Kochany Pamiętniczku, a tu już luty na tapecie.
Wpadłam od początku w stan pracowy, niby wolnym walcem, ale jednak rozwlekło się na cały dzień, zamiast na 4 godziny dziennie, ale cóż.
Pieniądz marny, ale jest.
We wtorek tylko urwałam się do USC, bo dostałam - cywilizowanie, a jakże, tak jak sobie życzyłam, dokładnie po tygodniu (w poniedziałek) emilka, że akty strzeliste są do odebrania na Libelta. Ale że musiałabym lecieć na złamanie karku, bo przyszedł emilek po południu, to postanowiła udać się we wtorek, odsiedziawszy regulaminowo do 13 :)
Ci, którzy wiedzieli, że jadę, trzymali za mnie kciuki. Bo wiadomo jak jest w urzędach. W tym większym szoku byłam, bo stała kolejka w poczekalni jak na przystanku tramwajowym w godzinach szczytu, a ja po swoje akty strzeliste weszłam... po minucie czekania :) Kolejka stała w sprawach dowodów osobistych :) Mnie to też czeka, ale chyba w biurowcu naprzeciwko mojej chałupy mogę dowód załatwić, jeszcze nie dojrzałam. tak jak nie dojrzałam do wypełnienia papierzysk do ZUS.
PIT z ZUS już dostałam, we wtorek, jak jechałam do USC, więc wyciągając pismo ze szpary unijnej w szoku byłam, bo myślałam, że w ciągu tygodnia przeliczyli mi emeryturkę. Ale nie, okazało się, że mam 4 (słownie cztery) złote niedopłaty podatku (jak, kurwa, liczyli) i ściągną mi to z lutowej emerytury. Nie wiem, czy ściągnęli, nie chce mi się liczyć, pewno drugi raz mi to poleci, jak będę rozliczała całość podatków.
W środę błagalnego emilka wysłałam do pracy, bo o ile maszynki pracowały, to pyry już nie.
Ale w piątek okazało się, że pyry zamknęły się śpiewająco o 16.45 (no ja powinnam pracować do 13), ale maszynki zamiast w piątek zamkną się... no w poniedziałek. Wprawdzie do 11, czyli jeszcze w godzinach mojej pracy, ale chciałam sobie zrobić dwa dni wolnego za nadgodziny, bo i tak pracy nie będzie. Urlopu zaś nie będę brała, bo niby z jakiej pary? Opierdoliłam maszynki, a one, że będą musiały się ratować AI jak ich porzucę. Sayonara :) Z poprzednim naczelnym miałam umowę, że wpadam i dostaję całość, ale teraz wykorzystują to, że jestem w domu no i jest jak jest.
Ale kasa, panie dzieju, kasa...
Ale też przystopowałam z dobroczynnością i pomaganiem.
Bo wkurwiła mnie sytuacja z kundlem. Jadą po niego jutro do Warszawy, wydaje kilka tysięcy, bo musi być rasowy. Tak samo drugi - też kupił, zamiast wziąć ze schroniska, wprawdzie bez rodowodu, ale wydał kasę, której nie ma. Trudno, jak mają na fantazję, to będą musieli mieć na wszystko inne. Nie dokładam więcej. A będzie na tapecie kolejny aparat ortodontyczny, płacą jak za zboże za inne rzeczy - dokładałam, ale teraz w dupie mam. Najwyższa pora pomyśleć o sobie, nie mogę do usranej śmierci pracować, żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej :)
Nie mówię, że nie poratuję jak coś, ale koniec z rozpieszczaniem.
I nawet się tego nie wstydzę. Bo jeśli tak naprawdę sama nie zadbam o siebie, to kto?
Ale to tak nawiasem.
Bo pracowy tydzień w badylkowej atmosferze słodko płynął, aczkolwiek boligłówki w tym roku słabo pachną smrodem. Mogę z nimi spać, nic mi nie jest :)
Odpuściłam latanie po zakupy, mam dość zapasów, a nie chce mi się rano wstawać (ciemno, zimno).
Więc tylko w piątek ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam dzień gospodarczy, a dziś poszłam na spokojne zakupy, bez lecenia z wywieszonym ozorem.
Było zimno (jak mi jest zimno, to jest zimno), ale słoneczko ładnie grzało, choć wicher huczał i tak sobie lewa prawa szłam, a wtem...
Nie, nie podniosłam. Nie uszanowałam, bo gdzie miałam latać z tą flagą? To flaga z czasów powstania wielkopolskiego, a używają jej "patrioci". Nie wywieszę, bo mam osiatkowany balkon, nie wieszam żadnej flagi (przeszkadza mi to), ale nie mam jak. No wiem, można we mnie rzucać kamieniem.
Zakupy poczyniłam, wracam do chaupki, a pod murkiem lezy para skarpetek, widać, że brudna, ale zwinięta jak moja po praniu. I tak sobie dumam, czy to już efekt nowych (posranych, nie da się ukryć) przepisów. Bo od 1 stycznia nie wolno wyrzucać szmat i tekstyliów do zmieszanych, tylko trzeba je odwozić do PSZOK. No ja do PSZOK mam pół godziny spacerkiem, ale pytam, kurwa: gdzie mam gromadzić stare gacie? Bo trudno, żebym z jedną parą gaci latała do PSZOK. Mamy na osiedlu (ale nie na wszystkich są) kontenery na odzież, ale... Nie lubię tam wrzucać nic, bo często gęsto rzeczy z nich są wywalane na ziemię przez ludzi, którzy szukają tam czegoś dla siebie (przodują w tym Cyganki), w błocie walają się całkiem dobre rzeczy. No i w życiu nie przyszłoby mi do głowy wyrzucać tam gatków, na dokładkę zszarganych przecież.
