bossem?
Większość z mających dwie literki jest marnymi pracownikami. Co ja najlepiej wiem.
I nie, nie zazdroszczę im.
Zrobiłam doktorat z prania pieluch na czwórkę.
A magistra mam na piątkę, bo szóstek wtedy nie było.
I znam swoją wartość.
Żeby nie było :)
O dziwo, Synowa do mojego NIE w temacie Office'a odniosła się spokojnie, mówiąc, że ona też by nie chciała, żeby ktoś na jakikolwiek jej profil wchodził, nawet z gwarancją, że nie będzie tam grzebał.
I to mi się podoba :)
piątek, 16 sierpnia 2019
Sprawa
pracy, o której chłop nie wie na razie w zawieszeniu, Kochany Pamiętniczku, albowiem jak wiadomo, cała Polska ma długi weekend i wszyscy są na urlopach.
No, oprócz mnie :)
W poniedziałek będę wiedziała, może, czy będę bogata jak szach perski, czy dalej biedna jak mysz kościelna i to siwa na dodatek.
Ale mniejsza z większym, nie można wciąż o pieniądzach, bo to nieelegancko.
Wczoraj wleciał do mnie Pierworodny z Połowicą, jak obiecał.
A i ich zatkało.
Bo rzekłam, że mogę ich nakarmić. Ha, bo mi się gar krupniku ugotował i to taki, że żarłabym go sama chyba z tydzień. Zostali, krupnik wciągnęli, nie mogąc się nachwalić, ale też przepyszny był, albowiem na wędzonce i z suszonymi grzybkami, z czosneczkiem, na wołowince, cót, mjut i ożeszki laskowe.
I tu clou imprezy.
Łamałam się nad tym od paru dni, bo wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że po następnym czwartku będę miała jednak tydzień wolnego.
I wiem, wiem, pojebana jestem, ale...
Tak trochę chciałabym poznać moje wnuki, bo wciąż tylko narzekam, jakie to są niewychowane, ale sama nic nie robię, żeby je wychować, a po całych wakacjach u babci J. pewno spisiorzały na amen, i takie tam.
Więc mówię, że na ten ostatni tydzień wakacji wezmę dzieci i jak będą grzeczni (rodzice, of course, nie dzieci) będą mogli ich po pracy odwiedzać.
Synową w ziemię wbiło, ale mówi, że nie śmiałaby mi nic takiego zaproponować.
No nie śmiała, to nie zaproponowała, sama chciałam, sama sobie ukręciłam bicz na własną dupę i potem będę pewnikiem jojczyła, jaka to ja jestem nieszczęśliwa, a one wredne, znaczy się Mała Wiedźma i Papryczek, ale trudno.
Tak naprawdę boję się, nie miałam na stanie dzieci bez rodziców od lat. No ale przeżyłam tydzień sam na sam z Alienkiem, to mam nadzieję, że i tę dwójkę jakoś przeżyję :)
Też chcę, żeby o mnie pamiętały jakoś tak cieplej, jak już do Krainy Wiecznych Łowów powędruję, a nie, że tylko babcia J. jest kochana.
No wiem, pojebana jestem i do Dziekanki. Amen.
Pierworodny założył mi jednak tego Netflixa, za co oberwał, albowiem mam profil babcia.
Sam jest dziad i tyle.
Przerobiłam sobie na babcia Yoda i od razu lepiej.
Ale nie chcę płacić, a z drugiej strony niehalo. I... Okazuje się, że oni potrzebują Office'a, a ja mam legalnego, na kilka urządzeń, więc targu wymiennego dobiliśmy. I nie, Inżynier nie miał tym razem racji - angielski jednak różni się od polskiego.
Na polskim znalazłam Blacklist, z moim ulubionym Danielem ze Stargate. Pięknie się zestarzał, tak jak ja, fabuła wartka, a szczerze mówiąc Orange is the new black po trzecim sezonie zaczyna mnie nudzić, wlecze się jak flaki z olejem.
Jako że załatwione, nie mam żadnych skrupułów.
Do UK jeszcze nie pojechał po te graty, a na moje pytanie zaczęli na siebie szczekać, więc krótko ucięłam.
Niech się kłócą w domu. Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Pomidorki ukisiłam, tak jak się kisi małosolne. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ale kiszoną paprykę wyżarli mi całą :D
Rano dziś poleciałam na Manhattan i w ogóle myślałam cały dzień, że padnę trupem. Miasto niby puste, wymiecione, wszyscy na długim weekendzie, komunikacja w kratkę, bo wg sobotniego rozkładu jazdy, a wszędzie tłumy starych śmierdzieli. Znaczy się staruchów, przekonanych, że jak kołnierzyk od koszuli wygląda jako tako, to można w niej łazić, a pod pachami nie trzeba się już myć w ogóle, nie mówiąc o zmienianiu porów, bo gdzie się nie ruszyłam, nawet na świeżym powietrzu, leciały za mną te wonności Arabii.
Kurwa mać.
Cud, że przeżyłam, a do domu wracałam już na wdechu. Jedynie w pracy nie śmierdziało, bo u nas jednak ludzie się myją.
Za to maksymalnie wkurwił mnie Cezar. Ostrzegałam, że nie ma opcji, że będę poprawiała tysiąc razy, że jest I i II korekta i koniec balu panno Lalu, za więcej mi nie płacą.
Myślał, że zadziała na mnie jego urok osobisty i jego supernaukowe tłumaczenia. Może i jestem debilem, nie wiem co to jest "na fobie", ale potrafię sobie to wygooglać i stawiam dolary przeciw orzechom, że ludzie, dla których pisze swoje wypociny, wielki pan doktor, nie wiedzą, co to znaczy i w większości nie potrafią tego wygooglować. Nie rzucałabym się tak, ale włazi Bossowi w dupę bez wazeliny i bez mydła, dając teksty skorekcone (zasłonę milczenia spuśćmy na oryginały), ale kurwa... oryginały niszczy w niszczarce, tak samo jak wszystkie dalsze etapy.
Nie, nie będzie jechał na moich plecach.
Jest obły i tyle w temacie.
A ja nie mam ochoty na czytanie sto razy tych wypocin, bo Bossowi się nie podobało i kazał zmieniać. A po zmianie geniusz wygląda jak wygląda, więc nie.
Kazał zmieniać merytorycznie, nie to, co było moją ciężką pracą. I Boss widzi, że facet pisze bezbłędnie i korekta nie jest potrzebna.
O nie, nie ze mną te numery, Brunner. Niszcząc wszystkie kolejne etapy w niszczarce, niszczysz też ślady kiksów.
Ja do swoich zawsze się przyznaję, mówiąc spokojnie: idę poszukać kamienia. A Boss na to tradycyjnie: po co pani kamień. A ja: no, do szyi, i do Warty, byk poszedł. Boss: tym razem sobie darujemy.
Ale nie, nie będzie wielki Juliusz Cezar jechał na moim grzbiecie. Wszyscy zbierają makulaturę i wszyscy stoją w obronie korekty.
Więc nie.
I tak dojechaliśmy do kolejnego weekendu. Jutro będę kisić i sprzątać, czyli delektować się tym, że nic nie muszę.
A potem znów kierat i apiać...
UPDATE
Szybki Skype w Inżynierem. Lecą na ślub bezpośrednio do Warszawy, wracają do PZ pociągiem. Niebiosom niech będą dzięki, bo wizja Inżyniera, który w PL tylko kurs robił kilkanaście lat temu za mamusine pieniądze, a egzaminu nie zdał, bo nie znalazł na to czasu, a teraz ma wskoczyć prosto z ruchu lewostronnego w prawostronny jest PORAŻAJĄCA. Tym bardziej, że za kołnierz na weselu nie będzie wylewał, no a polskie drogi.
Zatem - jest nadzieja :)
I nie mieli wątów, jak powiedziałam, że nie pogniewam się na opcję niemieszkania u mnie, albowiem Synowa znów ma zostać na trochę w PL. Ona dobrze czuje się u swojego taty, a moje badyle ocaleją, tym bardziej, że Alienek jest w szczytowej formie rozwalania wszystkiego, a Kalafiorkówna pełza już z prędkością błyskawicy, a niestety, w piździerniku nie ma opcji wystawienia badylków na balkon.
Przerażająca jest wizja pobrexitowa, jaką wysnuł Inżynier, tłumacząc, dlaczego zostawia rodzinę w PL.
Nie wiadomo, która apokalipsa gorsza, ta nasza pisowska czy ta pobrexitowa.
Leki mają transportować na ciężarówkach wożonych w... samolotach.
Kurwa mać.
Pojebało wszystkich polityków.
A Office'a mam nie dawać, bo daję tym samym dostęp do wszystkiego, co moje.
Nie, tego nie chcę.
Przepraszam, faktycznie powinnam słuchać Inżyniera jak radia Wolna Europa.
Nie dam dostępu do moich, może nieważnych, ale moich dokumentów Synowej.
Przykro mi.
Business is business, Winnetou, machniom nie będzie :)
No, oprócz mnie :)
W poniedziałek będę wiedziała, może, czy będę bogata jak szach perski, czy dalej biedna jak mysz kościelna i to siwa na dodatek.
Ale mniejsza z większym, nie można wciąż o pieniądzach, bo to nieelegancko.
Wczoraj wleciał do mnie Pierworodny z Połowicą, jak obiecał.
A i ich zatkało.
Bo rzekłam, że mogę ich nakarmić. Ha, bo mi się gar krupniku ugotował i to taki, że żarłabym go sama chyba z tydzień. Zostali, krupnik wciągnęli, nie mogąc się nachwalić, ale też przepyszny był, albowiem na wędzonce i z suszonymi grzybkami, z czosneczkiem, na wołowince, cót, mjut i ożeszki laskowe.
I tu clou imprezy.
Łamałam się nad tym od paru dni, bo wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że po następnym czwartku będę miała jednak tydzień wolnego.
I wiem, wiem, pojebana jestem, ale...
Tak trochę chciałabym poznać moje wnuki, bo wciąż tylko narzekam, jakie to są niewychowane, ale sama nic nie robię, żeby je wychować, a po całych wakacjach u babci J. pewno spisiorzały na amen, i takie tam.
Więc mówię, że na ten ostatni tydzień wakacji wezmę dzieci i jak będą grzeczni (rodzice, of course, nie dzieci) będą mogli ich po pracy odwiedzać.
Synową w ziemię wbiło, ale mówi, że nie śmiałaby mi nic takiego zaproponować.
No nie śmiała, to nie zaproponowała, sama chciałam, sama sobie ukręciłam bicz na własną dupę i potem będę pewnikiem jojczyła, jaka to ja jestem nieszczęśliwa, a one wredne, znaczy się Mała Wiedźma i Papryczek, ale trudno.
Tak naprawdę boję się, nie miałam na stanie dzieci bez rodziców od lat. No ale przeżyłam tydzień sam na sam z Alienkiem, to mam nadzieję, że i tę dwójkę jakoś przeżyję :)
Też chcę, żeby o mnie pamiętały jakoś tak cieplej, jak już do Krainy Wiecznych Łowów powędruję, a nie, że tylko babcia J. jest kochana.
No wiem, pojebana jestem i do Dziekanki. Amen.
Pierworodny założył mi jednak tego Netflixa, za co oberwał, albowiem mam profil babcia.
Sam jest dziad i tyle.
Przerobiłam sobie na babcia Yoda i od razu lepiej.
Ale nie chcę płacić, a z drugiej strony niehalo. I... Okazuje się, że oni potrzebują Office'a, a ja mam legalnego, na kilka urządzeń, więc targu wymiennego dobiliśmy. I nie, Inżynier nie miał tym razem racji - angielski jednak różni się od polskiego.
Na polskim znalazłam Blacklist, z moim ulubionym Danielem ze Stargate. Pięknie się zestarzał, tak jak ja, fabuła wartka, a szczerze mówiąc Orange is the new black po trzecim sezonie zaczyna mnie nudzić, wlecze się jak flaki z olejem.
Jako że załatwione, nie mam żadnych skrupułów.
Do UK jeszcze nie pojechał po te graty, a na moje pytanie zaczęli na siebie szczekać, więc krótko ucięłam.
Niech się kłócą w domu. Nie mój cyrk, nie moje pchły.
Pomidorki ukisiłam, tak jak się kisi małosolne. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ale kiszoną paprykę wyżarli mi całą :D
Rano dziś poleciałam na Manhattan i w ogóle myślałam cały dzień, że padnę trupem. Miasto niby puste, wymiecione, wszyscy na długim weekendzie, komunikacja w kratkę, bo wg sobotniego rozkładu jazdy, a wszędzie tłumy starych śmierdzieli. Znaczy się staruchów, przekonanych, że jak kołnierzyk od koszuli wygląda jako tako, to można w niej łazić, a pod pachami nie trzeba się już myć w ogóle, nie mówiąc o zmienianiu porów, bo gdzie się nie ruszyłam, nawet na świeżym powietrzu, leciały za mną te wonności Arabii.
Kurwa mać.
Cud, że przeżyłam, a do domu wracałam już na wdechu. Jedynie w pracy nie śmierdziało, bo u nas jednak ludzie się myją.
Za to maksymalnie wkurwił mnie Cezar. Ostrzegałam, że nie ma opcji, że będę poprawiała tysiąc razy, że jest I i II korekta i koniec balu panno Lalu, za więcej mi nie płacą.
Myślał, że zadziała na mnie jego urok osobisty i jego supernaukowe tłumaczenia. Może i jestem debilem, nie wiem co to jest "na fobie", ale potrafię sobie to wygooglać i stawiam dolary przeciw orzechom, że ludzie, dla których pisze swoje wypociny, wielki pan doktor, nie wiedzą, co to znaczy i w większości nie potrafią tego wygooglować. Nie rzucałabym się tak, ale włazi Bossowi w dupę bez wazeliny i bez mydła, dając teksty skorekcone (zasłonę milczenia spuśćmy na oryginały), ale kurwa... oryginały niszczy w niszczarce, tak samo jak wszystkie dalsze etapy.
Nie, nie będzie jechał na moich plecach.
Jest obły i tyle w temacie.
A ja nie mam ochoty na czytanie sto razy tych wypocin, bo Bossowi się nie podobało i kazał zmieniać. A po zmianie geniusz wygląda jak wygląda, więc nie.
Kazał zmieniać merytorycznie, nie to, co było moją ciężką pracą. I Boss widzi, że facet pisze bezbłędnie i korekta nie jest potrzebna.
O nie, nie ze mną te numery, Brunner. Niszcząc wszystkie kolejne etapy w niszczarce, niszczysz też ślady kiksów.
Ja do swoich zawsze się przyznaję, mówiąc spokojnie: idę poszukać kamienia. A Boss na to tradycyjnie: po co pani kamień. A ja: no, do szyi, i do Warty, byk poszedł. Boss: tym razem sobie darujemy.
Ale nie, nie będzie wielki Juliusz Cezar jechał na moim grzbiecie. Wszyscy zbierają makulaturę i wszyscy stoją w obronie korekty.
Więc nie.
I tak dojechaliśmy do kolejnego weekendu. Jutro będę kisić i sprzątać, czyli delektować się tym, że nic nie muszę.
A potem znów kierat i apiać...
UPDATE
Szybki Skype w Inżynierem. Lecą na ślub bezpośrednio do Warszawy, wracają do PZ pociągiem. Niebiosom niech będą dzięki, bo wizja Inżyniera, który w PL tylko kurs robił kilkanaście lat temu za mamusine pieniądze, a egzaminu nie zdał, bo nie znalazł na to czasu, a teraz ma wskoczyć prosto z ruchu lewostronnego w prawostronny jest PORAŻAJĄCA. Tym bardziej, że za kołnierz na weselu nie będzie wylewał, no a polskie drogi.
Zatem - jest nadzieja :)
I nie mieli wątów, jak powiedziałam, że nie pogniewam się na opcję niemieszkania u mnie, albowiem Synowa znów ma zostać na trochę w PL. Ona dobrze czuje się u swojego taty, a moje badyle ocaleją, tym bardziej, że Alienek jest w szczytowej formie rozwalania wszystkiego, a Kalafiorkówna pełza już z prędkością błyskawicy, a niestety, w piździerniku nie ma opcji wystawienia badylków na balkon.
Przerażająca jest wizja pobrexitowa, jaką wysnuł Inżynier, tłumacząc, dlaczego zostawia rodzinę w PL.
Nie wiadomo, która apokalipsa gorsza, ta nasza pisowska czy ta pobrexitowa.
Leki mają transportować na ciężarówkach wożonych w... samolotach.
Kurwa mać.
Pojebało wszystkich polityków.
A Office'a mam nie dawać, bo daję tym samym dostęp do wszystkiego, co moje.
Nie, tego nie chcę.
Przepraszam, faktycznie powinnam słuchać Inżyniera jak radia Wolna Europa.
Nie dam dostępu do moich, może nieważnych, ale moich dokumentów Synowej.
Przykro mi.
Business is business, Winnetou, machniom nie będzie :)
środa, 14 sierpnia 2019
Zwariowałam
Kochany Pamiętniczku, nadaję się li i jedynie do Dziekanki, z którą mam wspomnienia, jakie mam, albowiem miejscowy szpital psychiatryczny odsyła pacjentów z miejsca do Dziekanki, a co.
Ruch w interesie musi być, pacjentów z województwa wożą do wioski.
I tak interes się kręci.
Ale ab ovo ad mala.
