poniedziałek, 11 listopada 2013

Day third in the resistance movement

Upłynął spokojnie. Bladym świtem poszliśmy na Giełdę Antyków, która okazała się perskim jarmarkiem, ale to pikuś. Po drodze spotkaliśmy Sikorów z babcią, Sikorom nie wyszła wizyta u nas, ale jaki ten świat jest mały :)
Po dokonaniu transakcji, z którą jeszcze będzie jazda, zziębnięci i zmarznięci, po pogawędce z miłym starszym panem, który był gotów sprzedać nam wszystko pięknie zjeżdżając z ceny wyjściowej, Szewską pomaszerowaliśmy, kontemplując


i podziwiając, kombinując i klarując aż do ukochanej Brovarii, gdzie

omniommniommniom dostaliśmy dwa grzane miodowe piwka z pomarańczą, co wprawiło nas w błogostan już przed godziną trzynastą.
Tam też jeszcze raz pokontemplowaliśmy zdobycz wojenną


prawda, że piękne?? ;)

I ruszyliśmy dalej, maskując się i kryjąc w zaułkach, rabując po drodze wszystko, jak to partyzanci i wprawiając w popłoch personel sklepów pytaniami o wino bezalkoholowe i deskę do krojenia z białego dębu. Zabawa była przednia.
Objuczeni zarekwirowaną żywnością wpadliśmy do lokalu konspiracyjnego, gdzie zjedliśmy przepyszny obiadek i po krótkim odpoczynku wpadliśmy na genialny pomysł dalszej wyprawy po łupy, jako że oprócz tego wina i deski szukamy takoż sweterka z łosiami. Są na alledrogo, jednakowoż.. lepszy jest towar macany.
I... na moje nieszczęście wyjęłam z torebki aparat, bo po co mi on, więc dalsza dokumentacja jest jaka jest...
Nie dojechaliśmy, łapanka była, więc wysiedliśmy wcześniej, zauroczeni

i ja tu jeszcze wrócę.
Jak dla mnie super, bo jest tu P&P i mam dojazd jak złoto :)
Dwie godziny z hakiem zajęło nam gubienie ogona, ale rzeczone łosie znaleźliśmy w kilku miejscach, inne rekwizycje też nam się udały :D
Pytałam w sklepie o walizki Samsonite, ale zmroziła mnie cena, której nie rekompensuje nawet gwarancja. Nie dałam się złamać i... w sąsiednim sklepie, też markowym, Wittchena zostałam posiadaczką nowej walizeczki

jadącej płynnie, na czterech kółkach, przecenionej bagatela o połowę prawie.
Jako że wstyd jeżdzić z pustą walizką, napełniliśmy ją w P&P płynnym chlebem, osobiście dokupiłam zaś

reklamowane kiedyś przez Zmorkę wino śliwkowe.
Galeria jest nie tylko ogromna, ale i ładna. Oczy można napaść


Prawda, że jak miałby głowę, warto by takie ciacho w ramiona wziąć? :)


I fontanna jest

ale muszę mieć aparat, ajfonik nie łapie wicu :)

W chaupce zaś oddaliśmy się planowaniem kolejnej akcji, relaksując się zgodnie z rodzinną tradycją na pokładzie u-bota, ciąg dalszy być może nastąpi :) I mogą wystąpić nowe dramatis personae ;) Akumulatory naładowałam i aparat zabiorę...
Udanego świętowania, w mojej wiosce świętujemy dziś urodziny ulicy Święty Marcin :D

niedziela, 10 listopada 2013

Kartka z pamiętnika uczestnika ruchu oporu

Blady świt tyle razy zastał mnie przy Tobie... ;)
No dobra, w strugach deszczu poleciałam na lotnisko, miotłę mam z turbodoładowaniem, więc za bardzo nie zmokłam.
Tam wkurzył mnie bezdomny, bo siadł koło mnie i śmierdział jak cholera (że też na lotnisku koczują bezdomni, psiakostka), no i głupia tablica






