już odjechał stąd, Kochany Pamiętniczku, i nie jestem pewien sam, jak to jest :)
Nie pojechałam na zjazd, od początku wiedziałam, że nie pojadę.
Lubię tych ludzi, lubię spotkania po latach.
Ale...
Wolę spotkania ot tak, a nie z okazji.
Cóż można przekazać ludziom, których nie widziało się przez ponad pół wieku, kiedy każdy żył swoim własnym życiem, swoimi szczęściami i nieszczęściami?
Konia z rzędem, kto mnie znajdzie na tym zdjęciu z IA. Sikora, jeśli to czyta siedzi na dupie i animrumra, tak samo ci, co są na fejsie :)
Ano, zdjęcie jak pierdyliard w internetach.
Inżynier dziś mówił, że dwa tygodnie przed ślubem, na który lecą, ma spotkanie ze studiów z okazji dziesięciolecia.
Serio?
To on dziesięć lat temu studia kończył?
Serio?
Nie poleci, bo koszta, bo urlop... Życie jest bolesne, powiedział zając, tuląc się do jeża... Witaj, dziecko, w moim świecie.
Byłam na spotkaniu ze studiów. I serio? Studia to były piękne dni i wspaniali ludzie.
Ale nasze drogi dawno temu się rozeszły. I nie mamy ze sobą nic wspólnego, nawet z ludźmi, z którymi wtedy byłam bardzo blisko.
Życie.
Więc nie, nie ma mnie dziś na zjeździe w R., choć może następnego nie dożyję, ale i tak dziury w moście nie będzie.
Życie toczy się z nami czy bez nas, tak samo.
Nie ma ludzi niezastąpionych.
Przykre, ale prawdziwe.
Wczoraj, przeglądając album w poszukiwaniu tej fotki znalazłam inną.
Matki dziewczyny, której matka zmarła, gdy ona miała dwa lata i... nie ma żadnej fotki swojej mamy.
A ja ją mam. Bo mój ojciec był niezłym babiarzem. Dziwkarzem go nie nazwę, wielu spraw już nie odtworzę, nie ma ludzi, a i ja nie jestem zbyt skora do drążenia.
Ale jej mamę pamiętam.
Posyłam skan.
Szok.
Pytam, czy chce fotki, bo miałam parę.
Chce. Wysłałam dziś rano. Jak łatwo niekiedy ludzi uszczęśliwić, nieprawdaż?
Niech jej te fotki dadzą chwile ukojenia...
A ja? Poprzesadzałam dziś, ogarnęłam dokładnie kuwetę, z Inżynierem i jego Połowicą pogawędziłam...
I tak życie spokojnie pędzi coraz prędzej :)
A, i na Netfliksie Wysoką dziewczynę ogarnęłam. Ot, taka hollywoodzka bajka, ale podstawić pod wzrost cokolwiek i już nie bajka. Jak chociażby IT problem z okularami. Fakt, miała niezłego zeza, ale...
Gdzie wtedy był, kurwa, mój słuch?
Naprawdę NIKT tego nie słyszał?
Kiedyś ktoś mi powiedział, że mam cudzoziemski akcent :|
Sporo razy w życiu powiedziano mi, że gdybym nie poruszyła tematu, nie zorientowano by się, że mam niedosłuch.
W sumie, mam nadzieję, że jednak bawili się beze mnie znakomicie :P
A Alienek stoi w kącie na 10, jak matka Natura przykazała. Znaczy się, jak babcia Yoda zaleciła, nie do wiary. Czeka ich długa praca, wzdech, duże wydatki. Tak czasem myślę, że trzeba słuchać matki i teściowej. Wzdech. Amen :P
sobota, 14 września 2019
piątek, 13 września 2019
A nie mówiłam
Kochany Pamiętniczku?
Mówiłam, że się Cezar pierdalnie.
No i na moje wyszło.
Parzę sobie dziś herbatkę w kuchni, a ten wpada i mnie swoją częstuje. Ojaciepierdolę. Podziękowałam, bo czarną miał, a ja czarnej nie pijam, ale mnie zatkało.
Dzień leniwie płynął, nie chodziłam, nie marudziłam, aczkolwiek wnętrzności mi skręcało.
Emilka z tej nowej firmy dostałam, że mam sobie sama policzyć, co zrobilam. Nosz, kurwa, datę urodzenia mogę dodać.
I podali stawkę, całe 3 złote polskie za 1800 zzs. Znaków ze spacjami. Padłam.
I zapytali, czy zrobię następną fuchę.
Odpisałam, że skontaktuję się jeszcze z dziewczyną, która mi to naraiła, ale...
Nie, nie wezmę tego.
Nie mam zielonego pojęcia, jak szybko czytam 1800 zzs, choć pracuję ww tym fachu od lat. Chyba szybko, albowiem tekst w jednej z netowych gazet, opisany, że jego lektura zajmuje dziesięć minut wciągnęłam w trzy. Bez wysiłku i ze zrozumieniem.
Ale nie, 3 zł to mogą płacić studentowi, nie mi. Widzę rzeczy, których student nie widzi.
Rynek zepsuli ludzie, skazani na własną działalność gospodarczą, biorący każde zlecenie, bo ZUS, czynsz - ja to wszystko rozumiem, ale...
Jestem już na takim etapie, że wszystko mogę, nic nie muszę, a naprawdę współpraca z ludźmi nieszanującymi mojego czasu, którzy nawet nie raczą mi wysłać wiadomości, że dziś nic nie będzie, za te marne 3 zł za stronę maszynopisu.
Dziękuję, postoję, wolę w tym czasie wypić piwo czy wino, nie sprawdzając nerwowo, czy coś na poczcie jest, iść na spacer, nie wiem - cokolwiek.
Pani prosiła o informację, bo jak nie, to musi szukać kogoś innego.
Małpa jestem, odpiszę jak oni.
W poniedziałek. Do dziś nie mam umowy.
W sumie z przyjemnością odpuściłabym te grosze, gdyby nie to, że więcej czasu straciłam na czekanie na materiały niż na samą pracę.
Więc nie, nie biorę.
Lata temu dostałam zlecenie, a jakże, ze stolicy. Kiedy byłam jeszcze młoda i piękna, nawet już nie pamiętam od kogo. I płacili 5 zł za 1800 zzs :) Więc nie. NIE. Dużymi literami. Jeszcze mi głód w oczy nie zagląda.
A jak zaglądnie, to lepiej na kasę do Biedronki czy sprzątać w galerii.
To się nazywa wyzysk człowieka.
Ale wracając do naszych baranów, jak żabojady mówią, a ściślej do Cezara.
Korekcę sobie spokojnie, nie wyrywając rękawów, nawet Bossa zadziwiłam umiejętnością wstawiania strzałek (wyszłam z gabinetu jak zdobywca Oscara, tylko statuetki mi brakowało i nie jestem na tyle niedorozwinięta, żeby mu się przyznać bez tortur, że wszędzie jest prosta opcja kopiuj, wklej) :)
Dobijam do końca powoli, nagle drgnęło i wysyp i tadam...
Spis treści korekcę i...
W tytule błąd.
Wpadam, jak to ja, w panikę, no ale jeszcze nic do drukarni nie poszło, nic straconego...
Myślałam, że to wywiad Bossa i narobiłam rabanu, a Boss na mnie jak na wariatkę patrzy...
Okazało się, że to wywiad Cezara.
Idę i mówię mu, że ma byka i to w tytule.
Niemożliwe.
Możliwe, sama widziałam, ale że już zamknięte, to nic nie zrobię, musi iść po prośbie do grafika.
Otwiera tekst, który mu się nie otwiera przez wieki (mój kompik śmiga jak strzała, chociaż jest najstarszy w redakcji, albowiem pomna nauk Inżyniera, nie zapisuję nic na pulpicie. Redaktory zaś na pulpicie mają wszystko i zwykły Word otwiera im się godzinami. A dyski mamy wyjechane w Kosmos, w domu mogę o takim pomarzyć. Zwracałam im na to uwagę, posłuchała tylko jedna kobiałka i była zdziwiona, że jej kompik dycha). Szuka w panice w wydrukach, których nie ma, albowiem je w niszczarce niszczy. Cyrk, jaja jak brylanty. Nagle stuka się w czachę i mówi: nie puściła pani błędu, zmieniałem tytuł.
Ta... Wyrzeźbił, jak to oni mówią. Byka sobie wyrzeźbił.
I tym cudownym zbiegiem okoliczności nie poszedł błąd w tytule, choć to i piątek, i trzynastego :)
Nie mówiłam, że karma to suka i go dopadnie?
I robiąc po raz trzeci korektę tego samego tekstu, objechałam "wielką" panią redachtór z Warszawy. Odpisała, że nie wie, co mnie tak wkurwia. Ano to, że mam obowiązek zrobić dwie korekty. Jeżeli ktoś ma - jak to oni tłumaczą przewalone - to kolejna korekta jest moją dobrą wolą, nie obowiązkiem.
Czytając po raz kolejny wypociny, bo dobrym tekstem trudno to nazwać, mam odruch wymiotny, tym bardziej gdy widzę, że dostaje to w stanie wskazującym na totalne olanie: niedokończone, urwane podpisy, błędy graficzne, których korygowanie nie należy do mnie, ale koryguję, bo kurwa, jak można puszczać taką niedoróbkę?
Pisze, że dopisywała i chce, by było idealnie.
To niech dośle te dopiski, a nie 6 stron o kant dupy potłuc. Za którymś tam razem po prostu nie widzę błędów.
Ale...
Olałam emilka ciepłym strumieniem moczu...
Niech sobie też, kurwa poczeka na odpowiedź.
Badylki podlałam, ciasteczka z kompika wywaliłam, okno zamknęłam, posprzątałam i udałam się na zasłużony weekendowy odpoczynek.
Burzę przeżyłam.
Ogarnęłam mieszkanie wzrokiem bez okularów (czysto, ciemno, nic nie widać) i postanowiłam spędzić wieczór nic nie muszę.
Więc nic nie muszę.
I robię, co chcę :D
No, babcia zawsze mówiła: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, ale...
Raz mogę być niegrzeczną wnuczką, co nie?
A Alienek chodzi do logopedy. Dziś miał pierwszą wizytę i choć się buntował, jednak współpracował.
Jak bardzo chcemy, by nasze dzieci i wnuki miały z górki, nie pod górkę.
Miałam mniej opcji, takie były czasy. To, co mam, to zasługa mojej Mamy, która o mnie zawsze walczyła.
Mam piękne życie.
I on sobie też poradzi :) Nie ma innej opcji :)
Mówiłam, że się Cezar pierdalnie.
No i na moje wyszło.
Parzę sobie dziś herbatkę w kuchni, a ten wpada i mnie swoją częstuje. Ojaciepierdolę. Podziękowałam, bo czarną miał, a ja czarnej nie pijam, ale mnie zatkało.
Dzień leniwie płynął, nie chodziłam, nie marudziłam, aczkolwiek wnętrzności mi skręcało.
Emilka z tej nowej firmy dostałam, że mam sobie sama policzyć, co zrobilam. Nosz, kurwa, datę urodzenia mogę dodać.
I podali stawkę, całe 3 złote polskie za 1800 zzs. Znaków ze spacjami. Padłam.
I zapytali, czy zrobię następną fuchę.
Odpisałam, że skontaktuję się jeszcze z dziewczyną, która mi to naraiła, ale...
Nie, nie wezmę tego.
Nie mam zielonego pojęcia, jak szybko czytam 1800 zzs, choć pracuję ww tym fachu od lat. Chyba szybko, albowiem tekst w jednej z netowych gazet, opisany, że jego lektura zajmuje dziesięć minut wciągnęłam w trzy. Bez wysiłku i ze zrozumieniem.
Ale nie, 3 zł to mogą płacić studentowi, nie mi. Widzę rzeczy, których student nie widzi.
Rynek zepsuli ludzie, skazani na własną działalność gospodarczą, biorący każde zlecenie, bo ZUS, czynsz - ja to wszystko rozumiem, ale...
Jestem już na takim etapie, że wszystko mogę, nic nie muszę, a naprawdę współpraca z ludźmi nieszanującymi mojego czasu, którzy nawet nie raczą mi wysłać wiadomości, że dziś nic nie będzie, za te marne 3 zł za stronę maszynopisu.
Dziękuję, postoję, wolę w tym czasie wypić piwo czy wino, nie sprawdzając nerwowo, czy coś na poczcie jest, iść na spacer, nie wiem - cokolwiek.
Pani prosiła o informację, bo jak nie, to musi szukać kogoś innego.
Małpa jestem, odpiszę jak oni.
W poniedziałek. Do dziś nie mam umowy.
W sumie z przyjemnością odpuściłabym te grosze, gdyby nie to, że więcej czasu straciłam na czekanie na materiały niż na samą pracę.
Więc nie, nie biorę.
Lata temu dostałam zlecenie, a jakże, ze stolicy. Kiedy byłam jeszcze młoda i piękna, nawet już nie pamiętam od kogo. I płacili 5 zł za 1800 zzs :) Więc nie. NIE. Dużymi literami. Jeszcze mi głód w oczy nie zagląda.
A jak zaglądnie, to lepiej na kasę do Biedronki czy sprzątać w galerii.
To się nazywa wyzysk człowieka.
Ale wracając do naszych baranów, jak żabojady mówią, a ściślej do Cezara.
Korekcę sobie spokojnie, nie wyrywając rękawów, nawet Bossa zadziwiłam umiejętnością wstawiania strzałek (wyszłam z gabinetu jak zdobywca Oscara, tylko statuetki mi brakowało i nie jestem na tyle niedorozwinięta, żeby mu się przyznać bez tortur, że wszędzie jest prosta opcja kopiuj, wklej) :)
Dobijam do końca powoli, nagle drgnęło i wysyp i tadam...
Spis treści korekcę i...
W tytule błąd.
Wpadam, jak to ja, w panikę, no ale jeszcze nic do drukarni nie poszło, nic straconego...
Myślałam, że to wywiad Bossa i narobiłam rabanu, a Boss na mnie jak na wariatkę patrzy...
Okazało się, że to wywiad Cezara.
Idę i mówię mu, że ma byka i to w tytule.
Niemożliwe.
Możliwe, sama widziałam, ale że już zamknięte, to nic nie zrobię, musi iść po prośbie do grafika.
Otwiera tekst, który mu się nie otwiera przez wieki (mój kompik śmiga jak strzała, chociaż jest najstarszy w redakcji, albowiem pomna nauk Inżyniera, nie zapisuję nic na pulpicie. Redaktory zaś na pulpicie mają wszystko i zwykły Word otwiera im się godzinami. A dyski mamy wyjechane w Kosmos, w domu mogę o takim pomarzyć. Zwracałam im na to uwagę, posłuchała tylko jedna kobiałka i była zdziwiona, że jej kompik dycha). Szuka w panice w wydrukach, których nie ma, albowiem je w niszczarce niszczy. Cyrk, jaja jak brylanty. Nagle stuka się w czachę i mówi: nie puściła pani błędu, zmieniałem tytuł.
Ta... Wyrzeźbił, jak to oni mówią. Byka sobie wyrzeźbił.
I tym cudownym zbiegiem okoliczności nie poszedł błąd w tytule, choć to i piątek, i trzynastego :)
Nie mówiłam, że karma to suka i go dopadnie?
I robiąc po raz trzeci korektę tego samego tekstu, objechałam "wielką" panią redachtór z Warszawy. Odpisała, że nie wie, co mnie tak wkurwia. Ano to, że mam obowiązek zrobić dwie korekty. Jeżeli ktoś ma - jak to oni tłumaczą przewalone - to kolejna korekta jest moją dobrą wolą, nie obowiązkiem.
Czytając po raz kolejny wypociny, bo dobrym tekstem trudno to nazwać, mam odruch wymiotny, tym bardziej gdy widzę, że dostaje to w stanie wskazującym na totalne olanie: niedokończone, urwane podpisy, błędy graficzne, których korygowanie nie należy do mnie, ale koryguję, bo kurwa, jak można puszczać taką niedoróbkę?
Pisze, że dopisywała i chce, by było idealnie.
To niech dośle te dopiski, a nie 6 stron o kant dupy potłuc. Za którymś tam razem po prostu nie widzę błędów.
Ale...
Olałam emilka ciepłym strumieniem moczu...
Niech sobie też, kurwa poczeka na odpowiedź.
Badylki podlałam, ciasteczka z kompika wywaliłam, okno zamknęłam, posprzątałam i udałam się na zasłużony weekendowy odpoczynek.
Burzę przeżyłam.
Ogarnęłam mieszkanie wzrokiem bez okularów (czysto, ciemno, nic nie widać) i postanowiłam spędzić wieczór nic nie muszę.
Więc nic nie muszę.
I robię, co chcę :D
No, babcia zawsze mówiła: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, ale...
Raz mogę być niegrzeczną wnuczką, co nie?
A Alienek chodzi do logopedy. Dziś miał pierwszą wizytę i choć się buntował, jednak współpracował.
Jak bardzo chcemy, by nasze dzieci i wnuki miały z górki, nie pod górkę.
Miałam mniej opcji, takie były czasy. To, co mam, to zasługa mojej Mamy, która o mnie zawsze walczyła.
Mam piękne życie.
I on sobie też poradzi :) Nie ma innej opcji :)
środa, 11 września 2019
Operacja
Powidła zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Ale zacznijmy od początku.
Dziś okazało się, że, a jakże, przegląd stron mamy i omówienie tematów na styczeń.
Hehehehehe...
No to idę do Bossa i mówię, że jak nic nie ma, to ja idę do domu, bo jutro będę kiblować po godzinach.
No, oberwałam, że jak nie ma, że po zebraniu.
I tłumaczenie, że ja do 13 dziś.
A chuj.
Za pół godziny dostanę materiał.
Z nudów polazłam na zebranie, pierdolenie o Szopenie, że w tym miesiącu mamy mało stron.
Nosz, ale w ubiegłym mieliśmy z górką plus ekstrasy. To nic?
I że urlopy mamy wybierać, bo między świętami mamy trzy tygodnie wolne.
Tak, kurwa, znów wypiszę mu wolne na dni kiedy mam wolne, niedoczekanie jego.
Po zebraniu czekam pół godziny.
Tekstów nie ma.
Bossa też nie ma.
No, pokazał, kurwa, że ma niewolnika, chłopa pańszczyźnianego.
A co, kto bogatemu zabroni?
Wrzałam jak wrzący czajnik, ale co mogłam zrobić?
Skoro go nie ma, to odmeldowałam się u wice, która była przy tych pamiętnych "za pół godziny" i dołożyła, że ona też coś ma.
Już nie miała, jak jej mówiłam, tylko spytała rozdzierająco, jak umierająca Ofelia: na pewno nic nie wysłał? Bo ja nic nie mam. Tak to ludzie mają krótką pamięć.
Nie, kurwa, nic nie wysłał.
No nic :)
Słoneczko grzało, tak cudownie, wrześniowo, łagodnie.
Tak mi się poniekąd zdawało, gdy prułam na pętlę, chytrze kombinując, jak dojadę do chaty babci Sikory, w celu dostarczenia obiecanych powideł. Bom ich dla Sikory nasmażyła. Ostatni raz byłam w tej chacie, jak jeszcze Sikora była dziewczyną Inżyniera, a to było za czasów dinozaurów.
A chatka na Świerczewie się znajduje, przez które i owszem, przejeżdżam autobusem bezpośrednim do pracy, którym nie jeżdżę, bo jeździ co pól godziny i szybciej jestem w domu jadąc wokół, z trzema przesiadkami.
Trasę odgapiłam na Google Maps i tadam.
Dumna z siebie wysiadłam na Buczka, bo Googiel mówił, że to rzut beretem do ulicy, której szukałam.
Mój geniusz terenowy jednak coś pogrzebał przy moim żyrokompasie i łaziłam po tym jebanym Świerczewie, a wszyscy pytani o ulicę robili wielkie oczy jak pięciozłotówki i nawet stare babcie, wyglądające na to, że życie tu spędziły, łażące z kundlami (kto łażący z kundlami nie zna okolicy?) ani dzieci (dzieci niewiedzące, co jest w okolicy to woła o pomstę do nieba), ulice tonące w piachu (tak samo tonęły w piachu te kilkanaście lat temu), i żar lejący się z nieba,a ja wody nie zabrałam. Żadnego sklepiku na wielu z uliczek, którymi krążyłam.
Mapy w telefonie prowadziły mnie w odwrotną stronę niż powinny, a może to mój rozwalony żyrokompas? :)
Prawie doszłam do Opolskiej i tam starsze małżeństwo skierowało mnie we właściwym kierunku, na mapie nagle pojawiły się ulice, i szła nimi taka kropka, znaczy się ja :)
I tak dotarłam do celu, gdzie zastałam sytuację, która zmartwiła Sikorę, ale udało mi się zostawić powidła, kończąc ją sukcesem.
Ostateczny sukces będzie, gdy powidła dotrą do adresatki :)
No i nagle okazało się, że wiem, gdzie jestem, tadam.
Żabka, a ja jak ten włóczęga, co ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Ale nie, nie Rydzykowi nie damy ani złotówki, więc dalej...
... ach witaj mi matko najdroższa...
Chata Polska, ale nie, nie, drogo tam (taka się, kurde, oszczędna zrobiłam)...
... czy zdrowi ojciec mój i brat...
I tadam, jest Biedronka :)
URATOWANA :P
Smoothie zimniutkie jak noc poślubna w dłoń i...
nawet z głodu można nie umrzeć w wiosce, co nie, wystarczy się tylko ze Świerczewa wyrwać.
Koło przystanku autobusowego, chyba kania, ale nie znam się, a życie - mimo wszystko jest mi miłe :)
Więc per pedes do domu, tunelem, którego nie cierpię, ale o dziwo, nie zasapałam się.
Za to zanim dotarłam do pieleszy, obtarłam sobie nogę! W kapciach, w których przechodziłam całe lato! Na Świerczewie piachu mi się nasypało do sandałów i nie dał się wysypać.
Trudno.
Zakupy zrobiłam żywnościowe, tak że obiadek na jutro mam i nie będę się wkurwiała na Bossa. Bo wkurwianie z pełnym żołądkiem nie bardzo wychodzi.
No nic.
Robię też to, co poleciła mi dziewczyna, z którą kiedyś pracowałam.
I to jest pierwsza i ostatnia rzecz, którą im zrobię.
Jeszcze większy bajzel jak u mnie, teksty przychodzą późno wieczorem, dziś miałam dostać ostatnie, jest 20.01 i nic jeszcze nie ma. A chcą mieć zrobione dziś. Sorry Winnetou, płacą najniższą stawkę na rynku, pewno, że warto mieć parę groszy więcej, ale nie za cenę czekania cały dzień.
