sobota, 8 lutego 2025

Zagapiłam się

 Kochany Pamiętniczku, a tu już luty na tapecie.

Wpadłam od początku w stan pracowy, niby wolnym walcem, ale jednak rozwlekło się na cały dzień, zamiast na 4 godziny dziennie, ale cóż.

Pieniądz marny, ale jest.

We wtorek tylko urwałam się do USC, bo dostałam - cywilizowanie, a jakże, tak jak sobie życzyłam, dokładnie po tygodniu (w poniedziałek) emilka, że akty strzeliste są do odebrania na Libelta. Ale że musiałabym lecieć na złamanie karku, bo przyszedł emilek po południu, to postanowiła udać się we wtorek, odsiedziawszy regulaminowo do 13 :)

Ci, którzy wiedzieli, że jadę, trzymali za mnie kciuki. Bo wiadomo jak jest w urzędach. W tym większym szoku byłam, bo stała kolejka w poczekalni jak na przystanku tramwajowym w godzinach szczytu, a ja po swoje akty strzeliste weszłam... po minucie czekania :) Kolejka stała w sprawach dowodów osobistych :)  Mnie to też czeka, ale chyba w biurowcu naprzeciwko mojej chałupy mogę dowód załatwić, jeszcze nie dojrzałam. tak jak nie dojrzałam do wypełnienia papierzysk do ZUS.

PIT z ZUS już dostałam, we wtorek, jak jechałam do USC, więc wyciągając pismo ze szpary unijnej w szoku byłam, bo myślałam, że w ciągu tygodnia przeliczyli mi emeryturkę. Ale nie, okazało się, że mam 4 (słownie cztery) złote niedopłaty podatku (jak, kurwa, liczyli) i ściągną mi to z lutowej emerytury. Nie wiem, czy ściągnęli, nie chce mi się liczyć, pewno drugi raz mi to poleci, jak będę rozliczała całość podatków.

W środę błagalnego emilka wysłałam do pracy, bo o ile maszynki pracowały, to pyry już nie.

Ale w piątek okazało się, że pyry zamknęły się śpiewająco o 16.45 (no ja powinnam pracować do 13), ale maszynki zamiast w piątek zamkną się... no w poniedziałek. Wprawdzie do 11, czyli jeszcze w godzinach mojej pracy, ale chciałam sobie zrobić dwa dni wolnego za nadgodziny, bo i tak pracy nie będzie. Urlopu zaś nie będę brała, bo niby z jakiej pary? Opierdoliłam maszynki, a one, że będą musiały się ratować AI jak ich porzucę. Sayonara :) Z poprzednim naczelnym miałam umowę, że wpadam i dostaję całość, ale teraz wykorzystują to, że jestem w domu no i jest jak jest.

Ale kasa, panie dzieju, kasa...

Ale też przystopowałam z dobroczynnością i pomaganiem.

Bo wkurwiła mnie sytuacja z kundlem. Jadą po niego jutro do Warszawy, wydaje kilka tysięcy, bo musi być rasowy. Tak samo drugi - też kupił, zamiast wziąć ze schroniska, wprawdzie bez rodowodu, ale wydał kasę, której nie ma. Trudno, jak mają na fantazję, to będą musieli mieć na wszystko inne. Nie dokładam więcej. A będzie na tapecie kolejny aparat ortodontyczny, płacą jak za zboże za inne rzeczy - dokładałam, ale teraz w dupie mam. Najwyższa pora pomyśleć o sobie, nie mogę do usranej śmierci pracować, żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej :) 

Nie mówię, że nie poratuję jak coś, ale koniec z rozpieszczaniem.

I nawet się tego nie wstydzę. Bo jeśli tak naprawdę sama nie zadbam o siebie, to kto?

Ale to tak nawiasem.

Bo pracowy tydzień w badylkowej atmosferze słodko płynął, aczkolwiek boligłówki w tym roku słabo pachną smrodem. Mogę z nimi spać, nic mi nie jest :)


 

Odpuściłam latanie po zakupy, mam dość zapasów, a nie chce mi się rano wstawać (ciemno, zimno).

Więc tylko w piątek ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam dzień gospodarczy, a dziś poszłam na spokojne zakupy, bez lecenia z wywieszonym ozorem. 

Było zimno (jak mi jest zimno, to jest zimno), ale słoneczko ładnie grzało, choć wicher huczał i tak sobie lewa prawa szłam, a wtem...


 Nie, nie podniosłam. Nie uszanowałam, bo gdzie miałam latać z tą flagą? To flaga z czasów powstania wielkopolskiego, a używają jej "patrioci". Nie wywieszę, bo mam osiatkowany balkon, nie wieszam żadnej flagi (przeszkadza mi to), ale nie mam jak. No wiem, można we mnie rzucać kamieniem.

Zakupy poczyniłam, wracam do chaupki, a pod murkiem lezy para skarpetek, widać, że brudna, ale zwinięta jak moja po praniu. I tak sobie dumam, czy to już efekt nowych (posranych, nie da się ukryć) przepisów. Bo od 1 stycznia nie wolno wyrzucać szmat i tekstyliów do zmieszanych, tylko trzeba je odwozić do PSZOK. No ja do PSZOK mam pół godziny spacerkiem, ale pytam, kurwa: gdzie mam gromadzić stare gacie? Bo trudno, żebym z jedną parą gaci latała do PSZOK. Mamy na osiedlu (ale nie na wszystkich są) kontenery na odzież, ale... Nie lubię tam wrzucać nic, bo często gęsto rzeczy z nich są wywalane na ziemię przez ludzi, którzy szukają tam czegoś dla siebie (przodują w tym Cyganki), w błocie walają się całkiem dobre rzeczy. No i w życiu nie przyszłoby mi do głowy wyrzucać tam gatków, na dokładkę zszarganych przecież. 

No i perełka, znalazłam w internetach:

Cytat: W PSZOK teraz nastąpił podział na odzież i tekstylia, ale nie przyjmujemy rzeczy zabrudzonych smarem czy olejem. Te nadal trafiają do śmieci zmieszanych.

No to kupujemy olej albo inny smar, polewamy gatki i po problemie. Nie trzeba z nimi latać do PSZOK.

Na serio o tym myślę, albowiem jest odpowiedzialność zbiorowa za wyrzucanie źle posegregowanych śmieci - podwyżka opłat. A jak na osiedlu znaleźć kogoś, kto nie segreguje, a nie segregują, to tajemnica poliszynela. Zresztą kiedyś sam pan wywożący śmieci, gdy szłam z bio, zatrzymał mnie i kazał je wrzucić na pakę, a na moje, że to bio, wzruszył ramionami i powiedział: rzucaj pani :)  A ja, głupia cipa, ponieważ nie lubię sobie rak brudzić, to zamiast zbierać bio w zwykłych zrywkach i wysypywać do bio, kupuję w Action woreczki bio...

I tak wygląda ten jebany Zielony Ład, obciążający zwykłych obywateli.

Bo za mojej młodości butelki były zwrotne, metale skupowano, tudzież makulaturę, szmat nikt nie wyrzucał, bo nie było mopów i innych ściereczek z mikrofibry. Dobra reglamentowane można było kupić za talony z makulatury, mieliśmy (znaczy się moja familia) ich od cholery, bo teściowa kupowała je od śmieciarzy - i tym pięknym sposobem telewizor kolorowy ostatni w sklepie kupiliśmy, bo oprócz gotówki trzeba było mieć talony.

Plastiki się po polach nie walały ani butelki, siatki trzeba było mieć swoje...

To był dopiero Zielony Ład, bez żadnych nakazów i ukazów.

A do dziś pamiętam hasło: butelka w lesie to pożar...

Tak, nie chciałabym wrócić do tamtych biednych i szarych czasów - żal mi z nich tylko młodości i siły - ale żyliśmy porządniej i ekologiczniej, aczkolwiek mój ojciec obsypywał pyry DDT, żeby zabić amerykańską stonkę, którą już wtedy wredni Amerykanie, chociaż Trumpa jeszcze nie było, zrzucali na nas, by nasze pyry zniszczyć, a i psa przeciw pchłom też sypał DDT :)  

Tyle w temacie ekologii.

Polityki nie tykam, bo mi się popcorn skończył.

A z milszych rzeczy


 

Alienek wystrzelił mi nie wiadomo kiedy. I z Minecrafta (jeszcze na nocowance był cały minecraftowy, kurtka, czapka, piżamka, wszystko, trajkotał o tym jak nakręcony,a  ja tego nie ogarniam absolutnie) przerzucił się na Marvela - nawet jego matka mówi, że nie nadąża za nim, bo obczaił już wszystkie komiksy i książki w domu z tej serii, a jego rodzice są fanami (ja nie, nie czuję czaczy do Marvela - Spider-Mana oglądnęłam, reszta mnie nudzi, to nie są moje klimaty).  Tak patrzę na tę fotkę i myślę, kiedy mi tak urosło to moje Alieniątko, jeszcze przed chwilą krojące nożem konika na biegunach i mnie osobiście? 

Na bal idzie, Kalafiorkówna też, ale nie mogę jej fotki wrzucić, bo nie jest incoguto. Jest Stitchem. Wszystko jest stitchowe, wierna jest :) 

A na koniec - zrobiło mi to dzisiejszy dzień.