Po powrocie do pracy dowiedziałam się, że polują na mnie pyry i jałówki.
Najpierw chciałam się okopać, drutem kolczastym otoczyć, granatami rzucać i takie tam.
Ale przespałam się ze ślimakami.
Jestem na etacie i ile by mi nie dowalili, muszę to zrobić.
Oddycham głęboko.
Jestem na etacie.
W Auschwitz zaczynałam od 3 czasopism, skończyłam na 28 czasopismach i książkach, wprowadzaniu do neta wszystkiego, za tę samą kasę.
Tu pączkują kwartalniki.
Wkurwia mnie to, ale...
Dzięki pyrom te moje ustawowe 4 godziny przeleciały jak złoty sen, nie łaziłam, nie wkurwiałam ludzi, po prostu - pracowałam spokojnie, jak ustawa przewiduje. O 13 z gracją umierającego łabędzia brałam dupę w troki i w siną dal...w stronę słońca.
I wspomniałam święte słowa Bossa: żeby wykorzystać pani moce przerobowe musielibyśmy wydawać ze cztery gazety.
W międzyczasie, w tak zwanym międzyczasie, załatwiłam i warzywka, i teatr. A teatr w tym miesiącu zaszalał i UCZCIWIE zapłacili mi za moją WIEDZĘ. Więc jest równowaga w przyrodzie. Czasami, ale jest.
Więc po przespaniu się ze ślimakami nie poszłam do Bossa.
Czasem trzeba mordę w kubeł i...
Śniło mi się, że zostałam bez pracy.
Obudziłam się jak z koszmaru i... jak to, bez pracy?
Więc... Morda w kubeł.
Pyry zamknęłam po 14 i pomaszerowałam w siną dal.
Dotarłam do chaupki i...
Boss nie zaakceptował wstępniaka.
Czekały na mnie propozycje.
Niemoralne...
Wstępniaka załatwiłam, aczkolwiek, jak dobrze pójdzie, będę się z nim zmagała jeszcze w piątek. Nie, nie mam długiego weekendu, choć chciałam, bo nie. Bo od poniedziałku TE dni. Razy dwa, bo warzywa.
C'est la vie.
Jałówki przesunęły się na wrzesień, na początek września, kiedy chciałam się wylegiwać z drinkiem w ręce pod palemką, ale co tam, musiałam zwolnić tego Murzyna, co miał mnie wachlować. Bywa. Pod fikusem z piwem też mogę lec, co nie? Bez wachlarza, włączając wentylator, jak będzie za gorąco :P
I Messenger. Od dziewczyny, która kiedyś ze mną w pięknie, co nie wyszło do końca, pracowała.
Że wzięła do korekty trzy czasopisma i nie daje rady.
Hmmm.
Nie, że oceniam, ale to ja po niej korekciłam w pięknie, nie było źle, ale...
Gadu gadu, pitu pitu. Ona nie ma siły, dla mnie kasa niepowalająca na kolana, ale skoro mogę, to dlaczego nie?
Więc trzymajcie kciuki, bo jak dobrze pójdzie, będę miała trzy nowe miejsca pracy.
Nie narzekam. Innych nawet praca nie kocha, a mnie i owszem.
Tylko dlaczego dopiero teraz, kiedy zbieram na koncie chuj wi na co?
I kto wie, ile mnie to kosztuje i czego w sumie chciałabym?
Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co Twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?
Sama nie wiem, Kochany Pamiętniczku?
Może prościej - polecieć?
Przed nocą i mgłą osłoń mnie,
Zabierz z serca samotność,
Cień, co tam legł
Wytarguj od gwiazd ten czas, mój czas!
Co zanim się stał - zbiegł...
Czasami brak mi sił.
Tak po prostu.
A ponoć twarda jestem.
Kurwa. Mać.
Ruch w interesie musi być, pacjentów z województwa wożą do wioski.
I tak interes się kręci.
Ale ab ovo ad mala.
Po powrocie do pracy dowiedziałam się, że polują na mnie pyry i jałówki.
Najpierw chciałam się okopać, drutem kolczastym otoczyć, granatami rzucać i takie tam.
Ale przespałam się ze ślimakami.
Jestem na etacie i ile by mi nie dowalili, muszę to zrobić.
Oddycham głęboko.
Jestem na etacie.
W Auschwitz zaczynałam od 3 czasopism, skończyłam na 28 czasopismach i książkach, wprowadzaniu do neta wszystkiego, za tę samą kasę.
Tu pączkują kwartalniki.
Wkurwia mnie to, ale...
Dzięki pyrom te moje ustawowe 4 godziny przeleciały jak złoty sen, nie łaziłam, nie wkurwiałam ludzi, po prostu - pracowałam spokojnie, jak ustawa przewiduje. O 13 z gracją umierającego łabędzia brałam dupę w troki i w siną dal...w stronę słońca.
I wspomniałam święte słowa Bossa: żeby wykorzystać pani moce przerobowe musielibyśmy wydawać ze cztery gazety.
W międzyczasie, w tak zwanym międzyczasie, załatwiłam i warzywka, i teatr. A teatr w tym miesiącu zaszalał i UCZCIWIE zapłacili mi za moją WIEDZĘ. Więc jest równowaga w przyrodzie. Czasami, ale jest.
Więc po przespaniu się ze ślimakami nie poszłam do Bossa.
Czasem trzeba mordę w kubeł i...
Śniło mi się, że zostałam bez pracy.
Obudziłam się jak z koszmaru i... jak to, bez pracy?
Więc... Morda w kubeł.
Pyry zamknęłam po 14 i pomaszerowałam w siną dal.
Dotarłam do chaupki i...
Boss nie zaakceptował wstępniaka.
Czekały na mnie propozycje.
Niemoralne...
Wstępniaka załatwiłam, aczkolwiek, jak dobrze pójdzie, będę się z nim zmagała jeszcze w piątek. Nie, nie mam długiego weekendu, choć chciałam, bo nie. Bo od poniedziałku TE dni. Razy dwa, bo warzywa.
C'est la vie.
Jałówki przesunęły się na wrzesień, na początek września, kiedy chciałam się wylegiwać z drinkiem w ręce pod palemką, ale co tam, musiałam zwolnić tego Murzyna, co miał mnie wachlować. Bywa. Pod fikusem z piwem też mogę lec, co nie? Bez wachlarza, włączając wentylator, jak będzie za gorąco :P
I Messenger. Od dziewczyny, która kiedyś ze mną w pięknie, co nie wyszło do końca, pracowała.
Że wzięła do korekty trzy czasopisma i nie daje rady.
Hmmm.
Nie, że oceniam, ale to ja po niej korekciłam w pięknie, nie było źle, ale...
Gadu gadu, pitu pitu. Ona nie ma siły, dla mnie kasa niepowalająca na kolana, ale skoro mogę, to dlaczego nie?
Więc trzymajcie kciuki, bo jak dobrze pójdzie, będę miała trzy nowe miejsca pracy.
Nie narzekam. Innych nawet praca nie kocha, a mnie i owszem.
Tylko dlaczego dopiero teraz, kiedy zbieram na koncie chuj wi na co?
I kto wie, ile mnie to kosztuje i czego w sumie chciałabym?
Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co Twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?
Sama nie wiem, Kochany Pamiętniczku?
Może prościej - polecieć?
Przed nocą i mgłą osłoń mnie,
Zabierz z serca samotność,
Cień, co tam legł
Wytarguj od gwiazd ten czas, mój czas!
Co zanim się stał - zbiegł...
Czasami brak mi sił.
Tak po prostu.
A ponoć twarda jestem.
Kurwa. Mać.
piątek, 9 sierpnia 2019
No i
tydzień przeleciał migusiem, Kochany Pamiętniczku, nie wiadomo kiedy.
Jako że upały takie, że ojapierdolę, korzystałam z tego, że nie muszę wychodzić z nory i leniłam się na potęgę. No ale kiedyś trzeba sobie urlop zrobić, co nie?
I taki tam urlop, jak warzywka rączym strumieniem płyną, a i teatrzyk mimo przerwy urlopowej pracuje jak najęty. Z szokującymi bykami, of course.
No nic, póki płacą, a płacą regularnie (odpukać), to pracuję, bo zboczucha jestem i kasiorkę lubię.
I to bardzo.
Jako że nie szaleję, to dziś zaszalałam i mam... Euphorię. Oj tam, oj tam, skorzystałam z testera, jakkolwiek nigdy nie korzystam.
Nie oparłam się, wpadłam w euforię. Dawno tak pięknie nie pachniałam smrodem :)
Wiem, stara wariatka jestem, a stwierdziłam to z przerażeniem, gdy zajrzałam na półkę, na której kitram sama przed sobą śmierdzidła.
Ojapierdolę.
No nic.
Dobrze, że chłop nie ma już nic do gadania.
Ale on lubił, jak pachniałam smrodem, więc oj tam, oj tam. Wyśmierdzę się i do niego wkrótce wlecę, więc pewno mi daruje :)
Dzień gospodarczy zrobiłam, nie ukrywam, dwa badylki się trafiły, ale oj tam, oj tam.
Chaupka ogarnięta, zakupy też, obiad na jutro gotowy.
Nawet polecony dla Pierworodnego odebrałam, co mi ciśnienie podniosło. Bo mi skunks dziękuję pisze. A to urzędowe. I znika z pola widzenia. A ja się urzędowych spraw boję. Piszę więc do Synowej, z którą mam na pieńku (i z drugą też, a taka tam gównoburza na Chujowej Pani Domu, zdziwione były, że oceniam stosunki z nimi jako chłodne, a jak mam kurwa, oceniać? Jako gejzer życzliwości? Zawsze musi być tak, jak im pasuje i jak one chcą, więc sorry Batory, stosunki są poprawne i chłodne. Nie słyszę nigdy, że coś fajnie zrobiłam, że pomogłam, więc niech mnie w dupę pocałują. Za to ja muszę zawsze tak zrobić, zdaniem synów: jak ona chce. To i robię. I jeżeli koty dostają tort na urodziny, a ja chłodne: najlepszego, to wybaczcie narody, nie jest dla mnie kochająca rodzina. Mogę zrozumieć degradację "za żonę", ale za sierściucha jebanego ni cholery). O, jaka przyjazna i Pierworodnego popędza. Pierworodny odzywa się. Nie ma czasu, jutro pracuje, potem jedzie do O. To piszę mu: może otworzę list. A on: to jeszcze mama nie otworzyła? Nie, kurwa, nie otwieram cudzych listów bez pozwolenia. Traci status bezrobotnego. Więc mówię mu, że sobie odbierze, kiedy mu będzie pasowało. Bo to nic na gwałt. Mówi: w czwartek. Ja, że w czwartek pracuję. On: w święto?
Zapomniałam na śmierć, że to mojej ulubionej Matki Boskiej.
Kiedyś kochałam zbieranie zielska i święcenie.
Teraz zielsko kocham, ale święcić już nie święcę.
No nic, może się zobaczymy, może nie, ważne, że nie ma żadnych urzędowych kłopotów.
Tylko ja się nastałam na poczcie.
I szok, ledwo nie zemdlałam i nie padłam trupem. Nie, nie na poczcie, aczkolwiek niewiele brakowało, taki zaduch.
Cynober jedzie do K. na jakiś koncert. Randka nam nie wyszła, ale to nic, no ale wciąż mnie męczy o ten znicz na grobie moich rodziców. On taki cmentarny jest, co też w nim cenię, bo tak.
Nie był nigdy w K., więc myślę, jak objaśnić.
Wpadam na myśl, że może jakaś mapa cmentarza jest, to będzie mi łatwiej zaznaczyć Umarlaków niż na odręcznym rysunku.
Wrzucam na Googla cmentarz w K. i...
Ojapierdolę.
Mało, że wyrzuca mi mapę, to jeszcze full wypas.
https://krotoszyn36.grobonet.com/
Kto ciekawy, niech sprawdzi.
Wpisujesz nazwisko i...
Nawet opłatę można wnieść online.
Ojapierdolę.
I jest opieka nad grobami.
Kombinuję jak koń pod górkę.
Chcą i telefon, i emilka, pozycje obowiązkowe.
Nie ma cennika.
Piszę więc na adres parafii z prośbą o cennik i...
Ojapierdolę.
Następnego dnia na emilku mam emilek, że i owszem, sprzątają, badylki kładą i znicz zapalają.
Proszą o telefon, podają telefon, to można wszystko omówić.
Odpisuję, że głucha jestem, a sekretarka w osobie dziecka się szlaja, że mam nadzieję na emilkowanie...
I co?
Po emilkowaniu okazuje się, że tak. Wprawdzie nie jest tanio, bo 50 zł za grób, ale...
Jak spojrzałam dziś w lustro po sprzątaniu (panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce), a wiadomo, że nie zanosi się na szybkie ochłodzenie, jak wyobraziłam sobie jazdę do K. bez wielkiej walizy z rupieciami, tylko z badylami i znicze kupię na miejscu - nie miałam już watpliwości.
Odpisałam, że tak, że skorzystam.
Inżynier odpisał, że popiera, w sumie mi rybka, czy popiera czy nie, płacę za imprezę.
Pierworodnemu nie pisałam, bo zacząłby ale mamo, ale mamo, że on pojedzie i zrobi. Może. Ale bilet kosztuje, a ja myślę, żeby nie wydawał bez sensu, wystarczy, że i tak szasta. Jak zapłacę za niego bilet i obiad, w sumie na jedno wyjdzie, a jeszcze zgrać terminy...
Wstępnie zaklepałam sprzątanie przed Wszystkimi Świętymi, a co.
Luksusowa ze mnie kobieta, a nie dostanę udaru. Pojadę, badylki postawię, świeczuszkę zapalę i pogadam z nimi jak czekista z czekistą. Mogę jechać autobusem i za dwie godziny wrócić.
Potem zamówię sprzątanie na wiosnę.
Te parę stów, póki pracuję, nie zbawi mnie, a sumienie będę miała czyste.
W porównaniu z cenami, które proponowały mi firmy znalezione w necie to niewiele (były oferty od 150 do 900 zł za sprzątniecie grobu. 900 zł, bo dojazd z Kalisza. Taksówka z Kalisza do K. by tyle nie kosztowała, ale mniejsza z większym).
Więc jestem w szoku.
A Inżynier mi dziś pisze rano, że koledzy z pracy byli w szoku, że w necie można znaleźć groby. No ba, Angole są jednak 100 lat za Murzynami.
Z tym że tam nikt nie myje pomników, nie robi takich szopek, jak u nas na Wszystkich Świętych. Tam są same nagrobki, bez płyt, trawa.
Inna kultura.
Dla mnie - lepsza. I wciąż mam w oczach te wieńce z maków dla weteranów. Bez pompy, bez zadęcia, u nas Czerwone maki na Monte Cassino i ci dobrze walczyli, ci źle, wypierdalać, żołnierze wyklęci i przeklęci, Ruskich wywalić. A to tylko ludzie, którzy wcale nie chcieli ginąć. Ale ginęli, bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd. Ginęli, choć chcieli żyć. I dlatego nieważne wszystko - tylko te maki. Jak krew.
Ale jestem tu i teraz. Dla mojej Mamy - nie wiem, nie pamiętam. Dla Niej zawsze to była wyprawa na grób Jej rodziców i Marylki. Bo ja jeszcze siostrę miałam, dwa lata młodszą ode mnie. Zmarła trzy dni po urodzeniu. Teraz wiem, że to konflikt serelogiczny, ale wtedy nie wiedzieliśmy. Grób rodziców miała zawsze posprzątany, sprzątała tylko grób teścia. Mój ojciec szedł zawsze na gotowe. Mój brat dużo gadał, w sumie nigdy nie sprzątał. Ja tak. Zawsze jeździłam, pomagałam Cioci jak mogłam, a i potem chłopcy byli dobrze wytresowani. Nie jeździłam do Koźmina na grób babci od strony ojca, odkąd nie mieliśmy samochodu, bo nie miałam jak. I tak zostało. Zostały mi na głowie groby w K. Niejako w testamencie od Cioci, która je latami ogarniała, wciąż żałując, że tak mało się mną zajmowała, że mogła lepiej i więcej.
Nieważne, Ciociu.
Byłaś dla mnie jak mama, lepsza, gorsza, ale mama.
Dla mnie dzieciństwo skończyło się, gdy zrozumiałam, że już nikt na mnie nie czeka z rosołkiem.
I moje dzieci straciły najważniejszą babcię, jaką miały. I już nikt nie powie do mnie "Dorotka"...
Więc dlatego mam dług.
I staram się go spłacić, jak tylko potrafię.
I dobrze, że jest opcja taka, jaką odkryłam.
Bo nie wiem, jak Pierworodny, ale Inżynier będzie to ciągnął, nie wątpię.
A i dla niego będzie to ułatwieniem - zapłacić i mieć z głowy.
I nie będzie myślał o sprowadzaniu całej familii tu - co też kosztuje, a nie przesadza się nie tylko starych drzew, ale i Umarlaków też nie.
I mają mnie gdzie zakopać.
Po kosztach. A ja wróciłabym do korzeni, choć tak naprawdę chyba będzie mi wszystko jedno, co nie?
Miło pomyśleć, że Ciocia mnie po mordzie nie nachlasta jednak :D No i może mi Mama wybaczy. Bo Ciocia na pewno :) Co? No oczywiście, cabernet...