Miałam dostać umowę, podać swoje dane, dowiedzieć się, jaka stawka. I nic.
Nie, nie jest to warte moich nerwów i mojego spokoju. Co miesiąc mam siedzieć i czekać na robotę? Wtedy, kiedy chcę już o niej nie myśleć? I to jeszcze nie w godzinach od do, ale jak grafik da?
Pełno bezrobotnych korektorek chodzi po ziemi, niech sobie inną złapię.
Skończę to, co zaczęłam, ale odmówię dalej.
Pierdolenie Kaczora, że 4 tysiące minimalnej.
Owszem, mogę tyle zarobić, ale kosztem dyspozycyjności non stop dniem i nocą. To jaka to minimalna?
Milionów nie mam zamiaru zgromadzić, tak długo żyła nie będę.
A na Świerczewie już, kurwa, znów palą w piecach i śmierdzi smog. No ale skoro tyle węgla przywieźli z Mozambiku i innych Chin, to nic dziwnego, że ludzie już smrodzą.
Dzisiaj 11 września. Dla mnie podwójnie tragiczny, bo to i Nowy Jork, i Paweł.
A jutro Mama.
Niech ten wrzesień mija szybko, w podskokach.
Dogadałam się z gościem od mycia grobów i na Wszystkich Świętych mam termin zaklepany, co niejaką ulgę mi przyniosło.
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)
Ale zacznijmy od początku.
Dziś okazało się, że, a jakże, przegląd stron mamy i omówienie tematów na styczeń.
Hehehehehe...
No to idę do Bossa i mówię, że jak nic nie ma, to ja idę do domu, bo jutro będę kiblować po godzinach.
No, oberwałam, że jak nie ma, że po zebraniu.
I tłumaczenie, że ja do 13 dziś.
A chuj.
Za pół godziny dostanę materiał.
Z nudów polazłam na zebranie, pierdolenie o Szopenie, że w tym miesiącu mamy mało stron.
Nosz, ale w ubiegłym mieliśmy z górką plus ekstrasy. To nic?
I że urlopy mamy wybierać, bo między świętami mamy trzy tygodnie wolne.
Tak, kurwa, znów wypiszę mu wolne na dni kiedy mam wolne, niedoczekanie jego.
Po zebraniu czekam pół godziny.
Tekstów nie ma.
Bossa też nie ma.
No, pokazał, kurwa, że ma niewolnika, chłopa pańszczyźnianego.
A co, kto bogatemu zabroni?
Wrzałam jak wrzący czajnik, ale co mogłam zrobić?
Skoro go nie ma, to odmeldowałam się u wice, która była przy tych pamiętnych "za pół godziny" i dołożyła, że ona też coś ma.
Już nie miała, jak jej mówiłam, tylko spytała rozdzierająco, jak umierająca Ofelia: na pewno nic nie wysłał? Bo ja nic nie mam. Tak to ludzie mają krótką pamięć.
Nie, kurwa, nic nie wysłał.
No nic :)
Słoneczko grzało, tak cudownie, wrześniowo, łagodnie.
Tak mi się poniekąd zdawało, gdy prułam na pętlę, chytrze kombinując, jak dojadę do chaty babci Sikory, w celu dostarczenia obiecanych powideł. Bom ich dla Sikory nasmażyła. Ostatni raz byłam w tej chacie, jak jeszcze Sikora była dziewczyną Inżyniera, a to było za czasów dinozaurów.
A chatka na Świerczewie się znajduje, przez które i owszem, przejeżdżam autobusem bezpośrednim do pracy, którym nie jeżdżę, bo jeździ co pól godziny i szybciej jestem w domu jadąc wokół, z trzema przesiadkami.
Trasę odgapiłam na Google Maps i tadam.
Dumna z siebie wysiadłam na Buczka, bo Googiel mówił, że to rzut beretem do ulicy, której szukałam.
Mój geniusz terenowy jednak coś pogrzebał przy moim żyrokompasie i łaziłam po tym jebanym Świerczewie, a wszyscy pytani o ulicę robili wielkie oczy jak pięciozłotówki i nawet stare babcie, wyglądające na to, że życie tu spędziły, łażące z kundlami (kto łażący z kundlami nie zna okolicy?) ani dzieci (dzieci niewiedzące, co jest w okolicy to woła o pomstę do nieba), ulice tonące w piachu (tak samo tonęły w piachu te kilkanaście lat temu), i żar lejący się z nieba,a ja wody nie zabrałam. Żadnego sklepiku na wielu z uliczek, którymi krążyłam.
Mapy w telefonie prowadziły mnie w odwrotną stronę niż powinny, a może to mój rozwalony żyrokompas? :)
Prawie doszłam do Opolskiej i tam starsze małżeństwo skierowało mnie we właściwym kierunku, na mapie nagle pojawiły się ulice, i szła nimi taka kropka, znaczy się ja :)
I tak dotarłam do celu, gdzie zastałam sytuację, która zmartwiła Sikorę, ale udało mi się zostawić powidła, kończąc ją sukcesem.
Ostateczny sukces będzie, gdy powidła dotrą do adresatki :)
No i nagle okazało się, że wiem, gdzie jestem, tadam.
Żabka, a ja jak ten włóczęga, co ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Ale nie, nie Rydzykowi nie damy ani złotówki, więc dalej...
... ach witaj mi matko najdroższa...
Chata Polska, ale nie, nie, drogo tam (taka się, kurde, oszczędna zrobiłam)...
... czy zdrowi ojciec mój i brat...
I tadam, jest Biedronka :)
URATOWANA :P
Smoothie zimniutkie jak noc poślubna w dłoń i...
nawet z głodu można nie umrzeć w wiosce, co nie, wystarczy się tylko ze Świerczewa wyrwać.
Koło przystanku autobusowego, chyba kania, ale nie znam się, a życie - mimo wszystko jest mi miłe :)
Więc per pedes do domu, tunelem, którego nie cierpię, ale o dziwo, nie zasapałam się.
Za to zanim dotarłam do pieleszy, obtarłam sobie nogę! W kapciach, w których przechodziłam całe lato! Na Świerczewie piachu mi się nasypało do sandałów i nie dał się wysypać.
Trudno.
Zakupy zrobiłam żywnościowe, tak że obiadek na jutro mam i nie będę się wkurwiała na Bossa. Bo wkurwianie z pełnym żołądkiem nie bardzo wychodzi.
No nic.
Robię też to, co poleciła mi dziewczyna, z którą kiedyś pracowałam.
I to jest pierwsza i ostatnia rzecz, którą im zrobię.
Jeszcze większy bajzel jak u mnie, teksty przychodzą późno wieczorem, dziś miałam dostać ostatnie, jest 20.01 i nic jeszcze nie ma. A chcą mieć zrobione dziś. Sorry Winnetou, płacą najniższą stawkę na rynku, pewno, że warto mieć parę groszy więcej, ale nie za cenę czekania cały dzień.
Miałam dostać umowę, podać swoje dane, dowiedzieć się, jaka stawka. I nic.
Nie, nie jest to warte moich nerwów i mojego spokoju. Co miesiąc mam siedzieć i czekać na robotę? Wtedy, kiedy chcę już o niej nie myśleć? I to jeszcze nie w godzinach od do, ale jak grafik da?
Pełno bezrobotnych korektorek chodzi po ziemi, niech sobie inną złapię.
Skończę to, co zaczęłam, ale odmówię dalej.
Pierdolenie Kaczora, że 4 tysiące minimalnej.
Owszem, mogę tyle zarobić, ale kosztem dyspozycyjności non stop dniem i nocą. To jaka to minimalna?
Milionów nie mam zamiaru zgromadzić, tak długo żyła nie będę.
A na Świerczewie już, kurwa, znów palą w piecach i śmierdzi smog. No ale skoro tyle węgla przywieźli z Mozambiku i innych Chin, to nic dziwnego, że ludzie już smrodzą.
Dzisiaj 11 września. Dla mnie podwójnie tragiczny, bo to i Nowy Jork, i Paweł.
A jutro Mama.
Niech ten wrzesień mija szybko, w podskokach.
Dogadałam się z gościem od mycia grobów i na Wszystkich Świętych mam termin zaklepany, co niejaką ulgę mi przyniosło.
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)
poniedziałek, 9 września 2019
Zamotana
ta sobota była, Kochany Pamiętniczku, zakręcona jak świński ogonek.
Najpierw sobie Kierownik Budowy przypomniał, że dziś jest jakiś międzygalaktyczny kurs tai-chi, którego absolutnie ominąć nie może, bo się świat zawali i wydelegował do likwidowania garażu brata.
Potem Pierworodny z leksza focha strzelił, że sobotę ma popsutą, na co mu powiedziałam, że maszyny brać nie musi, spoko, coś z nią zrobię.To się odfoszył, że jednak weźmie.
Potem obie maszyny dojechały z przygodami, ale dojechały.
I tak ja wzięłam tę starsza, gorszą, po Cioci, z odłupaną intarsją, albowiem ma ona
płaską w miarę skrzynię, na której od biedy można parę badyli upchnąć.
Zdjęcia robione kalkulatorem, trudno.
Nie mam czasu :)
Przydałoby się malowanie, może dojrzeję, ale intarsji nie naprawię. Przydałby mi się taki typ, jak mąż Dory, ale rwać faceta tylko po to, by dechy poskładał?
Nie...
No a mieszkanie skurczyło się, ale...
Jaki piękny pierdalnik, co nie? I już się żadni goście nie zmieszczą, a o to chodziło, co nie?
Wiem, wiem, umrę sama, badyle mnie zarosną, o ile nie padną od niepodlewania i takie tam.
No nic, co ma być będzie.
Inżynier zadzwonił, przytulił, bo wiadomo, 7 września. Pierworodny się nawet nie zająknął. Nic, zero, null.
KURWA.
Inżynier powiedział, że mam na siłę nie jechać do K., bo wykorkuję od tego latania. Pierworodny nawet się nie zająknął o wyjeździe do K. A miał tam zawieźć dzieci. Żeby poznały drzewo genealogiczne...
Alienek pójdzie we wtorek, znaczy się jutro do logopedy.
Nie mówi, a powinien. Tzn. mówi, ale swoim volapükiem, pojedyńcze słowa.
Wizyta 40 funtów, ale znaleźli polskiego logopedę w W.
No cóż, uroki rodzicielstwa. Miałam pod tym względem łatwiej, że wżeniłam się w rodzinę lekarską, no i w PL zawsze było z dostępem, nawet prywatnym, taniej i łatwiej. I nie miałam takich problemów.
No nic.
Już dawno na to zwracałam uwagę, bo moje mając 1,5 roku gadały jak nakręcone. Po mamusi.
A i na nocnik leciały, a tu są problemy, że nawet jak miał specjalne pieluszki, które na podłogę nie przepuszczą sików, ale w gaciach jest mokro to nie reagował.
No nie wiem.
Przykro mi, ale to nie moja bajka.
To niemówienie mnie martwi, bo poród był kleszczowy. Słyszy, to ma zbadane, więc nie słuch jest przyczyną.
A Mała Wiedźma ma po ojcu słuch wybiórczy: słyszy to, co słyszeć chce albo czego słyszeć nie powinna, reszta spływa po niej jak woda po kaczce.
Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy.
Listy czytałam, moje, studenckie.
Nie wiem, jakim cudem listy, które pisałam do mojej przyrodniej siostry znalazły się z powrotem w moim posiadaniu.
I dobrze, że się znalazły.
Czytam, niszczę, przerażona moją głupotą i niską samooceną, a pisałam wtedy epistoły na 4 kartki A4 dziennie, nie takie notki jak dziś.
Jak ja nie doceniałam swojej urody, bo nie byłam brzydką laską, mojego rozumu i tego, co potrafiłam MIMO ŻE MAM NIEDOSŁUCH.
I nikt mi wtedy, kurwa nie powiedział, że nie jestem gorsza od innych, bo mam krzywy nos (ojapierdolę, ile ja się w lusterko nagapiłam, pod wszystkimi kątami, bo "rzymski nos" sobie ubzdurałam, że niby z garbkiem i że sranie w banie), małe cycki, rudawe kudły, dużą dupę, szerokie biodra i chuj jeszcze wi co...
A byłam po prostu fajną laską, z cieniusieńką talią, ważącą przy 160 wzrostu 45 kg, choć słodycze żarłam namiętnie.
Mądrą, oczytaną.
Biedną jak mysz kościelna i wciąż myślącą, że gdybym dobrze słyszała i miała SAME piątki, a nie te parę czwórek, to może tatuś by tyle nie pił.
Wszystkie grzechy świata na siebie brałam, nazywałam się milion i za miliony cierpiałam katusze...
I nie wiedziałam, że jestem super, bo potrafiłam usadzić na miejscu żonatego gościa, do którego ojciec wysłał mnie po pomidory, a który próbował mi wsadzić ręce pod spódnicę. Wywaliłam mu na łeb koszyk z pomidorami i ze słowami: chyba ojcu będzie się podobała informacja o tym, co pan robi równie jak ta, którą pan mu przekazał, że o 3 nad ranem po zabawie całowałam się z chłopakiem, z moim chłopakiem przed domem. Biedny pan jest, że musi po nocach cudze życie obserwować...
Niestety, ojciec na moją informację o tym, zamiast iść i facetowi nakłaść albo w morde dać, powiedział tylko: przecież ci nic nie zrobił, a K. mógł coś ci zrobić.
Kurwa, takie wtedy było #meetoo. I jeszcze dodał: po co takie krótkie spódniczki nosisz?
Z listów widzę, jak rozpaczliwe wtedy szukałam kogoś, kto będzie...
No właśnie, nawet nie kochał mnie w tym sensie, choć listy ociekają seksem, miłością i innymi pierdołami tak, że brazylijska telenowela może się schować.
Że będzie mnie rozumiał i dzielił ze mną tę jebaną skibkę chleba pół na pół, ciągnął tę taczkę pod górkę i z górki ją spychał.
Takim facetem mógł być Eda, na dokładkę był tak podobny do Redforda, jakby skórę z niego zdarł, no ale był TAK księdzem, że nie było innej opcji.
Pocieszył, jak starszy brat (nigdy nie zgadzał się na rozmowy tete a tete, zawsze trzeba było przyjść z koleżanką albo przyjaciółką), rany ojojał, pomógł, ale... Nie wiem, może był gejem :) Jedno wiem: naprostował niektóre moje odchylenia, ale za krótko był tak naprawdę w moim życiu, żeby to zadziałało.
Poszukam też jego listów. Tych nie zniszczę, bo są zbyt cenne.
Sezon świec, światełek, zamyślenia, zadumy tuż-tuż. I niewychodzenia z domu, bo dziś już 3 ostrzeżenia dostałam, żeby nie wychodzić.
Lało, gdy wstałam, jakby to listopad był i zimno też kurewsko.
I praca, na zasadzie w tym szaleństwie jest metoda.
Przeczytałam dziś ponad 100 stron w niespełna 8 godzin.
Ale wszystko, co miało pójść do drukarni, poszło.
I jeszcze u Bossa byłam i nie krępując się, poprosiłam grzecznie o 300 zł więcej do pensji, bo narobiłam się ekstrasów i dodatków po kokardkę i kucyki, a muszę wykupić licencję na Offica. Spojrzał i powiedział: dobrze.
Zobaczymy po wypłacie, upomnę się. Bo i moja macierzysta firma z tego korzysta, a ja pracuję uczciwie.
Nie oszukuję i nie kradnę i jestem warta każdych pieniędzy.
Teraz, to, kurwa, wiem.
Może trochę za późno, ale wiem.
I nie pragnę już tak straceńczo miłości, uczucia i drugiego człowieka.
Bo człowiek zawsze jest samotną wyspą.
I wiem, generalizuję, ale dobrze mi w tej roli.
A tyle jeszcze listów do zlikwidowania przede mną, że ojapierdolę.
I nie, nie zeskanuję ich, jak pierwotnie zamierzałam.
Znikną w niepamięci.
Nie wszystko na sprzedaż.
I nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Czasem naprawdę lepiej nie pamiętać.
Najpierw sobie Kierownik Budowy przypomniał, że dziś jest jakiś międzygalaktyczny kurs tai-chi, którego absolutnie ominąć nie może, bo się świat zawali i wydelegował do likwidowania garażu brata.
Potem Pierworodny z leksza focha strzelił, że sobotę ma popsutą, na co mu powiedziałam, że maszyny brać nie musi, spoko, coś z nią zrobię.To się odfoszył, że jednak weźmie.
Potem obie maszyny dojechały z przygodami, ale dojechały.
I tak ja wzięłam tę starsza, gorszą, po Cioci, z odłupaną intarsją, albowiem ma ona
płaską w miarę skrzynię, na której od biedy można parę badyli upchnąć.
Zdjęcia robione kalkulatorem, trudno.
Nie mam czasu :)
Przydałoby się malowanie, może dojrzeję, ale intarsji nie naprawię. Przydałby mi się taki typ, jak mąż Dory, ale rwać faceta tylko po to, by dechy poskładał?
Nie...
No a mieszkanie skurczyło się, ale...
Jaki piękny pierdalnik, co nie? I już się żadni goście nie zmieszczą, a o to chodziło, co nie?
Wiem, wiem, umrę sama, badyle mnie zarosną, o ile nie padną od niepodlewania i takie tam.
No nic, co ma być będzie.
Inżynier zadzwonił, przytulił, bo wiadomo, 7 września. Pierworodny się nawet nie zająknął. Nic, zero, null.
KURWA.
Inżynier powiedział, że mam na siłę nie jechać do K., bo wykorkuję od tego latania. Pierworodny nawet się nie zająknął o wyjeździe do K. A miał tam zawieźć dzieci. Żeby poznały drzewo genealogiczne...
Alienek pójdzie we wtorek, znaczy się jutro do logopedy.
Nie mówi, a powinien. Tzn. mówi, ale swoim volapükiem, pojedyńcze słowa.
Wizyta 40 funtów, ale znaleźli polskiego logopedę w W.
No cóż, uroki rodzicielstwa. Miałam pod tym względem łatwiej, że wżeniłam się w rodzinę lekarską, no i w PL zawsze było z dostępem, nawet prywatnym, taniej i łatwiej. I nie miałam takich problemów.
No nic.
Już dawno na to zwracałam uwagę, bo moje mając 1,5 roku gadały jak nakręcone. Po mamusi.
A i na nocnik leciały, a tu są problemy, że nawet jak miał specjalne pieluszki, które na podłogę nie przepuszczą sików, ale w gaciach jest mokro to nie reagował.
No nie wiem.
Przykro mi, ale to nie moja bajka.
To niemówienie mnie martwi, bo poród był kleszczowy. Słyszy, to ma zbadane, więc nie słuch jest przyczyną.
A Mała Wiedźma ma po ojcu słuch wybiórczy: słyszy to, co słyszeć chce albo czego słyszeć nie powinna, reszta spływa po niej jak woda po kaczce.
Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy.
Listy czytałam, moje, studenckie.
Nie wiem, jakim cudem listy, które pisałam do mojej przyrodniej siostry znalazły się z powrotem w moim posiadaniu.
I dobrze, że się znalazły.
Czytam, niszczę, przerażona moją głupotą i niską samooceną, a pisałam wtedy epistoły na 4 kartki A4 dziennie, nie takie notki jak dziś.
Jak ja nie doceniałam swojej urody, bo nie byłam brzydką laską, mojego rozumu i tego, co potrafiłam MIMO ŻE MAM NIEDOSŁUCH.
I nikt mi wtedy, kurwa nie powiedział, że nie jestem gorsza od innych, bo mam krzywy nos (ojapierdolę, ile ja się w lusterko nagapiłam, pod wszystkimi kątami, bo "rzymski nos" sobie ubzdurałam, że niby z garbkiem i że sranie w banie), małe cycki, rudawe kudły, dużą dupę, szerokie biodra i chuj jeszcze wi co...
A byłam po prostu fajną laską, z cieniusieńką talią, ważącą przy 160 wzrostu 45 kg, choć słodycze żarłam namiętnie.
Mądrą, oczytaną.
Biedną jak mysz kościelna i wciąż myślącą, że gdybym dobrze słyszała i miała SAME piątki, a nie te parę czwórek, to może tatuś by tyle nie pił.
Wszystkie grzechy świata na siebie brałam, nazywałam się milion i za miliony cierpiałam katusze...
I nie wiedziałam, że jestem super, bo potrafiłam usadzić na miejscu żonatego gościa, do którego ojciec wysłał mnie po pomidory, a który próbował mi wsadzić ręce pod spódnicę. Wywaliłam mu na łeb koszyk z pomidorami i ze słowami: chyba ojcu będzie się podobała informacja o tym, co pan robi równie jak ta, którą pan mu przekazał, że o 3 nad ranem po zabawie całowałam się z chłopakiem, z moim chłopakiem przed domem. Biedny pan jest, że musi po nocach cudze życie obserwować...
Niestety, ojciec na moją informację o tym, zamiast iść i facetowi nakłaść albo w morde dać, powiedział tylko: przecież ci nic nie zrobił, a K. mógł coś ci zrobić.
Kurwa, takie wtedy było #meetoo. I jeszcze dodał: po co takie krótkie spódniczki nosisz?
Z listów widzę, jak rozpaczliwe wtedy szukałam kogoś, kto będzie...
No właśnie, nawet nie kochał mnie w tym sensie, choć listy ociekają seksem, miłością i innymi pierdołami tak, że brazylijska telenowela może się schować.
Że będzie mnie rozumiał i dzielił ze mną tę jebaną skibkę chleba pół na pół, ciągnął tę taczkę pod górkę i z górki ją spychał.
Takim facetem mógł być Eda, na dokładkę był tak podobny do Redforda, jakby skórę z niego zdarł, no ale był TAK księdzem, że nie było innej opcji.
Pocieszył, jak starszy brat (nigdy nie zgadzał się na rozmowy tete a tete, zawsze trzeba było przyjść z koleżanką albo przyjaciółką), rany ojojał, pomógł, ale... Nie wiem, może był gejem :) Jedno wiem: naprostował niektóre moje odchylenia, ale za krótko był tak naprawdę w moim życiu, żeby to zadziałało.
Poszukam też jego listów. Tych nie zniszczę, bo są zbyt cenne.
Sezon świec, światełek, zamyślenia, zadumy tuż-tuż. I niewychodzenia z domu, bo dziś już 3 ostrzeżenia dostałam, żeby nie wychodzić.
Lało, gdy wstałam, jakby to listopad był i zimno też kurewsko.
I praca, na zasadzie w tym szaleństwie jest metoda.
Przeczytałam dziś ponad 100 stron w niespełna 8 godzin.
Ale wszystko, co miało pójść do drukarni, poszło.
I jeszcze u Bossa byłam i nie krępując się, poprosiłam grzecznie o 300 zł więcej do pensji, bo narobiłam się ekstrasów i dodatków po kokardkę i kucyki, a muszę wykupić licencję na Offica. Spojrzał i powiedział: dobrze.