Wchodzę do małego pokoju i widzę, że zaniedbałam badylki - nowa anginka spragniona. A i skrzydłokwiat ma żółte listki (słońce ładnie świeciło). Więc lecę po nożyczki i konewkę, a tu zonk... To nie skrzydłokwiat marniał, ale ukrył się za nim 


 

 tu już przekręcony i wdzięczący się :) 

Jestem niebetlejemskogwiazdowa, niestorczykowa i niefiołkowoalpejska. Te badyle nie mają u mnie racji bytu. Poinsecje padają w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, fiołki zdychają prawie równie szybko, a storczyki wegetują, albo padają...

A tego dostałam dwa lata temu od Inżyniera na Dzień Matki. Tak se w kącie siedział, a tu nagle...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

Mnie dziś zaparło ze wzruszenia...

I nie, nie chcę ani pamiętać, ani myśleć, że dzieje się źle.

Dość tych nieprzespanych nocy i tego, że nazywam się milion i za miliony kocham i cierpię katusze.

Jestem paskudna, ale i tak siebie lubię :) 

Bo mogę i już :)  


UPDATE

Połaziłam sobie po starych blogach dziś, na które od dawna nie zaglądam. No cóż, taki urok blogosfery - jedne zniknęły, inne się skomercjalizowały -  są na garnuszkach.

A ja piszę sobie a muzom, nie interesuje mnie zarabianie na mojej grafomanii, pewno bym na sól do śledzia nie zarobiła.

Ale będę pisała, bo to mój Pamiętniczek i go kocham :) 

Nawet sobie a muzom będę pisała, bo zastępuje mi kozetkę za grubą kasę.

Wspominając zaś Zimno, od którego zaczynałam czytanie blogów, myślę, że i blogowanie umrze, jak czaty. A w moim sercu do dziś ciepłe miejsce mają ludzie z pokoju Łódź na czacie Onetu i ludzie gejowskiego czatu na tymże portalu. Z obu się przekuło na real, z gejowskiego są ludzie do końca życia i jeden dzień dłużej.

Takie tam - refleksja :) 

 

czwartek, 30 stycznia 2025

Mam

 taki głupi nawyk, Kochany Pamiętniczku, że oglądam rolki. 

Dzień był piękny, więc kijki wzięłam i poszłam, ale daleko nie zaszłam, bo wylądowałam u fryzjera i znów wyglądam jak człowiek. 

Od fryzjera (55 zł z napiwkiem już, ale wzięła mnie z marszu, a u fryzjera są teraz zapisy prawie jak na NFZ do kardiologa) wlazłam do AGD, bo chciałam w sumie jechać do IKEA po takie nadstawki na półki do szafy, ale... okazało się na stronie, że mają jeden egzemplarz, więc zanim bym dojechała, to ktoś mógł  go kupić, więc spasowałam i polazłam z kijkami, zahaczając o AGD. Nie mieli nic w ten deseń, ale wreszcie dostałam osączarkę do naczyń, która pasuje do mojego zlewu (jestem leniem, nie mierzę zlewu i mam kolekcję osączarek kupionych na oko, które nie pasują, albowiem jak wiadomo na oko dziad w szpitalu umarł). Umówiłam się z panią, że jak nie będzie pasowała, odniosę, bylebym jej nie rozpakowywała z folii. Bo o ile taką za 15 zł z plastiku mogę odżałować, że wyrzucę, to ta, porządna kosztowała już 55 zł. Pasowała, bez tej podkładki do zatrzymywania wody, ale że wisi nad zlewem, to podkładka mi nie jest potrzebna. Odetchnęłam z ulgą, że nie musiałam już lecieć do sklepu, bo słonko zaszło i zaczęło piździć. 

Rolki mam swoje ulubione, ale czasem oglądam byle co.

Inżynier na nocowance mówił, że jego żona uczy się do egzaminu na prawo jazdy. Prawo jazdy ma, ale brytyjskie, nie wiem dlaczego, ale ma ważne jakoś krótko i musi wymienić na polskie i na dokładkę zdawać egzamin. Jak wiadomo, to nic przyjemnego. Dziewczyna jeździła w UK chyba trzy lata, teraz w PL jakiś rok jak nie dłużej. Jeździ OK, wzięła parę lekcji, żeby się przestawić z ruchu lewostronnego na prawostronny i oprócz tego, że klnie jak szewc to jako kierowcy nic jej nie brakuje :)

I tak wczoraj trafiłam na rolkę, gdzie gość mówił o wymianie praw jazdy, europejskich na polskie.

Zaczęłam słuchać i na mój chłopski rozum Inżynierowa nie musi zdawać egzaminu ponownie, wg tego, co gość mówił.

Posyłam rolkę I., a ten na mnie z pyskiem, że ludzie na rolkach gadają pierdoły, że to, co gość gada nie zgadza się ani z informacjami ze strony rządowej ani z innymi, które sprawdzali.

No to przeprosiłam za kłopot, że musiał rolki odsłuchać.

I poszłam sobie puzzle poukładać.

A tu wyskakuje mi wiadomość od dziecka, że jednak coś jest na rzeczy, że szperał, rozzłoszczony, że strona rządowa wprowadza w błąd, że będzie kopał dalej, a żona podzwoni jutro po urzędach.

A dzisiaj pogoda była znów wiosenna i śliczna, a że zapowiadają armagedon, tom poszła na zakupy, bo co się będę w jakimś błocku tułać.  

Wracam, obiadek pichcę już na zapas, a dziecko pisze, że żona podzwoniła i dziękuje, bo chociaż odsyłali ją od Annasza do Kajfasza w urzędowie, okazało się, że nie musi zdawać egzaminu, wystarczy, że wymieni prawko na polskie...

Czekałam, ale nie doczekałam się bezpośredniego podziękowania, ale cóż...

Nie będę się fochała, znając otoczenie i kontekst.

Grzeczność jednak nie jest nauką łatwą ani małą...



wtorek, 28 stycznia 2025

W ZUS

 dziś byłam, Kochany Pamiętniczku.

Gość przede mną załatwiał w biurze podawczym swoją sprawę przez 45 minut, kolejka stała aż na ulicy.

Oddałam wniosek o przeliczenie emerytury, ale tak jak myślałam - dała mi zły druk - najpierw muszę mieć wyliczoną rentę rodzinną - więc latanie od nowa.

Akt ślubu muszę mieć (wiadomo, trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka z prababcią, żeby coś załatwić).

Poprosiłam więc Inżyniera (nie lubię szukać w telefonie), dał namiary, choć niby wiedziałam, że na Libelta, pojechałam od razu, słoneczko świeciło, muzyczka grała. Niby mogę to załatwić online wszystko, przez profil zaufany, ale pani w ZUS powiedziała, że mam przynieść akt ślubu. Więc nie jestem do końca pewna, czy uznają też elektroniczny, więc wolę do pierdzistołków mieć papiurek. A że nie chce mi się przewalać całej chaty (może gdzieś ten akt mam, a może nie mam, bo do niczego mi nie był potrzebny), pojechałam na Libelta. Podanie trzeba złożyć. Com się nawypełniała papiurków, to moje :) Moje dysgrafia oszalała. A i z rozpędu zażyczyłam sobie aktu zgonu, bo nie wiem, czy mam, czy w PZU zabrali, znów przewalanie papierzysk.

Okazało się, że ten jeden odpis to za friko, nic nie muszę płacić. Ma być za jakiś tydzień, jakbym chciała z wysyłką do domu to... za miesiąc.

Czarna rozpacz w czerwoną kratkę.

A jeszcze czeka mnie wyrabianie dowodu i paszportu, bo mi się w tym roku kończą. Ale najpierw muszę dojrzeć do zrobienia fotki na list gończy :)  

Dobrze, że nie muszę za nie już płacić.

Czyli nowa rozrywka przede mną, bo do ZUS jeszcze pokolęduję, ale najważniejsze - przeliczenie już ogarnięte.

Ostatnim rzutem na taśmę wlazłam jeszcze na pocztę i wysłałam list do AR. Dobrze, że chcą listownie, bo remontują tam tory tramwajowe i musiałabym jechać okrężnie autobusami. 

A list za potwierdzeniem odbiory - nie ufam PP, kosztował mnie 11 zł i 40 groszy :) 

I tak mi fajnie dzień minął.

Trochę świata zobaczyłam :)

A na Disneyu Paradise - cót, mjut i ożeszki laskowe :P 


niedziela, 26 stycznia 2025

Błogosławiona

 niech będzie głucha cisza, Kochany Pamiętniczku...

Ledwo się zjawili, a już moje małe mieszkanko zaczęło być za małe (jak myśmy kiedyś mieszkali tu w czwórkę?), a ja, uduszona od całusków i przytulasków, rozpaczliwie starając się ogarnąć, co oba Łobuzy próbują mi powiedzieć naraz i jednocześnie sprawiedliwie obdzielić podziękowaniami i całuskami, bo po raz kolejny stałam  się właścicielką cudów


wytworów rąk własnych, pracowitych, a co w środku, to pozostanie moją słodką tajemnicą, bo wyszłabym na samochwałę, co w kącie stała. Skromnie tylko powiem, że jestem najlepsza i nie ma innej opcji :)

Ogarniając palta, paltociki, czapeczki, kominy, sweterki, rozwalone na środku przedpokoju buty i otwarte walizeczki, potykając się o Chomiczka i Stritcha (każda z tych maskotek prawie taka wielka jak ich właściciel), jedną nogą poprawiająca obiad w kuchni, drugą przytrzymując wtykane mi zakupy...