zepsuła mi całą niespodziankę, no prawie całą, bo wciąż było scheduled, a samolot tymczasem landed. No ale najważniejsze, że landed i trochę się udało. Utonęłam w ramionkach i zaczęły się dobre chwile.
Zjadł żurek i animrumrał, nie grymasił, jak zawsze :)
A potem była nocna rodaków rozmowa i jak od lat - nic się nie zmienia.
Wciąż mamy włączone te same fale.
Co mnie niezmiernie cieszy.
W sobotę z niejakimi przeszkodami dotarliśmy do celu, a potem, jako że wredna jestem i nie dałam gościowi śniadania i słaniał się na nogach z głodu, a południe się zbliżało, więc potuptaliśmy, znów okrężną drogą i z przeszkodami, zwiedzając nowe trasy tramwajów w mieście, zaliczając "bileciki do kontroli" i dziwując się (ja)

białym kozaczkom, tracąc fortunę, nie, nie w kasynie, ale w Domu Herbaty, do "Chatki Babuni", do której nie chciała wejść Żaba, a tam nie byłam już taka wredna, bo sama zgłodniałam i wszamaliśmy

omniomniommniom, pyszne było i żurek też był, ale zapomniałam sfocić :)
Zaliczywszy kolejne atrakcje dotarliśmy znużeni do domu i tam, wracając do tradycji sprzed lat, czyli bawiąc się w bitwę morską na u-boty we wspaniałym humorze

w nastroju jak w rodzinnym grobowcu, z przerywnikiem w postaci gawędki z Postmanem o winach bezalkoholowych miło zakończyliśmy kolejny superdzień.
A dziś słonko od rana puka do okien, więc...
Do zobaczenia na kolejnej kartce z pamiętnika.
Bonus dla Zmorki


czwartek, 7 listopada 2013

Nie ma

Będę, jak wrócę, nie wcześniej.
Schodzę do podziemia, tak wyszło.
W poniedziałek o mało co orła nie wywinęłam na torowisku idąc do pracy, dobrze, że przechodzę na zielonym, to nawet jak rozłożyłabym się, tramwaj łaskawie by mnie nie przejechał. Leciałam, ho, ho, ho, ho, śpiewałam, ho, ho, ho, ho. Gleby nie zaliczyłam, aczkolwiek przez pół dnia miałam wrażenie, że zaraz umrę, tak miałam wszystko ściśnięte bólem wszystkiego, nie palucha, w który się wyrżnęłam. Teraz boli paluch, jest pięknie fioletowy, może złamany, nie wiem, nie byłam u lekarza i nie pójdę, palców nie gipsują.
Ale jedno pewne: kości mam mocne :)
Urlop podpisany. A dziś kolejka chętnych do skorzystania z moich usług i moje rozbrajające słowa, z tym niewinnym spojrzeniem szarych oczków, co to wiecie, rozumiecie: niestety, idę od jutra na urlop i niestety, nie będę osiągalna w żaden sposób. Idę na urlop. Idę na urlop po raz pierwszy od 3 lat tak naprawdę, nie że w ramach: firma nie może żyć bez Starej Jędzy nawet z urlopu za granicą na Internecie z wiaderka pracowałam!!! Na kradzionym od sąsiada...
Boss, który urlop w ciemno podpisał, miał ze mną rozmawiać, ale... zapomniał i wyjechał, zarobiony taki, a ja cóż - sierota, bez polecenia nie pracuję, a polecenia nie było. I się cenię od ostatniego wykorzystania i sorry, Winnetou, business is business... Moja praca jest pracą i jak każda zasługuje na wynagrodzenie, a nie na pierdolenie kotka za pomocą młotka.
Trudno.
Znaczy się, nie, nie jest mi przykro, nie mogę pomóc i nie będę osiągalna.
Chciałabym, żeby załatwił zastępstwo i zobaczył, że w zasadzie to robię to za półdarmo i lepiej. Z moją pracą jak z pracą chirurga - widać dopiero, jak coś sknocę, a tak wygląda, że nic nie robię, tylko w mahjonga gram.
No to na zasłużonym urlopie pogram w różne gierki i broń blog, nie ma mnie w necie.
Tak wyszło.
Więc będę, jak wrócę, a w międzyczasie mnie nie ma. Relacji nie będzie, bo zeszłam do podziemi, zresztą - jestem na urlopie i mam fantastyczne towarzystwo -  my Friend i nas troje: mój cień, moje echo i ja, więc sorry, Winnetou :D