Zobaczymy po wypłacie, upomnę się. Bo i moja macierzysta firma z tego korzysta, a ja pracuję uczciwie.
Nie oszukuję i nie kradnę i jestem warta każdych pieniędzy.
Teraz, to, kurwa, wiem.
Może trochę za późno, ale wiem.
I nie pragnę już tak straceńczo miłości, uczucia i drugiego człowieka.
Bo człowiek zawsze jest samotną wyspą.
I wiem, generalizuję, ale dobrze mi w tej roli.
A tyle jeszcze listów do zlikwidowania przede mną, że ojapierdolę.
I nie, nie zeskanuję ich, jak pierwotnie zamierzałam.
Znikną w niepamięci.
Nie wszystko na sprzedaż.
I nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Czasem naprawdę lepiej nie pamiętać.
piątek, 6 września 2019
Nareszcie
weekend, Kochany Pamiętniczku.
Roboty od rana było po kokardkę i kucyki, ale o dziwo, nikt sobie rękawów nie wyrywał, oprócz mnie, za to wszyscy narzekali.
No ba, mieli dużo roboty. Ale każdy obrabiał swoją działkę, a ja miałam działki trzy (znaczy się trzy czasopisma) od 6 osób teksty. No, wiedzieli od dłuższego czasu, że będą to robili.
Więc o 15 zaczęłam kolędować i w dupie mam, że oni już są wykończeni.
Jak sami się przyznają, dostają premię, ale żeby mnie do listy dopisać, to nie, mam iść do Bossa sama.
Bez jednego dobrego słowa z ich strony.
No to do widzenia ślepa Genia.
Na emilka z uprzejmym, a jakże, zapytaniem, czy popracuję w weekend na PDF odpowiedziałam równie uprzejmie, że nie.
Nie rozwodziłam się, nie tłumaczyłam dlaczego, bo nic tak nie plami jak atrament (co z tego, że elektroniczny), napisałam tylko, że moje nie to nic osobistego, ale nie.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jak będę musiała w poniedziałek dłużej posiedzieć, posiedzę, oni też będą musieli, póki ja nie skończę.
Tydzień wolnego poszedł się jebać, a i weekend ma być chujowy? :)
Nie.
Kierownik Budowy chce mi oddać moje maszyny do szycia, bo i tak kilka lat przekiblowały w jego garażu, a likwiduje garaż. Dwóch nie wezmę (mam dwie), bo i tak ta jedna zagraci mieszkanie, ale myślę, że zrobię z niej kwietnik.
Pytam Pierworodnego czy chce jedną, chce.
Ale mu nie pasuje jutro, bo chce z dziećmi na Maltankę.
Seriously?
Nie weźmie, to dam Kierownikowi Budowy, jego żona się ucieszy. Już u mnie w komórce jest rowerek Papryczka, który zagraca. W szafie jego ciuchy.
Co ja, kurwa, magazyn jestem? Bezpłatny?
I halo, halo, na Maltankę?
A gdzie cmentarz w M.? Miał mi pomóc ogarnąć grób, a teraz nawet nie pamięta?
Wkurw nieziemski mnie ogarnia. Kasę ze spadku lekką ręką wzięli (wiem, mogłam nie dawać, ale dałam), na pogrzebie nie byli, bo tak wyszło. Ona o swojej babci na okrągło łka, a o teściu to nic? Nienawidzi swoich rodziców, ale na Dzień Matki i Ojca w podskokach tam lecą z darami, a ja nawet życzeń nie dostanę?
Hola, hola.
Moja cierpliwość powoli się wyczerpuje.
Tak, mam spokojne sumienie, jestem w porządku.
Ale cmentarz w K. przez kilka lat ogarniał Inżynier, bez szemrania i animrumrania, dopóki w PL mieszkał.
Był na weselu w K., to ogarnął pomnik (napisy) w 35-stopniowym upale, aż się sama o niego bałam.
A tu jaśnie państwo na miejscu i ni dudu?
Pożywiom, uwidim.
Łaski bez, ale nie zdzierżę i powiem co myślę, a myślę bardzo źle.
Będzie bolało?
A mnie nie boli?
No nic. Karma wraca, nieważne.
Nie liczę na nic, więc już mówiłam Inżynierowi, że po mnie potop, rozsypać, wypić czasem za moje zdrowie i nie latać bez celu i bez sensu.
Nie będę obarczała jednego wszystkim, skoro drugi taki niedorobiony.
Zrobi, co zechce. Ale nie obciążam.
Na stronę PKP wlazłam, tam niby pociąg do K. jedzie normalnie. Nauczona wczorajszym doświadczeniem z autobusem w necie polazłam po pracy na dworzec. Jednak z przesiadką do któregoś tam września.
I tu zaczynam się łamać na maksa.
Jutro ma lać, no i ta nieszczęsna maszyna.
W następny weekend jest ten zjazd, na który nie chcę jechać, a jadąc jedynym busem mam dużą szanse na natknięcie się na kogoś.
Mogę wziąć urlop w środku tygodnia, o ile Boss podpisze.
Groby umyte. Kwiaty są OK. Obligatoryjnie pojadę przed Wszystkimi Świętymi. A to już niedługo.
Kurde, ja to mam problemy :)
No nic, zobaczymy :)
A w domu niespodziewajka
Jednak nie zrzuciła kwiatów, zakwitła skubana, po czterech latach.
Ale ani nie pachnie jak grzech śmiertelny (o, tak pachną perfumy Thierry'ego Muglera), ani jak kocie siki :)
Ponoć pachnie po zmroku, zobaczymy.
I nie, nie jest taka wielka jak moja głowa, ani nie mam tak małej głowy :)
Taka fotka :)
Jednak spełnione marzenia czasem rozczarowują.
Najpiękniejsze wspomnienia to te, które są jeszcze przed nami... :)
I z mojego własnego doświadczenia - niespełnione miłości też :)
A może nie spotkałam nigdy tej prawdziwej?
O, wtedy byłabym bardzo biednym człowiekiem, więc tę opcję odrzucam :D
UPDATE
Jednak pachnie grzechem. Ale są w życiu grzechy, które trzeba popełnić, tylko dlatego, że po nich jest się Człowiekiem.
I tak, księże Edwardzie, byłeś świętym. A ja zwykłą grzesznicą. Ale i za mnie On na krzyżu umierał, nieprawdaż?
I jak sam kiedyś rzekłeś: moja bibliotekarka będzie albo dobrym katolikiem, albo dobrym ateistą. Ale będzie dobrym człowiekiem.
Staram się, jak mogę, Eda.
Dawno u Ciebie nie byłam, a i Tobie pod tą srebrną płytą pewno ciężko jak cholera?
No widzisz, "i Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę i nie bać się, że pęknie nić", to takie moje credo na parkanie, nie że to, co Ci przeszkadzało w tym. No ale Ty miałeś doktorat... Nie masz pojęcia, jak cholernie brakowało mi w życiu rozmów z Tobą.
I tego szantażu, że dostanę piwo, jak zjem obiad.
Jakoś się tak dziwnie wszystko ostatnio plecie.
Wrzesień.
Aby do października.
Aby, a jeszcze daleko...
Roboty od rana było po kokardkę i kucyki, ale o dziwo, nikt sobie rękawów nie wyrywał, oprócz mnie, za to wszyscy narzekali.
No ba, mieli dużo roboty. Ale każdy obrabiał swoją działkę, a ja miałam działki trzy (znaczy się trzy czasopisma) od 6 osób teksty. No, wiedzieli od dłuższego czasu, że będą to robili.
Więc o 15 zaczęłam kolędować i w dupie mam, że oni już są wykończeni.
Jak sami się przyznają, dostają premię, ale żeby mnie do listy dopisać, to nie, mam iść do Bossa sama.
Bez jednego dobrego słowa z ich strony.
No to do widzenia ślepa Genia.
Na emilka z uprzejmym, a jakże, zapytaniem, czy popracuję w weekend na PDF odpowiedziałam równie uprzejmie, że nie.
Nie rozwodziłam się, nie tłumaczyłam dlaczego, bo nic tak nie plami jak atrament (co z tego, że elektroniczny), napisałam tylko, że moje nie to nic osobistego, ale nie.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jak będę musiała w poniedziałek dłużej posiedzieć, posiedzę, oni też będą musieli, póki ja nie skończę.
Tydzień wolnego poszedł się jebać, a i weekend ma być chujowy? :)
Nie.
Kierownik Budowy chce mi oddać moje maszyny do szycia, bo i tak kilka lat przekiblowały w jego garażu, a likwiduje garaż. Dwóch nie wezmę (mam dwie), bo i tak ta jedna zagraci mieszkanie, ale myślę, że zrobię z niej kwietnik.
Pytam Pierworodnego czy chce jedną, chce.
Ale mu nie pasuje jutro, bo chce z dziećmi na Maltankę.
Seriously?
Nie weźmie, to dam Kierownikowi Budowy, jego żona się ucieszy. Już u mnie w komórce jest rowerek Papryczka, który zagraca. W szafie jego ciuchy.
Co ja, kurwa, magazyn jestem? Bezpłatny?
I halo, halo, na Maltankę?
A gdzie cmentarz w M.? Miał mi pomóc ogarnąć grób, a teraz nawet nie pamięta?
Wkurw nieziemski mnie ogarnia. Kasę ze spadku lekką ręką wzięli (wiem, mogłam nie dawać, ale dałam), na pogrzebie nie byli, bo tak wyszło. Ona o swojej babci na okrągło łka, a o teściu to nic? Nienawidzi swoich rodziców, ale na Dzień Matki i Ojca w podskokach tam lecą z darami, a ja nawet życzeń nie dostanę?
Hola, hola.
Moja cierpliwość powoli się wyczerpuje.
Tak, mam spokojne sumienie, jestem w porządku.
Ale cmentarz w K. przez kilka lat ogarniał Inżynier, bez szemrania i animrumrania, dopóki w PL mieszkał.
Był na weselu w K., to ogarnął pomnik (napisy) w 35-stopniowym upale, aż się sama o niego bałam.
A tu jaśnie państwo na miejscu i ni dudu?
Pożywiom, uwidim.
Łaski bez, ale nie zdzierżę i powiem co myślę, a myślę bardzo źle.
Będzie bolało?
A mnie nie boli?
No nic. Karma wraca, nieważne.
Nie liczę na nic, więc już mówiłam Inżynierowi, że po mnie potop, rozsypać, wypić czasem za moje zdrowie i nie latać bez celu i bez sensu.
Nie będę obarczała jednego wszystkim, skoro drugi taki niedorobiony.
Zrobi, co zechce. Ale nie obciążam.
Na stronę PKP wlazłam, tam niby pociąg do K. jedzie normalnie. Nauczona wczorajszym doświadczeniem z autobusem w necie polazłam po pracy na dworzec. Jednak z przesiadką do któregoś tam września.
I tu zaczynam się łamać na maksa.
Jutro ma lać, no i ta nieszczęsna maszyna.
W następny weekend jest ten zjazd, na który nie chcę jechać, a jadąc jedynym busem mam dużą szanse na natknięcie się na kogoś.
Mogę wziąć urlop w środku tygodnia, o ile Boss podpisze.
Groby umyte. Kwiaty są OK. Obligatoryjnie pojadę przed Wszystkimi Świętymi. A to już niedługo.
Kurde, ja to mam problemy :)
No nic, zobaczymy :)
A w domu niespodziewajka
Jednak nie zrzuciła kwiatów, zakwitła skubana, po czterech latach.
Ale ani nie pachnie jak grzech śmiertelny (o, tak pachną perfumy Thierry'ego Muglera), ani jak kocie siki :)
Ponoć pachnie po zmroku, zobaczymy.
I nie, nie jest taka wielka jak moja głowa, ani nie mam tak małej głowy :)
Taka fotka :)
Jednak spełnione marzenia czasem rozczarowują.
Najpiękniejsze wspomnienia to te, które są jeszcze przed nami... :)
I z mojego własnego doświadczenia - niespełnione miłości też :)
A może nie spotkałam nigdy tej prawdziwej?
O, wtedy byłabym bardzo biednym człowiekiem, więc tę opcję odrzucam :D
UPDATE
Jednak pachnie grzechem. Ale są w życiu grzechy, które trzeba popełnić, tylko dlatego, że po nich jest się Człowiekiem.
I tak, księże Edwardzie, byłeś świętym. A ja zwykłą grzesznicą. Ale i za mnie On na krzyżu umierał, nieprawdaż?
I jak sam kiedyś rzekłeś: moja bibliotekarka będzie albo dobrym katolikiem, albo dobrym ateistą. Ale będzie dobrym człowiekiem.
Staram się, jak mogę, Eda.
Dawno u Ciebie nie byłam, a i Tobie pod tą srebrną płytą pewno ciężko jak cholera?
No widzisz, "i Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę i nie bać się, że pęknie nić", to takie moje credo na parkanie, nie że to, co Ci przeszkadzało w tym. No ale Ty miałeś doktorat... Nie masz pojęcia, jak cholernie brakowało mi w życiu rozmów z Tobą.
I tego szantażu, że dostanę piwo, jak zjem obiad.
Jakoś się tak dziwnie wszystko ostatnio plecie.
Wrzesień.
Aby do października.
Aby, a jeszcze daleko...
czwartek, 5 września 2019
Powiedziałam
dziś basta, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem jałówki miały być zrobione w sierpniu, parę dni łaziłam bez sensu, teraz okazało się, że we wrześniu, mam rozpierdolony cały dzień, bo idę w południe - wiadomo - nie warto nic zaczynać rano, tyle że się wyśpię, a jak wracam, to już po balu panno Lalu.
Miałam dziś przyjść w południe i miał być cut, mjut i ożeszki.
Przyszłam.
Pani nie ma, bo Bossowi nie podobało się zdjęcie na okładce i pojechali robić nowe.
Kurwa mać.
Pan zaś ma dość i cyka, cyka teksty z aptekarską dokładnością, znaczy się, niewiele daje.
Technika, satelitarna tym razem cztery strony dała, a w poniedziałek ma iść do druku 70. Znaczy się dla mnie 140.
I jakieś 30 stron krów, ale nie jałówek.
Jest zasadnicza różnica między krową, a jałówką, zwłaszcza gdy krowa jest bydłem mięsnym.
Pierwszy plan był taki, że w piątek przyjdę po południu, ale to nikomu nie pasuje, bo przyszłabym 14-15.
Sorry, Winnetou, Eks też ma swoje prawa, a ja, kurwa, mam życie osobiste.
Którego nie mam, bo wciąż się do cudzych celów dopasowuję :P
Ponieważ pani polująca na jałówki wróci nie wiadomo kiedy, ogarnęłam, co było i powiedziałam, że spadam.
W dupie wszystko mam.
Wzięłam sprawy we własne ręce, bo okazało się, że pociągu do K. nie ma, znaczy się, jest, ale z przesiadką na busa w Jarocinie. Mogą mnie w niemytą dupę pocałować. Pierdolę, nie jadę.
Więc wyszłam i dzięki genialnym połączeniom MPK Poznań dojechałam do domu w 35 minut :)
Spakowałam wózeczek jak na wojnę i o 14.32 ruszyłam do Mosiny. Autobusem zatłoczonym jak transport bydła do rzeźni.
Który utkwił w Luboniu na jakiejś przebudowie, potem tradycyjnie w Mosinie na wjeździe i w sumie zamiast 40 minut jechałam prawie godzinę. Ale pocieszałam się, że spacerkiem i zdążę jakoś... W autobusie wózek wszystkim pod nogi właził, więc gdy tylko mogłam, przestawiłam go w miejsce dla wózków. Ale tam stało chłopię licealne, o nogach jak tyczki i nie w smak mu było, że musi te nogi podnieść do góry, więc aż do Puszczykowa kopał biedny wózek, a ja nie ośmieliłam się nic bąknąć. Musiał mnie przeklinać, bo policzki płonęły mi jak po wypiciu U-boota :)
Dojechałam, ale ofiara losu, nie sprawdziłam rozkładu na przystanku, bazując na świstu spisanym z internetów.
Ale to później :)
Podreptałam spokojnie na cmentarz.
Zanabyłam nowe badyle od razu, rzucając okiem przez płot, albowiem Eks pochowany jest ze względów ekonomicznych w grobie pod płotem, nad czym bolała zawsze teściowa, albowiem to jej ojciec zapoczątkował tę niefortunną lokalizację.
Zapomniałam o lakierze do paznokci, ale pani w sklepie poratowała mnie pisakiem, pytając, co chcę napisać na postumencie badyli. Nazwisko Eksa, odrzekłam, nie ma powodu wstydzić się nazwiska :) I tym pięknym sposobem żaden złodziej się nie pożywi :P
Wiem, świnia jestem, byłam tam ostatni raz przed Wielkanocą, ale cóż.
Po mnie pies z kulawą nogą tam nie zajrzał i dobrze, bo nie było stert śmieci do wynoszenia. Przybył tylko jeden znicz.
W pierwszej chwili pomyślałam: świchnę Ci nowe badyle i znicze wymienię i lecę...
Ale...
Ja Ciebie, niestety, wciąż kocham, nic za to nie mogę.
Kurwa, ja pierdolę.
Więc patrząc na zegarek i wiedząc, że nie zdążę na 16.11, podjęłam decyzję, że jednak ogarnę.
Żebyś mnie znów nie nachodził z wymówkami...
Bo przecież wiesz.
Nieważne.
Taki ładny stroik Ci kupiłam, wiem, masz to w dupie, ale popatrz.
Za te dobre dni...
Za dzieci.
Za to, że kiedyś może będziesz chciał jeszcze raz być ze mną, ale nie będzie już naszych demonów.
Że może uda się jednak coś zbudować do końca, tak jak mieliśmy do końca razem się zestarzeć.
Po raz kolejny mówię:przepraszam, że byłam za słaba...
I tak sobie miło gawędziliśmy, jak czekista z czekistą, okazało się, że mam 10 minut do autobusu. Zaryzykowałam i ruszyłam z kopyta :)
Na przystanku byłam 16.09, zlana potem jak siwa mysz.
I...
Tabliczka przystankowa mówiła coś innego, niż internetowy rozkład jazdy, że autobus mam o 16.42.
A po 17 nie ma żadnego autobusu, jest dopiero po 18.
Więc jednak ten kopniak w dupę był od Ciebie, bo trochę się zgrzałam, ale nie włóczyłam się bez sensu po Mosinie kolejne dwie godziny.
Za niedługo znów do Ciebie wlecę, bo to nie jest tak, że nie pamiętam.
Zawsze pamiętałam i zawsze mnie, kurwa, bolało.
Może mniej niż Ciebie, ale wiesz.
Starałam się ochronić chłopców.
Teraz to już chyba rozumiesz.
A jutro będzie ciężki dzień. Poszłam też na Yahoo i nie, nie pojadę w sobotę, ma padać, a K. ma taki urok, że tam, jak lunie, to klękajcie narody, samochody toną. To reguła.
Wezmę dzień urlopu, jeszcze nie wiem: środa, czwartek i pojadę busem na te dwie godziny.
Dwie godziny, a cały dzień z głowy.
Ale i o Was pamiętam, jak zawsze.
Macie umyte, więc nawet ta ulewa Wam nie powinna mocno nabrudzić.
A potem, szanowna Ciociu, będzie mycie w październiku, tak jak lubiłaś.
A na mnie czeka tyle spraw, że nie wiadomo, w co najpierw ręce wetknąć.
A pani dozorczyni, dostarczająca dziś podwyżkę czynszu pożegnała się, bo odchodzi na emeryturę, cała happy.
Kurwa mać, ja pierdolę, jestem od 5 lat na emeryturze :)
Chyba jestem nienormalna.
Bardzo słuszna diagnoza.
A Alienek do przedszkola poszedł.
I ma twarzowy mundurek i wygląda w nim jak młody bóg :D
A co u wnuków od Pierworodnego: nie mam zielonego pojęcia.
Ani słowa, ani jednej fotki, nic.
Życie :)
UPDATE
W powrotnym autobusie też był tłok. I siedział młodzian przecudnej urody, z burzą loków ujętych w kucyk, gdzieś tak trzydziestoletni. Modlił się na pierścieniu, różaniec odmawiał. Ale kurwa, dupy nie ruszył z siedzenia, choć pełno staruchów się wokół kłębiło, w tym pani z balkonikiem, na którym tachała klatkę z kotem. Przed samym Poznaniem zaczął nerwowo grzebać w torbie i na jego twarzy było widać, że albo zapomniał zabrać, albo zgubił coś ważnego.
Bardzo mnie to, kurwa, wzruszyło.
Jakoś :)
Albowiem jałówki miały być zrobione w sierpniu, parę dni łaziłam bez sensu, teraz okazało się, że we wrześniu, mam rozpierdolony cały dzień, bo idę w południe - wiadomo - nie warto nic zaczynać rano, tyle że się wyśpię, a jak wracam, to już po balu panno Lalu.
Miałam dziś przyjść w południe i miał być cut, mjut i ożeszki.
Przyszłam.
Pani nie ma, bo Bossowi nie podobało się zdjęcie na okładce i pojechali robić nowe.
Kurwa mać.
Pan zaś ma dość i cyka, cyka teksty z aptekarską dokładnością, znaczy się, niewiele daje.
Technika, satelitarna tym razem cztery strony dała, a w poniedziałek ma iść do druku 70. Znaczy się dla mnie 140.
I jakieś 30 stron krów, ale nie jałówek.
Jest zasadnicza różnica między krową, a jałówką, zwłaszcza gdy krowa jest bydłem mięsnym.
Pierwszy plan był taki, że w piątek przyjdę po południu, ale to nikomu nie pasuje, bo przyszłabym 14-15.
Sorry, Winnetou, Eks też ma swoje prawa, a ja, kurwa, mam życie osobiste.
Którego nie mam, bo wciąż się do cudzych celów dopasowuję :P
Ponieważ pani polująca na jałówki wróci nie wiadomo kiedy, ogarnęłam, co było i powiedziałam, że spadam.
W dupie wszystko mam.
Wzięłam sprawy we własne ręce, bo okazało się, że pociągu do K. nie ma, znaczy się, jest, ale z przesiadką na busa w Jarocinie. Mogą mnie w niemytą dupę pocałować. Pierdolę, nie jadę.
Więc wyszłam i dzięki genialnym połączeniom MPK Poznań dojechałam do domu w 35 minut :)
Spakowałam wózeczek jak na wojnę i o 14.32 ruszyłam do Mosiny. Autobusem zatłoczonym jak transport bydła do rzeźni.