Podałam obiad.

Pozmywałam. Bo logistycznie w mojej kuchni nie pozmywa nikt - mój błąd poremontowy. No i dzieci już nie znają miejsca poszczególnych utensyliów.

Siadłam wreszcie od obiecanej pogawędki z Inżynierem - to było clou wieczoru.

Alienek, który przytargał ze sobą takie tomiszcza


pogrążył się w lekturze i był idealnym dzieckiem - po prostu go nie było.

A, zanotować w kajeciku - zjadł ciasto (mojej roboty) z borówkami, żadnej nie wydłubał, on, pałający nienawiścią do wszelkich owoców. I stwierdził, że pyszne :) 

Ale Kalafiorkówna, jeszcze analfabetka, nudziła się i marudziła okrutnie, żadna zabawka jej nie pasowała, chciałaby tylko iPada albo komputer, ale to ma wydzielane na godziny, a limit przekroczyła.

Nie było łatwo.

Kolację podałam.

Inżynier odświeżywszy się i uściskawszy matkę, rzucił ją Łobuzom na pożarcie i poszedł w tango.

Spacyfikowałam towarzystwo, choć to nie było proste.

Wykąpane, wylądowało w moim łóżku na bajkę.

Alienek zaś jednym okiem czytał, drugim lukał na bajkę. Po raz drugi zaczął pierwszy tom, bo ogarnął właśnie wszystkie...

A ja, dumna jak paw, po raz drugi w życiu (a trzeci w ogóle, bo i Małej Wiedźmie raz zrobiłam warkoczyki), zaplotłam K. zgodnie z instrukcją podsuszone włoski w warkoczyk. jeżu kolczasty, jak ja się namęczyłam, żeby te jedwabne kudełki rozczesać... Masakra. A warkoczyk musiał być zapleciony tak, żeby nie można było między sploty palca włożyć. Skąd ja to znam? Już wiem, co przeżywała moja mama, też miałam taki jedwab, znalazłam moje warkocze w rzeczach Cioci (dużo dłuższe niż ma teraz K.), i... przerażona (chuj wie czym), wyrzuciłam je :( Dziś żałuję, a Ciocia chciała z nich zrobić treskę i nie zrobiła. 


K. ma coraz gęstsze włoski i nie jest już aż TAKĄ blondi, ciemnieją jej. Może i porudzieją? ;) 

Tak dobrze splotłam, że przechodziła dziś bez czesania.

Alienek zażyczył sobie spanie z babcią.

Jego życzenie jest rozkazem, a Kalafiorkówna jest córeczką tatusia (jak ja nienawidzę tego sformułowania, ja byłam córeczką tatusia ze wszystkimi tego traumami i problemami...). Nie było więc konfliktu interesów, poszła po bajce grzecznie na swoje, zostawiłam jej lampkę, żeby się nie bała. A ten drań mały, Alienek jeden, zawinął się tak szczelnie w kordełkę, że nie było opcji, żebym ja się tam dostała (tamci mieli dwie kordełki osobne). I na dokładkę ani myślał spać, patrząc na ten koreański medyczny serial, ociekający krwią, gdzie na żywca pokazywali operacje... A że czyta, to i ogarniał, nie tak jak kiedyś, gdy zasypiał znudzony (oglądałam bez głosu). Więc zgasiłam kompa, poszłam na iPada i... zasnął. Ale ja zostałam bez nakrycia, więc powlokłam dwa koce, a on tymczasem położył się na skos tak, że nie się nie mieściłam. No, mieściłam, ale obrócenie się to był koszmar z moimi bolącymi kosteczkami. Poszłam więc spać w jego nogi. I co zasypiałam, to dostawałam kopa w inną część mojego szlachetnego ciałka. O 1.12 poszłam na sik, wychodzę, a pod kibelkiem kibluje K. Wpuszczam, siada na tronie i... zasypia. Dobrze, że na nią czekałam, bo zasnęła twardo tam i mogła łebkiem walnąć o wannę. Rano się wypierała w żywe oczy :)

A stwórcy Łobuzów nie było.

Wychodząc rechotał, że w pubie nie ma zasięgu. Hahahahaha... A ja śmiałam się, że mam to w nosie.

O 2.12 już nie miałam, bo jestem matką magistra inżyniera. Po polibudzie. I to, co przeżyłam, tego na wołowej skórze nie spisał...

Więc MSG...

Za 5 minut będę...

Zamiast wziąć Ubera, pojechał zbiorkomem i jak się rano tłumaczył, zupełnie stracił poczucie czasu.

A ja, zamiast go objechać, przytuliłam, bo... wrócił jak nie były student polibudy :) Patrząc na mnie z politowaniem mówił: mamo, ale ja mam już czterdzieści lat.

A ja, matka absolwenta polibudy, pisałam scenariusze: że nie dam wnuków, bo nie wytrzeźwieje, że może go napadli, szare piórka wyskubali, srebrny głosik skradli... Nie takie historie przeżywałam (na szczęście nie z nim, ale z jego znajomymi). 

Rankiem ogarnęłam się szybko, nakarmiłam Łobuzy i starałam się, żeby mógł odespać (ja nie prowadzę, więc to nie jest problem)... Udało mi się. Wstał, omówiliśmy noc i nakarmiony poszedł się kąpać.

A ja dalej ogarniałam kuwetę (a było co) i Łobuzów. W najlepsze sobie oglądaliśmy zdjęcia (bo Kalafiorkówna, znów zaniedbana przez brata i obrażona, że ja układam swoje codzienne pasjanse, a jej grać nie daję, bo ona pasjansów nie rozumie, wykład mi zrobiła, że i ja mam ograniczony dostęp do elektroniki, bo ona sobie tak życzy) :P 
I nagle Inżynier z obłędem w oczach wpada i krzyczy: pakować się, bo nie zdążymy na koziołki. A lało...

Więc hałastra popędzana i popychana, znów zaklinowany przedpokój, pierdyliard worków do wyniesienia, bo a jakże, szabrowali aż się kurzyło, mają to we krwi, ruszyła, a ja, zamykając ruiny i zgliszcza, podążyłam za nimi.

Pojechaliśmy i okazało się, że mamy pół godziny na dojście na Stary Rynek. 

Więc luz i hasta manana. W czasie jazdy Kalafiorkówna męczyła ojca o wszystkie mijane budowle, kościoły, ile mają lat, kto je zbudował...

Te koziołki to był mój pomysł, bo są od 4, a właściwie od 5 lat w PL, z tego 3 mieszkali w Koziołkowie, a dzieci nie znają ani miasta, ani koziołków nie widziały. Tyle że do ZOO latają, bo mamusia jest fanką... ZOO znają i stare, i nowe.

Więc wzięłam sobie na ambicję, że zrobię z nich poznaniaków, rasowych, choć na wsi mieszkają.

Na pierwszy ogień poszły więc koziołki :) Inżynier, niewierny, chciał do Fary wejść, ale wybiłam mu to z głowy, bo niedziela, może być msza. Next time :) 

A Kalafiorkówna wielce zainteresowana wszystkim, więc sama też się muszę ogarnąć. W samochodzie mimo aparatów nie ogarniam jej pytań, więc czekam na wiosnę i na wycieczki. Bo wciąż mnie męczy do parku. Chciałam na Festiwal Światła w Botaniku, ale nie mogę się dogadać z dzieckiem ani z jego żoną.

Trudno.

Tak więc (a i ja byłam zadowolona, bo siedzę jak borsuk w norze), na Plac Kolegiacki dotarliśmy


 gdzie jeszcze Gwiazdka...


i do koziołków, już bez świątecznych kurteczek dotarli (zdjęć mam mało, bo parasol i zdjęcia to niekompatybilne jest).

I tak po raz pierwszy złożyliśmy haracz WŚOP, ale Łobuzy stanowczo odmówiły naklejania sobie serduszek, chowając je do kieszeni. Oba. Osobiście zauważyłam, że tegoroczne serduszka mają klej do dupy - miałam już jedno na wózeczku, odkleiło się następnego dnia, zgubiłam, dzisiejsze też się odklejało i to nie tylko mnie, ale wszystkim, a i na ziemi leżało mnóstwo serduszek (będą mieli przeciwnicy używanie). Na Stary Rynek dotarliśmy grubo przed koziołkami, Alienek do grobu ojca wpędzał pytaniami ile jeszcze minut, bo pytał co kilkanaście sekund. No i były pieski, więc kolejny haracz na pieski, głaskanie, z początku z obawą, a później brakowało nam smyczy na dzieci :) 

Koziołki się spodobały, znaczy się, Łobuzy ochrzczone - poznaniacy, widzieli koziołki, chociaż flancowani do wiochy :) 

Potem był pokaz umiejętności labradorów, jako że ja tam nie jestem zagorzałą fanką - fajnie, OK, ale bez petard :) A i za mną stał labrador niebiorący udziału w pokazie, który walił ogonem w moje nogi - mam siniaki, a i spodnie nadawały się tylko do prania. Ale spoko :) 

Inżynier marudził, że knajpy drogie (a ja zapraszałam, bo kurwa, mam dość stania przy garach, dość zarabiania na pomaganie innym, chcę za swoją własną kasę iść do knajpy i być obsłużona, a że samej jest idiotycznie, wiem, bo chodziłam i czekanie na zamówienie i gapienie się w ścianę odbiera ochotę na takie wyjście, sam mi mówił, że ojciec jego koleżanki po sześćdziesiątce przeżywa drugą młodość, dlaczego ja nie mogę - moja sprawa, na co chcę wydawać kasę, a chcę i na siebie), więc opierdoliłam (bo mogę) i 


z trudem odrywając Alienka od kontemplowania makiety Koziołkowa i zaspakajając nieustającą ciekawość Kalafiorkówny, spojrzałam jeszcze na tego orła w górnym pędzie (na makiecie go nie ma - albo ktoś ułamał, albo go nie było)


powlokłam się jęcząc, Paderewskiego. Nie lubię tej ulicy, nie do Placu Wolności, bo płuca wypluwam pod górkę.