Co za ulga :D
Jako że upały takie, że ojapierdolę, korzystałam z tego, że nie muszę wychodzić z nory i leniłam się na potęgę. No ale kiedyś trzeba sobie urlop zrobić, co nie?
I taki tam urlop, jak warzywka rączym strumieniem płyną, a i teatrzyk mimo przerwy urlopowej pracuje jak najęty. Z szokującymi bykami, of course.
No nic, póki płacą, a płacą regularnie (odpukać), to pracuję, bo zboczucha jestem i kasiorkę lubię.
I to bardzo.
Jako że nie szaleję, to dziś zaszalałam i mam... Euphorię. Oj tam, oj tam, skorzystałam z testera, jakkolwiek nigdy nie korzystam.
Nie oparłam się, wpadłam w euforię. Dawno tak pięknie nie pachniałam smrodem :)
Wiem, stara wariatka jestem, a stwierdziłam to z przerażeniem, gdy zajrzałam na półkę, na której kitram sama przed sobą śmierdzidła.
Ojapierdolę.
No nic.
Dobrze, że chłop nie ma już nic do gadania.
Ale on lubił, jak pachniałam smrodem, więc oj tam, oj tam. Wyśmierdzę się i do niego wkrótce wlecę, więc pewno mi daruje :)
Dzień gospodarczy zrobiłam, nie ukrywam, dwa badylki się trafiły, ale oj tam, oj tam.
Chaupka ogarnięta, zakupy też, obiad na jutro gotowy.
Nawet polecony dla Pierworodnego odebrałam, co mi ciśnienie podniosło. Bo mi skunks dziękuję pisze. A to urzędowe. I znika z pola widzenia. A ja się urzędowych spraw boję. Piszę więc do Synowej, z którą mam na pieńku (i z drugą też, a taka tam gównoburza na Chujowej Pani Domu, zdziwione były, że oceniam stosunki z nimi jako chłodne, a jak mam kurwa, oceniać? Jako gejzer życzliwości? Zawsze musi być tak, jak im pasuje i jak one chcą, więc sorry Batory, stosunki są poprawne i chłodne. Nie słyszę nigdy, że coś fajnie zrobiłam, że pomogłam, więc niech mnie w dupę pocałują. Za to ja muszę zawsze tak zrobić, zdaniem synów: jak ona chce. To i robię. I jeżeli koty dostają tort na urodziny, a ja chłodne: najlepszego, to wybaczcie narody, nie jest dla mnie kochająca rodzina. Mogę zrozumieć degradację "za żonę", ale za sierściucha jebanego ni cholery). O, jaka przyjazna i Pierworodnego popędza. Pierworodny odzywa się. Nie ma czasu, jutro pracuje, potem jedzie do O. To piszę mu: może otworzę list. A on: to jeszcze mama nie otworzyła? Nie, kurwa, nie otwieram cudzych listów bez pozwolenia. Traci status bezrobotnego. Więc mówię mu, że sobie odbierze, kiedy mu będzie pasowało. Bo to nic na gwałt. Mówi: w czwartek. Ja, że w czwartek pracuję. On: w święto?
Zapomniałam na śmierć, że to mojej ulubionej Matki Boskiej.
Kiedyś kochałam zbieranie zielska i święcenie.
Teraz zielsko kocham, ale święcić już nie święcę.
No nic, może się zobaczymy, może nie, ważne, że nie ma żadnych urzędowych kłopotów.
Tylko ja się nastałam na poczcie.
I szok, ledwo nie zemdlałam i nie padłam trupem. Nie, nie na poczcie, aczkolwiek niewiele brakowało, taki zaduch.
Cynober jedzie do K. na jakiś koncert. Randka nam nie wyszła, ale to nic, no ale wciąż mnie męczy o ten znicz na grobie moich rodziców. On taki cmentarny jest, co też w nim cenię, bo tak.
Nie był nigdy w K., więc myślę, jak objaśnić.
Wpadam na myśl, że może jakaś mapa cmentarza jest, to będzie mi łatwiej zaznaczyć Umarlaków niż na odręcznym rysunku.
Wrzucam na Googla cmentarz w K. i...
Ojapierdolę.
Mało, że wyrzuca mi mapę, to jeszcze full wypas.
https://krotoszyn36.grobonet.com/
Kto ciekawy, niech sprawdzi.
Wpisujesz nazwisko i...
Nawet opłatę można wnieść online.
Ojapierdolę.
I jest opieka nad grobami.
Kombinuję jak koń pod górkę.
Chcą i telefon, i emilka, pozycje obowiązkowe.
Nie ma cennika.
Piszę więc na adres parafii z prośbą o cennik i...
Ojapierdolę.
Następnego dnia na emilku mam emilek, że i owszem, sprzątają, badylki kładą i znicz zapalają.
Proszą o telefon, podają telefon, to można wszystko omówić.
Odpisuję, że głucha jestem, a sekretarka w osobie dziecka się szlaja, że mam nadzieję na emilkowanie...
I co?
Po emilkowaniu okazuje się, że tak. Wprawdzie nie jest tanio, bo 50 zł za grób, ale...
Jak spojrzałam dziś w lustro po sprzątaniu (panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce), a wiadomo, że nie zanosi się na szybkie ochłodzenie, jak wyobraziłam sobie jazdę do K. bez wielkiej walizy z rupieciami, tylko z badylami i znicze kupię na miejscu - nie miałam już watpliwości.
Odpisałam, że tak, że skorzystam.
Inżynier odpisał, że popiera, w sumie mi rybka, czy popiera czy nie, płacę za imprezę.
Pierworodnemu nie pisałam, bo zacząłby ale mamo, ale mamo, że on pojedzie i zrobi. Może. Ale bilet kosztuje, a ja myślę, żeby nie wydawał bez sensu, wystarczy, że i tak szasta. Jak zapłacę za niego bilet i obiad, w sumie na jedno wyjdzie, a jeszcze zgrać terminy...
Wstępnie zaklepałam sprzątanie przed Wszystkimi Świętymi, a co.
Luksusowa ze mnie kobieta, a nie dostanę udaru. Pojadę, badylki postawię, świeczuszkę zapalę i pogadam z nimi jak czekista z czekistą. Mogę jechać autobusem i za dwie godziny wrócić.
Potem zamówię sprzątanie na wiosnę.
Te parę stów, póki pracuję, nie zbawi mnie, a sumienie będę miała czyste.
W porównaniu z cenami, które proponowały mi firmy znalezione w necie to niewiele (były oferty od 150 do 900 zł za sprzątniecie grobu. 900 zł, bo dojazd z Kalisza. Taksówka z Kalisza do K. by tyle nie kosztowała, ale mniejsza z większym).
Więc jestem w szoku.
A Inżynier mi dziś pisze rano, że koledzy z pracy byli w szoku, że w necie można znaleźć groby. No ba, Angole są jednak 100 lat za Murzynami.
Z tym że tam nikt nie myje pomników, nie robi takich szopek, jak u nas na Wszystkich Świętych. Tam są same nagrobki, bez płyt, trawa.
Inna kultura.
Dla mnie - lepsza. I wciąż mam w oczach te wieńce z maków dla weteranów. Bez pompy, bez zadęcia, u nas Czerwone maki na Monte Cassino i ci dobrze walczyli, ci źle, wypierdalać, żołnierze wyklęci i przeklęci, Ruskich wywalić. A to tylko ludzie, którzy wcale nie chcieli ginąć. Ale ginęli, bo wolność krzyżami się mierzy, historia ten jeden ma błąd. Ginęli, choć chcieli żyć. I dlatego nieważne wszystko - tylko te maki. Jak krew.
Ale jestem tu i teraz. Dla mojej Mamy - nie wiem, nie pamiętam. Dla Niej zawsze to była wyprawa na grób Jej rodziców i Marylki. Bo ja jeszcze siostrę miałam, dwa lata młodszą ode mnie. Zmarła trzy dni po urodzeniu. Teraz wiem, że to konflikt serelogiczny, ale wtedy nie wiedzieliśmy. Grób rodziców miała zawsze posprzątany, sprzątała tylko grób teścia. Mój ojciec szedł zawsze na gotowe. Mój brat dużo gadał, w sumie nigdy nie sprzątał. Ja tak. Zawsze jeździłam, pomagałam Cioci jak mogłam, a i potem chłopcy byli dobrze wytresowani. Nie jeździłam do Koźmina na grób babci od strony ojca, odkąd nie mieliśmy samochodu, bo nie miałam jak. I tak zostało. Zostały mi na głowie groby w K. Niejako w testamencie od Cioci, która je latami ogarniała, wciąż żałując, że tak mało się mną zajmowała, że mogła lepiej i więcej.
Nieważne, Ciociu.
Byłaś dla mnie jak mama, lepsza, gorsza, ale mama.
Dla mnie dzieciństwo skończyło się, gdy zrozumiałam, że już nikt na mnie nie czeka z rosołkiem.
I moje dzieci straciły najważniejszą babcię, jaką miały. I już nikt nie powie do mnie "Dorotka"...
Więc dlatego mam dług.
I staram się go spłacić, jak tylko potrafię.
I dobrze, że jest opcja taka, jaką odkryłam.
Bo nie wiem, jak Pierworodny, ale Inżynier będzie to ciągnął, nie wątpię.
A i dla niego będzie to ułatwieniem - zapłacić i mieć z głowy.
I nie będzie myślał o sprowadzaniu całej familii tu - co też kosztuje, a nie przesadza się nie tylko starych drzew, ale i Umarlaków też nie.
I mają mnie gdzie zakopać.
Po kosztach. A ja wróciłabym do korzeni, choć tak naprawdę chyba będzie mi wszystko jedno, co nie?
Miło pomyśleć, że Ciocia mnie po mordzie nie nachlasta jednak :D No i może mi Mama wybaczy. Bo Ciocia na pewno :) Co? No oczywiście, cabernet...
Co za ulga :D
wtorek, 6 sierpnia 2019
Koszmarny
był poniedziałek, Kochany Pamiętniczku.
Tak koszmarny, że wieczorem ubrałam się i poleciałam na dół po piwo, żeby koszmary przepędzić, ale okazało się, że w Piątce dalej urlop, a na zwykłe piwo to było za mało koszmaru i obeszłam się smakiem.
Jak wiadomo, od poniedziałku miałam mieć wolne.
Tydzień.
Wyspałam się, wykąpałam, śniadanie zjadłam, popasjansiłam, pograłam, dzień tak pięknie płynął, gdy wtem w samo południe SMS z pytaniem, czy we wtorek albo w środę będę w pracy, bo pani na urlop idzie i chce wcześniej materiały dać.
Pani, która zazwyczaj oddaje wszystko na ostatnim wdechu i przez którą już nieraz kiblowałam po godzinach.
Moja stara ja zbierała się za tłumaczenie, ale moja nowa ja, ta asertywna mówi tej starej: słuchaj, głupia, co ciebie to? Masz wolne. Twój problem? Nie. Nie możesz się dopasowywać do urlopów wszystkich, albowiem ich jest trzydzieścioro, a ty jedna.
Więc asertywnie odpisuję, że nie, że jestem od przyszłego poniedziałku wg rozpiski.
I co?
Nic, pani odpisuje, że OK, to kolega będzie ogarniał, a ona biedna pojedzie na wczasy z kompem.
W sumie co mnie to?
Jak wzięłam urlop nie pojechałam nań z kompem firmowym z tego prostego powodu, że mi kompa nie dali.
I idąc na urlop zawsze teraz mówię, że nie mam internetu.
Po zamknięciu na emilki nie odpisuję, nie odbieram SMS, po prostu mnie nie ma.
No i spoko.
Ale...
Pięć po dwunastej przychodzi emilek od kogoś, kto u nas pracował. Spoko osoba, pytała kiedyś, czy jej prywatnie skorekcę powieść, którą chce wydać własnym sumptem.
Zapłaci, nie kręcila nosem na stawkę, a podałam tę z górnych widełek, żeby zniechęcić.
Przysłała powieść. Romans.
Ojapierdolę. Romanse to się skończyły na Mniszkównie i Rodziewiczównie, Danielle Steel i Dynastii.
Jeżu kolczasty, byleby mnie tylko nie pytała, jak oceniam.
Jej kasa, jej wola wydania, jej cyrk, jej pchły.
Niecałe 100 stron, wciągnęłam na jednym posiedzeniu, ale nogi miałam jak kłody, bo tylko na siku wstawałam.
I nie, że mnie tak wciągnęło, albo że tyle byków było. Nie, nie, choć i ortograf się trafił, ale bez orgazmu, bo stróżka i strużka to niełatwo zapamiętać, ale olaboga.
Wiwisekcja na sobie samej, rozwleczona na prawie 100 stron, z których nic nie wynika.
I nie, rybka mi to.
Taką samą wiwisekcję mogłabym na swoim ciele zrobić, a myślę, że byłaby z tego lepsza powieść, bo też miałam traumatyczne dzieciństwo, ciężką młodość, lata dojrzałe pod górkę i pod wiatr i mimo późnej starości wciąż muszę...
Wróć.
Nie nabijaj się z chlebodawcy.
Ale to, co jest rozwleczone na 100 stronach da się streścić na trzech.
Tak do końca nie wiem, czy to fakt czy fikcja, za mało znam autorkę, ale poszperałam w necie i mam niejakie podejrzenia.
Ale nie takie świat dramaty zna, a słynne pary kochanków nie byłyby takie słynne, gdyby nie kunszt pióra autorów.
Czułam, że muszę się napić, bo mi się mózg w Kosmos wyjebie. Nie jestem od dawna fanką powieści romantycznych, więc dobita byłam dokumentnie.Ale jak wiadomo, Piątka zamknięta, a w całej okolicy nie ma łomży miodowej...
Znienacka zadzwonił Inżynier, który w niedzielę nie dzwonił, albowiem ma gości na chacie. Szwagierkę z koleżanką. Ale dzwoni w poniedziałek, więc w panikę z leksza wpadłam, skok na sik i włączam Skype.
Alienek ma na mnie wyjebane, bo ma nową miłość: ciocię A., która go rozpieszcza. Rozpieszcza to mało powiedziane. Skubany już ciocia mówi, a babcia ni chuchu, nawet po swojemu mnie nie powitał. Już zapisałam w kajeciku, żeby skreślić zdrajcę małego z testamentu. Nie ma to, tamto, nie ma. Za to Kalafiorkówna pchała się do kamerki tak, jakby chciała światłowodem do mnie dotrzeć. Wiadomo, solidarność jajników :)
No nic, nic się nie stało, ale zmieniły się plany i jak dobrze pójdzie, to YUUUUPI, nie pojadę do Wołomina na ślub brata Synowej w charakterze niańki. Jeżukolczasty, na kolanach ci dziękuję za tę łaskę. Zadzwonili, pewni obaw, czy nie zrobię sceny balkonowej, że nie pojadę, bo mało będę miała dzieci. No mało, bo przyjeżdżają w okresie, kiedy wg mojego pracowego harmonogramu jest armagedon, wzięcie urlopu w piątek, żeby dojechać do Wołomina równa się włożeniu łysego łba pod topór, powrót z wesela i od razu do pracy w TYCH dniach...
To trochę za dużo, jak na moje stare, nieruchawe cielsko, na moją niechęć do podróżowania i to jeszcze, kurwa, do Wołomina, gdy ja nigdy w stolycy nie byłam, albowiem moja stolica jest tu, w Koziołkowie :D
A brat Synowej to jest taki pisior, co się sam usunął z moich znajomych, bo się mnie bał.
Nie lubiłam gościa od pierwszego wejrzenia. Jest obły. I tyle.
Jest dla mnie obcym, obłym człowiekiem, którego absolutnie nigdy nie darzyłam najmniejszą sympatią, aczkolwiek poprawna politycznie byłam do upierdzenia.
Być może i on do mnie taką niechęć czuł, nie wnikam. Zgodziłam się na niańkę, bo nie było nikogo z rodziny do tej roli.
Ale skoro ciocia A. tak świetnie się nadaje i im pasuje, że pojedzie, to dla mnie nie ma problemu.
Wszystkim kamień z serca zleciał.
I lament, w Inżynierowym wykonaniu, że się wnukami nie nacieszę, że może do mnie zlądują.
Powiedziałam, że czas wszystko poukłada.
Albowiem badyli nakupiłam ponad miarę, uśpiona zapewnieniami, że zlądują u mnie dopiero jak się do PL przeprowadzą, że przedtem mam się obejść smakiem i tylko widzenia mieć.
Pasują mi jak najbardziej widzenia, albowiem przylatują w czasie, gdy ja, kurwa, ludzie, ja pracuję. Siły mam coraz mniej i wciąż orzę na ugorze i naprawdę nie potrafię się cieszyć wnukami w tym momencie, gdy marzę tylko o tym, by lec na fotelu z nogami w górze, wypić
wyspać się i następnego dnia wstać.
Nie mam już trzydziestu lat, a wciąż zapierdalałam jak motorek ze śmigłem w dupie. Coraz trudniej.
Dziś uzupełniłam zapasy, chemii, jedzenia, w Lidlu trafiłam na
o jeżu kolczasty jakie dobre, dobrze, że nie kupiłam więcej, bo zeżarłabym, a tak tylko trzy wafelki i koniec. Za gorąco, żeby znów do Lidla leźć, tym bardziej że SMS dostałam, że są moje książki i w mieście byłam, gdzie wydałam kupę kasy, ale po to pracuję, by ją wydawać, co nie? A na półkach pełno miejsca...