Który utkwił w Luboniu na jakiejś przebudowie, potem tradycyjnie w Mosinie na wjeździe i w sumie zamiast 40 minut jechałam prawie godzinę. Ale pocieszałam się, że spacerkiem i zdążę jakoś... W autobusie wózek wszystkim pod nogi właził, więc gdy tylko mogłam, przestawiłam go w miejsce dla wózków. Ale tam stało chłopię licealne, o nogach jak tyczki i nie w smak mu było, że musi te nogi podnieść do góry, więc aż do Puszczykowa kopał biedny wózek, a ja nie ośmieliłam się nic bąknąć. Musiał mnie przeklinać, bo policzki płonęły mi jak po wypiciu U-boota :)
Dojechałam, ale ofiara losu, nie sprawdziłam rozkładu na przystanku, bazując na świstu spisanym z internetów.
Ale to później :)
Podreptałam spokojnie na cmentarz.
Zanabyłam nowe badyle od razu, rzucając okiem przez płot, albowiem Eks pochowany jest ze względów ekonomicznych w grobie pod płotem, nad czym bolała zawsze teściowa, albowiem to jej ojciec zapoczątkował tę niefortunną lokalizację.
Zapomniałam o lakierze do paznokci, ale pani w sklepie poratowała mnie pisakiem, pytając, co chcę napisać na postumencie badyli. Nazwisko Eksa, odrzekłam, nie ma powodu wstydzić się nazwiska :) I tym pięknym sposobem żaden złodziej się nie pożywi :P
Wiem, świnia jestem, byłam tam ostatni raz przed Wielkanocą, ale cóż.
Po mnie pies z kulawą nogą tam nie zajrzał i dobrze, bo nie było stert śmieci do wynoszenia. Przybył tylko jeden znicz.
W pierwszej chwili pomyślałam: świchnę Ci nowe badyle i znicze wymienię i lecę...
Ale...
Ja Ciebie, niestety, wciąż kocham, nic za to nie mogę.
Kurwa, ja pierdolę.
Więc patrząc na zegarek i wiedząc, że nie zdążę na 16.11, podjęłam decyzję, że jednak ogarnę.
Żebyś mnie znów nie nachodził z wymówkami...
Bo przecież wiesz.
Nieważne.
Taki ładny stroik Ci kupiłam, wiem, masz to w dupie, ale popatrz.
Za te dobre dni...
Za dzieci.
Za to, że kiedyś może będziesz chciał jeszcze raz być ze mną, ale nie będzie już naszych demonów.
Że może uda się jednak coś zbudować do końca, tak jak mieliśmy do końca razem się zestarzeć.
Po raz kolejny mówię:przepraszam, że byłam za słaba...
I tak sobie miło gawędziliśmy, jak czekista z czekistą, okazało się, że mam 10 minut do autobusu. Zaryzykowałam i ruszyłam z kopyta :)
Na przystanku byłam 16.09, zlana potem jak siwa mysz.
I...
Tabliczka przystankowa mówiła coś innego, niż internetowy rozkład jazdy, że autobus mam o 16.42.
A po 17 nie ma żadnego autobusu, jest dopiero po 18.
Więc jednak ten kopniak w dupę był od Ciebie, bo trochę się zgrzałam, ale nie włóczyłam się bez sensu po Mosinie kolejne dwie godziny.
Za niedługo znów do Ciebie wlecę, bo to nie jest tak, że nie pamiętam.
Zawsze pamiętałam i zawsze mnie, kurwa, bolało.
Może mniej niż Ciebie, ale wiesz.
Starałam się ochronić chłopców.
Teraz to już chyba rozumiesz.
A jutro będzie ciężki dzień. Poszłam też na Yahoo i nie, nie pojadę w sobotę, ma padać, a K. ma taki urok, że tam, jak lunie, to klękajcie narody, samochody toną. To reguła.
Wezmę dzień urlopu, jeszcze nie wiem: środa, czwartek i pojadę busem na te dwie godziny.
Dwie godziny, a cały dzień z głowy.
Ale i o Was pamiętam, jak zawsze.
Macie umyte, więc nawet ta ulewa Wam nie powinna mocno nabrudzić.
A potem, szanowna Ciociu, będzie mycie w październiku, tak jak lubiłaś.
A na mnie czeka tyle spraw, że nie wiadomo, w co najpierw ręce wetknąć.
A pani dozorczyni, dostarczająca dziś podwyżkę czynszu pożegnała się, bo odchodzi na emeryturę, cała happy.
Kurwa mać, ja pierdolę, jestem od 5 lat na emeryturze :)
Chyba jestem nienormalna.
Bardzo słuszna diagnoza.
A Alienek do przedszkola poszedł.
I ma twarzowy mundurek i wygląda w nim jak młody bóg :D
A co u wnuków od Pierworodnego: nie mam zielonego pojęcia.
Ani słowa, ani jednej fotki, nic.
Życie :)
UPDATE
W powrotnym autobusie też był tłok. I siedział młodzian przecudnej urody, z burzą loków ujętych w kucyk, gdzieś tak trzydziestoletni. Modlił się na pierścieniu, różaniec odmawiał. Ale kurwa, dupy nie ruszył z siedzenia, choć pełno staruchów się wokół kłębiło, w tym pani z balkonikiem, na którym tachała klatkę z kotem. Przed samym Poznaniem zaczął nerwowo grzebać w torbie i na jego twarzy było widać, że albo zapomniał zabrać, albo zgubił coś ważnego.
Bardzo mnie to, kurwa, wzruszyło.
Jakoś :)
środa, 4 września 2019
Kurwa
ja pierdolę, Kochany Pamiętniczku, cytując Kondrata z klasyki kina.
Wstałam jak należy, po pograniu, przeciągnięciu bolących (ale już mniej, odkąd fotel stoi na środku pokoju, walić estetykę, liczy się wygoda) kosteczek.
Nie chciało mi się nic, napisali mi, że koło południa mam zawitać w redakcyjnych progach.
Więc zamierzałam się popiżamkować do oporu, ale Pan od Pomidorków zareklamował na Fejsiku pomidory tygrysie...
I cały pogrzeb na nic.
W Biedrze kolejne trzy naklejki na te wyjebane w Kosmos Słodziaki, no ale sarenka Hania.
Kurwa, ja pierdolę.
Zupka do termosu, ogóreczki i dupomirki do pojemnika, jogurcik, człowiek szykuje się jak na wojnę trzydziestoletnią.
Na miejscu okazuje się, że słusznie, albowiem, kurwa, ja pierdolę. Nie ma ani kawałka grafika, albowiem firmowy jest na urlopie. z łapanki też na urlopie, Boss wszystko przewalił, bo ma inną koncepcję, wszystkie terminy poszły się jebać pod latarnią.
Kto nie miał w tym roku urlopu absolutnie i ma furę nadgodzin i staje za każdym razem na baczność, gdy larum grają?
No kto? :)
Kurwa, ja pierdolę.
Najwyżej mi Umarlaki po mordzie naleją.
Trudno, nie rozerwę się.
Pomijając eko, organic i inne bajki wychodzi na to, że będa musiały się zadowolić zapalonym w domu zniczem.
Pamiętam o nich, śnią mi się, ale co ja mogę?
Kurwa, ja pierdolę.
Na pocztę włażę, sprawdzić, czy w międzyczasie i teatrzyk czegoś nie chce.
Teatrzyk spoko, ale bank od karty, o której chłop nie wie przysyła mi 2 [słownie: dwa emilki, że termin płatności dzisiaj (!)] i ani śladu na fakturze płatności w sierpniu. Włażę w pracy (czego nienawidzę) do banku, a jakże, jest zapłacone. Włażę pa pocztę, jest potwierdzenie. No ale jak nie zapłacę, muszę spłacać na gwałt całość, a tego - jak wynika z faktury jest tysiąc z groszami. Nie, żebym tego tysiąca nie miała, ale...
Wysyłam standardowo ponad wymagane, jak co miesiąc (obiecując sobie w duchu, że nie kupię perfum przez rok, ani żadnych trepów), nadając przekazowi status błyskawicznego (dodatkowe 5 zł) i mówię bydłu, że będę jak wrócę.
Lecę do banku od karty, o której chłop nie wie.
Armagedon.
W kolejce, proszę wybaczyć, typy jak spod mostu.
10 lat za sam wygląd i zapach, oprócz jednego młodzieńca.
Czynne jedno stanowisko, pani, którą ominęłabym w biały dzień na ulicy mówi, że ona już od godziny kibluje, nikt nic nie wie, inna pani czeka na uruchomienie wpłatomatu, wylatuje panienka z okienka z obłędem w oczach i tłumaczy nam jak krowie na rowie, że nie ma stanowiska do obsługi, że monitowali u szefa, że sranie w banie.
Kurwa, ja pierdolę.
Nagle zjawia się uzbrojona po zęby ekipa, wchodzi do komórki, naprawia wpłatomat.
Kolejka topnieje błyskawicznie.
Młodzieniec przepuszcza mnie w kolejce, aczkolwiek wizytę ma umówioną na 14, a jest 14.30, albowiem czeka na panienkę, która obiecała mu, że go obsłuży, jak się zwolni stanowisko (stanowisko wciąż zajęte).
Pan, który mnie obsługuje co drugie słowa tka przepraszam. Okazuje się, że oczywiście, tak jak mam na wydruku, zapłaciłam 20 sierpnia, 21 sierpnia zaksięgowano, więc, kurwa mać, ja pierdolę, skąd mam ten podwójny monit.
Na moje stronie mam, że zaksięgowano, mało tego, zaksięgowano też dzisiejszą wpłatę!
czyli spłaciłam dwie raty w jednym miesiącu. Ale pan nie wie, czy zaliczą mi to, bo kolejną ratę muszę spłacić do 4 października.
Maybe yes, maybe no :)
Za to z chęcią założy mi konto (na chuja mi konto w banku do którego nie wpłacam ani grosza, a promocja na moją kartę, o której chłop nie wie była 15 lat temu a hakiem?). No, będę mogła sprawdzać stan konta. Zakładamy konto, nie przychodzi SMS aktywujący. WTF? Ano, pan nie słuchał i źle wpisał nr telefonu.
Kurwa mać, ja pierdolę.
Wreszcie nadchodzi SMS, pan wpuszcza mnie na firmowy telefon, żebym się zalogowała, zmieniła hasło, kolejny SMS i kurwa, wybrać token.
W formie obrazka.
Wybieram jebanego sierściucha.
A co.
Jednak na koncie nic nie widać, ale pan pociesza, że będzie później i będę mogła sprawdzić, czy zaksięgowało, czy nie.
I przeprasza, po japońsku, kłaniając się w pas.
Kurwa mać, ja pierdolę, butelkę dobrego koniaku powinnam dostać, a nie przepraszam.
Wracam do pracy, zgrana jak siwa, łysa mysz, te 23 stopnie to dla mnie też gorąco.
Kurwa, ja pierdolę.
W pracy konto też nic nie pokazuje, ale nie mam czasu na reklamowanie, aczkolwiek teraz mogę i emilkiem reklamować, a nie tylko dzwoniąc na infolinię (swoją drogą, ile oni z infolinii wyciągają?).
Zupkę z termosu zjadam, ogarniam kuwetę, włączając kolejny ekstras, stojący u drzwi, który ma wyjść w poniedziałek, ale czy wyjdzie, bo nieprzewalony przez Bossa?
(Kurwa mać, ja pierdolę).
W kibelku, wskakując na sik przed sprzątaczką (ta moja ulubiona, ma z 80 lat z haczykiem, a szprycha, że ojapierdolę), patrzę w lustro i mówię: NIE.
Mam czerwoną jak zawsze twarz i rozwiane od upału i wilgoci siwe loki.
No, można to lokami nazwać, poniekąd.
Nic, tylko do straszenia dzieci się nająć, zwłaszcza w ty ledowym upiornym świetle.
Oddycham bez tytki.
W domu czeka na mnie
\
Hoya :) W tle moje kłaki :)
Zatem jadę zygzakiem.
Wchodzę do fryzjera.
Wychodzę o 15 lat, no dobra, o 10 lat młodsza.
Lżejsza o 3 dychy :)
A na niebie aniołowie pióra gubili.
Obiad na jutro ugotowałam.
Bo znów, kurwa mać, ja pierdolę, idę na 12.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
G. pisała, że wczoraj miała usuwaną chirurgicznie ósemkę, a jutro leci do DE, bo szefowa leci na Bahamy. Przeprasza, że się nie zobaczymy, miała być do końca września w PL.
Pomiziałam, pożyczyłam zdrowia i trzymam kciuki, by po takiej operacji doleciała cała.
Kurwa mać, ja pierdolę.
I nie, nie przepraszam.
Po prostu pierdolę.
Więc jak coś, niech i Umarlaki na mnie poczekają.
A jak nie chcą, niech mnie biorą.
Ponoć tam życie spokojniej płynie :P
Kurwa, ja pierdolę.
A: i chuj wszystkiemu w plecy, bo w dupę by jeszcze miało przyjemność to wszystko :)
I nie, nie przepraszam.
Taka jestem :)
Wstałam jak należy, po pograniu, przeciągnięciu bolących (ale już mniej, odkąd fotel stoi na środku pokoju, walić estetykę, liczy się wygoda) kosteczek.
Nie chciało mi się nic, napisali mi, że koło południa mam zawitać w redakcyjnych progach.
Więc zamierzałam się popiżamkować do oporu, ale Pan od Pomidorków zareklamował na Fejsiku pomidory tygrysie...
I cały pogrzeb na nic.
W Biedrze kolejne trzy naklejki na te wyjebane w Kosmos Słodziaki, no ale sarenka Hania.
Kurwa, ja pierdolę.
Zupka do termosu, ogóreczki i dupomirki do pojemnika, jogurcik, człowiek szykuje się jak na wojnę trzydziestoletnią.
Na miejscu okazuje się, że słusznie, albowiem, kurwa, ja pierdolę. Nie ma ani kawałka grafika, albowiem firmowy jest na urlopie. z łapanki też na urlopie, Boss wszystko przewalił, bo ma inną koncepcję, wszystkie terminy poszły się jebać pod latarnią.
Kto nie miał w tym roku urlopu absolutnie i ma furę nadgodzin i staje za każdym razem na baczność, gdy larum grają?
No kto? :)
Kurwa, ja pierdolę.
Najwyżej mi Umarlaki po mordzie naleją.
Trudno, nie rozerwę się.
Pomijając eko, organic i inne bajki wychodzi na to, że będa musiały się zadowolić zapalonym w domu zniczem.
Pamiętam o nich, śnią mi się, ale co ja mogę?
Kurwa, ja pierdolę.
Na pocztę włażę, sprawdzić, czy w międzyczasie i teatrzyk czegoś nie chce.
Teatrzyk spoko, ale bank od karty, o której chłop nie wie przysyła mi 2 [słownie: dwa emilki, że termin płatności dzisiaj (!)] i ani śladu na fakturze płatności w sierpniu. Włażę w pracy (czego nienawidzę) do banku, a jakże, jest zapłacone. Włażę pa pocztę, jest potwierdzenie. No ale jak nie zapłacę, muszę spłacać na gwałt całość, a tego - jak wynika z faktury jest tysiąc z groszami. Nie, żebym tego tysiąca nie miała, ale...
Wysyłam standardowo ponad wymagane, jak co miesiąc (obiecując sobie w duchu, że nie kupię perfum przez rok, ani żadnych trepów), nadając przekazowi status błyskawicznego (dodatkowe 5 zł) i mówię bydłu, że będę jak wrócę.
Lecę do banku od karty, o której chłop nie wie.
Armagedon.
W kolejce, proszę wybaczyć, typy jak spod mostu.
10 lat za sam wygląd i zapach, oprócz jednego młodzieńca.
Czynne jedno stanowisko, pani, którą ominęłabym w biały dzień na ulicy mówi, że ona już od godziny kibluje, nikt nic nie wie, inna pani czeka na uruchomienie wpłatomatu, wylatuje panienka z okienka z obłędem w oczach i tłumaczy nam jak krowie na rowie, że nie ma stanowiska do obsługi, że monitowali u szefa, że sranie w banie.
Kurwa, ja pierdolę.
Nagle zjawia się uzbrojona po zęby ekipa, wchodzi do komórki, naprawia wpłatomat.
Kolejka topnieje błyskawicznie.
Młodzieniec przepuszcza mnie w kolejce, aczkolwiek wizytę ma umówioną na 14, a jest 14.30, albowiem czeka na panienkę, która obiecała mu, że go obsłuży, jak się zwolni stanowisko (stanowisko wciąż zajęte).
Pan, który mnie obsługuje co drugie słowa tka przepraszam. Okazuje się, że oczywiście, tak jak mam na wydruku, zapłaciłam 20 sierpnia, 21 sierpnia zaksięgowano, więc, kurwa mać, ja pierdolę, skąd mam ten podwójny monit.
Na moje stronie mam, że zaksięgowano, mało tego, zaksięgowano też dzisiejszą wpłatę!
czyli spłaciłam dwie raty w jednym miesiącu. Ale pan nie wie, czy zaliczą mi to, bo kolejną ratę muszę spłacić do 4 października.
Maybe yes, maybe no :)
Za to z chęcią założy mi konto (na chuja mi konto w banku do którego nie wpłacam ani grosza, a promocja na moją kartę, o której chłop nie wie była 15 lat temu a hakiem?). No, będę mogła sprawdzać stan konta. Zakładamy konto, nie przychodzi SMS aktywujący. WTF? Ano, pan nie słuchał i źle wpisał nr telefonu.
Kurwa mać, ja pierdolę.
Wreszcie nadchodzi SMS, pan wpuszcza mnie na firmowy telefon, żebym się zalogowała, zmieniła hasło, kolejny SMS i kurwa, wybrać token.
W formie obrazka.
Wybieram jebanego sierściucha.
A co.
Jednak na koncie nic nie widać, ale pan pociesza, że będzie później i będę mogła sprawdzić, czy zaksięgowało, czy nie.
I przeprasza, po japońsku, kłaniając się w pas.
Kurwa mać, ja pierdolę, butelkę dobrego koniaku powinnam dostać, a nie przepraszam.
Wracam do pracy, zgrana jak siwa, łysa mysz, te 23 stopnie to dla mnie też gorąco.
Kurwa, ja pierdolę.
W pracy konto też nic nie pokazuje, ale nie mam czasu na reklamowanie, aczkolwiek teraz mogę i emilkiem reklamować, a nie tylko dzwoniąc na infolinię (swoją drogą, ile oni z infolinii wyciągają?).
Zupkę z termosu zjadam, ogarniam kuwetę, włączając kolejny ekstras, stojący u drzwi, który ma wyjść w poniedziałek, ale czy wyjdzie, bo nieprzewalony przez Bossa?
(Kurwa mać, ja pierdolę).
W kibelku, wskakując na sik przed sprzątaczką (ta moja ulubiona, ma z 80 lat z haczykiem, a szprycha, że ojapierdolę), patrzę w lustro i mówię: NIE.
Mam czerwoną jak zawsze twarz i rozwiane od upału i wilgoci siwe loki.
No, można to lokami nazwać, poniekąd.
Nic, tylko do straszenia dzieci się nająć, zwłaszcza w ty ledowym upiornym świetle.
Oddycham bez tytki.
W domu czeka na mnie
\
Hoya :) W tle moje kłaki :)
Zatem jadę zygzakiem.
Wchodzę do fryzjera.
Wychodzę o 15 lat, no dobra, o 10 lat młodsza.
Lżejsza o 3 dychy :)
A na niebie aniołowie pióra gubili.
Obiad na jutro ugotowałam.
Bo znów, kurwa mać, ja pierdolę, idę na 12.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
G. pisała, że wczoraj miała usuwaną chirurgicznie ósemkę, a jutro leci do DE, bo szefowa leci na Bahamy. Przeprasza, że się nie zobaczymy, miała być do końca września w PL.
Pomiziałam, pożyczyłam zdrowia i trzymam kciuki, by po takiej operacji doleciała cała.
Kurwa mać, ja pierdolę.
I nie, nie przepraszam.
Po prostu pierdolę.
Więc jak coś, niech i Umarlaki na mnie poczekają.
A jak nie chcą, niech mnie biorą.
Ponoć tam życie spokojniej płynie :P
Kurwa, ja pierdolę.
A: i chuj wszystkiemu w plecy, bo w dupę by jeszcze miało przyjemność to wszystko :)
I nie, nie przepraszam.
Taka jestem :)
poniedziałek, 2 września 2019
Młodnieję
w takim tempie, że jak tak dalej pójdzie, Kochany Pamiętniczku, to na fajfy zacznę latać.
Ale, ale, zaraz, fajfów nie ma już.
Trudno :)
Dwa dni gniłam na fotelach i wczoraj wieczorem chodzić nie mogłam, tak mi nogi spuchły. Jednak potrzebuję ruchu.
Zatem wstawszy rano i zrobiwszy rachunek sumienia, postanowiłam śmigać jak sarenka albo inny łabądek.
Pierwszy szkolny dzień, miasto zapchane, zakorkowane. W autobusie jeszcze jako tako, bo ja na krańcówce wsiadam, ale w bimbie, ojapierdolę.
Na przystankach tłumy ziewających tak, że o mało im szczęki nie wyleciały z zawiasów licealistów. Co kawałek grupki piszczących dziewoj, jakby je ze skóry ktoś obdzierał, gromadki przybijających piątki i żółwiki jegomościów, a biedny człowiek śpieszący do pracy z powodu gabarytów już się ledwo na przystanku mieści. Trudno.
Jednak wakacje były baaaardzo męczące, albowiem w bimbie prawie wszystkie siedzenia zajęte przez, kurwa, małolatów.
Mam na to wyjebane, te trzy przystanki to dla mnie nie problem, ale to jest bimba, która jedzie w okolice szpitali i próchna tam się telepie, że ojapierdolę.
Nic nie ujmując próchnu, ale te młode hordy zmęczonych wakacjami barbarzyńców, nieraczących podnieść tyłka, gdy nad nim stoi, i nie, nie sapie, jak piszą w internetach, po prostu stoi próchno mogące być jego babcią...
Serio?
Nie mają żadnego wstydu, gapiąc się na te staruchy i starców?
Ojapierdolę.
I taka scenka: jedzie wnuczuś z babcią, wnuczuś tak na oko jakieś 15 latek, babcia jego, bo z nim gawędzi. Odpicowany jak szczur na otwarcie kanału. Obok stoję ja, a obok mnie starowina w wieku tamtej babci. I ta babcia chłoptasia, kurwa, nic.
Gryzłam się w jęzor, albowiem bez aparatów nie rozmawiam z nieznajomymi, ale kurwica mną miotała, że hej.
Nie był kaleką, bo na moim przystanku wysiedli i kroczyli raźno. No, może był po chemioterapii, to odszczekuję, ale nie wyglądał.
Jednak lubię wakacje ze względu na to, że wiocha jedzie tam, gdzie jej nie widać.