Galeria Bazar była zamknięta mimo handlowej niedzieli, w sumie mnie to nie dziwi. To nie market dla plebsu. Ale Zielona Weranda była otwarta. Menu wystawione. Kalafiorkówna od razu zadysponowała kluski leniwe. A Alienek burgera, ale bez pomidora, na co ojciec go zgasił, że pomidora może sobie sam wyjąć :) 

W Zielonej Werandzie lubię bywać. Spotkałam się tam kilka lat temu z krewnymi z Francji, których osobiście nie znałam i to był wspaniały wieczór. A potem byłam tam na obiedzie z poznaną w necie dziewczyną z Lublina, koleżanką po fachu, z którą do dziś mam rzadkie, ale fajne kontakty :) I z AD tam byłam, po skorekceniu jej, wydawanej własnym sumptem książki. A. to materiał na osobną opowieść. Miła osoba w moim życiu. Dobra dla mnie. Pozytywna. I takie mam :)

No więc wleźliśmy do Zielonej Werandy.

I po niezliczonych odwiedzinach kibelka (ja nie byłam tam ani razu, przewodnikiem wycieczek był Inżynier), po kłótniach, kto rysuje na dostarczonym bloku, a kto na telefonie tatusia (o, złamał się, ale nie dziwię się), po tłumaczeniu, że krówka na burgera jeszcze pasie się na polu i dopiero ją gonią, żeby ją przerobić na burgera, po moim dociekaniu, co to znaczy, że za opinię w necie dostanę butelkę wina gratis...

Doczekaliśmy...


Inżynier chciał schab, naparł się, jak szczerbaty na suchary. Mówiłam bierz cokolwiek, nie schab. Ale zakochany w schabach z K., brał. Potem, po wyjściu powiedział, że brzeg był OK, ale potem deska. A mówiłam, że schab zamawia się tylko w K. Ale kto by tam matki słuchał...

Kalafiorkówna, podjadająca od I. schab (te deskowe kawałki, ona zawsze co innego zamawia, a potem co innego chce), dostała


 kluski leniwe z owocami, nie dała rady całości, ale zmieniaczki od Alienka podjadała, podjadałam i ja :) 

Alienek zaś


wciągnął prawie całego burgera... Na talerzu zostały nędzne resztki :) I to jest moje zwycięstwo, że zjadł coś, a nie pomidorówkę czy inny makaron :) Potrzebuje też białka przecież, a i cebulę zjadł, choć cebuli mówi stanowczo nie...

A ja, w sumie dobrze gotująca, ale terminologii nieznająca, dopytywałam się, czy zrazy wołowe są mielone. Kelnerka mnie wprowadziła w błąd mówiąc, że tak (a mnie się zrazy z klopsami pomyliły, a pamiętając wołowinę z lat młodości, z krów mlecznych, które zeszły ze świata śmiercią naturalną, unikam wołowiny, choć ją lubię), ale


zraz z kopytkami i czerwoną kapustą był idealny, nawet gryźć nie musiałam, rozpływał się w ustach :)

Więc, zachęcona reklamą na posterze na stoliku, że za recenzję w necie dostanę gratis wino, recenzję popełniłam i... grzecznie płacąc rachunek - moim zdaniem spoko, z napiwkiem, a jakże, bo ja cenię cudzą pracę... Inżynier zapłacił więcej za dwie osoby w moją siedemdziesiątkę, a ja tu płaciłam za cztery i wszyscy byliśmy zadowoleni, oprócz tego nieszczęsnego schabowego...


Dostałam 


butelkę - no dobra - nie wina, ale :) 

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby :) 

Jakbym sobie oranżadkę wypiła, ale to miłe dopełnienie weekendu.

Poszliśmy w stronę słońca (nie padało już) - oni na parking, gdzie karoca parkowała, a ja miałam po drodze przystanek autobusu pod drzwi. Nie było sensu, by mnie przez pół miasta odwozili, jechali jeszcze do dziadka z laurkami - to porządne Łobuzy są :) 

A mnie autobus podjechał po 5 minutach, luboński, ale o dziwo - czysty i pachnący (sic!) - ani ja, ani I. nie lubimy lubońskich...

Dotarłam na ruiny i zgliszcza, ogarnęłam raz dwa, moje mieszkanie znów jest moim azylem...

Cichym, spokojnym, gdzie śpiewa Pink Martini...

Tak, dziadowanie jest fajne, coraz mniej męczące.

I dziękuję życiu za te dwa dni, choć dla mnie nie były do końca łatwe.

Ale te całuski Alienka i to rozpaczliwe "kocham Cię najbardziej na świecie"...

Że aż się co poniektórzy zatrzymywali i uśmiechali :)

Chyba i tak warto żyć do końca, nawet jak jest pod górkę i pod wiatr :) 


A juterko znów do orki :)



Się włączyło samo w Spotify...

Takie uwieńczenie. Umierałam przy tej piosence kiedyś...

A dziś cieszę się, że nie umarłam wtedy :)



piątek, 24 stycznia 2025

W ZUS-ie

byłam, Kochany Pamiętniczku.

Ale stojąc w kilometrowej kolejce do wstępnej informacji i roztapiając się z gorąca, zgłupłam ze szczętem i zamiast wziąć wniosek o rentę rodzinną, wzięłam ten o rentę wdowią.

Bo żeby mieć rentę wdowią, muszę mieć rentę rodzinną.

Posrane, co nie???

Mniejsza z większym, najważniejsze jest dostarczenie wniosku (niech chuj weźmie tę numerację) o przeliczenie emerytury.

Bo jak mi teraz przeliczą, będę miała większą waloryzację w marcu :) 

Tego nie wiedziałam.

A resztę ogarnę później.

Zmęczona, ganianiem, staniem w tej jebanej kolejce, gorącem (bo ja w zimowej kurtce, a grzeją), odpuściłam.

Wieczorem dostałam cynk, że jednak wlecą w sobotę na żarełko (jacy wyrachowani, co nie), więc w piątek lewa, prawa, pomaszerowałam...

I...


 dla Alienka - będzie pomidorówka albo rosołek. Do wyboru: makaron, tortellini albo groszek ptysiowy.

Dobrze ma Skunks, co nie?

A Inżynier (wpraszamy się na obiad, bo chcę z mamą pogadać, zanim pójdę w tango - jak tu się nie załamać?) z Kalafiorkówną proszą o 


z marchewką i groszkiem. Kurczak bez antybiotyków, z czosnkiem w dupie, smaczny jest... A ja, po czterech dniach na krupniku, który nagotowałam na spodziewaną wizytę Pierworodnego z ekipą...

Pożądam obiadu z pyrkami i mięsem, sobie lajsnę jeszcze buraczki albo pak choi :)

A poprzedniej nocy śnili mi się ludzie z Auschwitz, których lubiłam (bo tam tylko naczalstwo było dodupne) i... pamiętałam ich imiona, ale twarzy i nazwisk nie. No i męczyłam się - czy to już alzheimer czy inny syf?

A następne dni mogą być szalone.

Mogą, ale nie muszą..

Zobaczymy :) 

I na razie wszyscy bliscy mojemu sercu z Irlandii i UK dychają po ataku szalonego Eowyn...

 Pewno i ja przeżyję ten najazd Hunów...

Trzymajcie kciuki :P 

 



wtorek, 21 stycznia 2025

U mnie

 tak zawsze, Kochany Pamiętniczku. 

Mordę wydrę, zaprę się, nadrę i...

No przeszło mi z leksza rano, ale nie spałam już od 4.

Ale pograłam sobie, potem jeszcze pospałam godzinkę, wstałam i...

A jakże, na poczcie już tekścik z pytaniem, od kiedy pracuję...

A termin jest 7 lutego, czyli wystarczy jak zacznę pracę 3, potem i tak będę czekać, choć nakładają się dwie gazetki.

No nic, skorekciłam i znów byłam kochana (jak zawsze, choć już nie wyrażono tego tak wprost, bo to facet w wieku moich dzieci) :) 

Połaziłam po chałupce, na Manhattan polazłam. Orkiszowy jednak zniknął już, za późno.

Ale że w Biedronce promocja na badyle (wiem, wiem, posrana jestem), tom polazła do Galerii...

I chyba jednak koniec już bliski (mają pozwolenie na rozbiórkę), bo mało że schody ruchome nieczynne od dawna, to jeszcze windę wyłączyli. Ale gupia wlazłam i potem o mało się nie zabiłam, schodząc z pełnym wózkiem i dwoma bukietami pieścichłopów. A co :)

 


I zabrałam się za krupnik. No bo dostałam fajne kości wędzone, a pomyślałam i o przegubowcu, znaczy się jajniku, a rosołek miałam...