Pięknie wydane pieniądze.
A Darknet... To takie moje marzenie, wejść kiedyś do darknetu. Wiem, wiem, porąbana jestem, za dużo amerykańskich seriali, a i darknet to nie jest przyjazne dla takich jak ja miejsce. Inżynier na moją nieśmiałą sugestię kazał mi się puknąć w ten głupi siwy łeb (już nie rudy, niestety), młotkiem, mocno i powiedział, że on mnie z pierdla wyciągał nie będzie ani kompika nie będzie ratował, bo nie...
Ale czytanie jeszcze niczym nie grozi, książki nikt mi nie zhakuje, a napisana jest tak ciekawie, że w drodze do domu 50 stron wciągnęłam w niecałe 30 minut, z przesiadkami, a wczoraj ze 100 stronami męczyłam się pół dnia :)
A i tak błąd znalazłam w Darknecie. W książce,of course. Jakbym umiała znaleźć błędy w darknecie, to ojapierdolę, byłabym... Wielka i bogata. Wielka to ja jestem i bez tego, ale bogata to jakoś tak nie do końca...
Więc mam co czytać, piwo w lodówce się chłodzi, bo na chwilę otworzono Piątkę i uzupełniłam zapasy.
Teraz czekam na burzę.
Bo podobno idzie.
I oby doszła, bo psiakrew, gdzie ja mieszkam?
A palant jakiś na poboczu dziś "kosił trawę".
Jaką, kurwa, trawę?
A ponoć jest zakaz koszenia, bo nie ma czego.
Tylko gdzie ja mam w tej sprawie pisać?
Z tego upału włączyłam pranie bez płynu, teraz zauważyłam. Więc idę prać again :P
Do następnego, Kochany Pamiętniczku i najlepiej, by nic się nie działo, co nie? :)
UPDATE
Leząc do Rossmanna czułam smród, wszechograniający smród, oddychać nie mogłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że znam ten zapach, ale co to, kurwa jest? Że znam to do bólu, że jest piękny i kiedyś nie zatykał mnie. Po dłuższej chwili zaskoczyłam, że to zapach podkładów kolejowych, nasączonych oliwą, które tak "pachną" w tym gorącu.
Mieszkałam lata całe w szkole. Pod koniec wakacji w klasach oliwiono deski podłogowe, właśnie takim smarowidłem. Nikt wtedy nie myślał o smrodzie. O tym, że to jest rakotwórcze. Koniec sierpnia to dla mnie właśnie zapach oliwy. Tak pachniało moje dzieciństwo.
Tak koszmarny, że wieczorem ubrałam się i poleciałam na dół po piwo, żeby koszmary przepędzić, ale okazało się, że w Piątce dalej urlop, a na zwykłe piwo to było za mało koszmaru i obeszłam się smakiem.
Jak wiadomo, od poniedziałku miałam mieć wolne.
Tydzień.
Wyspałam się, wykąpałam, śniadanie zjadłam, popasjansiłam, pograłam, dzień tak pięknie płynął, gdy wtem w samo południe SMS z pytaniem, czy we wtorek albo w środę będę w pracy, bo pani na urlop idzie i chce wcześniej materiały dać.
Pani, która zazwyczaj oddaje wszystko na ostatnim wdechu i przez którą już nieraz kiblowałam po godzinach.
Moja stara ja zbierała się za tłumaczenie, ale moja nowa ja, ta asertywna mówi tej starej: słuchaj, głupia, co ciebie to? Masz wolne. Twój problem? Nie. Nie możesz się dopasowywać do urlopów wszystkich, albowiem ich jest trzydzieścioro, a ty jedna.
Więc asertywnie odpisuję, że nie, że jestem od przyszłego poniedziałku wg rozpiski.
I co?
Nic, pani odpisuje, że OK, to kolega będzie ogarniał, a ona biedna pojedzie na wczasy z kompem.
W sumie co mnie to?
Jak wzięłam urlop nie pojechałam nań z kompem firmowym z tego prostego powodu, że mi kompa nie dali.
I idąc na urlop zawsze teraz mówię, że nie mam internetu.
Po zamknięciu na emilki nie odpisuję, nie odbieram SMS, po prostu mnie nie ma.
No i spoko.
Ale...
Pięć po dwunastej przychodzi emilek od kogoś, kto u nas pracował. Spoko osoba, pytała kiedyś, czy jej prywatnie skorekcę powieść, którą chce wydać własnym sumptem.
Zapłaci, nie kręcila nosem na stawkę, a podałam tę z górnych widełek, żeby zniechęcić.
Przysłała powieść. Romans.
Ojapierdolę. Romanse to się skończyły na Mniszkównie i Rodziewiczównie, Danielle Steel i Dynastii.
Jeżu kolczasty, byleby mnie tylko nie pytała, jak oceniam.
Jej kasa, jej wola wydania, jej cyrk, jej pchły.
Niecałe 100 stron, wciągnęłam na jednym posiedzeniu, ale nogi miałam jak kłody, bo tylko na siku wstawałam.
I nie, że mnie tak wciągnęło, albo że tyle byków było. Nie, nie, choć i ortograf się trafił, ale bez orgazmu, bo stróżka i strużka to niełatwo zapamiętać, ale olaboga.
Wiwisekcja na sobie samej, rozwleczona na prawie 100 stron, z których nic nie wynika.
I nie, rybka mi to.
Taką samą wiwisekcję mogłabym na swoim ciele zrobić, a myślę, że byłaby z tego lepsza powieść, bo też miałam traumatyczne dzieciństwo, ciężką młodość, lata dojrzałe pod górkę i pod wiatr i mimo późnej starości wciąż muszę...
Wróć.
Nie nabijaj się z chlebodawcy.
Ale to, co jest rozwleczone na 100 stronach da się streścić na trzech.
Tak do końca nie wiem, czy to fakt czy fikcja, za mało znam autorkę, ale poszperałam w necie i mam niejakie podejrzenia.
Ale nie takie świat dramaty zna, a słynne pary kochanków nie byłyby takie słynne, gdyby nie kunszt pióra autorów.
Czułam, że muszę się napić, bo mi się mózg w Kosmos wyjebie. Nie jestem od dawna fanką powieści romantycznych, więc dobita byłam dokumentnie.Ale jak wiadomo, Piątka zamknięta, a w całej okolicy nie ma łomży miodowej...
Znienacka zadzwonił Inżynier, który w niedzielę nie dzwonił, albowiem ma gości na chacie. Szwagierkę z koleżanką. Ale dzwoni w poniedziałek, więc w panikę z leksza wpadłam, skok na sik i włączam Skype.
Alienek ma na mnie wyjebane, bo ma nową miłość: ciocię A., która go rozpieszcza. Rozpieszcza to mało powiedziane. Skubany już ciocia mówi, a babcia ni chuchu, nawet po swojemu mnie nie powitał. Już zapisałam w kajeciku, żeby skreślić zdrajcę małego z testamentu. Nie ma to, tamto, nie ma. Za to Kalafiorkówna pchała się do kamerki tak, jakby chciała światłowodem do mnie dotrzeć. Wiadomo, solidarność jajników :)
No nic, nic się nie stało, ale zmieniły się plany i jak dobrze pójdzie, to YUUUUPI, nie pojadę do Wołomina na ślub brata Synowej w charakterze niańki. Jeżukolczasty, na kolanach ci dziękuję za tę łaskę. Zadzwonili, pewni obaw, czy nie zrobię sceny balkonowej, że nie pojadę, bo mało będę miała dzieci. No mało, bo przyjeżdżają w okresie, kiedy wg mojego pracowego harmonogramu jest armagedon, wzięcie urlopu w piątek, żeby dojechać do Wołomina równa się włożeniu łysego łba pod topór, powrót z wesela i od razu do pracy w TYCH dniach...
To trochę za dużo, jak na moje stare, nieruchawe cielsko, na moją niechęć do podróżowania i to jeszcze, kurwa, do Wołomina, gdy ja nigdy w stolycy nie byłam, albowiem moja stolica jest tu, w Koziołkowie :D
A brat Synowej to jest taki pisior, co się sam usunął z moich znajomych, bo się mnie bał.
Nie lubiłam gościa od pierwszego wejrzenia. Jest obły. I tyle.
Jest dla mnie obcym, obłym człowiekiem, którego absolutnie nigdy nie darzyłam najmniejszą sympatią, aczkolwiek poprawna politycznie byłam do upierdzenia.
Być może i on do mnie taką niechęć czuł, nie wnikam. Zgodziłam się na niańkę, bo nie było nikogo z rodziny do tej roli.
Ale skoro ciocia A. tak świetnie się nadaje i im pasuje, że pojedzie, to dla mnie nie ma problemu.
Wszystkim kamień z serca zleciał.
I lament, w Inżynierowym wykonaniu, że się wnukami nie nacieszę, że może do mnie zlądują.
Powiedziałam, że czas wszystko poukłada.
Albowiem badyli nakupiłam ponad miarę, uśpiona zapewnieniami, że zlądują u mnie dopiero jak się do PL przeprowadzą, że przedtem mam się obejść smakiem i tylko widzenia mieć.
Pasują mi jak najbardziej widzenia, albowiem przylatują w czasie, gdy ja, kurwa, ludzie, ja pracuję. Siły mam coraz mniej i wciąż orzę na ugorze i naprawdę nie potrafię się cieszyć wnukami w tym momencie, gdy marzę tylko o tym, by lec na fotelu z nogami w górze, wypić
wyspać się i następnego dnia wstać.
Nie mam już trzydziestu lat, a wciąż zapierdalałam jak motorek ze śmigłem w dupie. Coraz trudniej.
Dziś uzupełniłam zapasy, chemii, jedzenia, w Lidlu trafiłam na
o jeżu kolczasty jakie dobre, dobrze, że nie kupiłam więcej, bo zeżarłabym, a tak tylko trzy wafelki i koniec. Za gorąco, żeby znów do Lidla leźć, tym bardziej że SMS dostałam, że są moje książki i w mieście byłam, gdzie wydałam kupę kasy, ale po to pracuję, by ją wydawać, co nie? A na półkach pełno miejsca...
Pięknie wydane pieniądze.
A Darknet... To takie moje marzenie, wejść kiedyś do darknetu. Wiem, wiem, porąbana jestem, za dużo amerykańskich seriali, a i darknet to nie jest przyjazne dla takich jak ja miejsce. Inżynier na moją nieśmiałą sugestię kazał mi się puknąć w ten głupi siwy łeb (już nie rudy, niestety), młotkiem, mocno i powiedział, że on mnie z pierdla wyciągał nie będzie ani kompika nie będzie ratował, bo nie...
Ale czytanie jeszcze niczym nie grozi, książki nikt mi nie zhakuje, a napisana jest tak ciekawie, że w drodze do domu 50 stron wciągnęłam w niecałe 30 minut, z przesiadkami, a wczoraj ze 100 stronami męczyłam się pół dnia :)
A i tak błąd znalazłam w Darknecie. W książce,of course. Jakbym umiała znaleźć błędy w darknecie, to ojapierdolę, byłabym... Wielka i bogata. Wielka to ja jestem i bez tego, ale bogata to jakoś tak nie do końca...
Więc mam co czytać, piwo w lodówce się chłodzi, bo na chwilę otworzono Piątkę i uzupełniłam zapasy.
Teraz czekam na burzę.
Bo podobno idzie.
I oby doszła, bo psiakrew, gdzie ja mieszkam?
A palant jakiś na poboczu dziś "kosił trawę".
Jaką, kurwa, trawę?
A ponoć jest zakaz koszenia, bo nie ma czego.
Tylko gdzie ja mam w tej sprawie pisać?
Z tego upału włączyłam pranie bez płynu, teraz zauważyłam. Więc idę prać again :P
Do następnego, Kochany Pamiętniczku i najlepiej, by nic się nie działo, co nie? :)
UPDATE
Leząc do Rossmanna czułam smród, wszechograniający smród, oddychać nie mogłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że znam ten zapach, ale co to, kurwa jest? Że znam to do bólu, że jest piękny i kiedyś nie zatykał mnie. Po dłuższej chwili zaskoczyłam, że to zapach podkładów kolejowych, nasączonych oliwą, które tak "pachną" w tym gorącu.
Mieszkałam lata całe w szkole. Pod koniec wakacji w klasach oliwiono deski podłogowe, właśnie takim smarowidłem. Nikt wtedy nie myślał o smrodzie. O tym, że to jest rakotwórcze. Koniec sierpnia to dla mnie właśnie zapach oliwy. Tak pachniało moje dzieciństwo.
niedziela, 4 sierpnia 2019
Nowego
hopla mam, Kochany Pamiętniczku.
Znaczy się, hopl jest stary jak świat, ale kiedyś się mało elegancko nazywał: pierdalnik, teraz zaś, dzięki nieocenionemu Fejsbuczkowi nosi elegancką nazwę: zero waste.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że urodziłam się w czasach, kiedy z trudem zdobywało się wszystko i każda rzecz była "przydasię". Tym pięknym sposobem mam, mimo nieustannej walki ze zbieractwem całkiem niezłą kolekcję przydasiów. Gdybym miała większe mieszkanie, mogłabym umeblować je tak, jak w moich marzeniach, ale nie mam, nie będę miała, nie stać mnie i wiele pięknych przydasiów nie jest po prostu odpowiednio wyeksponowanych, bo nie ma gdzie. Nie są to jakieś tam cuda wianki, ale rzeczy stare i miłe memu sercu. Mają wartość sentymentalną, materialnej żadnej. Ale są. I czasem, gdy na nie wpadam, cieszą moje oko i przywołują wspomnienia. Te miłe, bo niemiłych wspomnień nie gromadzę.
Mam na przykład takie coś :)
W latach przedkompikowych stało pięknie na biurku, a w dzieciństwie miałam w kałamarzu atrament i leżała na nim stalówka z obsadką. Później,wieczne pióro, następnie długopisy, a teraz ot, taki kurzołap. Ale... Jest robiony specjalnie dla mojej Mamy, na wierzchu są jej inicjały MF. I jak coś takiego wyrzucić? A, i starą butelkę ze starym Pelikanem też mam. Jeszcze do końca nie wysechł...
I marzy mi się do tego stateczne biurko, takie wielkie, zajmujące co najmniej jedna trzecią pokoju, solidne, z drewna, nie żadne tam marketowe dykty. No ale jest jak jest, więc ścierając z tego kurz tylko wzdycham i widzę mamę...
I mogłabym tak bez końca, ale nie o to biega w zero waste, a wszystko z tego powodu mnie nakreca, że gorąc, a zimą smog i te filmiki z oceanem tonącym w plastiku. Co ja się tam naczytałam, wiem, że pampersy to zło, chusteczki nawilżane to zło, patyczki do czyszczenia uszu to zło, olaboga i podpaski to zło.
I tak sobie myślę, że jednak moje pokolenie nie szkodziło tak bardzo przyrodzie. Albowiem dzieci latały w tetrowych pieluchach, o chusteczkach nawilżanych nikt nie słyszał, osobiście ufajdane tyłki myłam wodą i specjalnymi szmatkami, nawet taką fajną miseczkę malutką na maleńkiej tacce do tego miałam, wodę z rumiankiem zawsze zaparzoną i nie wiedziałam w ogóle co to znaczy odparzenie tyłka. Poza jednym momentem, kiedy Pierworodny wylądował w szpitalu na tydzień i wrócił stamtąd z czerwonym dupskiem. I nie, nie mogłam o niego zadbać, rodziców wtedy nie wpuszczano do szpitala w ogóle i mogłam go w ciągu tego tygodnia zobaczyć tylko raz z daleka i to tylko dlatego, że mieliśmy znajomości w środowisku lekarskim. A patyczki? Zapałka, wykałaczka, kawałek waty i był patyczek.
Podpaski są teraz też wielorazowe i kubeczki menstruacyjne. I tu robię się sztywna. Dla mnie okres zawsze był traumą, W sumie aż do menopauzy nie odważyłam się zakładać spodni ani nic białego. A kocham portki, dziś mam w szafie dwie sukienki i nawet nie wiem, czy w nie jeszcze wejdę. A tak to portki i hasta manana. I nie, nie zamieniłabym podpasek na te wielorazowe do prania, ani na kubeczki. Tu jestem nieekologiczna do bólu. Pojawienie się pierwszych podpasek, reklamowanych w TV, takich z przylepcem, po latach mordęgi z watą, z podpaskami z waty, z ligniną, nie, nie, nie ma opcji. I to polowanie na sanitaria w latach 80. Miałam całą półkę wielkiej szafy zapełnioną watą. Szwagier zapisywał mężowi watę na "niegojące się rany", więc byłam zabezpieczona i okopana w reducie :)
Pakowanie towarów. Obłęd, bo wszystko teraz wpychane jest w plastik. Choćbym się nie wiem jak starała, nie kupię w okolicy sera na wagę na plasterki, bo po prostu nie mam w okolicy ani takiego sklepu, ani marketu, a nie pojadę do TESCO godzinę w jedną stronę po 10 deko sera. Więcej nie wezmę, bo wyschnie mi i po balu panno Lalu. U rzeźnika mogę zrobić zakupy w swoje opakowanie (chyba, nie pytałam), ale zazwyczaj robię zakupy w tzw. międzyczasie i jak znajdę się na trasie, nie mam przy sobie swoich plastikowych wielorazowych opakowań.Mogliby wędliny pakować w papier, ale w plastik im wygodniej. Z kolei krwawiące mięso w papierze? Nie za bardzo sobie to wyobrażam. Kiedyś było tak pakowane i nic się nie działo, ale?