A w pracy czekała na mnie niespodziewajka
Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawola...
Pani Twardowska się kłania.
Kolega twierdził, że nie o fajki chodzi, ale o tego lulka :)
Jest halucynogenny, a jego uprawa nie jest zakazana, bo... mało kto wie o jego właściwościach :)
Czyli i nasi romantycy nieźle się zabawiali :P A tak niewinnie wyglądali, co nie?
Wrzuciłam na forum korektorów i polonistów i gównoburzę rozpętałam, szukanie źródeł, czy to faktycznie to zielsko, czy fajki (ja całe życie myślałam, że lulka to fajka), szukanie materiałów źródłowych i opracowań badaczy...
Ojapierdolę.
Nawet jeżeli to faktycznie była tylko niewinna fajka, to jakie to ma znaczenie, żeby szaty drzeć i włosy z głowy wyrywać udowadniając swoje racje?
Ludzie są dziwni, ale tamte fora tak mają, że się o przecinek zabiją albo o odmianę.
Okazało się, że mam sporo roboty, a i - a to mi niespodziewajka - że w przyszłym tygodniu robimy kolejnego ekstrasa. I dobrze, czas mi szybciej zleci.
Mam nadzieję, że jeden dzień uda mi się urwać na podróże po Umarlakach, bo jak wiadomo, mi na złość poumierali we wrześniu w krótkich odstępach.
Nawet nie wspominam Pierworodnemu, że jadę, przy ich niezorganizowaniu będzie więcej kłopotu, jak pożytku, groby mam pomyte.
Ale do ojca mógłby pojechać.
W sumie i na to mam wyjebane.
Nie mam sobie nic do zarzucenia.
W pracy się przeciągnęło, bo Boss miał urodziny, no i nalatałam się z zastawą, ale dobrze, bo potrzebuję ruchu :)
Tort był przepyszny, lampka wina też, aż nabrałam ochoty na białe wino :)
Mogłam pić do oporu, bo było tego po kokardkę, ale skończyłam kulturalnie na lampce, bo jeszcze 4 artykuły czekały, a poza tym żelazna zasada - w pracy nie piję.
Nawet legalnie.
Pić to ja mogę z Inżynierem i Baranem, bo wtedy jestem bezpieczna :)
Po powrocie do domu spojrzałam na okna i gumka w gaciach zluzowała mi na maksa i gacie z hukiem trzasnęły o podłogę.
Okna jak w wagonie PKP powodują, że całe mieszkanie wygląda jak ruski burdel.
Jako że młodość mnie rozpierała, obiad ugotowałam i nie bacząc na pracowe trudy i latanie, wzięłam dupę w troki i krótko przed 20.00 skończyłam myć wszystkie okna :)
No, znów mam te dwadzieścia lat i pierdalca w dupie, ale to miłe uczucie, choć boli mnie każda kosteczka.
Ale radio Pogoda tak pięknie gra.
I nikt nie kopiuje :)
I mieszkanie jakoś pojaśniało choć już ciemno jak w dupie u Murzyna :D
Daj mi miłość, daj mi miłość, daj mi miłość, która wiecznie będzie trwać :)
Mam taką.
Kocham siebie miłością wielką jak cały świat :P
I tylko, tfu, tfu, o hoyę się martwię, bo ponoć ruszana zrzuca kwiaty, a już wyglądają jak plastikowa atrapa kwiatów, ale trudno.
C'est la vie :D
Ale, ale, zaraz, fajfów nie ma już.
Trudno :)
Dwa dni gniłam na fotelach i wczoraj wieczorem chodzić nie mogłam, tak mi nogi spuchły. Jednak potrzebuję ruchu.
Zatem wstawszy rano i zrobiwszy rachunek sumienia, postanowiłam śmigać jak sarenka albo inny łabądek.
Pierwszy szkolny dzień, miasto zapchane, zakorkowane. W autobusie jeszcze jako tako, bo ja na krańcówce wsiadam, ale w bimbie, ojapierdolę.
Na przystankach tłumy ziewających tak, że o mało im szczęki nie wyleciały z zawiasów licealistów. Co kawałek grupki piszczących dziewoj, jakby je ze skóry ktoś obdzierał, gromadki przybijających piątki i żółwiki jegomościów, a biedny człowiek śpieszący do pracy z powodu gabarytów już się ledwo na przystanku mieści. Trudno.
Jednak wakacje były baaaardzo męczące, albowiem w bimbie prawie wszystkie siedzenia zajęte przez, kurwa, małolatów.
Mam na to wyjebane, te trzy przystanki to dla mnie nie problem, ale to jest bimba, która jedzie w okolice szpitali i próchna tam się telepie, że ojapierdolę.
Nic nie ujmując próchnu, ale te młode hordy zmęczonych wakacjami barbarzyńców, nieraczących podnieść tyłka, gdy nad nim stoi, i nie, nie sapie, jak piszą w internetach, po prostu stoi próchno mogące być jego babcią...
Serio?
Nie mają żadnego wstydu, gapiąc się na te staruchy i starców?
Ojapierdolę.
I taka scenka: jedzie wnuczuś z babcią, wnuczuś tak na oko jakieś 15 latek, babcia jego, bo z nim gawędzi. Odpicowany jak szczur na otwarcie kanału. Obok stoję ja, a obok mnie starowina w wieku tamtej babci. I ta babcia chłoptasia, kurwa, nic.
Gryzłam się w jęzor, albowiem bez aparatów nie rozmawiam z nieznajomymi, ale kurwica mną miotała, że hej.
Nie był kaleką, bo na moim przystanku wysiedli i kroczyli raźno. No, może był po chemioterapii, to odszczekuję, ale nie wyglądał.
Jednak lubię wakacje ze względu na to, że wiocha jedzie tam, gdzie jej nie widać.
A w pracy czekała na mnie niespodziewajka
Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawola...
Pani Twardowska się kłania.
Kolega twierdził, że nie o fajki chodzi, ale o tego lulka :)
Jest halucynogenny, a jego uprawa nie jest zakazana, bo... mało kto wie o jego właściwościach :)
Czyli i nasi romantycy nieźle się zabawiali :P A tak niewinnie wyglądali, co nie?
Wrzuciłam na forum korektorów i polonistów i gównoburzę rozpętałam, szukanie źródeł, czy to faktycznie to zielsko, czy fajki (ja całe życie myślałam, że lulka to fajka), szukanie materiałów źródłowych i opracowań badaczy...
Ojapierdolę.
Nawet jeżeli to faktycznie była tylko niewinna fajka, to jakie to ma znaczenie, żeby szaty drzeć i włosy z głowy wyrywać udowadniając swoje racje?
Ludzie są dziwni, ale tamte fora tak mają, że się o przecinek zabiją albo o odmianę.
Okazało się, że mam sporo roboty, a i - a to mi niespodziewajka - że w przyszłym tygodniu robimy kolejnego ekstrasa. I dobrze, czas mi szybciej zleci.
Mam nadzieję, że jeden dzień uda mi się urwać na podróże po Umarlakach, bo jak wiadomo, mi na złość poumierali we wrześniu w krótkich odstępach.
Nawet nie wspominam Pierworodnemu, że jadę, przy ich niezorganizowaniu będzie więcej kłopotu, jak pożytku, groby mam pomyte.
Ale do ojca mógłby pojechać.
W sumie i na to mam wyjebane.
Nie mam sobie nic do zarzucenia.
W pracy się przeciągnęło, bo Boss miał urodziny, no i nalatałam się z zastawą, ale dobrze, bo potrzebuję ruchu :)
Tort był przepyszny, lampka wina też, aż nabrałam ochoty na białe wino :)
Mogłam pić do oporu, bo było tego po kokardkę, ale skończyłam kulturalnie na lampce, bo jeszcze 4 artykuły czekały, a poza tym żelazna zasada - w pracy nie piję.
Nawet legalnie.
Pić to ja mogę z Inżynierem i Baranem, bo wtedy jestem bezpieczna :)
Po powrocie do domu spojrzałam na okna i gumka w gaciach zluzowała mi na maksa i gacie z hukiem trzasnęły o podłogę.
Okna jak w wagonie PKP powodują, że całe mieszkanie wygląda jak ruski burdel.
Jako że młodość mnie rozpierała, obiad ugotowałam i nie bacząc na pracowe trudy i latanie, wzięłam dupę w troki i krótko przed 20.00 skończyłam myć wszystkie okna :)
No, znów mam te dwadzieścia lat i pierdalca w dupie, ale to miłe uczucie, choć boli mnie każda kosteczka.
Ale radio Pogoda tak pięknie gra.
I nikt nie kopiuje :)
I mieszkanie jakoś pojaśniało choć już ciemno jak w dupie u Murzyna :D
Daj mi miłość, daj mi miłość, daj mi miłość, która wiecznie będzie trwać :)
Mam taką.
Kocham siebie miłością wielką jak cały świat :P
I tylko, tfu, tfu, o hoyę się martwię, bo ponoć ruszana zrzuca kwiaty, a już wyglądają jak plastikowa atrapa kwiatów, ale trudno.
C'est la vie :D
sobota, 31 sierpnia 2019
Dopiero
dziś poczułam, Kochany Pamiętniczku, jak bardzo jestem zmęczona, a do tego wszystkiego upał dał mi koszmarnie w kość.
Planowałam umycie okien, po tym tornadzie wyglądają jak moje w pracy, myte raz na pół roku, ale spasowałam. I teraz czuję, że dobrze zrobiłam, bo padłabym.
Tak samo jak zrezygnowałam z jazdy na cmentarz, bo sama nie wiem, na który najpierw jechać. Do Umarlaków pasuje mi przyszły weekend, bo umyte, ale kwiaty bym chciała zmienić, ale w weekend jest też rocznica śmierci Eksa. Trudno, nie rozdwoję się, zobaczę w poniedziałek, jak ogarnęli kuwetę w pracy, bo obiecywali pot, krew i łzy. Jak zawsze...
A dziś dopieściłam wszystko, dochuchałam i nawet obiadu nie robiłam, raz, że nie mam apetytu przy tym upale, dwa, że kto bogatego zmusi?
Tortellini z grzybami sobie odgrzałam, gotowca, a jakże, popiłam smoothie i jak zgłodnieję, mam kiszonki.
Przełożyłam kiszonki do słoików, dokończyłam powidła, udało mi się zrobić dla Sikory, jak obiecałam.
Chodzą za mną jeszcze powidła, ale na razie muszę odskrobać brytfannę, a to syzyfowa praca, jednorazowe gotowanie sody oczyszczonej nie za bardzo pomogło :)
Czuję się jak w bajce, choć jeszcze mam odruch oglądania się na boki, za to moje uszy odpoczywają i zakupy w rytm Christmas Time, znajdę cię, niezmienioną tę samą, wytarguj od gwiazd ten czas, mój czas! Co zanim się stał - zbiegł i innych takich, I just called to say i love you :) Bez obawy, że zlecą alkohole, że będzie bójka o koszyk i inne niespodziewajki.
Ale tak myślę, że chyba jednak coś jest w tym, że cukier dzieciom szkodzi :) Doszłam do wniosku, że dlatego spały, bo słodyczy nie jadły prawie wcale. Jedno ptasie mleczko góra dziennie. Albo jogurcik. Do picia smoothie i woda mineralna, ewentualnie herbata z wierzbówki kiprzycy z suszonymi owocami, osłodzona maleńką łyżeczką miodu. A tak: kiszonki, ogórki, rzodkiewki. Nawet kakao codziennie nie dostawały i wbrew temu, co mi wmawiał Pierworodny nie piją litra mleka dziennie, jako że jestem wygodna i nienawidzę szorowania garnka po mleku, jak nie mówiły, nie dawałam. Dostawały jogurt. Naturalny, więc białko było :) Żadnych chrupek, chipsów, precelków, paluszków, i co? Przeżyły, nie umarły z głodu, a i Papryczek śmigał do kibelka jak błyskawica, a w O. był dzień, że przez cały dzień nie sikał!
Nie wiem, czy jeszcze zdecyduję się na takie coś, chyba nie.
Będę wolała zająć się nimi w ich domu, bo aczkolwiek bałagan nie był za wielki, ale ja kocham, jak
... i nie muszę umierać ze strachu, że za chwilę coś zostanie zalane i zepsute.
Starczy tego jednego kompa, nie wiem, czy odzyskam z niego coś.
Ale, nieważne :)
Zanabyłam :) Wiem, celozja szybko pada, ale nie mogłam się oprzeć temu kolorowi :) Zdjęcie nie oddaje jej uroku i koloru :)
To już ostatnie tchnienia lata, wszędzie królują już wrzosy i wrzośćce, ale nie rzucam się na nie, bo moja dżungla komarzycowo- begoniowa ma się jeszcze nieźle i trudno się przez nią przebić.
I
Obie tablice kupiłam z myślą o MW. Bo ona na wszystko odpowiada nie wiem, a na co dzień przyklejona jest do smartfona 12/24. Ale nie dam jej tych tablic, bo i tak wiem, że wylądują w kącie. Niekoniecznie to, co mnie się podoba, zachwyca innych. A ja lubię pisanie credo na parkanie :) Byłam już za to skrytykowana, że jak małolata sentencje wieszam, no ale kto, kurwa, bogatemu zabroni? Moje mieszkanie, moje zasady, mój cyrk, moje pchły :) Nie ściągam tu nikogo na siłę. I nie, nie polecę kupować modnych mebli, lubię swój bajzel. Dobrze mi tu :)
A moja hoya...
Cicho :) Może się uda i doczekam smrodu :) Ponoć śmierdzi jak kocie siki :P A kocie siki śmierdzą okrutnie, wiem, bo w starej siedzibie redakcji dwa kocury oznaczyły zimą teren, sikając na progu pod drzwiami wejściowymi. Rześki mróz dodawał uroku tym perfumom :)
I tak pięknie minęła mi niedziela, film oglądnęłam. Lot. Polecam, jeśli ktoś ma polskiego Netflixa.
Będę się teraz bała wsiąść do samolotu.
Piję.
Czasami za dużo i miewam kaca.
Ale jedyny błąd, jaki mogę popełnić, to puszczenie błędu.
Być może pora do AA.
Wszystko jeszcze przede mną :)
A Kalafiorkówna ma już kilka zębów.
Jak ten czas leci...
Planowałam umycie okien, po tym tornadzie wyglądają jak moje w pracy, myte raz na pół roku, ale spasowałam. I teraz czuję, że dobrze zrobiłam, bo padłabym.
Tak samo jak zrezygnowałam z jazdy na cmentarz, bo sama nie wiem, na który najpierw jechać. Do Umarlaków pasuje mi przyszły weekend, bo umyte, ale kwiaty bym chciała zmienić, ale w weekend jest też rocznica śmierci Eksa. Trudno, nie rozdwoję się, zobaczę w poniedziałek, jak ogarnęli kuwetę w pracy, bo obiecywali pot, krew i łzy. Jak zawsze...
A dziś dopieściłam wszystko, dochuchałam i nawet obiadu nie robiłam, raz, że nie mam apetytu przy tym upale, dwa, że kto bogatego zmusi?
Tortellini z grzybami sobie odgrzałam, gotowca, a jakże, popiłam smoothie i jak zgłodnieję, mam kiszonki.
Przełożyłam kiszonki do słoików, dokończyłam powidła, udało mi się zrobić dla Sikory, jak obiecałam.
Chodzą za mną jeszcze powidła, ale na razie muszę odskrobać brytfannę, a to syzyfowa praca, jednorazowe gotowanie sody oczyszczonej nie za bardzo pomogło :)
Czuję się jak w bajce, choć jeszcze mam odruch oglądania się na boki, za to moje uszy odpoczywają i zakupy w rytm Christmas Time, znajdę cię, niezmienioną tę samą, wytarguj od gwiazd ten czas, mój czas! Co zanim się stał - zbiegł i innych takich, I just called to say i love you :) Bez obawy, że zlecą alkohole, że będzie bójka o koszyk i inne niespodziewajki.
Ale tak myślę, że chyba jednak coś jest w tym, że cukier dzieciom szkodzi :) Doszłam do wniosku, że dlatego spały, bo słodyczy nie jadły prawie wcale. Jedno ptasie mleczko góra dziennie. Albo jogurcik. Do picia smoothie i woda mineralna, ewentualnie herbata z wierzbówki kiprzycy z suszonymi owocami, osłodzona maleńką łyżeczką miodu. A tak: kiszonki, ogórki, rzodkiewki. Nawet kakao codziennie nie dostawały i wbrew temu, co mi wmawiał Pierworodny nie piją litra mleka dziennie, jako że jestem wygodna i nienawidzę szorowania garnka po mleku, jak nie mówiły, nie dawałam. Dostawały jogurt. Naturalny, więc białko było :) Żadnych chrupek, chipsów, precelków, paluszków, i co? Przeżyły, nie umarły z głodu, a i Papryczek śmigał do kibelka jak błyskawica, a w O. był dzień, że przez cały dzień nie sikał!
Nie wiem, czy jeszcze zdecyduję się na takie coś, chyba nie.
Będę wolała zająć się nimi w ich domu, bo aczkolwiek bałagan nie był za wielki, ale ja kocham, jak
... i nie muszę umierać ze strachu, że za chwilę coś zostanie zalane i zepsute.
Starczy tego jednego kompa, nie wiem, czy odzyskam z niego coś.
Ale, nieważne :)
Zanabyłam :) Wiem, celozja szybko pada, ale nie mogłam się oprzeć temu kolorowi :) Zdjęcie nie oddaje jej uroku i koloru :)
To już ostatnie tchnienia lata, wszędzie królują już wrzosy i wrzośćce, ale nie rzucam się na nie, bo moja dżungla komarzycowo- begoniowa ma się jeszcze nieźle i trudno się przez nią przebić.
I
Obie tablice kupiłam z myślą o MW. Bo ona na wszystko odpowiada nie wiem, a na co dzień przyklejona jest do smartfona 12/24. Ale nie dam jej tych tablic, bo i tak wiem, że wylądują w kącie. Niekoniecznie to, co mnie się podoba, zachwyca innych. A ja lubię pisanie credo na parkanie :) Byłam już za to skrytykowana, że jak małolata sentencje wieszam, no ale kto, kurwa, bogatemu zabroni? Moje mieszkanie, moje zasady, mój cyrk, moje pchły :) Nie ściągam tu nikogo na siłę. I nie, nie polecę kupować modnych mebli, lubię swój bajzel. Dobrze mi tu :)
A moja hoya...
Cicho :) Może się uda i doczekam smrodu :) Ponoć śmierdzi jak kocie siki :P A kocie siki śmierdzą okrutnie, wiem, bo w starej siedzibie redakcji dwa kocury oznaczyły zimą teren, sikając na progu pod drzwiami wejściowymi. Rześki mróz dodawał uroku tym perfumom :)
I tak pięknie minęła mi niedziela, film oglądnęłam. Lot. Polecam, jeśli ktoś ma polskiego Netflixa.
Będę się teraz bała wsiąść do samolotu.
Piję.
Czasami za dużo i miewam kaca.
Ale jedyny błąd, jaki mogę popełnić, to puszczenie błędu.
Być może pora do AA.
Wszystko jeszcze przede mną :)
A Kalafiorkówna ma już kilka zębów.
Jak ten czas leci...
piątek, 30 sierpnia 2019
Dzień
piąty i ostatni, Kochany Pamiętniczku.
Jestem przeszczęśliwa, szczęściem wyjebanym w Kosmos, a jednocześnie rozżalona :)
No co...
Znów wstałam pierwsza, ale o dziwo, nie rzucili się na mnie jak sępy na padlinę, ale pierzyli się w swoim wyrku ile fabryka dała.
Myślę, że jeszcze parę dni, a przychodziliby się pierzyć w sublokatorzeniu, jak moje chłopaki.
No ale trudno.
Śniadanie bez wielkich ekscesów, poza tym że Papryczek na widok zimnej paróweczki zrobił oczy jak spodki, bo parówka musi być gorąca. Tam mówiła babcia Justyna.
Cóż było robić, podgrzałam, choć jako żyję nie grzałam cienkich parówek, tylko te grube. Podgrzewane parówki po prostu śmierdzą.
No ale skoro babcia Justyna wie lepiej, muszę się dostosować.
MW na szczęście zjadła serek wiejski i po ogarnięciu tej kuwety i wykąpaniu babci Yody planowaliśmy iść w siną dal, pościel schła na balkonie, ale włosy babci Y. ni cholery nie chciały, a jak wiadomo, wilgoć szkodzi aparatom słuchowym. Sfelerowana ta babcia Y.
I nagle MW siedząca na MOIM fotelu, prawem kaduka, no ale co ja zrobię? - wstała z krzykiem, że jej krew leci.
A krwotok był imponujący.
Kurwa.
Niczego się nie boję tak, jak widoku krwi, mogę spać z wężami, pająkami, ale krew?
Słabo mi się robi w czasie badania krwi, a tu...
Nigdy nie miałam krwotoku z nosa ani znikąd indziej, jako i moje dzieci też nie.
Przebłyskuje mi, że internety mówią, że nie głowa do tyłu, ale głowa w dół, więc każę głowa w dół i wertuję internety. Bingo. Działa. Ogarniam tę kuwetę, bez rękawiczek, ale zakładam, że moja wnuczka nie ma AIDS, zresztą refleksja przychodzi po. Wiem, głupie. Piszę SMS do Matki. Matka ma wyłączony telefon, bo taka praca (moim zdaniem to przerost formy nad treścią, co zrobi, jak MW będzie w szkole? Nie odbierze SMS, telefonu? Dlaczego wszystko ma ogarniać Pierworodny, dosłownie wszystko, przyjechał dziś, usiadł i odleciał, a ona jednak rześka, jadła i jadła, nie wygaduję, ale syn ledwo coś skubnął, a ona wchłonęła gros gziki z półtora kg sera, a myślałam, że za dużo robię, sama zjadłam łyżkę i trzy pyry). Piszę do Inżynierowej, bo przecież fachowa jest, nauczycielka wychowania przedszkolnego. Pomaga, ale dobija mnie, że to ja jestem w tym momencie opiekunem i jak coś to ja do pierdla. Pytam MW, czy już miała krwotok, MW idzie w zaparte, że nie, a Inżynierowa mówi, że nie ma opcji, żeby dziewięciolatka przeżyła pierwszy krwotok bez histerii...
Matka MW odpisuje, że miała już krwotok.
Chapeau bas dla Inżynierowej.
No nic, sytuacja pod kontrolą, dziewczę czuje się dobrze, idziemy po zakupy, bo obiad z niczego się nie zrobi.
Po drodze uświadamiam sobie, że przez te pięć dni mało, że nie zjadły ani jednego loda, a mijaliśmy pierdyliard lodziarni i sklepów, i zamrażarek, ale nawet nie zająknęły się, że chcą loda, mimo upału.