I tak uwarzyłam gar krupniku (zostały mi 3 litry, gęsty taki, że aż łyżka stoi). 

W międzyczasie dostałam życzenia od Małego T., jego mama pamiętała, a prezent czeka na mnie na D., Mały T. zrobił go w przedszkolu. Mama MT pisze fajne życzenia - w pierwszej osobie od niego. Ale i poskarżyła się, bo znów ma chore oczy (w życiu bym nie wpadła na to, że ma minus 7 i minus 6, ja mam 2,5 i to już jest problem), no i Z. zniknął i nie wiadomo gdzie jest. Zakłada, że pojechał do swojej flamy, ale nie jest pewna. Mnie to zdziwiło, bo było nie było, facet ma 73 lata, jeździ gratem, bierze psychotropy (mnie reklamował, że dobre na spanie, że niska dawka, bo 25 mg, a chorzy psychicznie biorą i 250, mnie nic nie namówi na branie takich leków, póki mi się nie wykrzywi do reszty pod kapturkiem), flama mieszka 100 km od niego. Ale to dziwna rodzina jest, nie komunikują się. Piszę jej, że ja bym scenę zrobiła. Bo co dzień ludzie znikają bez śladu - jak go nie ma od dwóch dni to dla mnie byłby powód do szukania. Nikt nie ma telefonu do flamy. Znamy ją, bywała na grillu - ale nic poza tym. Taka se, nie moje klimaty, nie wygląda na seryjną morderczynię, ale kto tam kobiety wie.

Dziwna rodzina.

Bo ja, jak jestem wkurwiona na I. na maksa, a bywam, to mało że nie wchodzę na MSG, nie zamieszczam postów na FB, to jeszcze wyłączam lokalizację w ajfonie (sama kazałam ją włączyć właśnie na takie W, sama nie chcę od niego lokalizacji, bo sprawdzałabym co minutę, jakbym wiedziała, że gdzieś jedzie - od dręczenia i monitoringu mam jego żonę, już mnie doskonale zna i wie, że jak I. jedzie 30 min, to w 29. minucie zapytam, czy już dojechał). Ale on ma jakieś inne metody sprawdzania, czy nic się ze mną nie dzieje, mamy wielu wspólnych znajomych i zawsze ktoś się nagle odzywa :P 

No ale nie mój cyrk, nie moje pchły. Nie mogę nazywać się milion i za miliony cierpieć katusze, zajmować się wszystkimi kłopotami rodzinnymi tego świata.

I tak o 14.05 odzywa się Syn Marnotrawny, że nie przyjdzie dziś, bo ma ekipę.

Że montują, dziś i jutro.

Wczoraj pisał, że kuchenka dojdzie w środę.

Nie, nie wybuchłam, nawet mi ciśnienie nie skoczyło.

Napisałam, że rozumiem, wola boska i skrzypce.

Nie musi przychodzić. 

Zapytał, czy może w czwartek.

Odpisałam, że nie, bo mam inne plany. 

A w weekend?

Nie, bo mam gości.

Nie precyzowałam, mam, włości jadą na nocowankę.

A w następnym tygodniu?

Przykro mi, pracuję, robię dwie gazety. Ktoś musi zarabiać na to, żeby mieć kasę na koncie.

Wiem, podła jestem, serce mi pękło na pierdyliard kawałków, jak to serce Kaja z Królowej Śniegu.

Ale nic to. Przecież rozumiemy się.

I po rozmowie.

Bo ja, znów musiałabym, kurwa, godzinami czekać.

A ten model tak ma, że jak coś ma być, to koncentruje się na tym. Znów poczuwałabym się do gotowania, czekania, pisała scenariusze.

A w dupie to mam.

Ani Mała Wiedźma, ani Papryczek nawet życzeń nie przekazali. A było nie było - mają komputer, MW ma telefon. Z nieograniczonymi SMS-ami, ma MSG (nie odpisuje, ojciec ją tłumaczy - ona tak ma). 

Nic, cisza.

Trochę łyso mi się zrobiło, ale nic to, oglądnęłam sobie Układ zamknięty - niebiosom dzięki za napisy do polskich filmów. Tak, takie polskie bagienko.

I już wieczorek.
Puzzle sobie układam, ćwicząc mózgownicę, gdy wtem wyskakuje MSG od I.

Czy mam czas na kilka minut pogawędki.

Od razu zapytałam, co się stało i czego potrzeba.

Powiedział, że Łobuzy chcą dzwonić.

No i akcja szukamy słuchawek i ledwo uruchomiłam ustrojstwo, zasypana zostałam krzykami, darły się jedno przez drugie (dobrze, że czytam z ust), że wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci, że mnie kochają i te modne ostatnio serduszka z palców...

Tak trajkotały, że nie można było nic zrozumieć, a na wieść, że jest nocowanka (ojciec nie poinformował) dostały takiego szału, że ojciec wyniósł się do biura.

Miał kilka informacji (a jakże, spowiada się sumiennie ze wszystkich grzechów i z dobrych uczynków też), ważnych. Poparł moje niewidzenie ze swoim bratem (powiedział: sam się odciął).

Tłumaczył, że tak późno, bo pracował (dzieci nie mają dostępu do kompa same, choć mają swoje kompy, nie mają komunikatorów), a potem pojechali na urodziny koleżanki Kalafiorkówny.

I gdy wracali, kazali mu szybko jechać, bo chcą babci życzenia złożyć. Same pamiętały, są tresowane :)

Zapytał: co powiecie babci? Alienek: Wszystkiego najlepszego w Dniu Babci. Kalafiorkówna: i że ją kochamy. Na to Alienek: że kochamy trzeba mówić zawsze, nie tylko w Dniu Babci...

I jak tu nie kochać tych Łobuzów?

Nie ukrywam, wzruszyłam się. 

Bo jestem ważna.

Chociaż dla tych dwóch małpiszonów.

Drących się jak podarte kalesony na płocie. Znikających z pola widzenia, bo nie opanowali jeszcze tego, że nie wchodzi się do kamerki, żeby było lepiej widać (rzadko się tak z nimi komunikuję).

Więc, wzdech, będę znów jęczała w piątek, szykując pościel na nocowankę.

Ale to będzie dobry wzdech.

Z niepokojem patrzę na to, co dzieje się od wczoraj w Ameryce.

I jak rozumiem chęć zrobienia porządku z nielegalną imigracją (chociaż tam są imigranci i imigranci, oglądam sporo filmów, gdzie właśnie ci porządni są motorem utrzymania porządku w aglomeracjach i miasteczkach - czyściciele basenów, ogrodnicy, inne takie - to jednak całkiem inna rzeczywistość niż w Europie). Oczywiście, zgadzam się z postulatem usuwania nielegalnych imigrantów, członków gangów itp. Populizm Trumpa, burzący jednocześnie ogólnoświatową solidarność, chociażby w dziedzinie obronnej i zdrowotnej, dojście do władzy oligarchów i koncernów, realizujących swoje cele, bez oglądania się na pospólstwo (cóż, zawsze miałam odchyły na lewo), coraz bardziej widoczne dla mnie osobiście zapędy Trumpa, by zostać Juliuszem Cezarem i małym Hitlerkiem, a może i dużym Hitlerem? Wszak gejów i lesbijki też ten z wąsikiem uważał za ludzi do gazu... Że mają być tylko dwie płcie? W sumie jeśli ktoś się czuje nogą od stołu i chce nią być, niech będzie. Nie mam sama problemów ze swoją płciowością, jestem ona, ale jak ktoś chce, by do niego mówić ono czy inaczej to w czym problem? Skoro mogę akceptować gejów, lesbijki, autyzm, ADHD, inne niepełnosprawności, skoro jako kaleka (nie boję się tego słowa wbrew poprawności politycznej) mam od zawsze swoje miejsce w społeczeństwie, z rzadka spotykając się ostracyzmem (jak u tej przenajświętszej komisji z zakładu utylizacji społeczeństwa, która w orzeczeniu o inwalidztwie wpisała mi: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi, tak jakbym latała z nożem i mordowała wszystkich, na co jeden z lekarzy od medycyny pracy, bo za każdym razem muszę tak pokazywać ten świstek sprzed ponad 40 lat, kiedy orzeczono u mnie inwalidztwo, zareagował: co za chuj to pani wpisał, zaś inna, mądra inaczej lekarka medycyny pracy nie chciała mi podpisać zdolności do pracy, tłumacząc to moim osobistym dobrem i dopiero moje stanowcze żądanie kierownika przychodni skłoniło ją do uznania, że mogę pracować wśród ludzi)? (Ale fajne długie zdanie mi wyszło).

No nic, co ma być, będzie.

A na razie pozostaje się cieszyć dniem, który był, mimo zakrętów i zawiłości miły :)

A jutro to, czego tygrysy nie lubią najbardziej: grzebanie w papierach. Ale trzeba wysłać zaświadczenie do AR (jak co roku w Chałupach), no i poszukać papierów do wystąpienia o rentę rodzinną. Bo żeby dostać wdowią, trzeba mieć rodzinną, nie starałam się, bo Eks miał najniższą emeryturę. Wprawdzie Z. mnie przekonywał przez całą drogę z włości, że to się nie opłaca, ale znam jego pogięte podejście do wielu spraw. Może i jemu się nie opłaca, ale co mi szkodzi spróbować?