Do napisania kiedyś tam :)

niedziela, 3 listopada 2013

Chwalę się

(Notka z przymrużeniem oka, adresatów uprasza się o nieobrażanie się)

Jak wiadomo, co poniektórzy chwalą się, że power mają, że zimę sprowadzają i inne takie tam, a w praniu okazuje się, że namieszali jak cholera, dalej wytykała zakrzywionym pazurem nie będę.

A tymczasem Stara Jędza...

lubi słońce, włóczęgi i inne cuda wianki, nie cierpi deszczu i takich tam.
I czarowała.
Udało jej się, nieprawdaż??
Piękne lato mamy tej jesieni.
Aliści...
W Dzień Zaduszny zaczęło padać, prognozy zaś przewidywały, że padać będzie i to nieźle.
Zła Stara Jędza zamknęła się w chaupce, zła podwójnie, bo bankomat na Manhattanie padł i smętnie wróciła do domu bez zakupów, bo jej się dalej nie chciało po kasę lecieć, a na Manhattanie cash only...
A że złość piękności szkodzi...
... wzięła się do roboty, czarując starym sposobem Mądrych Jędz, znaczy się, myjąc okna w ulewnym deszczu i...

TADAM :)

Niedzielnym porankiem do okien Starej Jędzy zastukało jesienne słoneczko.

Trza się uczyć, drogie Koleżanki.
Trza księgi studiować pilnie.
I nie bawić się czarowaniem, nie psuć tego, co porządnie zrobione być musi.

Udanej niedzieli życzę :)

Jeśli gdzieś pogoda pod zdechłym Azorkiem, to znaczy, że w okolicy ktoś niewłaściwie majstrował ;)

czwartek, 31 października 2013

Nie mogę

w domu usiedzieć na dupie, to co jest za oknem to rozpusta i szał ciał...
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc)
kijki w dłoń i polazłam na Samotną, gdzie dziś ruch był jak na Świętym Marcinie za starych, dobrych czasów. Wszystkie






przedszkola
oraz

szkoły


lekcję pamięci sobie urządziły dziś....
Ale to dobrze, pogoda dopisywała i dzieci widziały, tak jak ja

dziady, nieprawdaż, że cmentarz wygląda jak opanowany przez duchy?? I nie, to nie mgła. Niebo było dziś bezchnurne, słoneczne, szalone...


A cmentarz wyjątkowo dziś pełen, krzątali się sprzatający ludzie, jakaś wynajęta przez miasto albo parafię, nie wiem, nie pytałam, grupa...
Bo to już nieczynny cmentarz, zapuszczony, niewiele jest ocalałych i wypielęgnowanych grobów






... a ten wieżowiec w oddali, to Red Park na miejscu starej mleczarni, piękny widok będą mieli mieszkańcy. I galeria handlowa ma tam powstać. Moje mieszkanie jest rzut beretem, ale... żeby tu dojść, muszę obleźć pół dzielnicy, oddzielają mnie od tego miejsca tory. Jak byłam mloda i piękna śmigałam z nasypu przez tory, teraz obawiam się, że utknę na torach, nie mogąc się wdrapać na nasyp, więc... latam wkoło :)
I...
... kolekcja za oknem wzbogaciła się o

silberdraht...

Mam nadzieję, że ocaleje w moich szponach, bardzo mi się podoba. Trudno będzie go przezimować, bo nie mam chłodnego pomieszczenia, ale może się uda??
I...

... niektórzy nie będą wiedzieli, gdzie są. Heimat nie do poznania ;)

Czy to wiosna? Lato? Jesień?? Kto to wie??