Mówię im, pytam, co kupujemy: loda czy smoothie. P.: loda, MW: smoothie, bo to zdrowe, a cukier niezdrowy (ojapierdolę), no i ja: smoothie. Przegłosowany P. zanosi się szlochem, ale MW uspokaja mnie: on często udaje.
Kupujemy smoothie i P. jakoś nie umiera śmiercią męczeńską i tragiczną, choć szlochał, że babcia J. dawała mu co dzień loda, albo i dwa, albo więcej, bo inaczej nic nie jadł.
Hehehehehehehe :)
Powiedziałam, że jak dla mnie może wcale nie jeść, płakała nie będę, a będę miala dużo pieniędzy :)
Smoothie zatkało ich tak, że P. dwa kupsztyle walnął, ma prawie 5 lat i nie umie sam wytrzeć dupy. Będzie miał przesrane w przedszkolu.
Trenowaliśmy, serio, pięciolatek, który sam nie umie gaci wciągnąć i spodni podciągnąć?
Synowa: ale on taki mały i delikatny.
Kurwa.
Ale ona go nie podciera, tylko woła MW albo Pierworodnego.
No dobra. Wracamy do domu, MW ze smartfonem okupuje MÓJ fotel, czytam P. wiersze. Dziecko pięcioletnie nie zna kosi-kosi łapci. Stary niedźwiedź mocno śpi i innych takich tam.
Kurwa, a ja wydałam kupę kasy na książeczki z wyliczankami, na dowóz, a jakże, czytali, czytali. Nie zna żadnego klasyka. MW zresztą też nie. Ale ona ma na uszach słuchawki i jakieś koncerty z hologramami postaci a la manga. Znajduję później kartkę z - chyba poprawnym - zapisem tekstu angielskiej piosenki z takiego koncertu. Jest mądra. Uczę P. kosi-kosi (pięciolatka, kurwa), po 15 minutach umie. Potem Synowa mówi, że umie angielskie wyliczanki z przedszkola. No a co, kurwa, robili w domu? Oprócz puszczania mu Netflixa? Dzieciak zna Simpsonów na wylot. Simpsonów, kurwa.
W międzyczasie emilek z firmy o której chłop nie wie, że przeprosinami, że cała redakcja wie, że ma nową korektorkę.
Tylko, kurwa, rzeczona korektorka nic nie wie, że ma nową pracę.
MW dostaje drugiego krwotoku, na szczęście zauważam to od razu i nie ma wielkiej tragedii.
Piszę do Synowej, a ona, że chyba będzie musiała iść z nią do lekarza.
Chyba?
Kurwa.
Ja miałabym już konsylium złożone co najmniej z pięciu profesorów, ale ok, nawet nie wiem, jaki ma numer ubezpieczenia, nawet PESELu nie znam, o co pytali u dentysty.
P. ma mleczniaki spróchniałe tak, że woła o pomstę do nieba. W UK dzieci mają dentystę za darmo, jak i kobiety w ciąży i karmiące. Ona sobie wszystkie zęby wyleczyła.
Żal mi Pierworodnego, ale...
Nikt nie zapytał, ile kosztował dentysta, tornister, utrzymanie dzieci.
Szczoteczki do zębów, pasta, czapeczki, inne kurwa, pierdoły.
Nie, że mnie nie stać, ho jak mnie nie będzie stać, to powiem: przepraszam, nie mam.
Ot, taki drobiazg: bała się o pranie w czasie tornada. Powiedziałam, że kupię klamerki. Miał kupić syn w pracy, ale nie miał czasu. Ja pamiętałam, kupiłam. Podziękowała, nie mówię, ale prosząc o kupno mówiła: oddam ci pieniądze. I cisza...
Niby drobiazg, ale, kurwa :)
Pojechali, żegnani przeze mnie czule: zabierz rower, zabierz buty i spierdalaj z Nowej Huty.
I...
Jednak dzieci dostosowały się do reguł gry, aczkolwiek nie było to aż takie proste.
Ale buciki stały w rzędzie i nie zakładały nocą pułapek na babcię człapiącą ostatkiem sił do kibla.
Zabawki miały swoje pudełka i zasada: jedno pudełko naraz była aż za ściśle przestrzegana.
Zasypianie po kąpieli doszło do perfekcji :)
Próby poprawiania okryć na meblach hamowała sama babcia, bo nie wszystko musi być zaprasowane na kant.
Kurz szkodził tylko MW, która ma niezdiagnozowane uczulenie na niego, więc w czasie rozkładania i wytrzepywania posłań była wypraszana z pomieszczenia, albowiem kichała jak z armaty :)
I tak na końcu ośliniona przez P., proszącego nie płakaj, kocham cię, dobita zostałam przez Synową.
Zapytała MW, czy w razie W chce do babci J, czy do babci Y.
Wiecie, co odpowiedziała Skubana?
Idę się pochlastać.
Mieszkanie lśni,jutro dorzuci się badylków, bo dziś nie było gdzie postawić, żeby prąd nie był w niebezpieczeństwie.
Filmów mam od cholery.
Tęsknię i nie tęsknię.
Rozkoszuję się radiem Pogoda, spokojem i tym, że nikt nie stanie mi za plecami znienacka, jęcząc rozdzierająco: nie mogę zasnąć,
A kiedy osobiście uda mi się zasnąć, otwierając zaropiałe oczka westchnę: ojapierdolę, wszystko mogę, nic nie muszę :D
Jestem przeszczęśliwa, szczęściem wyjebanym w Kosmos, a jednocześnie rozżalona :)
No co...
Znów wstałam pierwsza, ale o dziwo, nie rzucili się na mnie jak sępy na padlinę, ale pierzyli się w swoim wyrku ile fabryka dała.
Myślę, że jeszcze parę dni, a przychodziliby się pierzyć w sublokatorzeniu, jak moje chłopaki.
No ale trudno.
Śniadanie bez wielkich ekscesów, poza tym że Papryczek na widok zimnej paróweczki zrobił oczy jak spodki, bo parówka musi być gorąca. Tam mówiła babcia Justyna.
Cóż było robić, podgrzałam, choć jako żyję nie grzałam cienkich parówek, tylko te grube. Podgrzewane parówki po prostu śmierdzą.
No ale skoro babcia Justyna wie lepiej, muszę się dostosować.
MW na szczęście zjadła serek wiejski i po ogarnięciu tej kuwety i wykąpaniu babci Yody planowaliśmy iść w siną dal, pościel schła na balkonie, ale włosy babci Y. ni cholery nie chciały, a jak wiadomo, wilgoć szkodzi aparatom słuchowym. Sfelerowana ta babcia Y.
I nagle MW siedząca na MOIM fotelu, prawem kaduka, no ale co ja zrobię? - wstała z krzykiem, że jej krew leci.
A krwotok był imponujący.
Kurwa.
Niczego się nie boję tak, jak widoku krwi, mogę spać z wężami, pająkami, ale krew?
Słabo mi się robi w czasie badania krwi, a tu...
Nigdy nie miałam krwotoku z nosa ani znikąd indziej, jako i moje dzieci też nie.
Przebłyskuje mi, że internety mówią, że nie głowa do tyłu, ale głowa w dół, więc każę głowa w dół i wertuję internety. Bingo. Działa. Ogarniam tę kuwetę, bez rękawiczek, ale zakładam, że moja wnuczka nie ma AIDS, zresztą refleksja przychodzi po. Wiem, głupie. Piszę SMS do Matki. Matka ma wyłączony telefon, bo taka praca (moim zdaniem to przerost formy nad treścią, co zrobi, jak MW będzie w szkole? Nie odbierze SMS, telefonu? Dlaczego wszystko ma ogarniać Pierworodny, dosłownie wszystko, przyjechał dziś, usiadł i odleciał, a ona jednak rześka, jadła i jadła, nie wygaduję, ale syn ledwo coś skubnął, a ona wchłonęła gros gziki z półtora kg sera, a myślałam, że za dużo robię, sama zjadłam łyżkę i trzy pyry). Piszę do Inżynierowej, bo przecież fachowa jest, nauczycielka wychowania przedszkolnego. Pomaga, ale dobija mnie, że to ja jestem w tym momencie opiekunem i jak coś to ja do pierdla. Pytam MW, czy już miała krwotok, MW idzie w zaparte, że nie, a Inżynierowa mówi, że nie ma opcji, żeby dziewięciolatka przeżyła pierwszy krwotok bez histerii...
Matka MW odpisuje, że miała już krwotok.
Chapeau bas dla Inżynierowej.
No nic, sytuacja pod kontrolą, dziewczę czuje się dobrze, idziemy po zakupy, bo obiad z niczego się nie zrobi.
Po drodze uświadamiam sobie, że przez te pięć dni mało, że nie zjadły ani jednego loda, a mijaliśmy pierdyliard lodziarni i sklepów, i zamrażarek, ale nawet nie zająknęły się, że chcą loda, mimo upału.
Mówię im, pytam, co kupujemy: loda czy smoothie. P.: loda, MW: smoothie, bo to zdrowe, a cukier niezdrowy (ojapierdolę), no i ja: smoothie. Przegłosowany P. zanosi się szlochem, ale MW uspokaja mnie: on często udaje.
Kupujemy smoothie i P. jakoś nie umiera śmiercią męczeńską i tragiczną, choć szlochał, że babcia J. dawała mu co dzień loda, albo i dwa, albo więcej, bo inaczej nic nie jadł.
Hehehehehehehe :)
Powiedziałam, że jak dla mnie może wcale nie jeść, płakała nie będę, a będę miala dużo pieniędzy :)
Smoothie zatkało ich tak, że P. dwa kupsztyle walnął, ma prawie 5 lat i nie umie sam wytrzeć dupy. Będzie miał przesrane w przedszkolu.
Trenowaliśmy, serio, pięciolatek, który sam nie umie gaci wciągnąć i spodni podciągnąć?
Synowa: ale on taki mały i delikatny.
Kurwa.
Ale ona go nie podciera, tylko woła MW albo Pierworodnego.
No dobra. Wracamy do domu, MW ze smartfonem okupuje MÓJ fotel, czytam P. wiersze. Dziecko pięcioletnie nie zna kosi-kosi łapci. Stary niedźwiedź mocno śpi i innych takich tam.
Kurwa, a ja wydałam kupę kasy na książeczki z wyliczankami, na dowóz, a jakże, czytali, czytali. Nie zna żadnego klasyka. MW zresztą też nie. Ale ona ma na uszach słuchawki i jakieś koncerty z hologramami postaci a la manga. Znajduję później kartkę z - chyba poprawnym - zapisem tekstu angielskiej piosenki z takiego koncertu. Jest mądra. Uczę P. kosi-kosi (pięciolatka, kurwa), po 15 minutach umie. Potem Synowa mówi, że umie angielskie wyliczanki z przedszkola. No a co, kurwa, robili w domu? Oprócz puszczania mu Netflixa? Dzieciak zna Simpsonów na wylot. Simpsonów, kurwa.
W międzyczasie emilek z firmy o której chłop nie wie, że przeprosinami, że cała redakcja wie, że ma nową korektorkę.
Tylko, kurwa, rzeczona korektorka nic nie wie, że ma nową pracę.
MW dostaje drugiego krwotoku, na szczęście zauważam to od razu i nie ma wielkiej tragedii.
Piszę do Synowej, a ona, że chyba będzie musiała iść z nią do lekarza.
Chyba?
Kurwa.
Ja miałabym już konsylium złożone co najmniej z pięciu profesorów, ale ok, nawet nie wiem, jaki ma numer ubezpieczenia, nawet PESELu nie znam, o co pytali u dentysty.
P. ma mleczniaki spróchniałe tak, że woła o pomstę do nieba. W UK dzieci mają dentystę za darmo, jak i kobiety w ciąży i karmiące. Ona sobie wszystkie zęby wyleczyła.
Żal mi Pierworodnego, ale...
Nikt nie zapytał, ile kosztował dentysta, tornister, utrzymanie dzieci.
Szczoteczki do zębów, pasta, czapeczki, inne kurwa, pierdoły.
Nie, że mnie nie stać, ho jak mnie nie będzie stać, to powiem: przepraszam, nie mam.
Ot, taki drobiazg: bała się o pranie w czasie tornada. Powiedziałam, że kupię klamerki. Miał kupić syn w pracy, ale nie miał czasu. Ja pamiętałam, kupiłam. Podziękowała, nie mówię, ale prosząc o kupno mówiła: oddam ci pieniądze. I cisza...
Niby drobiazg, ale, kurwa :)
Pojechali, żegnani przeze mnie czule: zabierz rower, zabierz buty i spierdalaj z Nowej Huty.
I...
Jednak dzieci dostosowały się do reguł gry, aczkolwiek nie było to aż takie proste.
Ale buciki stały w rzędzie i nie zakładały nocą pułapek na babcię człapiącą ostatkiem sił do kibla.
Zabawki miały swoje pudełka i zasada: jedno pudełko naraz była aż za ściśle przestrzegana.
Zasypianie po kąpieli doszło do perfekcji :)
Próby poprawiania okryć na meblach hamowała sama babcia, bo nie wszystko musi być zaprasowane na kant.
Kurz szkodził tylko MW, która ma niezdiagnozowane uczulenie na niego, więc w czasie rozkładania i wytrzepywania posłań była wypraszana z pomieszczenia, albowiem kichała jak z armaty :)
I tak na końcu ośliniona przez P., proszącego nie płakaj, kocham cię, dobita zostałam przez Synową.
Zapytała MW, czy w razie W chce do babci J, czy do babci Y.
Wiecie, co odpowiedziała Skubana?
Idę się pochlastać.
Mieszkanie lśni,jutro dorzuci się badylków, bo dziś nie było gdzie postawić, żeby prąd nie był w niebezpieczeństwie.
Filmów mam od cholery.
Tęsknię i nie tęsknię.
Rozkoszuję się radiem Pogoda, spokojem i tym, że nikt nie stanie mi za plecami znienacka, jęcząc rozdzierająco: nie mogę zasnąć,
A kiedy osobiście uda mi się zasnąć, otwierając zaropiałe oczka westchnę: ojapierdolę, wszystko mogę, nic nie muszę :D
czwartek, 29 sierpnia 2019
Dzień
czwarty, Kochany Pamiętniczku.
Zazwyczaj jest tak, że gdy zaczyna się układać i wszystko wskazuje na to, że moje darcie mordy jest efektywne, trach, historia się kończy.
I tak było tym razem.
Dzisiaj ja obudziłam się pierwsza.
Pograłam, pofejsbuczyłam, tradycyjnie.
Godzina mija i cisza jak makiem zasiał. Myślę, może okienkiem hycnęły niebogi?
Ale nie
Spały, kurde, do ósmej.
Śniadanie, Papryczek tradycyjnie zżera wędlinkę, a chlebek apiać, ale na wzmiankę o niespodziewajce dostaję talerz ze skórką, co łaskawie wybaczam.
Pół godzinki umoralniającej pogawędki z MW.
Ile do niej trafiło, nie wiem, ale widziałam, że oczy jej z orbit wychodziły, gdy słyszała o tamborku, robieniu na drutach, wyszywaniu. Zdawała się nie ogarniać tego, ale od czego wujek Googiel jest?
Jednak miała smartfon, więc wczoraj
większość dnia tak, a dzisiaj tak
I co bardzo wkurwiające, ze słuchawkami na uszach traci całkowicie słuch.
Do tego obsypana jest cała czarnymi kropkami, bo słuchawki przeleżały lata w koszyczku i po prostu pianka puściła :)
Zanim doszłam, co ja obsypało, strachu się najadłam :)
Ale był święty spokój. Papryczek pozwalał sobie czytać wierszyki, niezbyt grzeczne, bazę mu zbudowałam i dostał takie metalowe łamańce, które mam po dzieciach: trzeba to złożyć i rozłożyć, ileż było frajdy.
Tylko spacer po zakupy, bo upał nieludzki. Wykorzystałam tanią siłę roboczą :)
A co, niech zarabia od małego na sól do śledzia :)
Zakupy grzecznie, już bez ekscesów.
Używają słowa proszę i dziękuję, a nie biłam.
Nie zaczyna oznaczać nie.
I jak tu nie żałować rozstania?
Ale Papryczek żyje "jutro". Nie rozumie jeszcze upływu czasu, ale już wie, że jeszcze tylko dzisiaj u mnie śpi i jutro idzie do domu.
Na moją nieśmiałą sugestię, że jak pójdzie, to położę się na podłodze i będę płakała tak długo, aż utonę w kałuży łez, przytula mnie i mówi: nie płakaj, proszę cię, nie płakaj, ja muszę iść do przedszkola... :)
I tak dookoła Wojtek.
Pierworodny przyjechał tak zmarnowany, że wyglądał jak pijany, a gość alkoholu nie tyka, w przeciwieństwie do mnie i Inżyniera.
Kazałam mu się godzinkę przespać, co nie wzbudziło entuzjazmu Synowej, no ale miała się bawić z dziećmi... Obiadu nie musiała gotować, zresztą ona nie gotuje, gotuje on.
Ile można w chłopa orać?
Gdyby ona tak wyglądała, też kazałabym się jej położyć.
No nic :)
Dziś światło w pokoju zgasło przed 20.
Papryczek sam sobie książeczkę czytał przed zaśnięciem.
W sensie, że wie, o co lotto i po swojemu obrazki podziwiał.
Piszę Synowej i domagam się uznania, a ta, że tylko z MW, bo Papryczek koło 21 zasypiał.
No ale niańczony, a u mnie kąpiel, buzi i sami poszli.
Przed 21.
MW ma uszykowaną lekturę i przykazane, że jak nie może spać, ma czytać nie zawracając mi głowy.
Tak myślę, czy będzie mi ich aż tak bardzo brakowało?
Ale perspektywa serwety zamiast ceraty na stole, wazonu z badylami, niegotowania i niezmywania sto razy dziennie jest kusząca...
Aczkolwiek Papryczek ogarnął sprzątanie zabawek wzorowo, MW jest wielką bałaganiarą, zrobi, jak musi. Ma miejsce na szczotkę do włosów, a szczotka za każdym razem ląduje w innej części mieszkania, najczęściej na stole...
No nic, trzeba nad tym dłużej pracować, a tu dwie dziurki w nosie i skończyło się :)
I w ten sposób nie zostałam Babcią Roku :)
Carramba :D
Zazwyczaj jest tak, że gdy zaczyna się układać i wszystko wskazuje na to, że moje darcie mordy jest efektywne, trach, historia się kończy.
I tak było tym razem.
Dzisiaj ja obudziłam się pierwsza.
Pograłam, pofejsbuczyłam, tradycyjnie.
Godzina mija i cisza jak makiem zasiał. Myślę, może okienkiem hycnęły niebogi?
Ale nie
Spały, kurde, do ósmej.
Śniadanie, Papryczek tradycyjnie zżera wędlinkę, a chlebek apiać, ale na wzmiankę o niespodziewajce dostaję talerz ze skórką, co łaskawie wybaczam.
Pół godzinki umoralniającej pogawędki z MW.
Ile do niej trafiło, nie wiem, ale widziałam, że oczy jej z orbit wychodziły, gdy słyszała o tamborku, robieniu na drutach, wyszywaniu. Zdawała się nie ogarniać tego, ale od czego wujek Googiel jest?
Jednak miała smartfon, więc wczoraj
większość dnia tak, a dzisiaj tak
I co bardzo wkurwiające, ze słuchawkami na uszach traci całkowicie słuch.
Do tego obsypana jest cała czarnymi kropkami, bo słuchawki przeleżały lata w koszyczku i po prostu pianka puściła :)
Zanim doszłam, co ja obsypało, strachu się najadłam :)
Ale był święty spokój. Papryczek pozwalał sobie czytać wierszyki, niezbyt grzeczne, bazę mu zbudowałam i dostał takie metalowe łamańce, które mam po dzieciach: trzeba to złożyć i rozłożyć, ileż było frajdy.
Tylko spacer po zakupy, bo upał nieludzki. Wykorzystałam tanią siłę roboczą :)
A co, niech zarabia od małego na sól do śledzia :)
Zakupy grzecznie, już bez ekscesów.
Używają słowa proszę i dziękuję, a nie biłam.
Nie zaczyna oznaczać nie.
I jak tu nie żałować rozstania?
Ale Papryczek żyje "jutro". Nie rozumie jeszcze upływu czasu, ale już wie, że jeszcze tylko dzisiaj u mnie śpi i jutro idzie do domu.
Na moją nieśmiałą sugestię, że jak pójdzie, to położę się na podłodze i będę płakała tak długo, aż utonę w kałuży łez, przytula mnie i mówi: nie płakaj, proszę cię, nie płakaj, ja muszę iść do przedszkola... :)
I tak dookoła Wojtek.
Pierworodny przyjechał tak zmarnowany, że wyglądał jak pijany, a gość alkoholu nie tyka, w przeciwieństwie do mnie i Inżyniera.
Kazałam mu się godzinkę przespać, co nie wzbudziło entuzjazmu Synowej, no ale miała się bawić z dziećmi... Obiadu nie musiała gotować, zresztą ona nie gotuje, gotuje on.
Ile można w chłopa orać?
Gdyby ona tak wyglądała, też kazałabym się jej położyć.
No nic :)
Dziś światło w pokoju zgasło przed 20.
Papryczek sam sobie książeczkę czytał przed zaśnięciem.
W sensie, że wie, o co lotto i po swojemu obrazki podziwiał.
Piszę Synowej i domagam się uznania, a ta, że tylko z MW, bo Papryczek koło 21 zasypiał.
No ale niańczony, a u mnie kąpiel, buzi i sami poszli.
Przed 21.
MW ma uszykowaną lekturę i przykazane, że jak nie może spać, ma czytać nie zawracając mi głowy.
Tak myślę, czy będzie mi ich aż tak bardzo brakowało?
Ale perspektywa serwety zamiast ceraty na stole, wazonu z badylami, niegotowania i niezmywania sto razy dziennie jest kusząca...
Aczkolwiek Papryczek ogarnął sprzątanie zabawek wzorowo, MW jest wielką bałaganiarą, zrobi, jak musi. Ma miejsce na szczotkę do włosów, a szczotka za każdym razem ląduje w innej części mieszkania, najczęściej na stole...
No nic, trzeba nad tym dłużej pracować, a tu dwie dziurki w nosie i skończyło się :)
I w ten sposób nie zostałam Babcią Roku :)
Carramba :D
środa, 28 sierpnia 2019
Dzień
trzeci, Kochany Pamiętniczku.
Pobudka 6.44.
Bo coś dzwoni, znaczy się, coś a la telefon.
Nie ogarniam rzeczywistości, wyrwana ze snu, bo mało, że głucha, to ślepa jestem, oczy zaropiałe, mózg nie funkcjonuje, a MW na najwyższych obrotach trajkoce i trajkoce, a ja muszę siku...
