Właśnie przeczytałam, że prezydent, pojechawszy na Ukrainę, chce zawrzeć przymierze i powstanie armia Trójmorza.
Tak jak pęka mi serce na kawałki, że moje dzieci są daleko stąd, niech spierdalają jeszcze dalej.
I nie, że nie kocham Ojczyzny, ale widzę, że całe życie z wariatami.
Że już we wszystkich Tworkach podłączyli internet.
I plan niemieckiego rządu, żeby ludność gromadziła zapasy nie jest wcale głupi.
Zapałek mam mało.
Denaturatu muszę dokupić, bo maszynkę na denaturat gdzieś mam.
I latarkę, bo mam taką starą, na tę kwadratową baterię, których od wieków nie widziałam.
Jako dziecko w którejś z książek znalazłam taką piosenkę:
Zdobędziem Krym i Zaporoże, z krzyżackich kufli będziem pić.
Oprzemy się o Czarne Morze i w wolnej Polsce będziem żyć.
Piosenka z przedwojennych realiów.
Powojenne są inne.
Myślałam cały czas, że żyję w wolnej Polsce.
Mam tę samą fobię, co Imbirella, ale dotychczas tłumaczyłam sobie, że jak jestem DDA, to i jeste DDZW, znaczy się, Dorosłe Dziecko Zimnej Wojny.
Dzisiaj widzę, że nie.
I wciąż widzę tę małą dziewczynkę z mysimi ogonkami, stojącą pod kaflowym, zimnym w tym czasie piecem i modlącą się: I Boże, daj, żeby nie było wojny.
To był 1968 rok, dziewczynka miała wtedy 14 lat.
Teraz ma 61 i boi się tak samo.
Nie o siebie.
O najbliższych.
Takich pojebów wybrali świątobliwi chrześcijanie, katolicy, Bóg, honor, Ojczyzna, nie rzucim ziemi skąd nasz ród.
Zapomnieli, że tej ziemi nikt im nie zabiera.Nikt nas nie atakuje. Jesteśmy w UE i w NATO.
Zawsze daleka od tych sporów i dylematów, starałam się zrozumieć przyszywanego wujka, który pianę na ustach miał, gdy widział zestawienie żółtego i niebieskiego. Dla mnie to była historia, nie osądzałam. Tak samo opowieści o Lwowie mojej teściowej były dla mnie też tylko opowieściami.
Milczenie mojej Mamy i Cioci, bo i jedna, i druga była na robotach w Niemczech, a ich brat zginął w Mauthausen - odkrywam to sama po latach, rozumiałam, że ich ból był wielki.
Jako chrześcijanin zawsze mówiłam; miłujcie nieprzyjacioły swoje.
Ale teraz nie mam siły.
Przypomina mi się scena z Domu, kiedy doktor Kazanowicz, z traumą poobozową nie potrafi żyć.
Nie miałam takiej, ale teraz czuję, że zaczyna mnie coś dopadać.
Więc Ukraińcy już nie są źli?
Więc teraz NATO jest niedobre?
Znów będę się przewracała z boku na bok i myślała, jak można spierdolić tak piękny świat, pozwalając na rządy oszołomów.
I już nie śmieję się z mojej teściowej, która wszystkie przepowiednie mi tkała pod nos.
A nie było wtedy Internetu...
Trudno mi pozbierać myśli.
środa, 24 sierpnia 2016
Narobiłam się
wczoraj, jak dziki osioł, a dziś rano okazuje się, że cały pogrzeb na nic.
Bo to z Manhattanu, zgodnie z planem przywlekłam 3 kilo śliwek, ileś tam ogórków, papryki piękne, z Biedronki słoje, ledwo wózek uciągnęłam.
I tak sobie myślę: rosołku nagotuję jeszcze i sruuu... indycze kawałki.
I
na pierwszy ogień poszły śliwki.
A potem już grało, śpiewało i tańczyło (dosłownie, bo leciała moja ukochana składanka I just called to say I love You... (ale nie słyszał, nie odbierał telefonu :( )...