I włączyła się właśnie piosenka. Nasza. Barana i moja.

To takie nierzeczywiste i skomplikowane - ale piękne :) Tańczyliśmy ją do upadłego.

To były piękne dni. I nadal są, choć nas dzieli tysiące wiosek i mil...


A mnie mama MT pytała dziś, czy jechałam do kogoś poznanego przez Internet. Ja nie, ale do mnie jechali :)

I nigdy się to źle nie kończyło.


poniedziałek, 20 stycznia 2025

Nos

 mnie nie mylił, Kochany Pamiętniczku...

Cóż, jak zwykle jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

I nie, nie stęsknił się za matką.

Zepsuła mu się kuchnia (mieszkanie wynajmowane) i uzgodnił z właścicielem, że kupi, a ten odciągnie mu od czynszu.

No i oczywiście nie ma na kuchenkę ot tak...

No i moje konto znów lżejsze o kuchenkę. 
Ciekawe, czy skończy się tak, jak z tym telefonem do Ameryki?

I dlatego wpadnie do mnie jutro, z dziećmi, a jakże, pewno znów dostanę jakąś pierdołę.

Szczerze?

Brat mu nie pożyczył, bo sam ma swoje wydatki i ledwo mu się budżet spina.

A ja znów czuję się jak bankomat i to oszukany na dokładkę.

A wystarczyło w niedzielę powiedzieć prawdę.
Odezwał się w momencie, kiedy u mnie był sajgon, bo tak, pracowałam po godzinach i się waliło i paliło.

Kurwa.

Ja to do usranej śmierci będę ryła.

Albo pierdolnę to wszystko, przepiję to, co mi zostało i będę miała na wszystko wyjebane.

Całą noc nie spałam, bo a jakże, wieczorem I. mnie poinformował, że kupują tego kundla.
Za koszmarną kasę, już powiedziałam, co o tym myślę, no ale to nie jest moja kasa (inna bajka z moją kasą, ale co tam).
Jak coś, będę miała cykaną.

Albo i nie.

I ja mam z tym kundlem świeżo odstawionym od cyca spędzić parę dni?

Kiedy ja nienawidzę sierści, wałęsającej się koło mnie...

I nie, nie będę sprzątała ani sików, ani gówien.

Trudno.

Mnie nikt nie pyta, na co ja mam ochotę.

Zniosłam miesiąc z dupą Edzia na głowie, znoszę co jakiś czas wędrówki Edka po mnie, a i fochy Princessy, że zajmuję jej miejsce na kanapie.

Moja miłość też ma swoje granice - zgodziłam się nie wiedząc, co mnie czeka.

Więc zgodziłam się ostatni raz. 

Dwa sierściuchy, młodociany kundel i rybki - nie, to nie jest moje miejsce na ziemi, na dokładkę z wstawaniem o nieludzkiej porze, zasuwaniem na pieszo przez błoto, z niemożnością gotowania obiadu (bo nie ogarniam indukcji i boję się, że się coś stłucze - nie moja bajka, a ja mam dwie lewe ręce)...

To nawet na kilka dni jest dla mnie za długo.

Tym bardziej, że muszę wstawać dużo wcześniej, bo pani domu zajmuje łazienkę, bo musi się pomalować (jakby nie mogła tego zrobić w innym pomieszczeniu), a ja muszę umyć głowę i się wykąpać rano - nie ma innej opcji, nie wyjdę z domu.

I to nie tak, że ja się tam zwalam, to oni mnie potrzebują, a ja się męczę, żeby ona nie musiała brać urlopu.

I tak, mam tego wszystkiego, kurwa, dość po dziurki w nosie.

Taki tam mój Blue Monday.

Naprawdę blue.

I nie, nie zaproponowałam, że nakarmię jutro wnuki. Przyjdą, będą głodne, mam wielką pakę pierogów nieurywających dupy.

W dupie wszystko mam.

A może by tak rzucić wszystko i pojechać do Tajlandii?

Pracować stamtąd mogę, a i jak zażądam zwrotu kasy, będę miała na utrzymanie...

I nikt nie będzie mógł nic ode mnie chcieć.


sobota, 18 stycznia 2025

Taka

 dziwna, a jednocześnie piękna sobota była, Kochany Pamiętniczku.

Od rana było tak jasno i słonecznie, że aż nie do wiary po tych kilkunastu szaroburych dniach, kiedy wydawało mi się codziennie, że spełni się to, czego obawiali się Gallowie i niebo zleci nam na głowy.

Słoneczko nakurwiało, więc choć leżał wszędzie szron, kopnąwszy się w tę kubańską tłustą dupę poszłam w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres. 

Po chlebek - orkiszowego nie było, ale był graham i chyba przeproszę się z grahamem, bo zjadłam na kolację skibeczkę i smakował wybornie. A tańszy o złotówkę od orkiszowego, poczytałam - jest równie zdrowy jak orkiszowy. Więc może szewskim targiem: żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek.

Jajeczka też kupiłam i parę drobiazgów na Manhattanie i o dziwo, zmieściłam się w 30 zł (bo nie chciałam stówy rozmieniać, taki odchył). Najdroższe były jajeczka, 1,40 za sztukę, ale z wolnego wybiegu i 90% z nich ma podwójne żółtka, więc w sumie opłacalny interes :) 

A potem polazłam do Rossmanna, bo dezodoranty się kończą, a wszędzie drogie. Okazało się, że w Rossmannie też, ale przy okazji zaopatrzyłam się w szampony i cudowne miękkie (ultramiękkie) szczoteczki do zębów. Mam takie bambusowe, że ekologia i inne takie tam, ale... niemiłosiernie drapią moje biedne dziąsełka, a te plastikowe - prawie orgazm miałam, szorując resztki ząbków wieczorkiem :)
No i płyny do naczyń też paskudnie poszły w górę, doliczając szampony i rzeczy, które mi się kończą, odciągając się od półek z perfumami, bo mam taki zapas, że wątpię, czy do śmierci wszystko wyśmierdzę... Wydałam sporo, ale...

Taki bonusik dostałam


niespodziewanie, małe mydełko w kształcie serduszka i maleńki krem, w sam raz do torebki, będzie jak znalazł, nie używam kremów, uznaję Nivea. Ale starość nie radość i czasem w mieście pierzchną mi nagle usta albo ręce. Nie używam pomadek, bo za każdym razem, jak użyję pomadkę, następnego dnia mam opryszczkę - mimo że po każdej opryszczce zmieniam pomadkę na nową i nikomu ich nie pożyczam :) Wada fabryczna, więc gratis mnie miło zaskoczył :)

I szłam sobie z powrotem w stronę słońca i kontemplowałam


zieloną kropkę na chodniku (moja dobra znajoma, notabene, poznana internetowo, ale spotkałyśmy się kilka razy realnie, koleżanka po fachu, bała się spotkania ze mną, bo miała męża niedosłyszącego, z implantem i... była przekonana, że wszyscy niedosłyszący są jak on, a dzięki niej poznałam też przemiłą parę z jej okolic, która mieszka teraz w Koziołkowie - młodzi ludzie, w wieku moich dzieci - jaki ten świat robi się mały, ma firmę o tej nazwie, no i oczywiście, pogadałyśmy znów).


To musiała być niezła piątkowa karnawałowa balanga, jak dobrze zmrożone napitki, a wszyscy byli na gazie... :) 

Takie cuda tylko na Dębcu :) 

I...


Blisko przy Twoim sercu,

obok niego.

A za oknem śnieg.

Wrony na śniegu.

To białe pasmo to szron, ale w okolicy było tyle wron, w doskonałej komitywie ze srajdami, że nie mogłam tego nie dostrzec i nie zacytować :) 


A tu znów zachodzi zmiana w polu mego widzenia. Była tu piekarnia i za tą kratką latem siedział gość, który sprzedawał włoskie lody. Teraz będzie kebab, napis: Wkrótce otwarcie zwisał. Śmieszne, ale w życiu nie jadłam kebabu. Ośmiornicę i rekina jadłam, ale kebabu nie. A co poczytam o sensacjach po zjedzeniu kebabu, to chyba jednak umrę nie wiedząc, jak smakuje. Podziękuję za takie sensacje. Pod Galerią otworzył się kebab sieci Sahar, takiej jak na włościach, ale Inżynier mówił, że dupy nie urywa, że nie warto. Nie sprecyzował tego urywania, więc nie zaryzykuję :) 

A w sralni dla kundli niedaleko Red Parku można było odnieść wrażenie, że jest przedwiośnie.


Słoneczko tak nakurwiało, że do domu wróciłam w rozpiętym paltociku, bo za gorąco mi było...

I w powietrzu było czuć, że idzie nowe, a to dopiero końcówka stycznia. Wiem, wiem, jeszcze nie czas, ale chciało się już żyć.

A w szparze unijnej (nie zaglądałam tam w tym tygodniu jeszcze) była taka kartka


Kartka jak kartka, ja wreszcie zastosowałam w praktyce niewysyłanie kartek, ale to, co było w środku sprawiło, że łezki uroniłam...


Napisała to dziewczyna (młodziutka, młodsza od Inżyniera), z którą miałam przyjemność pracować w miesięczniku dla kobiet ze wsi, w mojej obecnej firmie, klonie niemieckiego, ale u nas padł. 

Nie wiedziałam, że tak mnie czasem postrzegają ludzie.