A wstanie z łóżka po całej nocy to nie takie hop siup...
Udaje się.
Wracam.
Tragedia, bo coś dzwoniło.
Sprawdzam iPada, nie nic nie dzwoniło, a ja zazwyczaj mam wszystko wyciszone, albowiem używam na słuchawki, wyciszam, bo czasem ktoś u mnie jest i niepotrzebnie go bzdety alarmują.
Ale gdzie jest ajfonik?
Nie kontaktuję.
Ajfonik był pod poduszką, ale...
Nie ma na nim śladu dzwonienia.
Trajkoce, jak zepsuta katarynka, że dzwoniło, że homo nie wiadomo, że ona nie ogarnia, że tak być nie może, żeby dzwoniło jak nie dzwoni. Że w telefonie miała 40% baterii wieczorem, a rano tylko 18.
Kurwa mać.
Ja pierdolę.
Sprawa wyjaśniła się po południu: Synowa zostawiła jej swój stary telefon (pytanie, może nie na czasie: po chuja, mając sprawny telefon wydawała kasę, której nie ma, na nowy?), nie wyłączyła budzika. To jej budzik dzwonił.
W podskokach robię śniadanie, bo oczywiście umierają z głodu, przy czym Papryczek po otrzymaniu zamówionego menu zjada szynkę, ale chleba jeść nie będzie, bo nie jest głodny.
Of course.
Po chwili MW pyta, czy może zjeść rodzynki w czekoladzie. Może, bo P. odmówił wczoraj stanowczo. Że niedobre. MW zjada, a P. wpadł w histerię, że dla niego nie ma rodzynek.
Kurwa.
Mówię, że i tak chleba nie zjadł, a jak ktoś nie jest głodny na chleb, tylko na szynkę, to i na rodzynki nie jest głodny...
Ale babcia Justyna dawała.
Ale babcia Yoda jest wiedźma i nie daje.
W życiu nie widziałam tak szybko zjedzonego chleba.
Na szczęście mam w lodówce Monte z naklejkami ze Wściekłych ptaków.
Konflikt zażegnany.
Ogarniam balkon po tornadzie, schodzę z niego śmierdząca jak żul w bimbie i padam na mordę.
Włączam Netflixa i mam wyjebane, ile oglądają.
Zmywanie, ogarnianie, kąpiel.
Lecimy poszukać plecaka dla MW, bo obiecałam, że jej kupię. W Galerii szajs za 30 zł, zamek nie wytrzyma dwóch dni.
Idziemy na pętlę naładować PEKĘ. Trajkocą na zmianę bez sensu, bez ładu i składu: a moja koleżanka, a ja chcę, a ja nie chcę. Z rozrzewnieniem wspominam spacery z moimi chłopakami, bo to jednak były inne klimaty, nie było wrzasków, popychania i pierdolenia o Szopenie. Mieliśmy swoje wiersze na spacery, a i oni nie szarpali się z tego powodu, że ktoś coś kopiował, że dotknął, że wszedł czy nie wszedł na linię.
Żar leje się z nieba. Kupuję smoothie w Biedronce, chociaż mamy mineralną. MW protestuje, że pan doktor nie kazał jej pić soków. Tłumaczę, że to nie są słodzone soki. P. wybiera... szok: jabłko, szparagi i limonkę. Mało, że wybiera, on to WYPIJA. Mimo że nie lubi żadnego z rzeczonych rzeczy :) Tak działa wmawianie dziecku, że czegoś nie lubi. A babcia Justyna kupuje tylko te napoje... :) No ba, jest różnica między napojem a smoothie. Chociażby w cenie, co nie?
A w alei Żula krajobraz po wczorajszej bitwie
Krążymy wśród połamanych gałęzi, jeszcze nic nie jest uprzątnięte.
Ładujemy PEKĘ, idziemy za szlaban, ale w sklepie z torbami nie ma nic ciekawego.
Czekamy na otwarcie szlabanu. Stoimy w cieniu, z nami starsza pani. P. mówi: chcę sok. A ja na to: mówi się: poproszę.
Pani uśmiecha się i chwilę miło gawędzimy. Oczywiście, bolejąc nad bezstresowym wychowaniem, nad wczorajszą wichurą i nad głupimi ludźmi lezącymi w góry... Pani zdziwiona, że myślę jak ona, no ale skoro myślę, to co mam stać w opozycji :) Żegnamy się grzecznie. Pani o kuli rusza z kopyta, a ja wlekę się z kolejnym pierdyliardem newsów o koleżance, której mama maluje paznokcie :P
W Rossmannie znajduję plecak, cena nie powala na kolana, a w środku pierdyliard przydasiów. Matka MW nie odpowiada, ojciec MW przysyła kciuk, a MW letnia, ale ok, weźmie. Sorry Batory, plecaka eko za 400 zł nie kupię na pewno. Ten ma fajnie, ergonomicznie wyprofilowane plecy, w środku dwa plecakoworeczki, woreczek z przyborami toaletowymi, box z farbami i innym badziewiem, bidon, pojemnik na kanapki i bloki, zeszyty.
Umawiam się w sklepie, że jak pani matce nie przypasuje, mogę oddać.
Łapiemy autobus, dojeżdżamy do domu i...
Idę gotować obiad w tym upale, mając już wyjebane na wszystko.
W międzyczasie gadka szmatka ze smrodkiem dydaktycznym dla MW, dlaczego powinna czytać książki po polsku, jak groch o ścianę.
Książeczka dla Papryczka. Czytam, a on rechoce, te kawałki, że siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu...
Obiad ich. P. zjada tylko mięso, bo warzyw nie lubi. Spoko, warzywa na mały talerzyk.
Teksty z warzywek.
Mój obiad.
Zmywanie.
Padam i mówię, że każdemu, kto zbliży się do mnie na 5 kroków, łeb urwę.
Jakoś dojeżdżamy do przybycia rodziców. Zaprosiłam na obiad, bo i tak potrzebuję Pierworodnego do zamontowania tej jebanej spłuczki, zanim dzieci zrobią gejzer.
Ona kwitnąca, on ledwo zipie.
Dlatego zrobiłam obiad.
Tak, to mój syn i nie ma na to rady, że mi go żal.
P. chce obiad od mamy. O nie. Jego obiad jest odłożony i nie pozwalam Synowej go karmić. Wyjadał od niej ziemniaki i warzywa. Dostał swój odgrzany i pogrzebawszy widelcem mało co zjadł, reklamując, że on nie chciał ziemniaków i warzyw, ale mięso.
MW sama opowiada, że w domu wszystko robi tata, a mama tylko rzeczy przekłada z miejsca na miejsce, a i tak zawsze jest bajzel :)
Jednak dzieci to najlepszy materiał wywiadowczy. Chociaż to dla mnie nic nowego, bo nawet zaproszona do nich jechałam z własną wałówką, bo nigdy nic tam nie było, a właśnie wybierali się do sklepu :P
Pierworodny ogarnia wreszcie kibel na medal.
Co za ulga. Wprawdzie będzie litr wody mniej w spłuczce, ale mi to rybka.
I tak boję się o rachunek za wodę, bo dzieci absolutnie nienauczone oszczędzania wody, muszę pilnować na każdym kroku, bo woda leci strumieniem
Okazuje się, że mimo że oni mają kuchenkę indukcyjną, płacą za prąd w Enei dwa razy mniej niż ja.
Analizujemy, drążymy, sprawdzamy liczniki (mój i sąsiada są w jednej skrzynce, palcem można otworzyć). Każe mi reklamować, co też uczynię.
Padam chyba bardziej niż on, bo dzieci wrzeszczą, przekrzykują się, własnych myśli nie słychać.
Moje biedne uszy, dziś nawet nie mam ochoty na słuchawki z radiem Pogoda.
Wynoszą się. Pytam, czy chcą kolację.
Chcą.
Składają zamówienie.
Wykonuję, a P. oznajmia, że nie jest jednak głodny i że nie prosił o kolację.
O nie.
Ok, na siłę nie karmię, ale moje lodowate spojrzenie i ostry ton głosu robią swoje.
Miarka na dziś się przebrała.
Kąpiel zarządzam ostrym tonem, oznajmiając, że nie jestem ich służącą i to, że na każde ich babcia reaguję, a oni na moje słowa nie, nie oznacza, że muszę się nimi cały czas zajmować. Też jestem zmęczona.
20.02 lądują w łóżku z Netflixem na smartfonie.
20.20 ciemno i cicho.
Jest 21.14, gdy piszę te słowa i... cisza wciąż.
I oby tak zostało.
Synowa wkurwiła mnie wczoraj, mówiąc, że jej babcia opiekowała się nią i jej bratem lata całe. Serio? Jej babcia nie pracowała zawodowo.
Wychowywała ich lata całe na swoich zasadach :)
Na moich zasadach chodziłyby jak kompania reprezentacyjna w szeregu i na pewno nie odzywałyby się do nikogo tak, jak się odzywają.
Babcia mojej drugiej Synowej wychowała wszystkie wnuki w rodzinie, a na starość podciera jej dupę zięć. Za co jemu cześć i chwała.
Babcia Eksa wychowała sześcioro wnuków i one zawsze wspominają czas za babci i po babci.
Moja teściowa wychowywała tylko jednego wnuka, w DE. Jeździła tam jak głupia, inne wnuki się nie liczyły. Odchowała, to nawet na święta nie zaprosili. Jak umierała, dupę podcierała jej ta znienawidzona synowa "ze Swarzydza", rodzone córki się nią w ogóle nie interesowały, a synowie mieli za miękkie serce, żeby oglądać, jak mama cierpi.
O, przylazła, że nie może spać.
Dostała tradycyjnie Misery Bear i The Little Prince z pozwoleniem na czytanie do rana :D
Groby pomyte i to była dobra inwestycja :) Sama nie ogarnęłam nigdy tak elegancko. Sprawdzę rozpiskę w poniedziałek i zamówię mycie na Wszystkich Świętych. Ta stówa warta każdej złotówki :)
Chciałam jechać teraz w sobotę, ale ponad 30 stopni ma być.
Więc poczekam.
Umarlaki wiedzą, że o nich pamiętam.
Żal mi MW. Ale nie dam sobą manipulować. Gdy do niej mówię, ma te oczy "za mgłą", znam ten numer. Robi, co chce i ma na resztę wyjebane.
Nie wiem, może i potrzebuje psychologa, pytanie: kto za to ma zapłacić i dlaczego ja?
Nawet nie zapytali, ile wydałam u dentysty.
To tak nie działa, niestety.
I nie chodzi o pieniądze, chodzi o te trzy magiczne słowa: proszę, dziękuję, przepraszam.
Rybka mi to, że trzy miesiące w O. u toksycznych dziadków.
Tak było im wygodnie.
Przez 15 lat robili dzieci i nie myśleli co dalej?
A teraz ja mam się martwić?
Jestem już prawie od 1200 dni na emeryturze i wciąż pracuję.
Dziś dostałam przeliczenie za kolejny rok pracy.
Całe, kurwa, 30 zł więcej.
Pobudka 6.44.
Bo coś dzwoni, znaczy się, coś a la telefon.
Nie ogarniam rzeczywistości, wyrwana ze snu, bo mało, że głucha, to ślepa jestem, oczy zaropiałe, mózg nie funkcjonuje, a MW na najwyższych obrotach trajkoce i trajkoce, a ja muszę siku...
A wstanie z łóżka po całej nocy to nie takie hop siup...
Udaje się.
Wracam.
Tragedia, bo coś dzwoniło.
Sprawdzam iPada, nie nic nie dzwoniło, a ja zazwyczaj mam wszystko wyciszone, albowiem używam na słuchawki, wyciszam, bo czasem ktoś u mnie jest i niepotrzebnie go bzdety alarmują.
Ale gdzie jest ajfonik?
Nie kontaktuję.
Ajfonik był pod poduszką, ale...
Nie ma na nim śladu dzwonienia.
Trajkoce, jak zepsuta katarynka, że dzwoniło, że homo nie wiadomo, że ona nie ogarnia, że tak być nie może, żeby dzwoniło jak nie dzwoni. Że w telefonie miała 40% baterii wieczorem, a rano tylko 18.
Kurwa mać.
Ja pierdolę.
Sprawa wyjaśniła się po południu: Synowa zostawiła jej swój stary telefon (pytanie, może nie na czasie: po chuja, mając sprawny telefon wydawała kasę, której nie ma, na nowy?), nie wyłączyła budzika. To jej budzik dzwonił.
W podskokach robię śniadanie, bo oczywiście umierają z głodu, przy czym Papryczek po otrzymaniu zamówionego menu zjada szynkę, ale chleba jeść nie będzie, bo nie jest głodny.
Of course.
Po chwili MW pyta, czy może zjeść rodzynki w czekoladzie. Może, bo P. odmówił wczoraj stanowczo. Że niedobre. MW zjada, a P. wpadł w histerię, że dla niego nie ma rodzynek.
Kurwa.
Mówię, że i tak chleba nie zjadł, a jak ktoś nie jest głodny na chleb, tylko na szynkę, to i na rodzynki nie jest głodny...
Ale babcia Justyna dawała.
Ale babcia Yoda jest wiedźma i nie daje.
W życiu nie widziałam tak szybko zjedzonego chleba.
Na szczęście mam w lodówce Monte z naklejkami ze Wściekłych ptaków.
Konflikt zażegnany.
Ogarniam balkon po tornadzie, schodzę z niego śmierdząca jak żul w bimbie i padam na mordę.
Włączam Netflixa i mam wyjebane, ile oglądają.
Zmywanie, ogarnianie, kąpiel.
Lecimy poszukać plecaka dla MW, bo obiecałam, że jej kupię. W Galerii szajs za 30 zł, zamek nie wytrzyma dwóch dni.
Idziemy na pętlę naładować PEKĘ. Trajkocą na zmianę bez sensu, bez ładu i składu: a moja koleżanka, a ja chcę, a ja nie chcę. Z rozrzewnieniem wspominam spacery z moimi chłopakami, bo to jednak były inne klimaty, nie było wrzasków, popychania i pierdolenia o Szopenie. Mieliśmy swoje wiersze na spacery, a i oni nie szarpali się z tego powodu, że ktoś coś kopiował, że dotknął, że wszedł czy nie wszedł na linię.
Żar leje się z nieba. Kupuję smoothie w Biedronce, chociaż mamy mineralną. MW protestuje, że pan doktor nie kazał jej pić soków. Tłumaczę, że to nie są słodzone soki. P. wybiera... szok: jabłko, szparagi i limonkę. Mało, że wybiera, on to WYPIJA. Mimo że nie lubi żadnego z rzeczonych rzeczy :) Tak działa wmawianie dziecku, że czegoś nie lubi. A babcia Justyna kupuje tylko te napoje... :) No ba, jest różnica między napojem a smoothie. Chociażby w cenie, co nie?
A w alei Żula krajobraz po wczorajszej bitwie
Krążymy wśród połamanych gałęzi, jeszcze nic nie jest uprzątnięte.
Ładujemy PEKĘ, idziemy za szlaban, ale w sklepie z torbami nie ma nic ciekawego.
Czekamy na otwarcie szlabanu. Stoimy w cieniu, z nami starsza pani. P. mówi: chcę sok. A ja na to: mówi się: poproszę.
Pani uśmiecha się i chwilę miło gawędzimy. Oczywiście, bolejąc nad bezstresowym wychowaniem, nad wczorajszą wichurą i nad głupimi ludźmi lezącymi w góry... Pani zdziwiona, że myślę jak ona, no ale skoro myślę, to co mam stać w opozycji :) Żegnamy się grzecznie. Pani o kuli rusza z kopyta, a ja wlekę się z kolejnym pierdyliardem newsów o koleżance, której mama maluje paznokcie :P
W Rossmannie znajduję plecak, cena nie powala na kolana, a w środku pierdyliard przydasiów. Matka MW nie odpowiada, ojciec MW przysyła kciuk, a MW letnia, ale ok, weźmie. Sorry Batory, plecaka eko za 400 zł nie kupię na pewno. Ten ma fajnie, ergonomicznie wyprofilowane plecy, w środku dwa plecakoworeczki, woreczek z przyborami toaletowymi, box z farbami i innym badziewiem, bidon, pojemnik na kanapki i bloki, zeszyty.
Umawiam się w sklepie, że jak pani matce nie przypasuje, mogę oddać.
Łapiemy autobus, dojeżdżamy do domu i...
Idę gotować obiad w tym upale, mając już wyjebane na wszystko.
W międzyczasie gadka szmatka ze smrodkiem dydaktycznym dla MW, dlaczego powinna czytać książki po polsku, jak groch o ścianę.
Książeczka dla Papryczka. Czytam, a on rechoce, te kawałki, że siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu...
Obiad ich. P. zjada tylko mięso, bo warzyw nie lubi. Spoko, warzywa na mały talerzyk.
Teksty z warzywek.
Mój obiad.
Zmywanie.
Padam i mówię, że każdemu, kto zbliży się do mnie na 5 kroków, łeb urwę.
Jakoś dojeżdżamy do przybycia rodziców. Zaprosiłam na obiad, bo i tak potrzebuję Pierworodnego do zamontowania tej jebanej spłuczki, zanim dzieci zrobią gejzer.
Ona kwitnąca, on ledwo zipie.
Dlatego zrobiłam obiad.
Tak, to mój syn i nie ma na to rady, że mi go żal.
P. chce obiad od mamy. O nie. Jego obiad jest odłożony i nie pozwalam Synowej go karmić. Wyjadał od niej ziemniaki i warzywa. Dostał swój odgrzany i pogrzebawszy widelcem mało co zjadł, reklamując, że on nie chciał ziemniaków i warzyw, ale mięso.
MW sama opowiada, że w domu wszystko robi tata, a mama tylko rzeczy przekłada z miejsca na miejsce, a i tak zawsze jest bajzel :)
Jednak dzieci to najlepszy materiał wywiadowczy. Chociaż to dla mnie nic nowego, bo nawet zaproszona do nich jechałam z własną wałówką, bo nigdy nic tam nie było, a właśnie wybierali się do sklepu :P
Pierworodny ogarnia wreszcie kibel na medal.
Co za ulga. Wprawdzie będzie litr wody mniej w spłuczce, ale mi to rybka.
I tak boję się o rachunek za wodę, bo dzieci absolutnie nienauczone oszczędzania wody, muszę pilnować na każdym kroku, bo woda leci strumieniem
Okazuje się, że mimo że oni mają kuchenkę indukcyjną, płacą za prąd w Enei dwa razy mniej niż ja.
Analizujemy, drążymy, sprawdzamy liczniki (mój i sąsiada są w jednej skrzynce, palcem można otworzyć). Każe mi reklamować, co też uczynię.
Padam chyba bardziej niż on, bo dzieci wrzeszczą, przekrzykują się, własnych myśli nie słychać.
Moje biedne uszy, dziś nawet nie mam ochoty na słuchawki z radiem Pogoda.
Wynoszą się. Pytam, czy chcą kolację.
Chcą.
Składają zamówienie.
Wykonuję, a P. oznajmia, że nie jest jednak głodny i że nie prosił o kolację.
O nie.
Ok, na siłę nie karmię, ale moje lodowate spojrzenie i ostry ton głosu robią swoje.
Miarka na dziś się przebrała.
Kąpiel zarządzam ostrym tonem, oznajmiając, że nie jestem ich służącą i to, że na każde ich babcia reaguję, a oni na moje słowa nie, nie oznacza, że muszę się nimi cały czas zajmować. Też jestem zmęczona.
20.02 lądują w łóżku z Netflixem na smartfonie.
20.20 ciemno i cicho.
Jest 21.14, gdy piszę te słowa i... cisza wciąż.
I oby tak zostało.
Synowa wkurwiła mnie wczoraj, mówiąc, że jej babcia opiekowała się nią i jej bratem lata całe. Serio? Jej babcia nie pracowała zawodowo.
Wychowywała ich lata całe na swoich zasadach :)
Na moich zasadach chodziłyby jak kompania reprezentacyjna w szeregu i na pewno nie odzywałyby się do nikogo tak, jak się odzywają.
Babcia mojej drugiej Synowej wychowała wszystkie wnuki w rodzinie, a na starość podciera jej dupę zięć. Za co jemu cześć i chwała.
Babcia Eksa wychowała sześcioro wnuków i one zawsze wspominają czas za babci i po babci.
Moja teściowa wychowywała tylko jednego wnuka, w DE. Jeździła tam jak głupia, inne wnuki się nie liczyły. Odchowała, to nawet na święta nie zaprosili. Jak umierała, dupę podcierała jej ta znienawidzona synowa "ze Swarzydza", rodzone córki się nią w ogóle nie interesowały, a synowie mieli za miękkie serce, żeby oglądać, jak mama cierpi.
O, przylazła, że nie może spać.
Dostała tradycyjnie Misery Bear i The Little Prince z pozwoleniem na czytanie do rana :D
Groby pomyte i to była dobra inwestycja :) Sama nie ogarnęłam nigdy tak elegancko. Sprawdzę rozpiskę w poniedziałek i zamówię mycie na Wszystkich Świętych. Ta stówa warta każdej złotówki :)
Chciałam jechać teraz w sobotę, ale ponad 30 stopni ma być.
Więc poczekam.
Umarlaki wiedzą, że o nich pamiętam.
Żal mi MW. Ale nie dam sobą manipulować. Gdy do niej mówię, ma te oczy "za mgłą", znam ten numer. Robi, co chce i ma na resztę wyjebane.
Nie wiem, może i potrzebuje psychologa, pytanie: kto za to ma zapłacić i dlaczego ja?
Nawet nie zapytali, ile wydałam u dentysty.
To tak nie działa, niestety.
I nie chodzi o pieniądze, chodzi o te trzy magiczne słowa: proszę, dziękuję, przepraszam.
Rybka mi to, że trzy miesiące w O. u toksycznych dziadków.
Tak było im wygodnie.
Przez 15 lat robili dzieci i nie myśleli co dalej?
A teraz ja mam się martwić?
Jestem już prawie od 1200 dni na emeryturze i wciąż pracuję.
Dziś dostałam przeliczenie za kolejny rok pracy.
Całe, kurwa, 30 zł więcej.
wtorek, 27 sierpnia 2019
Dzień
drugi, Kochany Pamiętniczku :)
Jednego nie można im zarzucić - nie budzą. Zajmują się sobą i o dziwo - nie broją.
Aczkolwiek nie jestem tego tak do końca pewna, albowiem...
Śniadanie zrobiłam wspinając się na szczyty moich możliwości.
Wypasione.
Po śniadaniu chciałam im włączyć Netflixa, coby cielsko poranną kąpielą nacieszyć, albowiem głowa umyta musi być.