Uszyłabym to, co kupiłam, ale moja maszyna jeszcze nie wróciła z garażu Kierownika Budowy, gdzie poszła na przechowanie 5 lat temu i nikt nie ma czasu jej przywieźć z powrotem. Zatem, aby uspokoić sumienie zanabyłam za zawrotną kwotę 35 zł w przeliczeniu z zagranicznej waluty takie cuś
W zestawie 12 woreczków. W PL nie znalazłam za tę cenę nic, za 3 woreczki pieją 60 zł. Ręcznie szyć nie będę. Zresztą sama bym tak starannie nie uszyła, w kolorowej tasiemce jest sznureczek i woreczek można ściągnąć. Fajna rzecz.
Szampony. Właśnie się doczytałam, że na rynek wchodzą nowe szampony eko w mydle, że taka kostka za ok. 30 zł starcza na 70 myć. Hmmm... Ja kupuję drogie szampony, ale starczają mi na 3-4 miesiące. Myję włosy codziennie, więc mydełko na długo mi nie starczy, pytanie też, co ze spłukiwaniem? Bo całe dzieciństwo myłam włosy mydłem, zaczęłam myć szamponem w 1 klasie liceum, gdy poszłam do internatu i wyśmiewali mnie, że ze wsi jestem, bo włosy mydłem myję. Ale to do płukania trzeba albo octu, albo cytryny. Więc poczekam jeszcze. Teraz cena nie zrobi mi różnicy, na gołej emeryturze już tak.
I zamiast papierowych ręczników stare ręczniki, podzielone na małe kawałki. Super, nie ma problemu, ale gdzie ja mam trzymać te stosy szmatek? Gdzie odkładać zużyte? Kuchnia już i tak zapchana i ledwo się da w niej obrócić.
A chusteczki do nosa? O nie, podziękuję, nie wyobrażam sobie znów prania stosów chusteczek, zwłaszcza podczas kataru. Prania i prasowania, bo to musi być wydezynfekowane. Zaraz po śmierci mamy ojciec miał katar i kazał mi prać swoje chusteczki. Ręcznie. Nikt mi nie powiedział, że najpierw należy je moczyć w wodzie ze solą, a internetów wtedy nie było...
Nie, chusteczki higieniczne i podpaski to jednak zdobycz cywilizacji i nie oddam. A moja babcia opowiadała, że one jeszcze bez majtek chodziły i krew sobie po prostu ciekła. Inna para kaloszy, że urodziła 13 dzieci. Też bym pewno wolała chodzić tyle czasu w ciąży :)
Ale to zero waste mnie dobija... Jako że jestem poznańskim sknerusem, mam zwyczaj niewyrzucania starych gaci. Nawet jak wyrzucam, to przedtem piorę. Nie potrafię wyrzucić używanych, choć to bez sensu, bo nie wrzucam do kontenera, ale do śmieci. Te w lepszym stanie chomikuję, bo... Sprane, miękkie. Używam do czyszczenia butów, jakichś tam zabrudzeń, bo to czysta bawełna. I tak tropem zero waste idąc, podczas mycia okien wczoraj wpadłam na myśl, żeby zamiast ręczników użyć gatków...
Już dawno nie miałam tak lśniących okien, bez żadnych smug, co sprawdziłam dziś rano, bo słońce pięknie świeciło :)
Idąc zatem tą drogą, bo głupia nie jest, nawet jeżeli to tylko stare gacie złapałam się na tym, że mniej wydaję, bo nie kusi mnie kolejna promocja na kolejny gadżet.
Myślałam też, czy nie można by np. szamponu nalewać wiele razy do jednej butelki, ale... Jak nie dowalić do tego różnych śmieci i bakterii. Kiedyś wszystko, a przynajmniej większość była w szklanych butelkach. Szkło też nie jest ideałem, dodatkowo dochodzą koszty transportu cięższego szkła.
Kwadratura koła. Staram się, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to jest śmieszne, jak walka Don Kichota z wiatrakami.
Ale okna mam czyściuteńkie i nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę kolejną osę atakującą moje piękne szyby. Ona ich po prostu, kurwa, nie widzi. Niech do okulisty idzie, skubana, a nie walczy z moim oknem!
Znaczy się, hopl jest stary jak świat, ale kiedyś się mało elegancko nazywał: pierdalnik, teraz zaś, dzięki nieocenionemu Fejsbuczkowi nosi elegancką nazwę: zero waste.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że urodziłam się w czasach, kiedy z trudem zdobywało się wszystko i każda rzecz była "przydasię". Tym pięknym sposobem mam, mimo nieustannej walki ze zbieractwem całkiem niezłą kolekcję przydasiów. Gdybym miała większe mieszkanie, mogłabym umeblować je tak, jak w moich marzeniach, ale nie mam, nie będę miała, nie stać mnie i wiele pięknych przydasiów nie jest po prostu odpowiednio wyeksponowanych, bo nie ma gdzie. Nie są to jakieś tam cuda wianki, ale rzeczy stare i miłe memu sercu. Mają wartość sentymentalną, materialnej żadnej. Ale są. I czasem, gdy na nie wpadam, cieszą moje oko i przywołują wspomnienia. Te miłe, bo niemiłych wspomnień nie gromadzę.
Mam na przykład takie coś :)
W latach przedkompikowych stało pięknie na biurku, a w dzieciństwie miałam w kałamarzu atrament i leżała na nim stalówka z obsadką. Później,wieczne pióro, następnie długopisy, a teraz ot, taki kurzołap. Ale... Jest robiony specjalnie dla mojej Mamy, na wierzchu są jej inicjały MF. I jak coś takiego wyrzucić? A, i starą butelkę ze starym Pelikanem też mam. Jeszcze do końca nie wysechł...
I marzy mi się do tego stateczne biurko, takie wielkie, zajmujące co najmniej jedna trzecią pokoju, solidne, z drewna, nie żadne tam marketowe dykty. No ale jest jak jest, więc ścierając z tego kurz tylko wzdycham i widzę mamę...
I mogłabym tak bez końca, ale nie o to biega w zero waste, a wszystko z tego powodu mnie nakreca, że gorąc, a zimą smog i te filmiki z oceanem tonącym w plastiku. Co ja się tam naczytałam, wiem, że pampersy to zło, chusteczki nawilżane to zło, patyczki do czyszczenia uszu to zło, olaboga i podpaski to zło.
I tak sobie myślę, że jednak moje pokolenie nie szkodziło tak bardzo przyrodzie. Albowiem dzieci latały w tetrowych pieluchach, o chusteczkach nawilżanych nikt nie słyszał, osobiście ufajdane tyłki myłam wodą i specjalnymi szmatkami, nawet taką fajną miseczkę malutką na maleńkiej tacce do tego miałam, wodę z rumiankiem zawsze zaparzoną i nie wiedziałam w ogóle co to znaczy odparzenie tyłka. Poza jednym momentem, kiedy Pierworodny wylądował w szpitalu na tydzień i wrócił stamtąd z czerwonym dupskiem. I nie, nie mogłam o niego zadbać, rodziców wtedy nie wpuszczano do szpitala w ogóle i mogłam go w ciągu tego tygodnia zobaczyć tylko raz z daleka i to tylko dlatego, że mieliśmy znajomości w środowisku lekarskim. A patyczki? Zapałka, wykałaczka, kawałek waty i był patyczek.
Podpaski są teraz też wielorazowe i kubeczki menstruacyjne. I tu robię się sztywna. Dla mnie okres zawsze był traumą, W sumie aż do menopauzy nie odważyłam się zakładać spodni ani nic białego. A kocham portki, dziś mam w szafie dwie sukienki i nawet nie wiem, czy w nie jeszcze wejdę. A tak to portki i hasta manana. I nie, nie zamieniłabym podpasek na te wielorazowe do prania, ani na kubeczki. Tu jestem nieekologiczna do bólu. Pojawienie się pierwszych podpasek, reklamowanych w TV, takich z przylepcem, po latach mordęgi z watą, z podpaskami z waty, z ligniną, nie, nie, nie ma opcji. I to polowanie na sanitaria w latach 80. Miałam całą półkę wielkiej szafy zapełnioną watą. Szwagier zapisywał mężowi watę na "niegojące się rany", więc byłam zabezpieczona i okopana w reducie :)
Pakowanie towarów. Obłęd, bo wszystko teraz wpychane jest w plastik. Choćbym się nie wiem jak starała, nie kupię w okolicy sera na wagę na plasterki, bo po prostu nie mam w okolicy ani takiego sklepu, ani marketu, a nie pojadę do TESCO godzinę w jedną stronę po 10 deko sera. Więcej nie wezmę, bo wyschnie mi i po balu panno Lalu. U rzeźnika mogę zrobić zakupy w swoje opakowanie (chyba, nie pytałam), ale zazwyczaj robię zakupy w tzw. międzyczasie i jak znajdę się na trasie, nie mam przy sobie swoich plastikowych wielorazowych opakowań.Mogliby wędliny pakować w papier, ale w plastik im wygodniej. Z kolei krwawiące mięso w papierze? Nie za bardzo sobie to wyobrażam. Kiedyś było tak pakowane i nic się nie działo, ale?
Uszyłabym to, co kupiłam, ale moja maszyna jeszcze nie wróciła z garażu Kierownika Budowy, gdzie poszła na przechowanie 5 lat temu i nikt nie ma czasu jej przywieźć z powrotem. Zatem, aby uspokoić sumienie zanabyłam za zawrotną kwotę 35 zł w przeliczeniu z zagranicznej waluty takie cuś
W zestawie 12 woreczków. W PL nie znalazłam za tę cenę nic, za 3 woreczki pieją 60 zł. Ręcznie szyć nie będę. Zresztą sama bym tak starannie nie uszyła, w kolorowej tasiemce jest sznureczek i woreczek można ściągnąć. Fajna rzecz.
Szampony. Właśnie się doczytałam, że na rynek wchodzą nowe szampony eko w mydle, że taka kostka za ok. 30 zł starcza na 70 myć. Hmmm... Ja kupuję drogie szampony, ale starczają mi na 3-4 miesiące. Myję włosy codziennie, więc mydełko na długo mi nie starczy, pytanie też, co ze spłukiwaniem? Bo całe dzieciństwo myłam włosy mydłem, zaczęłam myć szamponem w 1 klasie liceum, gdy poszłam do internatu i wyśmiewali mnie, że ze wsi jestem, bo włosy mydłem myję. Ale to do płukania trzeba albo octu, albo cytryny. Więc poczekam jeszcze. Teraz cena nie zrobi mi różnicy, na gołej emeryturze już tak.
I zamiast papierowych ręczników stare ręczniki, podzielone na małe kawałki. Super, nie ma problemu, ale gdzie ja mam trzymać te stosy szmatek? Gdzie odkładać zużyte? Kuchnia już i tak zapchana i ledwo się da w niej obrócić.
A chusteczki do nosa? O nie, podziękuję, nie wyobrażam sobie znów prania stosów chusteczek, zwłaszcza podczas kataru. Prania i prasowania, bo to musi być wydezynfekowane. Zaraz po śmierci mamy ojciec miał katar i kazał mi prać swoje chusteczki. Ręcznie. Nikt mi nie powiedział, że najpierw należy je moczyć w wodzie ze solą, a internetów wtedy nie było...
Nie, chusteczki higieniczne i podpaski to jednak zdobycz cywilizacji i nie oddam. A moja babcia opowiadała, że one jeszcze bez majtek chodziły i krew sobie po prostu ciekła. Inna para kaloszy, że urodziła 13 dzieci. Też bym pewno wolała chodzić tyle czasu w ciąży :)
Ale to zero waste mnie dobija... Jako że jestem poznańskim sknerusem, mam zwyczaj niewyrzucania starych gaci. Nawet jak wyrzucam, to przedtem piorę. Nie potrafię wyrzucić używanych, choć to bez sensu, bo nie wrzucam do kontenera, ale do śmieci. Te w lepszym stanie chomikuję, bo... Sprane, miękkie. Używam do czyszczenia butów, jakichś tam zabrudzeń, bo to czysta bawełna. I tak tropem zero waste idąc, podczas mycia okien wczoraj wpadłam na myśl, żeby zamiast ręczników użyć gatków...
Już dawno nie miałam tak lśniących okien, bez żadnych smug, co sprawdziłam dziś rano, bo słońce pięknie świeciło :)
Idąc zatem tą drogą, bo głupia nie jest, nawet jeżeli to tylko stare gacie złapałam się na tym, że mniej wydaję, bo nie kusi mnie kolejna promocja na kolejny gadżet.
Myślałam też, czy nie można by np. szamponu nalewać wiele razy do jednej butelki, ale... Jak nie dowalić do tego różnych śmieci i bakterii. Kiedyś wszystko, a przynajmniej większość była w szklanych butelkach. Szkło też nie jest ideałem, dodatkowo dochodzą koszty transportu cięższego szkła.
Kwadratura koła. Staram się, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to jest śmieszne, jak walka Don Kichota z wiatrakami.
Ale okna mam czyściuteńkie i nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę kolejną osę atakującą moje piękne szyby. Ona ich po prostu, kurwa, nie widzi. Niech do okulisty idzie, skubana, a nie walczy z moim oknem!
piątek, 2 sierpnia 2019
Zamknięcie
maszynek przebiegało podręcznikowo, Kochany Pamiętniczku.
Z pracy wyszłam o 13.30, a do drukarni miało jechać o 14.
Lubię takie dni, bez spiny, bez wstrząsów, bez wariatkowa i obłędu w oczach.
Następne maszynki we wrześniu i już mi niedobrze na zapas, bo nudne to jak flaki z olejem, no ale pecunia non olet, co nie?
Przed pracą skoczyłam do ZUS z pisemkiem i zaświadczeniem i okazało się, że pismo napisane na zeszłorocznym piśmie nie zawiera odpowiednich danych o mojej emeryturze (sic! a w zeszłym roku na tej podstawie mnie podliczyli), ale nic straconego, jeżeli podam pani PESEL. Podałam, pani znalazła prawidłowe dane mojej emerytury, łaskawie wpisała mi też ten numerek na kopii i rozstałyśmy się z promiennymi uśmiechami, życząc sobie miłego dnia, tzn. ja zaczęłam, a ona się nie broniła.
Można? Można? Mimo czyhających zewsząd tęcz i innych zberezeństw?
Trzeba tylko chcieć. Odrobina uśmiechu, dobrej chęci i już jest hasta manana...
Jakie to proste.
W międzyczasie, gdy byłam w pracy, Pierowrodny napisał mi, że mam konto na Netflixie.
No mam.
Od dawna. Od Inżyniera, który na propozycję, że podzielimy koszta zaśmiał się szatańskim rechotem i kazał mi znaleźć sobie pracę przy prostowaniu bananów na drzewie, o ile dam radę się tam wdrapać.
Nie dałam, niestety.
Mówię Pierworodnemu zatem, że mam Netflixa, ale on dalej drąży, że mam drugiego. Pytam, ile płaci. 52 złote polskie. Inżynier 11,50 funta po podwyżce.
Porównywalne kwoty.
Ale Inżyniera na to stać.
W myślach (wiem, wiem, nie ocenia się czyichś finansów) sumuję dochody i wydatki Pierworodnego, ja za neta płacę niecałe 40 zł, on prawie 100, do tego ten nieszczęsny Netflix, wynajmowanie mieszkania, dwie sieciówki, prąd, dwójka dzieci... Włosy mi dęba na głowie stają.
Wzdech. Mówię, że zapłacę połowę za tego Netflixa, tak prosto z siebie. On na to, że wystarczy dycha. Inżynier mnie opierdala i ma rację, Netflixy nie różnią się w zasadzie i na chuja mi kolejne wydatki?
Liczę razy 12 miesięcy, jednak jest spora kasa, na buty starczy wypasione. I kurde, refleksja, matka, dziecku żałujesz, najwyżej piwa nie kupisz. Kurwa. Ale po co mu najwypasieńszy Netflix? Inżynier mnie uświadamia, że to 4D. I nie żadna troska o matkę, 4 stanowiska są w pakiecie, chodzi o 4D. 4D mnie nie kręci, mojemu monitorkowi wszystko jedno rybka. A on jeszcze nawet nie plumka nawet, kiedy pojedzie do UK po ten wypasiony odbiornik TV, gnijący w garażu. Jak toto padnie, w PL nie mam zielonego pojęcia ile zapłaci za TV 4D, a może i 5D, znając jego zapędy i to tłumaczenie mi "ale mamo, ale mamo"... Pewno przesra resztę kasy ze spadku. W sumie nie mój cyrk, nie moje pchły.
Ale łeb mnie rozbolał.
Tak jak kiedyś płaciłam 17 zł co miesiąc za kablówkę, w ogóle z niej nie korzystając, aż Baran mi nawtykał: za 10 miesięcy wywalasz 170 zł. Kup sobie za to cokolwiek.
Święte słowa.
Ponoć Pierworodny wleci do mnie w poniedziałek, bo ma wolne.
To będzie trudny poniedziałek.
Jechałam do domu z entuzjazmem, snując plany: ja na drabince, myjąca okna, brudne jak cholera, sprzątająca mieszkanie dwoma odkurzaczami, z odsuwaniem mebli.
Dojechałam do domu i mi przeszło.
I bardzo dobrze.