Jak jutro nie będzie notki, znaczy się, niejadalne były. Ale co tam, smaczne :):)





Bóle fantomowe

Wiem, jestem wariatką.
Bóle fantomowe to bóle po utraconej kończynie - odcięta noga wciąż boli.
Też mam bóle fantomowe.
Nie, nie oderżnęli mi jeszcze rączek za mieszanie w kotle, ale w przyszłości kto wie.
Jestem wariatką.
Mam bóle fantomowe po moim starym mieszkaniu.
Wciąż widzę stare meble.
Wciąż chcę iść do toaletki, do lustra, do tego lustra, w którym nienawidziłam się przeglądać.
Moje kroki wciąż kieruję do szafy, której nie ma.
Kuchnię widzę tę starą.
I... mam piękne mieszkanie, a wracam myślą do starych rupieci i stare rupiecie widzę.
Rozdwojenie jaźni.
Bóle fantomowe.
Powinnam już stanąć w kolejce do psychiatry???
Tylko co będzie, jak trafię na bratnią duszę, bo jak wiadomo, różnica między pacjentem a psychiatrą polega na tym, że psychiatra na noc idzie do domu...

Wczoraj wleciał KB z Dziewczyną i po raz pierwszy od tygodnia mialam do kogo gębę otworzyć. A i Inżynier wieczorkiem zapukał.
KB jak zwykle niezastąpiony ustawił idiotyzmy w kompiku, podłączył radio w kuchni i wymienił mi ten nieszczęsny natrysk. I pocieszał, że ta historia z kluczem to jeszcze nie alzheimer, że to przemęczenie, pośpiech, roztargnienie, że oni, młodzi, też tak mają. Marna pociecha, ale zawsze.
Pogoda nadal cudna, pójdę dziś na Samotną, jakąś lampkę zapalę, wracając kupię więcej światełek, bo pod cmentarzami będą skórę zdzierać z ludzi.
Jutro do wujka wlecę, reszta Umarlaków będzie sama.
Trudno.
Życie.
W moim sercu są na co dzień, nie ma dnia, żebym o Nich nie myślała.

Ale i tak jestem Starą Wariatką.

I pozostał jeden tydzień...

środa, 30 października 2013

Idę

alejką i mijam gościa. Wiem, że skądś go znam. Sunie żwawo, chyżo, paląc papieroska. No nic, przeklęta skleroza. Idę, idę i nagle eureka. To ten gość, który z kartką z listą chorób, których leczenie zrujnowałoby NFZ w dwa dni siedzi na targowisku. Po turecku. Upał nie upał. Ma ponoć chory kręgosłup wśród innych nieszczęść. Nie mówiąc już o rujnowaniu NFZ. Osobiście na kręgosłup nie narzekam, choć czasem pobolewa, no ale od lat sterczę przy kompiku... Ale po turecku nie usiądę, bo jak siądę, to będą mnie nożycami od strażaków rozcinać i w kawałkach wyciągać.
Nie dam już więcej żadnemu żebrakowi grosika.
A sama zacznę trenować siedzenie po turecku, co by mnie nie musieli rozcinać.
Kto wie, kiedy się przyda...
Rzucam tylko grajkom i mimom, katarynarzom. Oni pracują. Lepiej, gorzej, pracują.

I tak się traci wiarę w ludzi... :)


A lato jest piękne tego roku i trwa, i trwa, i trwa.
Niech trwa.

poniedziałek, 28 października 2013

Piździło

dziś calkiem nieźle, ale dopiero późnym popoludniem przypomniałam sobie, że straszyli huraganem nad UK i wlazłam na net i co?? No, napsułam Inżynierowi trochę krewki, ale co jakiś czas trzeba, niech dziecko wie, że ma matkę.
 Byłam u mojego Przyjaciela. Jednego z nielicznych, który naprawdę, choć w sumie widywaliśmy się rzadko, znaczył dużo w moim życiu. Kogoś, z kim spędziłam niezapomniane chwile, kto wywarł piętno na moich decyzjach i nie zapomnę Go nigdy. Był dla mnie jak starszy brat. Nie oceniał, nie szufladkował, akceptował moje wariactwa i moje nieuczesane myśli, kręte ścieźki, nie odrzucał, choć to, co robiłam i robię w życiu absolutnie nie zgadzało się z tym, co On ukochał i co było Jego natchnieniem i treścią Jego życia. Żaluję, że złożyło się tak, że chłopcy nie mieli szczęścia Go poznać. Był tylko osiem lat ode mnie starszy i od ośmiu lat Go już nie ma. Dlaczego?? Od tego pytania zaczęła się nasza znajomość. I wciąż nie mam na to pytanie odpowiedzi, znajdę ją chyba dopiero u kresu drogi. Albo i nie... Cieszę się, że dziś do Niego wpadłam. Zaniedbałam Go ostatnio, ale... zaniedbałam wszystkich. Przepraszam. Przecież wiecie, że pamiętam.