Niestety, komputera nie dało się włączyć w żaden sposób. Niebieski ekran. Nie darłam szat, bo trudno, a i Inżynier odpisał, że jak dysk nie padł, to nie tragedia. Co najwyżej straciłam full zdjęć dzieci, no ale te najfajniejsze mam na blogu i na Fejsiku, a inne - trudno.
Za to u dzieci tragedia, bo nie ma Netflixa.
Zatem usadziłam jedno do Inżynierowego Netflixa na iPadzie, drugie do PL Netflixa na moim kompie, z surowym zastrzeżeniem, że oglądamy, nie dotykamy.
Przedtem zalałam wodą z nawilżacza przedłużacze w środku, bo nie mogłam się dopchać do kaloryfera, bo gruba jestem, tu jedno krzesło na maksa, tu drugie, więc sięgam ręką po portki, dosuszające się tam i tadam.
Na całe szczęście nie było nic podłączone i wlało się do drugiego, który był na zero.
Kurwa mać.
Tak, we własnym domu nie mam dostępu do prądu, bo wszystko jak nie zawalone, to zasłonięte i takie tam...
Byłam zlana mokrym potem, włażąc do wanny.
Poprzekładałam ładowarki tak, że ni chuchu żadna woda się tam nie mogła wlać.
Ale MW upatrzyła sobie mój fotel, za którym były przewody i ona wie lepej.
Ona wie lepiej, przerywa w połowie zdania, zna się na wszystkim lepiej niż ja, od komputerów zaczynając.
Susząc ten głupi łeb, kazanie walę, ile co kosztuje, bo na cyfrach to ona się doskonale zna, i dlaczego wciąż pracuję, mimo wieku emerytalnego.
Tak, oczywiście, wszystko rozumie, zaszokowana jest, że życie tyle kosztuje. a za sekundę...
Apiać od nowa.
Jakbym grochem o ścianę rzucała, nie rozumie żadnej litery w słowie NIE.
Papryczek pod tym względem niby bardziej usłuchany, ale też różki pokazuje, tyle że podniesienie głosu działa na niego tak, że się boi.
Kurwa mać.
Idziemy po zakupy.
Na Manhattanie znów cyrk, taniec na rurze i inne takie tam, już ich tam dobrze znają i wiedzą, co to za agregaty.
Galeria.
Pozwalam MW, z duszą na ramieniu, na samodzielną jazdę schodami, bo ona chce schody, a Papryczek windę.
Wjeżdżam, nie ma MW.
Serce podchodzi mi do gardła, z żołądkiem zwiniętym na precelek już wybieram 112...
Dobrze się bawiła, chowając się za wielką donicą.
Zakupy w miarę spokojne.
Ponieważ jest szał na nowe Słodziaki, to i ja poluję, ale tylko na jednego, który nosi imię Kalafiorkówny.
Kupuję za to za gotówkę książeczkę. Dwie.
Zagapiłam się z jej kupnem i MW idzie po zapłaceniu do sklepu po książeczkę, wołam: weź dwie.
Wzięła.
Komentuje przy kasie, po co dwie.
Mówię, że jedna ich, jedna Alienków.
A ona: taki badziew? To chyba dla Papryczka dobre, nie dla mnie.
Kolejka w śmiech.
Winda. Nie pojedzie windą, pojedzie schodami.
OK, ale nie wolno jej się chować.
Chowa się.
I tu się miarka przebrała.
Nie ma zmiłuj.
Nie ma Netflixa, wobec tego leży na kanapie bezczynnie. Na propozycję poczytania książki odpowiada, że nie chce jej się.
Rozmawiam z żoną Inżyniera, która na głowie stawała i kupę kasy wydała, by na urodziny sprezentować jej masę książek polecanych przez mamy dzieci w tym wieku. Okazuje się, że wbrew twierdzeniom Pierworodnego i jego Połowicy, żadnej nawet palcem nie tknęła, bo: nie wie gdzie mama i tata położyli te prezenty, na oczy ich nie widziała.
Synowa mówi, że może kłamie.
Może tak, może nie, nie wiem.
Gotuję obiad, co chwila w drzwiach staje Papryczek i pyta, kiedy obiad będzie gotowy.
Nagrzewa mnie to coraz bardziej, bo zapewniam, że dzieci nie głodzę, aczkolwiek nie dostają słodyczy bez umiaru i niezdrowego żarcia.
Po dziesiątym pytaniu, kiedy będzie obiad obiecuję, że wystawię go za drzwi.
Na to MW: a nie lepiej wyrzucić przez balkon?
Podaję obiad, Papryczek grzebie widelcem i aczkolwiek solennie zapewniał mnie, że lubi jajka sadzone i jest głodny bardzo, nie zjada prawie nic.
Bo mu się smak odmienił.
No ba :)
MW kontynuuje strajk na kanapie z powodu braku Netflixa i jakiegokolwiek smartfona, pytając, kiedy przyjedzie mama.
Odpowiadam spokojnie, że jak skończy pracę.
Zbliża się 16, jedziemy do dentysty.
Spotykam moją panią doktor, ale MW idzie do innego pana doktora, bo tylko on ma termin. Gawędzimy chwilę.
Pan doktor mi się podoba. Niższy ode mnie, rudy, tą lisią rudością, z blizną po zajęczej wardze. Przesympatyczny.
Pyta, czy zrobić rentgen.
Proszę, wszystko, co trzeba.
Okazuje się, że to faktycznie jakieś zadrapanie, i moja kuracja jest OK.
Ukruszonego zęba nie trzeba naprawiać, aczkolwiek MOJA pani dr powiedziała, ze ze względów estetycznych by naprawiła.
MW ma dwa mleczaki źle rosnące do rwania.
I odbarwione zęby od coca-coli...
Ale to już nie moja robota, bo ja nie pamiętam, kiedy u mnie była c-c w domu. Ostatni raz jak Inżynier sylwestra tu robił, gdy ja bawiłam w UK :)
Pozostałą c-c wydałam Kierownikowi Budowy :)
Za wizytę zapłaciłam dwadzieścia złotych, jestem w szoku.
A do mojej pani zapisałam się na...październik, wcześniej nie ma wolnych terminów :)
Idziemy na plac zabaw, kwitnę.
Przywieźli P. rowerek, ponoć za nim szaleje.
Pojeździł może z 5 minut i zostawił.
Poszedł do piasku.
MW szaleje na wyciągu takim, może z 5 minut.
Potem inne szalone pomysły, a ja kwitnę na ławce, zwijam się z gorąca, łeb mnie boli.
Przyjeżdżają.
Wchodzimy do domu i chwilę później rozpętuje się apokalipsa, takiej burzy w życiu nie widziałam.
W międzyczasie Synowa objeżdża MW za przerywanie, niesłuchanie, pyskowanie, po równo. Ponoć prezenty stoją na środku, ale ona nie chce czytać.
Bo potrzebuje pomocy.
Nosz, kurwa, jestem chętna do pomocy, ale nic na siłę, wszystko młotkiem.
MW w ramach nagrody za pyskowanie dostaje starego smartfona, ale bez ładowarki.
Pierworodny zakłada mi wreszcie Netflixa na netbuczku, ale w praniu okazuje się, że dla dzieci to za wolno chodzi :)
Zostawiła pranie bez klamerek na otwartym balkonie, a to jest prawie tornado...
I okna zostawiła otwarte.
Kto, kurwa, w dzisiejszych czasach zostawia otwarte okna wychodząc z domu?
Gdy tylko wichura ucicha, spadają do domu, na całe szczęście w ich okolicy już tajfunu nie było i tylko trochę wody się wlało do środka.
Nie wnikam. Nie mój cyrk, nie moje pchły, ja mam mieszkanie ubezpieczone :P
20,21 raportuję, że wszyscy śpią.
21.00 MW staje mi za plecami i mówi, że nie może zasnąć.
Wzruszam ramionami i mówię, że jak nie mogę spać, czytam.Mam dwie książki po angielsku, Misery Bear i Małego Księcia.
Po 10 minutach idę do łazienki, a w pokoju już nie ma światła...
Widział ktoś tak wredną babcię jak ja?
A na serio: jestem PRZERAŻONA.
Kto to tak dzieci wychowuje?
Żona Inżyniera, skądinąd pedagog z wyższym wykształceniem, zatem biorę mordę w kubeł i słucham, nie bezkrytycznie, ale słucham, bo w końcu UAM kończyła, mówi, że jest przerażona, że MW nieprzygotowana przez ich popierdolenie do szkoły w PL absolutnie. Że jej matka chwali się na FB jej geniuszem malarskim, ale to nieprawda, bo rysunki niedopracowane, niedokończone, co ponoć źle rokuje. Nie znam się, ale patrząc na całokształt jestem w stanie się zgodzić. Tylko jak ja mam w parę dni naprawić 9 lat ich błędów wychowawczych?
Plus te trzy miesiące u dziadków, u których wolno było im wszystko i gdzie babcia gotowała kolejne obiady tego samego dnia, gdy nie zjedli tego, co dała?
Powiedziałam dziś MW, że kupię jej aparaty słuchowe, żeby słyszała moje NIE.
Bo moje NIE to nie fantazja, ale troska.
Chyba jednak nie pójdziemy na to piwo.
Co z tego, że moje wnuki są śliczne, widowiskowe, na Fejsbuczka, skoro tak naprawdę są niedorobione?
Jedno wiem: nigdy więcej mieszkania u mnie.
Alienek też by cały dzień siedział na Netflixie. Ale jak nie ma Netflixa, nie ma histerii. Ma książeczki. I czytają mu wszystko, co przywlecze. Synowa napisała, że nie ma już ani czasu, ani ochoty na czytanie swoich książek po tym Alienkowym czytaniu. I ja tu chapeau bas.
Wkurwiają mnie współczesne książeczki dla dzieci, ale męczyłam je miesiąc, bo tak. Bo ważne jest zaszczepienie książek.
I tym optymistycznym akcentem kończę, Kochany Pamiętniczku.
Liczyłam dziś z Papryczkiem na palcach: jutro babcia, jutro babcia,
jutro dom :)
Jutro dom jest dla mnie dniem wyzwolenia :)
Wkrótce.
Gość umył groby, dostałam MMS. W K. też była dziś ulewa, ale...
Zamówię mycie na Wszystkich Świętych.
Pisała dziewczyna, co raiła mi pracę, o której chłop nie wie, że jak to? Odpisałam, że zgodziłam się tylko ze wzgledu na nią, bo muszę jednak spasować, że może mają kogoś innego na oku?
Że się nie pogniewam, jak się nie odezwą.
Bo potrzebuję czasu na życie.
Mój eksksięgowy z Auschwitz, miły chłopak, w wieku moich synów, ma raka.
Więc...
Trzeba żyć, póki jest na to czas.
Przykro mi, że na razie nie wychodzi z wnukami, ale co ja za to mogę, że nie po drodze mi z ich metodami wychowawczymi?
Dno wanny pokryte było dziś pokładem piasku, jak za dawnych lat. Kiedyś za tym tęskniłam, dziś mnie to wkurwiło, jak i pokłady piasku wszędzie.
Jak napisała Synowa: uważaj, czego pragniesz.
Wszystko ma swój czas i nic nie jest tak, jak w naszych wyobrażeniach.
Każdy ma swoje piekło.
Jednego nie można im zarzucić - nie budzą. Zajmują się sobą i o dziwo - nie broją.
Aczkolwiek nie jestem tego tak do końca pewna, albowiem...
Śniadanie zrobiłam wspinając się na szczyty moich możliwości.
Wypasione.
Po śniadaniu chciałam im włączyć Netflixa, coby cielsko poranną kąpielą nacieszyć, albowiem głowa umyta musi być.
Niestety, komputera nie dało się włączyć w żaden sposób. Niebieski ekran. Nie darłam szat, bo trudno, a i Inżynier odpisał, że jak dysk nie padł, to nie tragedia. Co najwyżej straciłam full zdjęć dzieci, no ale te najfajniejsze mam na blogu i na Fejsiku, a inne - trudno.
Za to u dzieci tragedia, bo nie ma Netflixa.
Zatem usadziłam jedno do Inżynierowego Netflixa na iPadzie, drugie do PL Netflixa na moim kompie, z surowym zastrzeżeniem, że oglądamy, nie dotykamy.
Przedtem zalałam wodą z nawilżacza przedłużacze w środku, bo nie mogłam się dopchać do kaloryfera, bo gruba jestem, tu jedno krzesło na maksa, tu drugie, więc sięgam ręką po portki, dosuszające się tam i tadam.
Na całe szczęście nie było nic podłączone i wlało się do drugiego, który był na zero.
Kurwa mać.
Tak, we własnym domu nie mam dostępu do prądu, bo wszystko jak nie zawalone, to zasłonięte i takie tam...
Byłam zlana mokrym potem, włażąc do wanny.
Poprzekładałam ładowarki tak, że ni chuchu żadna woda się tam nie mogła wlać.
Ale MW upatrzyła sobie mój fotel, za którym były przewody i ona wie lepej.
Ona wie lepiej, przerywa w połowie zdania, zna się na wszystkim lepiej niż ja, od komputerów zaczynając.
Susząc ten głupi łeb, kazanie walę, ile co kosztuje, bo na cyfrach to ona się doskonale zna, i dlaczego wciąż pracuję, mimo wieku emerytalnego.
Tak, oczywiście, wszystko rozumie, zaszokowana jest, że życie tyle kosztuje. a za sekundę...
Apiać od nowa.
Jakbym grochem o ścianę rzucała, nie rozumie żadnej litery w słowie NIE.
Papryczek pod tym względem niby bardziej usłuchany, ale też różki pokazuje, tyle że podniesienie głosu działa na niego tak, że się boi.
Kurwa mać.
Idziemy po zakupy.
Na Manhattanie znów cyrk, taniec na rurze i inne takie tam, już ich tam dobrze znają i wiedzą, co to za agregaty.
Galeria.
Pozwalam MW, z duszą na ramieniu, na samodzielną jazdę schodami, bo ona chce schody, a Papryczek windę.
Wjeżdżam, nie ma MW.
Serce podchodzi mi do gardła, z żołądkiem zwiniętym na precelek już wybieram 112...
Dobrze się bawiła, chowając się za wielką donicą.
Zakupy w miarę spokojne.
Ponieważ jest szał na nowe Słodziaki, to i ja poluję, ale tylko na jednego, który nosi imię Kalafiorkówny.
Kupuję za to za gotówkę książeczkę. Dwie.
Zagapiłam się z jej kupnem i MW idzie po zapłaceniu do sklepu po książeczkę, wołam: weź dwie.
Wzięła.
Komentuje przy kasie, po co dwie.
Mówię, że jedna ich, jedna Alienków.
A ona: taki badziew? To chyba dla Papryczka dobre, nie dla mnie.
Kolejka w śmiech.
Winda. Nie pojedzie windą, pojedzie schodami.
OK, ale nie wolno jej się chować.
Chowa się.
I tu się miarka przebrała.
Nie ma zmiłuj.
Nie ma Netflixa, wobec tego leży na kanapie bezczynnie. Na propozycję poczytania książki odpowiada, że nie chce jej się.
Rozmawiam z żoną Inżyniera, która na głowie stawała i kupę kasy wydała, by na urodziny sprezentować jej masę książek polecanych przez mamy dzieci w tym wieku. Okazuje się, że wbrew twierdzeniom Pierworodnego i jego Połowicy, żadnej nawet palcem nie tknęła, bo: nie wie gdzie mama i tata położyli te prezenty, na oczy ich nie widziała.
Synowa mówi, że może kłamie.
Może tak, może nie, nie wiem.
Gotuję obiad, co chwila w drzwiach staje Papryczek i pyta, kiedy obiad będzie gotowy.
Nagrzewa mnie to coraz bardziej, bo zapewniam, że dzieci nie głodzę, aczkolwiek nie dostają słodyczy bez umiaru i niezdrowego żarcia.
Po dziesiątym pytaniu, kiedy będzie obiad obiecuję, że wystawię go za drzwi.
Na to MW: a nie lepiej wyrzucić przez balkon?
Podaję obiad, Papryczek grzebie widelcem i aczkolwiek solennie zapewniał mnie, że lubi jajka sadzone i jest głodny bardzo, nie zjada prawie nic.
Bo mu się smak odmienił.
No ba :)
MW kontynuuje strajk na kanapie z powodu braku Netflixa i jakiegokolwiek smartfona, pytając, kiedy przyjedzie mama.
Odpowiadam spokojnie, że jak skończy pracę.
Zbliża się 16, jedziemy do dentysty.
Spotykam moją panią doktor, ale MW idzie do innego pana doktora, bo tylko on ma termin. Gawędzimy chwilę.
Pan doktor mi się podoba. Niższy ode mnie, rudy, tą lisią rudością, z blizną po zajęczej wardze. Przesympatyczny.
Pyta, czy zrobić rentgen.
Proszę, wszystko, co trzeba.
Okazuje się, że to faktycznie jakieś zadrapanie, i moja kuracja jest OK.
Ukruszonego zęba nie trzeba naprawiać, aczkolwiek MOJA pani dr powiedziała, ze ze względów estetycznych by naprawiła.
MW ma dwa mleczaki źle rosnące do rwania.
I odbarwione zęby od coca-coli...
Ale to już nie moja robota, bo ja nie pamiętam, kiedy u mnie była c-c w domu. Ostatni raz jak Inżynier sylwestra tu robił, gdy ja bawiłam w UK :)
Pozostałą c-c wydałam Kierownikowi Budowy :)
Za wizytę zapłaciłam dwadzieścia złotych, jestem w szoku.
A do mojej pani zapisałam się na...październik, wcześniej nie ma wolnych terminów :)
Idziemy na plac zabaw, kwitnę.
Przywieźli P. rowerek, ponoć za nim szaleje.
Pojeździł może z 5 minut i zostawił.
Poszedł do piasku.
MW szaleje na wyciągu takim, może z 5 minut.
Potem inne szalone pomysły, a ja kwitnę na ławce, zwijam się z gorąca, łeb mnie boli.
Przyjeżdżają.
Wchodzimy do domu i chwilę później rozpętuje się apokalipsa, takiej burzy w życiu nie widziałam.
W międzyczasie Synowa objeżdża MW za przerywanie, niesłuchanie, pyskowanie, po równo. Ponoć prezenty stoją na środku, ale ona nie chce czytać.
Bo potrzebuje pomocy.
Nosz, kurwa, jestem chętna do pomocy, ale nic na siłę, wszystko młotkiem.
MW w ramach nagrody za pyskowanie dostaje starego smartfona, ale bez ładowarki.
Pierworodny zakłada mi wreszcie Netflixa na netbuczku, ale w praniu okazuje się, że dla dzieci to za wolno chodzi :)
Zostawiła pranie bez klamerek na otwartym balkonie, a to jest prawie tornado...
I okna zostawiła otwarte.
Kto, kurwa, w dzisiejszych czasach zostawia otwarte okna wychodząc z domu?
Gdy tylko wichura ucicha, spadają do domu, na całe szczęście w ich okolicy już tajfunu nie było i tylko trochę wody się wlało do środka.
Nie wnikam. Nie mój cyrk, nie moje pchły, ja mam mieszkanie ubezpieczone :P
20,21 raportuję, że wszyscy śpią.
21.00 MW staje mi za plecami i mówi, że nie może zasnąć.
Wzruszam ramionami i mówię, że jak nie mogę spać, czytam.Mam dwie książki po angielsku, Misery Bear i Małego Księcia.
Po 10 minutach idę do łazienki, a w pokoju już nie ma światła...
Widział ktoś tak wredną babcię jak ja?
A na serio: jestem PRZERAŻONA.
Kto to tak dzieci wychowuje?
Żona Inżyniera, skądinąd pedagog z wyższym wykształceniem, zatem biorę mordę w kubeł i słucham, nie bezkrytycznie, ale słucham, bo w końcu UAM kończyła, mówi, że jest przerażona, że MW nieprzygotowana przez ich popierdolenie do szkoły w PL absolutnie. Że jej matka chwali się na FB jej geniuszem malarskim, ale to nieprawda, bo rysunki niedopracowane, niedokończone, co ponoć źle rokuje. Nie znam się, ale patrząc na całokształt jestem w stanie się zgodzić. Tylko jak ja mam w parę dni naprawić 9 lat ich błędów wychowawczych?
Plus te trzy miesiące u dziadków, u których wolno było im wszystko i gdzie babcia gotowała kolejne obiady tego samego dnia, gdy nie zjedli tego, co dała?
Powiedziałam dziś MW, że kupię jej aparaty słuchowe, żeby słyszała moje NIE.
Bo moje NIE to nie fantazja, ale troska.
Chyba jednak nie pójdziemy na to piwo.
Co z tego, że moje wnuki są śliczne, widowiskowe, na Fejsbuczka, skoro tak naprawdę są niedorobione?
Jedno wiem: nigdy więcej mieszkania u mnie.
Alienek też by cały dzień siedział na Netflixie. Ale jak nie ma Netflixa, nie ma histerii. Ma książeczki. I czytają mu wszystko, co przywlecze. Synowa napisała, że nie ma już ani czasu, ani ochoty na czytanie swoich książek po tym Alienkowym czytaniu. I ja tu chapeau bas.
Wkurwiają mnie współczesne książeczki dla dzieci, ale męczyłam je miesiąc, bo tak. Bo ważne jest zaszczepienie książek.
I tym optymistycznym akcentem kończę, Kochany Pamiętniczku.
Liczyłam dziś z Papryczkiem na palcach: jutro babcia, jutro babcia,
jutro dom :)
Jutro dom jest dla mnie dniem wyzwolenia :)
Wkrótce.
Gość umył groby, dostałam MMS. W K. też była dziś ulewa, ale...
Zamówię mycie na Wszystkich Świętych.
Pisała dziewczyna, co raiła mi pracę, o której chłop nie wie, że jak to? Odpisałam, że zgodziłam się tylko ze wzgledu na nią, bo muszę jednak spasować, że może mają kogoś innego na oku?
Że się nie pogniewam, jak się nie odezwą.
Bo potrzebuję czasu na życie.
Mój eksksięgowy z Auschwitz, miły chłopak, w wieku moich synów, ma raka.
Więc...
Trzeba żyć, póki jest na to czas.
Przykro mi, że na razie nie wychodzi z wnukami, ale co ja za to mogę, że nie po drodze mi z ich metodami wychowawczymi?
Dno wanny pokryte było dziś pokładem piasku, jak za dawnych lat. Kiedyś za tym tęskniłam, dziś mnie to wkurwiło, jak i pokłady piasku wszędzie.
Jak napisała Synowa: uważaj, czego pragniesz.
Wszystko ma swój czas i nic nie jest tak, jak w naszych wyobrażeniach.
Każdy ma swoje piekło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