Kurz omiotłam spojrzeniem.
Dość się dziś narobiłam, jutro Manhattan i potem się zobaczy.
Idąc z przystanku widziałam na osiedlu tabuny wróbli i wyciągnęłam telefon z myślą o Zmorce, ale jakiś spasiony dzieciak na hulajnodze nadjechał (znam go z widzenia i serio, spasiony, ma jakieś 10-12 lat, a spasiony bardziej niż ja) i wróble poleciały w siną dal, lewa, prawa...
Planuję wyprawę z aparatem, wtedy upoluję wróbliszony, bo zoom mam dobry.
Różne inne rzeczy planuję, bo jako że wszyscy na urlopach to cudów nie ma.
Do pracy wrócę za tydzień, bo inaczej szkoda mnie.
A na FB rozgorzała dyskusja pod moim wspomnieniem, bo wrzuciłam karteluszek Inżyniera.
Że nikt już tak nie mówi.
Że to nienormalne.
Że...
Pomijając ortografy dziecięcia, dla mnie to jak najbardziej istotne sprawozdanie z dnia, kiedy gdy on wychodził do budy, ja spałam, a gdy ja wracałam, on spał.
Tak się komunikowaliśmy, nie było wtedy SMS i innych wynalazków. Ocalało parę karteczek. I nie widzę nic dziwnego w tym, że dziecko mówiło do mnie jak mówiło, nie ogarniam zdziwienia, tępa jestem :)
Bo i matka do nogi znam :)
Podkreślenie kazała dowodzi, że coś wtedy zmajstrował.
Nie karałam, w sensie żadne tam bicie czy inne bajery.
Rozmawiałam.
Tłumaczyłam, jak dziecku, po polsku, po niemiecku.
Bo to dziecko było. Aczkolwiek na ludzi wyrosło.
Z czego jestem dumna.
Nie ukrywam.
Może i moje metody wychowawcze nie są tak do końca super, bo gdy lali się i lecieli na skargę, zawsze mówiłam: bijecie się na własny rachunek, bo jestem głucha i nie słyszałam, który zaczął i o co poszło.
Nie prali się, bo jaki mieliby mieć w tym interes, skoro nie zajmowałam niczyjej strony?
A na wywiadówki pod pretekstem głuchoty mojej, jak już byli w szkołach średnich chodził Inżynier do Pierworodnego i na odwrót.
Kryli się.
Ale wzajemnie się pilnowali, bo wiedzieli, że uczą się dla siebie, nie dla mnie.
Żony wybrali sobie sami, chociaż w momencie ogłoszenia wiekopomnej chwili mówiłam, co mi nie pasuje.
Stali na swoim.
I ok, każdy ma to, co chce.
Tu nie chodziło o moje szczęście, ale o ich życie.
I tym sposobem, prostym, mam na stanie synowe dwie.
Może nie jestem ich fanką, ale fajnie, że im jest dobrze.
Tylko że ja bronię mojego stanu posiadania jak niepodległości.
Bo to działa w obie strony, co nie?
Kocham siebie i nie widzę powodu, żeby przestać się kochać.
Może jutro nawet uda mi się umyć okna i odzyskać równowagę psychiczną.
Twarda jestem, polazłam dziś do jedynego w PL outletu Biedronki, były drabiny do stawiania kwiatków, ale wyszłam bez. Bo... Mówimy stop zagracaniu mieszkania, aczkolwiek nie mówimy NIE badylkom. Tyle że nowych pięknych nie widać. Może w przyszłym tygodniu, jak będę miała wolne :P
To optymistyczna myśl i tego się trzymajmy, Kochany Pamiętniczku :)
Z pracy wyszłam o 13.30, a do drukarni miało jechać o 14.
Lubię takie dni, bez spiny, bez wstrząsów, bez wariatkowa i obłędu w oczach.
Następne maszynki we wrześniu i już mi niedobrze na zapas, bo nudne to jak flaki z olejem, no ale pecunia non olet, co nie?
Przed pracą skoczyłam do ZUS z pisemkiem i zaświadczeniem i okazało się, że pismo napisane na zeszłorocznym piśmie nie zawiera odpowiednich danych o mojej emeryturze (sic! a w zeszłym roku na tej podstawie mnie podliczyli), ale nic straconego, jeżeli podam pani PESEL. Podałam, pani znalazła prawidłowe dane mojej emerytury, łaskawie wpisała mi też ten numerek na kopii i rozstałyśmy się z promiennymi uśmiechami, życząc sobie miłego dnia, tzn. ja zaczęłam, a ona się nie broniła.
Można? Można? Mimo czyhających zewsząd tęcz i innych zberezeństw?
Trzeba tylko chcieć. Odrobina uśmiechu, dobrej chęci i już jest hasta manana...
Jakie to proste.
W międzyczasie, gdy byłam w pracy, Pierowrodny napisał mi, że mam konto na Netflixie.
No mam.
Od dawna. Od Inżyniera, który na propozycję, że podzielimy koszta zaśmiał się szatańskim rechotem i kazał mi znaleźć sobie pracę przy prostowaniu bananów na drzewie, o ile dam radę się tam wdrapać.
Nie dałam, niestety.
Mówię Pierworodnemu zatem, że mam Netflixa, ale on dalej drąży, że mam drugiego. Pytam, ile płaci. 52 złote polskie. Inżynier 11,50 funta po podwyżce.
Porównywalne kwoty.
Ale Inżyniera na to stać.
W myślach (wiem, wiem, nie ocenia się czyichś finansów) sumuję dochody i wydatki Pierworodnego, ja za neta płacę niecałe 40 zł, on prawie 100, do tego ten nieszczęsny Netflix, wynajmowanie mieszkania, dwie sieciówki, prąd, dwójka dzieci... Włosy mi dęba na głowie stają.
Wzdech. Mówię, że zapłacę połowę za tego Netflixa, tak prosto z siebie. On na to, że wystarczy dycha. Inżynier mnie opierdala i ma rację, Netflixy nie różnią się w zasadzie i na chuja mi kolejne wydatki?
Liczę razy 12 miesięcy, jednak jest spora kasa, na buty starczy wypasione. I kurde, refleksja, matka, dziecku żałujesz, najwyżej piwa nie kupisz. Kurwa. Ale po co mu najwypasieńszy Netflix? Inżynier mnie uświadamia, że to 4D. I nie żadna troska o matkę, 4 stanowiska są w pakiecie, chodzi o 4D. 4D mnie nie kręci, mojemu monitorkowi wszystko jedno rybka. A on jeszcze nawet nie plumka nawet, kiedy pojedzie do UK po ten wypasiony odbiornik TV, gnijący w garażu. Jak toto padnie, w PL nie mam zielonego pojęcia ile zapłaci za TV 4D, a może i 5D, znając jego zapędy i to tłumaczenie mi "ale mamo, ale mamo"... Pewno przesra resztę kasy ze spadku. W sumie nie mój cyrk, nie moje pchły.
Ale łeb mnie rozbolał.
Tak jak kiedyś płaciłam 17 zł co miesiąc za kablówkę, w ogóle z niej nie korzystając, aż Baran mi nawtykał: za 10 miesięcy wywalasz 170 zł. Kup sobie za to cokolwiek.
Święte słowa.
Ponoć Pierworodny wleci do mnie w poniedziałek, bo ma wolne.
To będzie trudny poniedziałek.
Jechałam do domu z entuzjazmem, snując plany: ja na drabince, myjąca okna, brudne jak cholera, sprzątająca mieszkanie dwoma odkurzaczami, z odsuwaniem mebli.
Dojechałam do domu i mi przeszło.
I bardzo dobrze.
Kurz omiotłam spojrzeniem.
Dość się dziś narobiłam, jutro Manhattan i potem się zobaczy.
Idąc z przystanku widziałam na osiedlu tabuny wróbli i wyciągnęłam telefon z myślą o Zmorce, ale jakiś spasiony dzieciak na hulajnodze nadjechał (znam go z widzenia i serio, spasiony, ma jakieś 10-12 lat, a spasiony bardziej niż ja) i wróble poleciały w siną dal, lewa, prawa...
Planuję wyprawę z aparatem, wtedy upoluję wróbliszony, bo zoom mam dobry.
Różne inne rzeczy planuję, bo jako że wszyscy na urlopach to cudów nie ma.
Do pracy wrócę za tydzień, bo inaczej szkoda mnie.
A na FB rozgorzała dyskusja pod moim wspomnieniem, bo wrzuciłam karteluszek Inżyniera.
Że nikt już tak nie mówi.
Że to nienormalne.
Że...
Pomijając ortografy dziecięcia, dla mnie to jak najbardziej istotne sprawozdanie z dnia, kiedy gdy on wychodził do budy, ja spałam, a gdy ja wracałam, on spał.
Tak się komunikowaliśmy, nie było wtedy SMS i innych wynalazków. Ocalało parę karteczek. I nie widzę nic dziwnego w tym, że dziecko mówiło do mnie jak mówiło, nie ogarniam zdziwienia, tępa jestem :)
Bo i matka do nogi znam :)
Podkreślenie kazała dowodzi, że coś wtedy zmajstrował.
Nie karałam, w sensie żadne tam bicie czy inne bajery.
Rozmawiałam.
Tłumaczyłam, jak dziecku, po polsku, po niemiecku.
Bo to dziecko było. Aczkolwiek na ludzi wyrosło.
Z czego jestem dumna.
Nie ukrywam.
Może i moje metody wychowawcze nie są tak do końca super, bo gdy lali się i lecieli na skargę, zawsze mówiłam: bijecie się na własny rachunek, bo jestem głucha i nie słyszałam, który zaczął i o co poszło.
Nie prali się, bo jaki mieliby mieć w tym interes, skoro nie zajmowałam niczyjej strony?
A na wywiadówki pod pretekstem głuchoty mojej, jak już byli w szkołach średnich chodził Inżynier do Pierworodnego i na odwrót.
Kryli się.
Ale wzajemnie się pilnowali, bo wiedzieli, że uczą się dla siebie, nie dla mnie.
Żony wybrali sobie sami, chociaż w momencie ogłoszenia wiekopomnej chwili mówiłam, co mi nie pasuje.
Stali na swoim.
I ok, każdy ma to, co chce.
Tu nie chodziło o moje szczęście, ale o ich życie.
I tym sposobem, prostym, mam na stanie synowe dwie.
Może nie jestem ich fanką, ale fajnie, że im jest dobrze.
Tylko że ja bronię mojego stanu posiadania jak niepodległości.
Bo to działa w obie strony, co nie?
Kocham siebie i nie widzę powodu, żeby przestać się kochać.
Może jutro nawet uda mi się umyć okna i odzyskać równowagę psychiczną.
Twarda jestem, polazłam dziś do jedynego w PL outletu Biedronki, były drabiny do stawiania kwiatków, ale wyszłam bez. Bo... Mówimy stop zagracaniu mieszkania, aczkolwiek nie mówimy NIE badylkom. Tyle że nowych pięknych nie widać. Może w przyszłym tygodniu, jak będę miała wolne :P
To optymistyczna myśl i tego się trzymajmy, Kochany Pamiętniczku :)
czwartek, 1 sierpnia 2019
Jak w mordę
jeża tydzień przeleciał, Kochany Pamiętniczku.
Trochę mi się nóż w kieszeni otwierał, bo maszyny tym razem zamykają się poza gazetką, a to oznacza, że cały dzień do dupy jest, bo jadę na 11, wychodzę nie wiadomo kiedy, a potem przy tych upałach to już nic "niechcemisie".
Trudno.
Opadło, jak odebrałam zaświadczenie z księgowości o zarobkach.
Bo wstyd się przyznać, nie mam zielonego pojęcia, ile wynosi moja pensja.
Karteluszki w kąt i nie patrzę na cyferki (nienawidzę cyferek).
A tu ładnie rozpisane w słupku 12 miesięcy i chociaż kwota netto nie powala, ale brutto robi już wrażenie. Bo to jednak pół etatu jest. Nie, nie będę walczyła o cały, bo zwariowałabym i wykorkowałabym w krótkich abcugach. Wystarczy tego dobrego, co jest. Nawet olewając wszystkie "w ramach", nie jest źle.
Inna para kaloszy, że okrada mnie państwo i to z półobrotu i z przytupem.
Właśnie kwota brutto uświadomiła mi, że państwo zabiera 1/3 mojego zarobku, oferując niewiele albo prawie nic w zamian.
Bezpłatna opieka zdrowotna?
Jeśli uwzględnić to, że przez prawie 20 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim, to faktycznie, wykorzystałam ją na maksa.
Dentysta zawsze we własnym zakresie.
Nawet receptami nie zawracam głowy, bo u nas funkcjonuje to tak, że zostawiam karteluszek i odbieram po paru dniach receptę.
Że powinnam się badać? Maybe, ale to mój wybór, że nie chcę szukać dziury w całym. Na coś trzeba umrzeć.
I właśnie, na fejsiku jakiś aptekarz wrzucił listę leków, których nie ma, a na liście jak byk moje lekarstwo, które zażywam od lat, po długim ustawianiu u kardiologa, do którego i tak nie chodzę już od lat, po tym jak dał mi skierowanie do lekarza POZ z zaleceniem przedłużania recepty. Jako że pani doktor na wszelkie moje uwagi, że coś mi tam puchnie, a tam opada reagowała absolutnym brakiem zainteresowania, oszczędziłam sobie czasu, użerania się z rejestracją, jazdy na drugi koniec miasta. Przedłużam receptę, jak poczuję się gorzej pójdę do kardiologa prywatnie. Mam go w swojej przychodni. A tak gra, buczy i podskakuje. Ale mojego leku nie ma, wracając do naszych baranów.
O nie, kurwa, nie dam się wykończyć pisiorom!
Wprawdzie mam jeszcze tabletki na jakieś dwa miesiące, ale mam też czas na poszukiwania :)
Toteż karteluszek zostawiłam, receptę odebrałam i dobre bogi natchnęły mnie, żeby iść z nią do przyprzychodnianej apteki.
Młoda panienka na receptę oko rzuca i rzecze: nie ma, w całym mieście nie ma.
Ja: wiem o tym z fejsa, więc zaczynam kolędowanie, licząc na łut szczęścia. Bo ja, proszę pani, nie dam się tym pisiorom wykończyć. Będę żyła im na złość. I nie pali się, troszkę tabletek jeszcze mam, ja tak przewidująco.
Panienka popatrzyła pięknym oczkiem na mój czerwony jak piwonia pysk (36 stopni w cieniu to nie w kij dmuchał, ten typ tak ma), za telefonik złapała, podzwoniła i rzecze, że jeśli mogę zostawić receptę, to ona zobaczy, co się da i mam zajrzeć w poniedziałek.
Mogłam zostawić i posławszy panience najśliczniejszy mój uśmiech, pomaszerowałam do domu, gdzie oddałam się dwudniowej rozpuście, znaczy się takim tam i oglądaniu seriali, bo upał jak trzymał, tak trzymał i nie odpuszczał.
W poniedziałek tabletek nie było, więc pytam D., która pół świata leczy, czy ma znajomości w aptekach. Miała.
We wtorek dostałam tabletki w aptece, a panience niech tam los w dzieciach wynagrodzi czy w czymkolwiek innym sobie życzy.
W środę lecę do D. odwołać alarm, a D. mówi, że ona też tabletki ma. Głupio mi się zrobiło, bo nie wiedziałam, że na gwałt się weźmie, mówię, że doniosę receptę, bo już nie mam. Ale okazało się, że może odwołać lek, co mnie ucieszyło, bo mam zapas na jakieś 250 dni, więc niech inny biedak skorzysta. Do tego czasu wiele może się zmienić, co nie?
Sobotni wieczór umiliła mi pogawędka z Baranem, dawno z nim nie rozmawiałam, więc uradowało się me serce niezmiernie.
Potem list do Pierworodnego przyszedł, co spadło mi jak deszcz z nieba, bo w łazience przepaliła się żarówka. Klosz, balansując na drabinie ściągnęłam, żarówkę wymieniłam, ale nie odważyłam się już klosza zakładać.
Zostawiłam więc karteluszek z prośbą i dzięki temu mam całe kości. List sobie odebrał, elektrykę ogarnął.
I jakoś tak wyszło, że dziś sobie pogawędziłam ze Słonkiem.
I znów mi się zatęskniło za tymi czasami, gdy myślałam: w poniedziałek o wszystkim powiem Słonku...
Aczkolwiek za Auschwitz ani trochę nie tęsknię.
1 sierpnia.
W mojej wiosce o 17 nikt nie przystanął na chwilę, przynajmniej nie tam, gdzie byłam. Na mnie patrzyli jak na idiotkę. No cóż.
Za to ulicami stolicy przelewa się brunatna fala.
Coraz bardziej się boję.
I to nowe prawo wyborcze.
Może jednak będę jeszcze musiała na stare lata wiać?
A w pracy jazda bez trzymanki dziś, bo nijak nie mogłam wytłumaczyć, że bierzemy coś na tapet, a nie na tapetę. I to są ludzie, którzy znają niemiecki, tłumaczą teksty z tego języka, a ja go nie znam. Posłałam linki i powiedziałam, że jak puszczą w druku: bierzemy na tapetę, to nie korekcę więcej. Ciekawe, czy groźba zadziała? I wprost powiedziałam, że to, że jestem głucha nie znaczy, że nie znam języka. To im zamknęło dzioby. No przecież trzeba mówić wprost wszystko, co nie?