Myślałam, że po prostu jestem i już.

I już dawno nie byłam tak zaskoczona - może jednak zostanie po mnie jakiś ślad?

Wzrusz... I szok...


Żeby nie popaść w samozachwyt, zupkę na winie przyrządziłam, dodając soczewicę dzięki sugestiom Pantery...

No i mam jutro też gotowy obiad.

A zwieńczeniem dnia było, że Pierworodny zapytał, czy może do matki wpaść.

I chciał już w poniedziałek, ale odmówiłam, albowiem...

Będę umarnięta przy zamykaniu pierwszej składki.

Ale ma urlop, więc wleci w tygodniu.

 Więc tak, dziwna ta sobota, a za oknem gmła coraz gęstsza...


piątek, 17 stycznia 2025

Mam

 seksualny stosunek do pracy, Kochany Pamiętniczku.

Kocham ją, a co kocham, to pierdolę.

Tak sobie powtarzam, żeby nie zwariować.

Pierwszy tekst korekciłam tuż przed 7 rano, jeszcze w piżamce, bo doszedł.

Potem ogarnęłam kuwetę, do Lidla poleciałam, gdzie zanabyłam takie fajne piffko 


 ale jak to kraftowe - drogie. Właśnie je kończę.

Wróciłam do domu i... pracując ogarnęłam całą chatę na medal.

I skończyłam robotę o 20.18.

A to wszystko dlatego, że jest piątek. Były seminaria. Ludzie mają życie osobiste. Zwalili wszystko na jednego gościa, a sami poszli w tango.

I kto jest poszkodowany?

No oczywiście - korekta.

Bo korekta jest jedna i niezastąpiona.

I widziała takie cuda wianki, o których się filozofom nie śniło.

Tak jak np. w DP (kto wie, ten wie, DP umarł, ale to była całkiem fajna gazetka, chociaż Świtalskiego - kto wie, ten wie) w poniedziałek zawsze wychodził numer, mający 24 strony, a nie 16, jak zazwyczaj. I w tymże DP były kupony loteryjne. Jako pracownikowi nie wolno było mi brać udziału w loterii, ale dzieci grały. Więc w ten poniedziałek, a zamykałam ten numer w niedzielę, a jakże, bo za dyżury w niedziele płacili podwójną stawkę (tak, jak zarabiałam w DP, nie zarabiałam już nigdy potem), tom brała, lecę po drodze do pracy do kiosku po gazetkę i co ja paczę? Gazetka ma 16 stron. Nosz, kurwa. Jadę do pracy i co ja paczę? Śledztwo jest na wszystkich szczeblach, KTO SPIERDOLIŁ GAZETĘ?

Oczywiście, zaczęło się jak zawsze od korekty. Ale korekta miała wydruczki (straszny oręż), że wszystkie strony przerobiła, zanim do chaty w podskokach spierdoliła. 

Co wykazało śledztwo? Redaktor prowadzący, nieżyjący już TD, lubił dawać w palnik. A dawał tak, że kończył na redakcyjnej podłodze. Gdzieś tam ktoś ma takie fotki, może są nawet w necie, nie będę szukała.

I tenże redaktor prowadzący, któremu skończyło się paliwo, zamiast wysłać internetowym łączem (o, internetowe łącze w tym czasie to było COŚ), materiały do drukarni w Bydgoszczy, zlecił to... stróżowi nocnemu.

A pracowaliśmy wtedy na takim kompiku (love, love, love)

internety mieliśmy tylko do wysyłania danych, nie że jak teraz klik, klik i śmiga wszystko...

A to moje niespełnione marzenie - mieć takie jabłuszko dla siebie - wiem, dziś mam lepsze, ale...

Stróż nie zdołał wysłać plików, bo AŻ tak tego nie ogarniał, więc drukarnia wydrukowała to, co dostała.

Ja sama dziś też nie ogarniam tego procesu - nie ogarniam mimo lat pracy ozalidów, łamania, innych cudów, które miałam się nauczyć.

W sumie nie ogarniam nawet całego procesu wydawniczego, to nie tak, że jestem alfą i omegą.

Ja tylko sprzątam, lubię swoje sprzątanie.

Sprzątać potrafię we wszystkich możliwych konfiguracjach, nieważne jaki program, każdy opanowuję w góra pół godziny, to żaden problem, kwestia takich czy innych pasków narzędzi i kliknięć (powiedziała ta, która do dziś nie umie obsłużyć pilota do TV i paczkomatu)...

Ale wciąż nie ogarniam redakcyjnego nieogarniania.

Trzymania tekstów już gotowych (kilku) i wysyłania ich hurtem, gdy wiadomo, że inni też wysyłają hurtem, a korekta jest jednoosobowa.

Albo wysyłania bez sprawdzenia, czy są gotowe.

Bo zapewniam, że takie prawdziwe sprawdzanie tekstów już dawno umarło.

Takie, że w książkach już wydrukowanych były erraty.

Nie mówiąc o śmietniku językowym, jaki jest Internet.

Wiem, sama na blogu też mam byki. Nic mnie nie usprawiedliwia poza tym, że nie zawsze mam czas na ponowne czytanie tego, co wklepałam.

Nie zawsze mam też na to ochotę.

Nie zawsze też widzę błędy po sobie  (w DP 16 stron na dwóch zmianach sprawdzało 16 korektorek, żadna nie czytała po sobie, a zarabiałyśmy tyle, że teraz musiałabym mieć co najmniej 3 moje obecne pensje, żeby osiągnąć tamten pułap, a nadgodziny były płatne).

W PRL zaś dniówka korektorki trwała 7 godzin.

I jak to się ma do mojej 12-godzinnej czasem pracy?

Kiedy w tempie amerykańskim, żeby inni nie padli, "czytam" z szybkością karabinu maszynowego?

Oczami duszy mej widzę, jak siedzę już albo w końcu na emeryturze (chyba nie ma takiej opcji, bo nawet Inżynier, w czasie zawirowań nad jego kolejnym wyjazdem i moją pracą stwierdził kategorycznie, że nie, nie ma opcji mojego niepracowania), albo bujając nózią na chmurce i popijając piffko z Abrahamem - widzę, jak mój następca nie nadąża... Albo rzuca tę brudną robotę i bierze się za węgiel.

Bo daleka jeszcze droga do tego, by Artificial Intelligence opanowała niuanse języka polskiego...

Tak mi się jakoś rozpisało, ale przeżywam dzisiejszy dzień jak mrówka okres :) 

Nie był łatwy do przeżycia, choć chałupa (poniekąd) lśni, w lodówce rosołek - nowy zapas jest, jutro czeka mnie tylko wyprawa po chleb i ten nieszczęsny dyżur na korytarzu...

A potem hulaj dusza, piekła nie ma, powłóczyć się trochę muszę, bo mi nogi do dupy wrosły dziś...


 


 

środa, 15 stycznia 2025

Praca

 wre, Kochany Pamiętniczku.

Nowego kolegę mamy, pani M. daje namiary.

No to grzecznie piszę, że do korekty to do mnie. Troskliwie pytam, czy zna znaki korektorskie, bo młodzi nie znają.

Harmonogram podaję.

Odpisuje, że zna, no i żebyśmy na ty przeszli.

Zamurowało mnie.

Tak już na pierwszej randce, bez niczego?

I nie, oprócz mojej D. nie jestem w całej redakcji z nikim po imieniu. Dla mnie to fajna zasada - są tu ludzie z mojego pokolenia, ale i tacy, którzy mogliby być moimi dziećmi.

Jako że startowaliśmy stacjonarnie jakoś nikomu nie przyszło do głowy tykanie, a ja się nie pchałam - nauczona doświadczeniem z poprzedniej pracy, gdzie z wieloma byłam na ty - było OK. Ale nie byłam na ty z szefem fotoskładu, który wszystkich kurwami obrzucał. Na mnie był cięty jak szczerbaty na suchary, świństw narobił, ale nigdy kurwą nie rzucił. Bo jak: pani kurwa?

A tu nagle ni z gruszki, ni  z pietruszki gość, który jest nowy w zespole chce być ze mną na ty?

Cały mój savoir vivre zadrżał w posadach.

Bo na pewno nie jest starszy ode mnie (nie jest, wygooglałam go sobie, ze zdjęcia wygląda na oko na czterdzieści-czterdzieści parę, nie umiem oceniać tak ludzi, czyli mógłby być moim synem).

Nie jest też moim przełożonym.

Jest mężczyzną.

No i nie znamy się w sumie, to był drugi emilek :) 

Odpisałam, że nikt w redakcji nie mówi do mnie po imieniu, pewno ze względu na szacunek dla moich siwych włosów, ze strachu przede mną, a już na pewno jestem nestorką, choć nie dociekałam tego. Że OK, jestem internetowa, netykieta tykająca jest dla mnie OK.

Zobaczymy, co będzie dalej, ale szczerze mówiąc - zniesmaczona jestem.

I nie, że nie daję się tykać. Jestem na ty z młodymi - moje synowe mówią mi po imieniu, bo mówiły tak, jak były dziewczynami chłopców, nie widzę powodu, by po ślubie miały mi zacząć mamować.

A jakie Wy macie zdanie na ten temat?

Nadmieniam, że na stronie pracowej jestem w całej okazałości, zdjęcie wprawdzie sprzed jakichś 10 lat, no ale na świeżo po studiach na pewno nie wyglądam...