No i perełka, znalazłam w internetach:
Cytat: W PSZOK teraz nastąpił podział na odzież i tekstylia, ale nie przyjmujemy rzeczy zabrudzonych smarem czy olejem. Te nadal trafiają do śmieci zmieszanych.
No to kupujemy olej albo inny smar, polewamy gatki i po problemie. Nie trzeba z nimi latać do PSZOK.
Na serio o tym myślę, albowiem jest odpowiedzialność zbiorowa za wyrzucanie źle posegregowanych śmieci - podwyżka opłat. A jak na osiedlu znaleźć kogoś, kto nie segreguje, a nie segregują, to tajemnica poliszynela. Zresztą kiedyś sam pan wywożący śmieci, gdy szłam z bio, zatrzymał mnie i kazał je wrzucić na pakę, a na moje, że to bio, wzruszył ramionami i powiedział: rzucaj pani :) A ja, głupia cipa, ponieważ nie lubię sobie rak brudzić, to zamiast zbierać bio w zwykłych zrywkach i wysypywać do bio, kupuję w Action woreczki bio...
I tak wygląda ten jebany Zielony Ład, obciążający zwykłych obywateli.
Bo za mojej młodości butelki były zwrotne, metale skupowano, tudzież makulaturę, szmat nikt nie wyrzucał, bo nie było mopów i innych ściereczek z mikrofibry. Dobra reglamentowane można było kupić za talony z makulatury, mieliśmy (znaczy się moja familia) ich od cholery, bo teściowa kupowała je od śmieciarzy - i tym pięknym sposobem telewizor kolorowy ostatni w sklepie kupiliśmy, bo oprócz gotówki trzeba było mieć talony.
Plastiki się po polach nie walały ani butelki, siatki trzeba było mieć swoje...
To był dopiero Zielony Ład, bez żadnych nakazów i ukazów.
A do dziś pamiętam hasło: butelka w lesie to pożar...
Tak, nie chciałabym wrócić do tamtych biednych i szarych czasów - żal mi z nich tylko młodości i siły - ale żyliśmy porządniej i ekologiczniej, aczkolwiek mój ojciec obsypywał pyry DDT, żeby zabić amerykańską stonkę, którą już wtedy wredni Amerykanie, chociaż Trumpa jeszcze nie było, zrzucali na nas, by nasze pyry zniszczyć, a i psa przeciw pchłom też sypał DDT :)
Tyle w temacie ekologii.
Polityki nie tykam, bo mi się popcorn skończył.
A z milszych rzeczy
Alienek wystrzelił mi nie wiadomo kiedy. I z Minecrafta (jeszcze na nocowance był cały minecraftowy, kurtka, czapka, piżamka, wszystko, trajkotał o tym jak nakręcony,a ja tego nie ogarniam absolutnie) przerzucił się na Marvela - nawet jego matka mówi, że nie nadąża za nim, bo obczaił już wszystkie komiksy i książki w domu z tej serii, a jego rodzice są fanami (ja nie, nie czuję czaczy do Marvela - Spider-Mana oglądnęłam, reszta mnie nudzi, to nie są moje klimaty). Tak patrzę na tę fotkę i myślę, kiedy mi tak urosło to moje Alieniątko, jeszcze przed chwilą krojące nożem konika na biegunach i mnie osobiście?
Na bal idzie, Kalafiorkówna też, ale nie mogę jej fotki wrzucić, bo nie jest incoguto. Jest Stitchem. Wszystko jest stitchowe, wierna jest :)
A na koniec - zrobiło mi to dzisiejszy dzień.
Wchodzę do małego pokoju i widzę, że zaniedbałam badylki - nowa anginka spragniona. A i skrzydłokwiat ma żółte listki (słońce ładnie świeciło). Więc lecę po nożyczki i konewkę, a tu zonk... To nie skrzydłokwiat marniał, ale ukrył się za nim
tu już przekręcony i wdzięczący się :)
Jestem niebetlejemskogwiazdowa, niestorczykowa i niefiołkowoalpejska. Te badyle nie mają u mnie racji bytu. Poinsecje padają w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, fiołki zdychają prawie równie szybko, a storczyki wegetują, albo padają...
A tego dostałam dwa lata temu od Inżyniera na Dzień Matki. Tak se w kącie siedział, a tu nagle...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Mnie dziś zaparło ze wzruszenia...
I nie, nie chcę ani pamiętać, ani myśleć, że dzieje się źle.
Dość tych nieprzespanych nocy i tego, że nazywam się milion i za miliony kocham i cierpię katusze.
Jestem paskudna, ale i tak siebie lubię :)
Bo mogę i już :)
UPDATE
Połaziłam sobie po starych blogach dziś, na które od dawna nie zaglądam. No cóż, taki urok blogosfery - jedne zniknęły, inne się skomercjalizowały - są na garnuszkach.
A ja piszę sobie a muzom, nie interesuje mnie zarabianie na mojej grafomanii, pewno bym na sól do śledzia nie zarobiła.
Ale będę pisała, bo to mój Pamiętniczek i go kocham :)
Nawet sobie a muzom będę pisała, bo zastępuje mi kozetkę za grubą kasę.
Wspominając zaś Zimno, od którego zaczynałam czytanie blogów, myślę, że i blogowanie umrze, jak czaty. A w moim sercu do dziś ciepłe miejsce mają ludzie z pokoju Łódź na czacie Onetu i ludzie gejowskiego czatu na tymże portalu. Z obu się przekuło na real, z gejowskiego są ludzie do końca życia i jeden dzień dłużej.
Takie tam - refleksja :)

