A nie kłaść na tapet nierozwiązane problemy :D
Update
A moja ukochana Synowa znów ma ze sobą jakiś problem. W UK też miała. No może nie ze sobą, ale znów jest obrażona na cały świat. Nie moja wina, słowem się nie odezwałam ani realnie, ani na FB.
Jak jestem obrażona na cały świat kupuję cztery piwa, albo i sześć, następnego dnia nie mam problemu, tylko kaca.
Bo tak naprawdę to ja kocham życie :O
Zboczucha ze mnie :)
Trochę mi się nóż w kieszeni otwierał, bo maszyny tym razem zamykają się poza gazetką, a to oznacza, że cały dzień do dupy jest, bo jadę na 11, wychodzę nie wiadomo kiedy, a potem przy tych upałach to już nic "niechcemisie".
Trudno.
Opadło, jak odebrałam zaświadczenie z księgowości o zarobkach.
Bo wstyd się przyznać, nie mam zielonego pojęcia, ile wynosi moja pensja.
Karteluszki w kąt i nie patrzę na cyferki (nienawidzę cyferek).
A tu ładnie rozpisane w słupku 12 miesięcy i chociaż kwota netto nie powala, ale brutto robi już wrażenie. Bo to jednak pół etatu jest. Nie, nie będę walczyła o cały, bo zwariowałabym i wykorkowałabym w krótkich abcugach. Wystarczy tego dobrego, co jest. Nawet olewając wszystkie "w ramach", nie jest źle.
Inna para kaloszy, że okrada mnie państwo i to z półobrotu i z przytupem.
Właśnie kwota brutto uświadomiła mi, że państwo zabiera 1/3 mojego zarobku, oferując niewiele albo prawie nic w zamian.
Bezpłatna opieka zdrowotna?
Jeśli uwzględnić to, że przez prawie 20 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim, to faktycznie, wykorzystałam ją na maksa.
Dentysta zawsze we własnym zakresie.
Nawet receptami nie zawracam głowy, bo u nas funkcjonuje to tak, że zostawiam karteluszek i odbieram po paru dniach receptę.
Że powinnam się badać? Maybe, ale to mój wybór, że nie chcę szukać dziury w całym. Na coś trzeba umrzeć.
I właśnie, na fejsiku jakiś aptekarz wrzucił listę leków, których nie ma, a na liście jak byk moje lekarstwo, które zażywam od lat, po długim ustawianiu u kardiologa, do którego i tak nie chodzę już od lat, po tym jak dał mi skierowanie do lekarza POZ z zaleceniem przedłużania recepty. Jako że pani doktor na wszelkie moje uwagi, że coś mi tam puchnie, a tam opada reagowała absolutnym brakiem zainteresowania, oszczędziłam sobie czasu, użerania się z rejestracją, jazdy na drugi koniec miasta. Przedłużam receptę, jak poczuję się gorzej pójdę do kardiologa prywatnie. Mam go w swojej przychodni. A tak gra, buczy i podskakuje. Ale mojego leku nie ma, wracając do naszych baranów.
O nie, kurwa, nie dam się wykończyć pisiorom!
Wprawdzie mam jeszcze tabletki na jakieś dwa miesiące, ale mam też czas na poszukiwania :)
Toteż karteluszek zostawiłam, receptę odebrałam i dobre bogi natchnęły mnie, żeby iść z nią do przyprzychodnianej apteki.
Młoda panienka na receptę oko rzuca i rzecze: nie ma, w całym mieście nie ma.
Ja: wiem o tym z fejsa, więc zaczynam kolędowanie, licząc na łut szczęścia. Bo ja, proszę pani, nie dam się tym pisiorom wykończyć. Będę żyła im na złość. I nie pali się, troszkę tabletek jeszcze mam, ja tak przewidująco.
Panienka popatrzyła pięknym oczkiem na mój czerwony jak piwonia pysk (36 stopni w cieniu to nie w kij dmuchał, ten typ tak ma), za telefonik złapała, podzwoniła i rzecze, że jeśli mogę zostawić receptę, to ona zobaczy, co się da i mam zajrzeć w poniedziałek.
Mogłam zostawić i posławszy panience najśliczniejszy mój uśmiech, pomaszerowałam do domu, gdzie oddałam się dwudniowej rozpuście, znaczy się takim tam i oglądaniu seriali, bo upał jak trzymał, tak trzymał i nie odpuszczał.
W poniedziałek tabletek nie było, więc pytam D., która pół świata leczy, czy ma znajomości w aptekach. Miała.
We wtorek dostałam tabletki w aptece, a panience niech tam los w dzieciach wynagrodzi czy w czymkolwiek innym sobie życzy.
W środę lecę do D. odwołać alarm, a D. mówi, że ona też tabletki ma. Głupio mi się zrobiło, bo nie wiedziałam, że na gwałt się weźmie, mówię, że doniosę receptę, bo już nie mam. Ale okazało się, że może odwołać lek, co mnie ucieszyło, bo mam zapas na jakieś 250 dni, więc niech inny biedak skorzysta. Do tego czasu wiele może się zmienić, co nie?
Sobotni wieczór umiliła mi pogawędka z Baranem, dawno z nim nie rozmawiałam, więc uradowało się me serce niezmiernie.
Potem list do Pierworodnego przyszedł, co spadło mi jak deszcz z nieba, bo w łazience przepaliła się żarówka. Klosz, balansując na drabinie ściągnęłam, żarówkę wymieniłam, ale nie odważyłam się już klosza zakładać.
Zostawiłam więc karteluszek z prośbą i dzięki temu mam całe kości. List sobie odebrał, elektrykę ogarnął.
I jakoś tak wyszło, że dziś sobie pogawędziłam ze Słonkiem.
I znów mi się zatęskniło za tymi czasami, gdy myślałam: w poniedziałek o wszystkim powiem Słonku...
Aczkolwiek za Auschwitz ani trochę nie tęsknię.
1 sierpnia.
W mojej wiosce o 17 nikt nie przystanął na chwilę, przynajmniej nie tam, gdzie byłam. Na mnie patrzyli jak na idiotkę. No cóż.
Za to ulicami stolicy przelewa się brunatna fala.
Coraz bardziej się boję.
I to nowe prawo wyborcze.
Może jednak będę jeszcze musiała na stare lata wiać?
A w pracy jazda bez trzymanki dziś, bo nijak nie mogłam wytłumaczyć, że bierzemy coś na tapet, a nie na tapetę. I to są ludzie, którzy znają niemiecki, tłumaczą teksty z tego języka, a ja go nie znam. Posłałam linki i powiedziałam, że jak puszczą w druku: bierzemy na tapetę, to nie korekcę więcej. Ciekawe, czy groźba zadziała? I wprost powiedziałam, że to, że jestem głucha nie znaczy, że nie znam języka. To im zamknęło dzioby. No przecież trzeba mówić wprost wszystko, co nie?
A nie kłaść na tapet nierozwiązane problemy :D
Update
A moja ukochana Synowa znów ma ze sobą jakiś problem. W UK też miała. No może nie ze sobą, ale znów jest obrażona na cały świat. Nie moja wina, słowem się nie odezwałam ani realnie, ani na FB.
Jak jestem obrażona na cały świat kupuję cztery piwa, albo i sześć, następnego dnia nie mam problemu, tylko kaca.
Bo tak naprawdę to ja kocham życie :O
Zboczucha ze mnie :)
piątek, 26 lipca 2019
Byłam
wczoraj na tej manifie, jak planowałam, Kochany Pamiętniczku.
Oczywiście, Pierworodny nawet pocałuj mnie w dupę nie powiedział, ale już nie pytałam, bo po co sobie nerwy szarpać?
Tyle czasu chodziłam sama, to i teraz pójdę. I nawet z balkonikiem też.
Amen.
Wystałam godzinę, bo raz, że upał, dwa, że po godzinie mówcy zaczęli w piętkę gonić, bełkotać, powtarzać się i pleść androny. No to do widzenia ślepa Genia, nic tu po mnie. Potem na przystanku widziałam, że coraz więcej młodych zrywa się, było widać, że z manify, bo z naklejkami i flagami. I tak zaprzepaszczają potencjał, bo to powinno być, krótko, jasno i na temat, a nie pierdolenie o Szopenie. Ci, którzy idą na takie imprezy wiedzą, czego chcą. A cierpliwość do godziny trwających dyrdymał mają tylko pisiory.
I tak mi miło tydzień zmierza do końca, aczkolwiek wkurw z lekka mnie trzęsie, bo ktoś się napraszał o randkę, a teraz mówi, że mamusia przyjedzie :P
Nieważne.
Tylko dlaczego ja mam być w zawieszeniu cały dzień? Nie masz czasu, mów, że nie masz, potrafię zrozumieć, umówimy się next time.
W szparze unijnej koperta.
Macam (towar macany należy do macanta, jak wiadomo). Karta.
Ki czort?
Ta, o której chłop nie wie leży w szufladzie, bankowa jeszcze chyba ponad rok ważna, w totka nie wygrałam, sponsora nie mam.
Otwieram.
Ta, o której chłop nie wie. Bo poprzednio przysłana ma jakiś feler i nie działa, zatem mam używać tej. PIN zostaje.
I myślę, jak czasem dziwnie się plecie, bo jakoś tak wyszło, że nie włożyłam karty do portfela, a myślałam, żeby ją użyć do kupna odkurzacza. A że nie miałam jej przy sobie, zapłaciłam codzienną i dobrze, bo zaoszczędziłam sobie nerwów, jakby mi się zawiesiła czy cuś.
I jedna klepka w przedpokoju ma maleńki odprysk, nic mi nie upadło nigdy, za to auteczka i inne rzeczy tam trzaskały, więc pewno się coś odłupało, a Yugo, który ssie jak smok to wyciągnął.
Carramba.
Psuje mi to humor i widzę już zrujnowaną podłogę w przedpokoju i kolejny remont...
I tak życie się powoli kula.
Gorąco jak diabli.
Okna brudne, ale nie mam kiedy (bo praca) umyć, a i natchnienia też nie mam.
Lenia za to mam :)
UPDATE
Moja idealna Synowa właśnie wrzuciła na Fejsbuczka głęboką i złotą myśl.
Jak najbardziej się ze wszystkim zgadzam.
Tylko, kurwa mać, dlaczego za jej wybory mam płacić ja?
Bo płacę.
Powinna się, głupia cipa, zastanawiać, co wrzuca. Bo niektórzy czytają ze zrozumieniem. I tak, rozumiem, że to się odnosi do powyższych postulatów.
Ale, KURWA MAĆ.
To ona jest odpowiedzialna za to, że na wszelkie "dobre rady" moje reagowała jak reagowała.
Może to nie były mądre rady, ale nie faworyzowałam Pierworodnego, pokazywałam jego wady i...
Ale ona go kocha wciąż.
Ja też.
Tyle, że ja go kocham miłością mądrą. Nie na pokaz.
A może to ja mam nasrane w tym głupim łbie, mimo lat, sama już nie wiem.
Że olewała wszystko i wszystkich, bo ona jest jedyna, niepowtarzalna i olaboga, gdzie jest czerwony dywan, orkiestra touche i oklaski? Gdzie korona, fajerwerki? Idzie królowa, królowa jest tylko jedna i... nieważne, czy płonie świat, ważne, że wszyscy na nią patrzą, jaka to ona piękna, mądra i klękajcie narody, na kolana, na kolana, na kolana, oczy w dół, bo blask majestatu was oślepi.
Tekstem polecę: kurwa, ja pierdolę.
Amen.
Wiem. Wredna jestem, ale dobrze mi z tym :P
Idę po piwo, nie mam wyjścia :D
I abstrahując: Fejs cierpliwy jest, wszystko zniesie.
Tyle że protest na Fejsie można sobie w sumie w dupę wsadzić.
Też protestuję na Fejsie.
Ale i realnie staję.
Miała szansę, jest w miejscu, gdzie się protestuje w realu.
Ano, widział kto królową na manifie?
A mogła zostać królową manify :)
Jeżukolczasty, jaka ja jestem okrutna i jak bardzo jej nienawidzę...
Nie da się ukryć :P
Oczywiście, Pierworodny nawet pocałuj mnie w dupę nie powiedział, ale już nie pytałam, bo po co sobie nerwy szarpać?
Tyle czasu chodziłam sama, to i teraz pójdę. I nawet z balkonikiem też.
Amen.
Wystałam godzinę, bo raz, że upał, dwa, że po godzinie mówcy zaczęli w piętkę gonić, bełkotać, powtarzać się i pleść androny. No to do widzenia ślepa Genia, nic tu po mnie. Potem na przystanku widziałam, że coraz więcej młodych zrywa się, było widać, że z manify, bo z naklejkami i flagami. I tak zaprzepaszczają potencjał, bo to powinno być, krótko, jasno i na temat, a nie pierdolenie o Szopenie. Ci, którzy idą na takie imprezy wiedzą, czego chcą. A cierpliwość do godziny trwających dyrdymał mają tylko pisiory.
I tak mi miło tydzień zmierza do końca, aczkolwiek wkurw z lekka mnie trzęsie, bo ktoś się napraszał o randkę, a teraz mówi, że mamusia przyjedzie :P
Nieważne.
Tylko dlaczego ja mam być w zawieszeniu cały dzień? Nie masz czasu, mów, że nie masz, potrafię zrozumieć, umówimy się next time.
W szparze unijnej koperta.
Macam (towar macany należy do macanta, jak wiadomo). Karta.
Ki czort?
Ta, o której chłop nie wie leży w szufladzie, bankowa jeszcze chyba ponad rok ważna, w totka nie wygrałam, sponsora nie mam.
Otwieram.
Ta, o której chłop nie wie. Bo poprzednio przysłana ma jakiś feler i nie działa, zatem mam używać tej. PIN zostaje.
I myślę, jak czasem dziwnie się plecie, bo jakoś tak wyszło, że nie włożyłam karty do portfela, a myślałam, żeby ją użyć do kupna odkurzacza. A że nie miałam jej przy sobie, zapłaciłam codzienną i dobrze, bo zaoszczędziłam sobie nerwów, jakby mi się zawiesiła czy cuś.
I jedna klepka w przedpokoju ma maleńki odprysk, nic mi nie upadło nigdy, za to auteczka i inne rzeczy tam trzaskały, więc pewno się coś odłupało, a Yugo, który ssie jak smok to wyciągnął.
Carramba.
Psuje mi to humor i widzę już zrujnowaną podłogę w przedpokoju i kolejny remont...
I tak życie się powoli kula.
Gorąco jak diabli.
Okna brudne, ale nie mam kiedy (bo praca) umyć, a i natchnienia też nie mam.
Lenia za to mam :)
UPDATE
Moja idealna Synowa właśnie wrzuciła na Fejsbuczka głęboką i złotą myśl.
Jak najbardziej się ze wszystkim zgadzam.
Tylko, kurwa mać, dlaczego za jej wybory mam płacić ja?
Bo płacę.
Powinna się, głupia cipa, zastanawiać, co wrzuca. Bo niektórzy czytają ze zrozumieniem. I tak, rozumiem, że to się odnosi do powyższych postulatów.
Ale, KURWA MAĆ.
To ona jest odpowiedzialna za to, że na wszelkie "dobre rady" moje reagowała jak reagowała.
Może to nie były mądre rady, ale nie faworyzowałam Pierworodnego, pokazywałam jego wady i...
Ale ona go kocha wciąż.
Ja też.
Tyle, że ja go kocham miłością mądrą. Nie na pokaz.
A może to ja mam nasrane w tym głupim łbie, mimo lat, sama już nie wiem.
Że olewała wszystko i wszystkich, bo ona jest jedyna, niepowtarzalna i olaboga, gdzie jest czerwony dywan, orkiestra touche i oklaski? Gdzie korona, fajerwerki? Idzie królowa, królowa jest tylko jedna i... nieważne, czy płonie świat, ważne, że wszyscy na nią patrzą, jaka to ona piękna, mądra i klękajcie narody, na kolana, na kolana, na kolana, oczy w dół, bo blask majestatu was oślepi.
Tekstem polecę: kurwa, ja pierdolę.
Amen.
Wiem. Wredna jestem, ale dobrze mi z tym :P
Idę po piwo, nie mam wyjścia :D
I abstrahując: Fejs cierpliwy jest, wszystko zniesie.
Tyle że protest na Fejsie można sobie w sumie w dupę wsadzić.
Też protestuję na Fejsie.
Ale i realnie staję.
Miała szansę, jest w miejscu, gdzie się protestuje w realu.
Ano, widział kto królową na manifie?
A mogła zostać królową manify :)
Jeżukolczasty, jaka ja jestem okrutna i jak bardzo jej nienawidzę...
Nie da się ukryć :P
czwartek, 25 lipca 2019
Wciągnęłam
na jednym posiedzeniu prawie, Kochany Pamiętniczku.
Jestem w szoku. I boję się.
Inżynier wprawdzie powiedział, że stracił szacunek do BBC, bo to taka tuba, jak u nas TVP dla pisiorów.
Ale serial jest do bólu...
Scenariusz jest możliwy do bólu.
A i ja mogę czegoś takiego spokojnie dożyć.
Porażające.
A ponaddziewięćdziesięcioletnia babcia mówi w ostatnich scenach:
Trudne to stulecie.|Trudniejsze niż się spodziewałam.
Signor, ile minęło dni
- od 31 grudnia 1999 r.?|- .
10 000, jak mgnienie oka.