A dziś rano okazało się, że dupa blada w czerwone cętki
wszystko cieknie, nic się nie zamknęło. Więc próbuję zamknąć jeszcze raz, jak nie, wszystko pójdzie do kubła, bo tyle nie zjem, pęknę. I prawdę mówiąc, dupy nie urywa, a zrobiłam z zachwalanego przepisu - z miodem. No nic, zobaczymy. Pasteryzowanie okazuje się jednak do niczego, bo wszystkie słoiki, które zamykam metodą - wlej i do góry nogami w kocyk trzymają latami jak złoto. A pasteryzowane nie wiadomo dlaczego - kapryszą. Tym razem focha strzeliły wszystkie...
Śliwki zaś w tym roku mało słodkie są i zastanawiam się, czy nie będę musiała do nich dodać cukru, czego nie lubię.
Stwierdzam więc, że plany bawienia się w robienie zapasów na wojnę spaliły na panewce. Może to i dobrze, bo w komórce już miejsca nie ma, a ubiegłoroczne jeszcze nie zjedzone, mimo że wydawałam :)
Zatem polecę dziś do pracy, zostawić kasę na czosnek, mogłabym jutro, bo czosnek jutro przybędzie, ale nie wiem o której :D Mam sieciówkę i muszę ją wyjeździć, co się będzie MPK na mnie tuczyć :D Potem mam inne plany, albo wyjdą, albo nie, ale co sobie połażę, to moje.
I na Bema wczoraj byłam (ku pamięci), na giełdzie kwiatowej. I ojapierdolę. Pustki. Tylko morze chryzantem, dąbków i wrzosów oraz wrzośćców. Z kwiatów ciętych astry, leluje i mieczyki, ale w zabójczych cenach i po 20 sztuk. Z 20 sztukami leluj czy mieczyków to ja mam problem, gdzie to ustawić i w co.
Więc w ramach pocieszenia kupiłam za 12 zł
a na rolecie widać w całej okazałości zabitego komara :) Nie teleportował się przez roletę ;)
I tym sposobem, Kochany Pamiętniczku, naprawdę się już jesień zaczyna i nie ma komu dać w mordę...
UPDATE
Czosnek już dziś był, ale tylko dwa warkocze. A że miałam jeszcze w planach coś, poleciałam do miasta. Idę sobie z Endomondo, bo u nas to nic nie jeździ w niektórych okolicach, słucham już nie I just called, bo odpuściłam i nie dzwonię, ale Time to say goodbye, no w końcu pora, co nie? Co się będę rzucać na szyję w charakterze naszyjnika z pereł (te perły przed wieprze...)... I tu naprzeciwko mnie idzie dwóch hmmm... Młodych, ale nie Polaków - może Romów (poprawnam politycznie do szpiku kości czy innych kolorowych - i tu już nie jestem poprawna) z różami w rękach. Takie wielkie, herbaciane. Jeden na mnie wlatuje i wciska mi kwiat do ręki. W pierwszej chwili myślałam, że śnię, potem: ukryta kamera, potem: dzień dobroci dla staruch, jakaś akcja reklamowa, happening. Więc smile na ten mord i merci pięknie rzekę. A młodzieniec wyjmuje kajecik i długopis, myślę, kurde, oszalał, i podtyka mi pod nos. A w kajeciku tabelka, w jednej rubryczce damskie imiona, w drugiej kwoty od 5 do 50... Hahahahahahahahhahahaha :) Gościu chciał kaskę za różę i to chciał kaskę, a różę należało oddać. Dziś prawdziwych dżentelmenów już nie ma. Oddałam, nawet nie wyciągnęłam pięciu złotych, które dyżurowały w kieszeni w oczekiwaniu na wózek w Lidlu, nie mówiąc już o portfelu z torebki, zaśmiałam się radośnie i rzekłam: nie ma kasy. A kwiatek sobie sama kupię. I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa...
To tak jak z tymi perfumami przy św. Wojciechu. Do trzech razy sztuka, niech teraz ktokolwiek się do mnie zbliży, to nakopię do dupy od razu.
I tak sobie myślę, ja, stara, do roboty zasuwam, w sumie za niewielkie pieniądze, biorąc pod uwagę moją wiedzę (a co, wiem że mam sporą), żeby nie dokładanie zusowskiej jałmużny, też bym bardzo cienko za nią przędła. A tu młodzi, zdrowi i takie numery? Jak kurwa nie mają wykształcenia, to do łopaty szukają ludzi zawsze. Młodzi są, mogą łopatą machać i uczyć się, jak chcą dalej! A nie cyganić kasę od kobiet w wieku ich matek... Jak to trzeba nie mieć ani odrobiny godności.