Nieoceniona Sikora zaś podzwoniła, powęszyła i zapobiegła moim bezsennym nocą. Jak już Jej pisałam, chyba Jej pomniczek postawię. Kochana Maua :) Cyferka jedna :)

Wracając, na targowisku wpadłam na dąbki i... nie oparłam się, cena powalała z nóg, 7 zł za donicę (a na Ogrodach mniejsze po 15 zyla za donicę!!!!) to nic, oczami wyobraźni widzę, jak stoją na oknie, tak jak sugerowała Dora, no ale po powrocie do domu (cudem uniknęłam ulewy) okazało się, że na razie cały pogrzeb na nic, bo wiatr zwala wszystko z parapetu :| Mam nadzieję, że minie i nacieszę się jeszcze widokiem, a na razie


stoją ładnie na podłodze i już niżej upaść nie mogą ;)
Nie będę świnia, podzielę się nimi z jakimś Umarlakiem na Samotnej...
Może i o moich ktoś nie zapomni i świeczuszkę im zapali???

niedziela, 27 października 2013

Nawet

spokojnie pogrążać się w depresji nie można, bo pogoda na to nie pozwala, skubana.
Więc nasza trójka, korzystając z przesunięcia czasu i faktu, że jest wciąż godzinę do przodu, wstała rano w miarę wcześnie, bo o 6.30, co tłumacząc na nasze 7.30 była, wykąpala się, najadła, wypachniła, zakończyła przygodę z Pogoda na miłość i poleciała.
I co my widzim proszę wycieczki??

Jak widać, poznańskie pomniki nudzą się i TV sobie zafundowały, ciekawe, co gość ogląda, TVN czy Trwam???

Przyrzekam, ostatni tydzień był bezalkoholowy, a tu od rana takie cuda wianki, żyrafy wychodzą ze szafy :O

Nie cierpię... Tfu, Tfu się lansuje...

A pogoda marcowo-kwietniowo-majowa... Zawrót głowy.... Słońce świeci, deszczyk pada, 22 stopnie, a przypominam, mamy 27 października...





I polazłam


Specjalnie dla Dory pozostałe fotki, myślę, że zaszalałabyś i nie wywlokłabym Cię stamtąd. I jak słodko pachniały!!! Bo dotąd nie kupowałam chryzantem do domu, bo ostatnio jak kupiłam, czułam się jak na cmentarzu i musiałam w nocy wstać i je wyeksmitować do drugiego pokoju (miałam jeszcze drzwi), czułam się, jakbym leżała w trumnie... A te w Palmiarni pachniały zabójczo... Jutro obczaję, może gdzieś kupię?? :)


















 I znajoma twarz, kurde, alzheimer?? Nie... Z botanika się wyniósł, zima blisko, a on wszak goły jest, tu mu ciepło będzie...









I to tylko niewieli wycinek wszystkich...
A dla innych, już bez dedykacji, w Palmiarni była też wystawa bonsai, kwitły storczyki i inne cuda wianki były i wcale nie było gorąco!!! Tak jak na zewnątrz, 22 stopnie, a w kaktusach dużo chłodniej było!!!
















 Co się paczysz, co???


 I skąd ja gościa znam?? Myślałam, myślałam i już wiem, spotkaliśmy się nie tak dawno w botaniku, cwaniak, na zimę zamelinował się w Palmiarni ;)







 Piękne robaczki, te akurat zżerają swoich menów po seksie. Mądre, przynajmniej im potem skoku w bok nie robią ;)




Mój ulubiony zakatek Palmiarni...












No i bonus :)


Czy te oczy mogą kłamać?? :)