 No i chyba ogarnia stronę pracową, nawet jak pracuje zdalnie z Warszawy.

Warszawa i wszystko jasne.

Nie ta strona Wisły, co Wielkie Księstwo Poznańskie... :P


wtorek, 14 stycznia 2025

Wyleciałam

 z domu jak z procy, Kochany Pamiętniczku.

Jako że zawsze zakładam, że "coś" pierdalnie w zbiorkomie, pojechałam wcześniejszym autobusem i okazało się, że będę jeszcze na Ogrodach kiblowała 40 minut.

A zimno zimniusio było, nogi mi marzły jak za młodych lat, albowiem, choć ciepło ubrana, obuwia zimowego nie mam, tzn. mam, ale nie noszę go od lat - nie lubię, ciśnie, a nie kupuję nowego, bo przez ostatnie 5 lat ani razu nie potrzebowałam.
Ja nawet rajstop nie mam, gdzieś tam w głębi szafy leżą skitrane ostatnie, kupione jeszcze na ślub Inżyniera przed laty... Zetlałe pewno, jak założę, to się firanka zrobi.

I nagle...

Na tablicy widzę, że mam autobus (ten, który lubię, bo ładniejszą trasą jedzie) za niecałe 20 minut. Nie sprawdzałam go, bo założyłam, że nie dojadę tak wcześnie na pętlę...

Piszę do Inżyniera, czy mogę do niego wlecieć przed imprezą. Odpisuje, że tak, bo dziś odwiózł dzieci na siódmą (olaboga!!!, biedne dzieci) i jest w domu.

I tym pięknym sposobem nie zamarzłam na sopelek lodu, ale w autobusie też było zimno, więc się nie rozgrzałam.

I po drodze potwierdziała się moja teoria, że na zbiorkom jeżdżący raz na godzinę przychodzi się z wyprzedzeniem. Dwie osoby nie złapały podwózki, w tym dziecko do szkoły (wiem po kursie autobusu, zajeżdżał pod szkołę w Tarnowie, a następny był za 2 godziny)...

Włości przywitały mnie pięknie



i jeszcze dwie gęsi leciały (albo żurawie, kto je tam wie), wracając zaś widzieliśmy całe stado (klucz) żurawi (gęsi) lecące na północ... Czyżby wiosna blisko?

Dotarłam do Inżyniera i mieliśmy godzinkę dla siebie, meliski dostałam, bom sobie jej zażyczyła i omówiliśmy bieżące sprawy, także z wycugiem, choć nie do końca, bo jeszcze nie wie, kiedy poleci i gdzie. Poprosiłam o podrzucenie do przedszkola, choć później, oglądając zdjęcie kubańskiej dupy w całej okazałości (tak nieszczęśliwie stanęłam, choć Synowa mówi, że przy Kalafiorkównie każdy tak wygląda), stwierdziłam, że powinnam spacerować...

Z. oczywiście znów przyjechał spóźniony, więc cieszyłam się, że nie jechałam z nim, bo chyba by mnie w Kosmos wyjebało, nienawidzę spóźniania się.

Przedstawienie trwało raptem 20 minut, Kalafiorkówna była cudna, jak i inne dzieci, chociaż zestresowane były wszystkie.

A K. bez humoru, bo gros dzieci dziadostwo zabierało, a ona musiała zostać w przedszkolu. Z. marudził, że córka mu mówiła, że I. ją odbierze o 10, ale ja nic o tym nie wiedziałam. I. odpisał, że o 11, bo ma rozmowę (taka praca), odbierze ją i Alienka ze szkoły. Z. był gotów Kalafiorkównę bez fotelika wieźć, ale powiedziałam, że córka go zabije i dał spokój.

Zostawiwszy biedną K., pojechaliśmy. Jak zawsze podczas jazdy z Z. miałam duszę na ramieniu, a żołądek w dupie, pocieszając się, że nie pada (a zapowiadali marznące opady). Fajnie się gadało, choć tematycznie to on upierdliwy jest, ale podwózce nie zagląda się w zęby :)

Wysadził mnie na Ogrodach (tam mieszka), bo tak poprosiłam, stamtąd mam do domu dobry dojazd. Dojechałam, śmieci wyniosłam hurtem, bo w dresach nie wynoszę, a nie chciało mi się porządnie ubierać :) 

A na poczcie czekał jeden (sic!) emilek...

Inna bajka, że potem aż do 17 spływały powoli, ale widać, że nikt nie odniósł szkody z mojego dziadowania. A mile pytali, jak było na Dniach Dziadostwa, a co poniektórzy nawet zazdrościli :)  

A ja patrzę i patrzę...


na ostatni już przedszkolny wytwór. Domowe pewno jeszcze dostanę, bo Łobuzy same rwą się do uszczęśliwiania dziadostwa, same pamiętają o datach (dobry chów). I tak trochę, nie ukrywam, przykro mi z powodu drugiej Bandy. Nawet na siedemdziesiątkę nic nie dostałam, a Mała Wiedźma stale rysuje - nieważne, że w większości mangę, ale rysuje i to pięknie. Nie mam żadnego jej rysunku poza bazgrołkami z wczesnej młodości... Miło byłoby mieć mangową laurkę w kolekcji,  ale cóż - nienauczone, a Papryczek hmmm... dziesięciolatek, a rysuje gorzej niż trzylatek - nie mam pojęcia, czy tak zawsze, czy ze złości, że nie dostał telefonu. Mniejsza z większym.

I tak mi dzień minął, cudnie, aczkolwiek z leksza mną trzęsie, ale myślę, że herbatka z imbirem i miodem oraz ciepła koszula nocna i dodatkowy kocek uczynią cuda.

Poszłabym już w objęcia Morfeusza, ale czekam aż I. wróci, bo jest szklanka. A on jeździ. Taki ma wtorek i biedny jest w tym Alienek, bo pracuje od 7 rano do 19 wieczorem. Od 7 szkoła, bo etyka (posłali, bo ma wąty religijne, więc niech choć etyki liźnie), po szkole logopeda i angielski, wraca do domu po 19 - jak korpo, kurwa, jak korpo. A ma dopiero 7 lat (już?)... Za chwilę będzie miał 8, jak ten czas zapinkala.


Z. męczył mnie o piątkowe dziadowanie u Małego T., ale nie ma opcji, nawet z jego podwózką w te i we wte. Nie chcę przeginać, jeszcze będę potrzebowała dobrego serca u Pani M. W zeszłym roku zestresowany Mały T. nawet na salę nie wszedł, a dla mnie praca jest jednak ważna. A w piątek będzie już pracowy sajgon z armageddonem, więc nawet godzina będzie ważyła o losach być albo nie być :)

Patrząc na szklankę za oknem i na prognozy szczęśliwa jestem, że dziadowanie za mną, lodówka pełna, a w najbliższym czasie muszę tylko pracować. 

I niech tak zostanie, co za dużo, to niezdrowo :) 



Spałam

 jak zając pod miedzą, Kochany Pamiętniczku.

Ale wstałam dzielnie obudziłam się o 3.43 i już oka nie zmrużyłam.

Zakropiwszy kaprawe oczka odpaliłam kompika i zaczęłam ogarniać kuwetę i zonk...

Na pocztę pracową włażę, a tam życzenia od Pani M., mojej nowej naczelnej - z okazji Dnia Dziadostwa...

Wstała do pracy, o 3.53 wysłała do mnie emilka.

To jednak inna epoka w moim życiu i inne warunki pracowe.

Reszta raportu jak wrócę, ja już po śniadanku, schnę, o 5.47 ruszam w kierunku Ogrodów (wcześniejszy, bo tak, jestem panikarą) i potem o 7.10 na włości.

Niełatwe jest życie rozparcelowanej babci :) 


poniedziałek, 13 stycznia 2025

Ze zjeżonym

na łysym łbie włoskiem, Kochany Pamiętniczku, zerwałam się z łóżka o 6.14 (wyciągając iPada spod kanapy), rzuciłam się do kompika i napisałam MSG do Z., że zaspałam i że ma mnie jednak zabrać na włości (proponował mi to wczoraj, ale nie przepadam za jeżdżenie z nim)...

Poleciałam do kibelka i dopiero na tronie uświadomiłam sobie, że nie jadę dziś na Dzień Dziadostwa, bo jest poniedziałek, a to będzie jutro.

Rzuciłam się do kompika, usunąć wiadomość do Z.

Poleciałam jeszcze raz umyć ręce, żeby spokojnie zakropić oczy...

I ległam w wyrku, przeszczęśliwa, że dopiero o 9 muszę być na baczność.

Jeszcze sobie popasjansiłam, popuzzlowałam, wygrzałam się...

Wykąpałam, jajeczniczka, pigułki...

Pracka...
Słoneczko wyszło dziś pięknie.

A jutro będzie sądny dzień, pewno nie zasnę na amen w nocy.

No nic, zobaczymy.

Ciężkie jest życie dziadostwa.

No ale dziś trzynastego, co z tego, że poniedziałek?

Trzynasty to trzynasty i już. :)

piątek, 10 stycznia 2025

Zastanawiałam się

 Kochany Pamiętniczku, kiedy ktoś zauważy, że zmienił się Twój tytuł (image)...

Dni mijają, i nikt nie widzi.

W sumie chyba pora zamknąć się na amen.

Poza paroma osobami nikogo to nie interesuje.