Nie lubię wychodzić na idiotkę :)
Żaden słoik się nie zamknął, mimo powtórnego pasteryzowania. Wsadziłam do lodówki, jakiś czas wytrzyma na pewno, powoli pojem, ale cała ochota na ogórki mi przeszła :) I tak się zastanawiam, czy to nie jest wina słoików? Bo jeszcze mi się nigdy nie zdarzyło tak. Nie polecę kupować nowych, olać. Dora kiedyś pisała, że jej się słoiki nie chcą zamykać, może to też były takie felerne? Moje kupiłam w Biedronce. Stare, używane, po majonezie i innych cudach wiankach zamykają się śpiewająco, a te nie.
Tyle dobrego, że skończę te powidła i koniec z zaprawami :) Nie warta skórka za wyprawkę :P
A w pracy D. dopomina się o kasę na urodziny B. Popatrzyłam jak na idiotkę. Zresztą nie miałam kasy, bo ja nie noszę gotówki. Ona nosi. Tysiące. Włazodup wymyślił 30 zł na tort i prezent. Razy 30 osób z firmy to 900 zł. Tort na wesele kosztował 500-600, a najadło się nim 70 osób i jeszcze do pracy wiozłam, a i od Synowej do domu wzięli.
A nawet tego nie powącham, bo mnie w tym czasie nie będzie.
Od 6 lat bez podwyżki.
I nie mam pensji rzędu kilkunastu tysięcy, jak co poniektórzy z góry. Więc spoko wodza. Nie poczuwam się i tyle. Od swoich rocznic się wykręciłam, że nie obchodzę. Bo ja dostanę badylka i rączka-rączka, buzi-buzi, a ciasto i kawę muszę postawić wszystkim. Za własne, nie że mi tort składkowy kupią. Więc dziękuję, postoję :) A kwiatek sobie sama kupię, bo i tak nikt mi nigdy nie daje ;) O!
Może i jestem wyrachowana, ale przynajmniej mówię, co czuję i myślę.
I w dupie mam :)
Bo to z Manhattanu, zgodnie z planem przywlekłam 3 kilo śliwek, ileś tam ogórków, papryki piękne, z Biedronki słoje, ledwo wózek uciągnęłam.
I tak sobie myślę: rosołku nagotuję jeszcze i sruuu... indycze kawałki.
I
na pierwszy ogień poszły śliwki.
A potem już grało, śpiewało i tańczyło (dosłownie, bo leciała moja ukochana składanka I just called to say I love You... (ale nie słyszał, nie odbierał telefonu :( )...
A dziś rano okazało się, że dupa blada w czerwone cętki
wszystko cieknie, nic się nie zamknęło. Więc próbuję zamknąć jeszcze raz, jak nie, wszystko pójdzie do kubła, bo tyle nie zjem, pęknę. I prawdę mówiąc, dupy nie urywa, a zrobiłam z zachwalanego przepisu - z miodem. No nic, zobaczymy. Pasteryzowanie okazuje się jednak do niczego, bo wszystkie słoiki, które zamykam metodą - wlej i do góry nogami w kocyk trzymają latami jak złoto. A pasteryzowane nie wiadomo dlaczego - kapryszą. Tym razem focha strzeliły wszystkie...
Śliwki zaś w tym roku mało słodkie są i zastanawiam się, czy nie będę musiała do nich dodać cukru, czego nie lubię.
Stwierdzam więc, że plany bawienia się w robienie zapasów na wojnę spaliły na panewce. Może to i dobrze, bo w komórce już miejsca nie ma, a ubiegłoroczne jeszcze nie zjedzone, mimo że wydawałam :)
Zatem polecę dziś do pracy, zostawić kasę na czosnek, mogłabym jutro, bo czosnek jutro przybędzie, ale nie wiem o której :D Mam sieciówkę i muszę ją wyjeździć, co się będzie MPK na mnie tuczyć :D Potem mam inne plany, albo wyjdą, albo nie, ale co sobie połażę, to moje.