10 000 dni temu byłam tu,|w tym domu.
Wasza matka była w kuchni|i myślałam sobie:
"No proszę, udało się.|Jaki fajny świat.
Brawo, Zachód,|daliśmy radę, przetrwaliśmy".
Idiotka. Jaką byłam kretynką.
Nie dostrzegałam tych klaunów
i potworów zmierzających w naszą stronę,|potykających się o siebie w uśmieszkach.
Boże, co za cyrk.
I wystarczyło 10 000 dni.
Jeszcze wina.
Co tylko dowodzi,|że potrzebujemy pieniędzy.
Dom idzie pod młotek.
Kupię sobie coś małego,|a resztę podzielicie na cztery.
Zostało nas troje.
- Daniela nie ma.|- Odszedł.
Wiem. Mam na myśli was czworo.
Za wiele nie dostanę,
nadal jesteśmy w dołku.
Ale ten dom był skarbonką od lat,|jest ruiną.
I ja, druga ruina, mówię:|przejdźmy dalej.
- To miło z twojej strony.|- Owszem.
Co nie zmienia faktu,
że to wszystko wasza wina.
- Co?|- Wszystko!
- Czyja? - Wasza!|- Jak to?
Banki, rząd, recesja,
Ameryka, pani Rook.
Wszystko poszło nie tak,|z waszej winy.
Co ja zrobiłam?
Dlaczego mam odpowiadać za cały świat?
Bo odpowiada każdy z nas.
Możemy sobie oskarżać innych,
gospodarkę, Europę,
opozycję, pogodę
albo ogromne fale historii,
jakbyśmy nie mieli na nie wpływu,|tacy bezradni i malutcy...
ale to wciąż nasza wina.|Wiecie, dlaczego.
Przez tę koszulkę za funt.
Nie potrafimy się jej oprzeć.
Widzimy koszulkę za funta|i myślimy "To okazja, biorę".
Nie, żeby była najlepsza.
Akurat nadaje się pod spód, na zimę.
Sklepikarz zarabia na niej|marne 5 pensów,
a jakiś chłopek z polem , 0, 001 pensa
i uważamy,|że to w porządku, wszyscy.
Przekazujemy funta i wkupujemy się|w ten system na zawsze.
Widziałam, jak zaczynało się psuć|w supermarketach,
kiedy zastąpili kasjerki|automatycznymi kasami.
- To nie nasza wina. Nienawidzę ich.|- Ja też.
- Wkurzają mnie.|- Ale nic nie zrobiłyście.
lat temu, czy wyszłyście,
pisałyście skargi, zmieniłyście sklep?|Nie!
Postękałyście i to wszystko.
A dziś kasjerek nie ma
i to my do tego dopuściliśmy.
- Ale...|- I myślę, że lubimy te automaty.
Chcemy ich.
Bo możemy sobie przejść|z zakupami,
nie patrząc tej kobiecie w oczy.
Tej która zarabia mniej od nas.
Pozbyliśmy się jej. Brawo.
Zatem tak, to nasza wina.
To my stworzyliśmy ten świat.
Gratulacje. Na zdrowie.
Utinam falsus vates sim.
Jestem w szoku. I boję się.
Inżynier wprawdzie powiedział, że stracił szacunek do BBC, bo to taka tuba, jak u nas TVP dla pisiorów.
Ale serial jest do bólu...
Scenariusz jest możliwy do bólu.
A i ja mogę czegoś takiego spokojnie dożyć.
Porażające.
A ponaddziewięćdziesięcioletnia babcia mówi w ostatnich scenach:
Trudne to stulecie.|Trudniejsze niż się spodziewałam.
Signor, ile minęło dni
- od 31 grudnia 1999 r.?|- .
10 000, jak mgnienie oka.
10 000 dni temu byłam tu,|w tym domu.
Wasza matka była w kuchni|i myślałam sobie:
"No proszę, udało się.|Jaki fajny świat.
Brawo, Zachód,|daliśmy radę, przetrwaliśmy".
Idiotka. Jaką byłam kretynką.
Nie dostrzegałam tych klaunów
i potworów zmierzających w naszą stronę,|potykających się o siebie w uśmieszkach.
Boże, co za cyrk.
I wystarczyło 10 000 dni.
Jeszcze wina.
Co tylko dowodzi,|że potrzebujemy pieniędzy.
Dom idzie pod młotek.
Kupię sobie coś małego,|a resztę podzielicie na cztery.
Zostało nas troje.
- Daniela nie ma.|- Odszedł.
Wiem. Mam na myśli was czworo.
Za wiele nie dostanę,
nadal jesteśmy w dołku.
Ale ten dom był skarbonką od lat,|jest ruiną.
I ja, druga ruina, mówię:|przejdźmy dalej.
- To miło z twojej strony.|- Owszem.
Co nie zmienia faktu,
że to wszystko wasza wina.
- Co?|- Wszystko!
- Czyja? - Wasza!|- Jak to?
Banki, rząd, recesja,
Ameryka, pani Rook.
Wszystko poszło nie tak,|z waszej winy.
Co ja zrobiłam?
Dlaczego mam odpowiadać za cały świat?
Bo odpowiada każdy z nas.
Możemy sobie oskarżać innych,
gospodarkę, Europę,
opozycję, pogodę
albo ogromne fale historii,
jakbyśmy nie mieli na nie wpływu,|tacy bezradni i malutcy...
ale to wciąż nasza wina.|Wiecie, dlaczego.
Przez tę koszulkę za funt.
Nie potrafimy się jej oprzeć.
Widzimy koszulkę za funta|i myślimy "To okazja, biorę".
Nie, żeby była najlepsza.
Akurat nadaje się pod spód, na zimę.
Sklepikarz zarabia na niej|marne 5 pensów,
a jakiś chłopek z polem , 0, 001 pensa
i uważamy,|że to w porządku, wszyscy.
Przekazujemy funta i wkupujemy się|w ten system na zawsze.
Widziałam, jak zaczynało się psuć|w supermarketach,
kiedy zastąpili kasjerki|automatycznymi kasami.
- To nie nasza wina. Nienawidzę ich.|- Ja też.
- Wkurzają mnie.|- Ale nic nie zrobiłyście.
lat temu, czy wyszłyście,
pisałyście skargi, zmieniłyście sklep?|Nie!
Postękałyście i to wszystko.
A dziś kasjerek nie ma
i to my do tego dopuściliśmy.
- Ale...|- I myślę, że lubimy te automaty.
Chcemy ich.
Bo możemy sobie przejść|z zakupami,
nie patrząc tej kobiecie w oczy.
Tej która zarabia mniej od nas.
Pozbyliśmy się jej. Brawo.
Zatem tak, to nasza wina.
To my stworzyliśmy ten świat.
Gratulacje. Na zdrowie.
Utinam falsus vates sim.
wtorek, 23 lipca 2019
Ostatnio
zaczynam wątpić w to, czy jestem przy zdrowych zmysłach, Kochany Pamiętniczku.
W domu, wiadomo, jak coś nie tenteges, Miśków wina, a jakże, bo rozbisurmaniły się niebywale.
A to coś schowają, a to coś przestawią, a to odemkną, nie domkną i takie tam.
Normalka.
Ale stoję ja w kuchni, a jak wiadomo, z lekka ślepa jestem, rzucam okiem za okno i co ja paczę?
Wraith.
Siedzi na ławeczce, z pieskiem, taki małym, chyba a la york, się bawi.
Kieca do kostek, brązowa i te białe, długie włosy.
Dreszcze mi po plecach poszły, a żołądek wylądował w gardle. Rachunek sumienia robię i nie, trzeźwa jestem, nie piłam procentów. Więc sruuu do pokoju, po bryle, wracam (bo z pokoju przez balkon nie widzę), a po Wraith nawet smród nie został.
No w biały dzień i na trzeźwo mieć, omamy, nosz...
Coś ze mną nie tak.
Parę dni później identyczna sytuacja, więc diagnozuję, że ze mną coraz gorzej.
Rachunki sprawdzam, czy zapłaciłam składkę na PZU, już myślę, żeby Inżynierowi pisać, gdzie ma papierów szukać i żeby się w pracy upomniał o odprawę, bo żadnej nie dostałam, może coś skapnie.
Z Wraith żartów jak wiadomo, nie ma.
Kilka dni później lezę do śmietnika, też bez okularów, więc pole widzenia nieco rozmazane mam, pacze, a Wraith do auta wsiada. Nogi się pode mną ugięły i spierdalałam do domu prawie jak Zatopek albo inna Kirszenstein-Szewińska, rekord pobiłam :)
No, ocalałam tym razem.
Ale sobie mówię, guz na mózgu się powiększa, pora umierać, żeby tylko nie bolało, olaboga.
I w sobotę, ciesząc się życiem (jeszcze), kulam się do Lidla, w okularkach, a jakże, ostro widzę, jaki piękny jest świat i... Wraith.
Stanęłam jak wryta i się lampię.
A to młoda dziewczyna, nie wiem, dlaczego w takie ciepłe dni łazi w takim burym chałacie do kostek, a głowę ma bieluteńką, te białe postronki sięgają jej poza dupę. Ma po prostu powplatane we włosy takie białe sznurki. A na smyczy za nią faktycznie york :P
Korciło mnie, żeby jej powiedzieć, że napędziła mi niesamowitego stracha, ale może nie wie, co to Wraith, zresztą i ja tego słowa poprawnie nie wymówię, więc pomyśli, że w okolicy stara wariatka mieszka i też będzie miała traumę :)
A Wraith to dla znających Stargate :)
Można sobie wygooglać :D
Wkurza mnie ten nowy odkurzacz, maksymalnie. Tak go chwalili w internetach, pierwszy raz kupiłam coś z internetowych poleceń. Jarało mnie to, że nie latam od kontaktu do kontaktu, karku nie zginam, no ale w praniu było już tylko coraz gorzej. Szarpie mój biedny dywanik, kanapy nim nie sprzątnę, ten mały ma taką kwadratową dziurkę jak ćwiartka pudełka do zapałek i gówno sam sprzątnie. Przy listwach nie odkurzy, w szparę między szafę a ścianę nie wjedzie, no obraz nędzy i rozpaczy. Taka elektryczna szczotka i to wcale nie taka dokładna, zwykłą lepiej sprzątnę.
No cóż.
Dojrzewałam.
W poniedziałek pojechałam do pracy, bo czosnek się kończy, a kupiłam czosnek od Grzesia, a i ogórki ma takie dobre, że ojapierdolę. Więc pojechałam odebrać zamówienie i wracając wlazłam do naszego osiedlowego AGD. Jakiś to pokomunistyczny sklep, tam kupiłam meble dla dzieci na kredyt dla MM, tam Eks kupił komodę i jednoosobowe łóżko, wydając na to pół kredytu, co udało mi się z trudem odkręcić.
Mniejsza z większym. Na wprost drzwi stoi on, dzielnie prężąc muskuły, przeceniony z 185 zł na 95. (Inżynier kupił na Amazonie iRoombę przecenioną o połowę, też o tym myślałam, ale ponad 1000 zł - bo takie są u nas w promocji, za coś, co posprząta w sumie jak mój bezprzewodowy, nie dziękuję.)
Pytam, w czym haczyk.
Nie ma haczyka, jest promocja.
Kupuję, ale nie zabieram, bo oprócz jebanej torebki tacham te ogórasy i czosnki od Grzesia :)
Pani jest tak uprzejma, że mówi, że poczeka na mnie, bo wszystkie egzemplarze AGD mają w sklepie w jednym egzemplarzu, bo to mały sklepik w blaszaku.
I tak lecę znów do domu jak Zatopek itede i z wózeczkiem z powrotem. Pudło nie mieści się do wózeczka, ale sam odkurzacz już tak, więc zostawiam pudło w sklepie i lecę do domu.
W domu okazuje się, że pan sprzedał mi nie takie worki, więc apiać (kilometr w jedną stronę), w sklepie okazuje się, że worki są OK, tylko ja jestem sierotą społeczną i wkładam je nie tym końcem.
Kurtyna.
Po drodze wlatuję do chińskiego badziewia, bo dzieci kochane tak opaprały mi szczotkę do kibla, że żadne czyszczenie nie pomaga, i choć kupiłam wypasioną za 30 zeta, jednak ją wypierdolę i kupię chińską. Za 3 zeta. Nie żal przy wypierdalaniu :D
Siatkę dostaję, plastikową.
I kupuję sobie świeczki w szkle, bo jesień blisko.
No, urok chińskich sklepików, badziew za grosze.
W domu włączam po raz kolejny Yugo, jeżukolczasty, jak on ssie.
Jakkolwiek to nie zabrzmiało :)
Znajduję miejsce na nowy grat, podlewam badyle i wyciągam świeczki.
Jedna, druga, trzecia rozlatuje mi się po wyjęciu z pudełka na kawałki, kawałki na podłogę, a ja na boso. Nie, nie spadła, była stłuczona, tak nieszczęśliwie odtworzyłam, że kawałki spadły. Wycofuję się jak saper z pola minowego, wskakuję w kapcie, na całe szczęście nie rozcięłam sobie nic, no ale do wieczora sprzątałam mikroskopijne kawałki szkła, bo wraz z idącym słońcem lśniły w coraz to innych miejscach.
Nie włączałam odkurzacza, a mam ich DWA, bo bałam się o worki i o ten zbiornik, szklane kawałki były jak brzytwa.
Dziś warzywka ogarnąwszy potuptałam do domu, zadowolona, bo do piątku mam wolne, potem maszynki, a potem znów wolne parę dni.
Upałów nie ma, nie jest za gorąco, więc hulaj dusza, piekła nie ma.
Czereśnie czarne, piękne, soczyste kupiłam na Manhattanie i lezę do Galerii. Papierowa torebka przecieka, więc wyciągam tę chińską reklamówkę, żeby w nią schować czereśnie i sruuu :) Pół palca przecięte, ręka zalana krwią, krwawię jak zarzynane prosię. Mam chusteczki do dupy, zawsze to jakaś dezynfekcja, ale chusteczka przemaka momentalnie. Wpadam do apteki, myśląc, że to jednak krew. Pani magister w panice, staram się nie plamić krwią i nawet mi się to udaje. Woda utleniona, plaster, wypadam na ławkę. Ogarniam się.
Zanotować w kajeciku: nie kupować badziewia w chińskim sklepiku, oprócz szczotki do kibla (worki na śmieci kupione tam śmierdzą tak, że wyeksmitowałam je na balkon, poduszka pod dupę na fotel komputerowy ze sznureczkami do wiązania, coby nie spadała od razu po przywiązaniu straciła sznurek). Foliówka nadaje się do krojenia chleba, moje noże tępsze są, a przecięłam żyłę na ukos. Jak będę kiedyś chciała ze sobą skończyć, to tylko chińską foliówką.
No nic.
Jest 18.52 gdy piszę i w dupie mam, czy wstępniak dziś dojdzie. Czekam od 15. I tak poszłam im na rękę, bo miało być zamykane wczoraj, ale im coś wypadło.
Nawet mimo całej mojej sympatii do pani piszącej wstępniak.
Wstanę jutro, to zrobię, teraz mam ochotę na zimne piwo.
Pieniądze, które mi płacą nie są warte mojego czasu.
Jak wstane jutro wcześnie, to na giełdę chcę jechać, trzeba się rozglądnąć za badylami dla Umarlaków i coś zaplanować.
Na Pierworodnego nie liczę, to było pierdu, pierdu, jak zwykle, teraz cisza w eterze. W sumie nie znalazł nawet czasu, by pojechać do swojego ojca na grób. Życie :D Ja też nie byłam u Eksa :) No ale - mniejsza z większym. Ja od lat z coraz większym trudem ogarniam całą rodzinę.
Pytałam, czy pójdą ze mną w czwartek na demonstrację.
Cisza.
Prezenty zabrał dla MW, też cisza.
Ani jednego dziękuję, nic. Nic, czy się podobały, czy nie.
Pytałam żonę Inżyniera, ale jej też nie dziękowali, ona uważa, że nie potrzeba.
A ja uważam, że trzeba.
Dziękuję za każdą chwilę, którą mi ofiarowała z Alienkiem i Kalafiorkówną, bo to jest jej czas, nie spotkała się z koleżankami, kolegami, przyjaciółmi, dała ten czas mi.
Nie musiała.
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
I boleję, że Pierworodny mych nauk nie pamięta.
Boleję tym bardziej, że wciąż słyszę, ile to robią dziadkowie dla nich.
Tak, ale ja pracuję. Dojeżdżam do pracy.
Nie mam siły ani warunków na niańczenie dwojga dzieci. Nie mam zamkniętego i ogrodzonego podwórka, schowków na rowery i basenu.
Daję, ile mogę i na ile mnie stać.
Też chciałabym usłyszeć dziękuję.
A nieważne, wracamy do starych relacji :P
Jak zazwyczaj bywało, nie mam ich adresu.
Oni mają klucze do mojego mieszkania, ale Inżynier już bąkał o zwrocie, bo to jego klucze.
I ja się o nie upomnę :)
A jutro na obiad ogórkowa z poprzedniej partii ogórasków od Grzesia, bo głupia cipa nie zrobiłam ich w słoiku, licząc, że jednak Pierworodny się skusi. Tak, głupia ze mnie cipa, co nie?
Za to ogórkowa na trzy dni palce lizać.
Mlask.
Bo i ogóraski zacnie się ukisiły :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