I na Bema wczoraj byłam (ku pamięci), na giełdzie kwiatowej. I ojapierdolę. Pustki. Tylko morze chryzantem, dąbków i wrzosów oraz wrzośćców. Z kwiatów ciętych astry, leluje i mieczyki, ale w zabójczych cenach i po 20 sztuk. Z 20 sztukami leluj czy mieczyków to ja mam problem, gdzie to ustawić i w co.
Więc w ramach pocieszenia kupiłam za 12 zł
a na rolecie widać w całej okazałości zabitego komara :) Nie teleportował się przez roletę ;)
I tym sposobem, Kochany Pamiętniczku, naprawdę się już jesień zaczyna i nie ma komu dać w mordę...
UPDATE
Czosnek już dziś był, ale tylko dwa warkocze. A że miałam jeszcze w planach coś, poleciałam do miasta. Idę sobie z Endomondo, bo u nas to nic nie jeździ w niektórych okolicach, słucham już nie I just called, bo odpuściłam i nie dzwonię, ale Time to say goodbye, no w końcu pora, co nie? Co się będę rzucać na szyję w charakterze naszyjnika z pereł (te perły przed wieprze...)... I tu naprzeciwko mnie idzie dwóch hmmm... Młodych, ale nie Polaków - może Romów (poprawnam politycznie do szpiku kości czy innych kolorowych - i tu już nie jestem poprawna) z różami w rękach. Takie wielkie, herbaciane. Jeden na mnie wlatuje i wciska mi kwiat do ręki. W pierwszej chwili myślałam, że śnię, potem: ukryta kamera, potem: dzień dobroci dla staruch, jakaś akcja reklamowa, happening. Więc smile na ten mord i merci pięknie rzekę. A młodzieniec wyjmuje kajecik i długopis, myślę, kurde, oszalał, i podtyka mi pod nos. A w kajeciku tabelka, w jednej rubryczce damskie imiona, w drugiej kwoty od 5 do 50... Hahahahahahahahhahahaha :) Gościu chciał kaskę za różę i to chciał kaskę, a różę należało oddać. Dziś prawdziwych dżentelmenów już nie ma. Oddałam, nawet nie wyciągnęłam pięciu złotych, które dyżurowały w kieszeni w oczekiwaniu na wózek w Lidlu, nie mówiąc już o portfelu z torebki, zaśmiałam się radośnie i rzekłam: nie ma kasy. A kwiatek sobie sama kupię. I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa...
To tak jak z tymi perfumami przy św. Wojciechu. Do trzech razy sztuka, niech teraz ktokolwiek się do mnie zbliży, to nakopię do dupy od razu.
I tak sobie myślę, ja, stara, do roboty zasuwam, w sumie za niewielkie pieniądze, biorąc pod uwagę moją wiedzę (a co, wiem że mam sporą), żeby nie dokładanie zusowskiej jałmużny, też bym bardzo cienko za nią przędła. A tu młodzi, zdrowi i takie numery? Jak kurwa nie mają wykształcenia, to do łopaty szukają ludzi zawsze. Młodzi są, mogą łopatą machać i uczyć się, jak chcą dalej! A nie cyganić kasę od kobiet w wieku ich matek... Jak to trzeba nie mieć ani odrobiny godności.
Nie lubię wychodzić na idiotkę :)
Żaden słoik się nie zamknął, mimo powtórnego pasteryzowania. Wsadziłam do lodówki, jakiś czas wytrzyma na pewno, powoli pojem, ale cała ochota na ogórki mi przeszła :) I tak się zastanawiam, czy to nie jest wina słoików? Bo jeszcze mi się nigdy nie zdarzyło tak. Nie polecę kupować nowych, olać. Dora kiedyś pisała, że jej się słoiki nie chcą zamykać, może to też były takie felerne? Moje kupiłam w Biedronce. Stare, używane, po majonezie i innych cudach wiankach zamykają się śpiewająco, a te nie.
Tyle dobrego, że skończę te powidła i koniec z zaprawami :) Nie warta skórka za wyprawkę :P
A w pracy D. dopomina się o kasę na urodziny B. Popatrzyłam jak na idiotkę. Zresztą nie miałam kasy, bo ja nie noszę gotówki. Ona nosi. Tysiące. Włazodup wymyślił 30 zł na tort i prezent. Razy 30 osób z firmy to 900 zł. Tort na wesele kosztował 500-600, a najadło się nim 70 osób i jeszcze do pracy wiozłam, a i od Synowej do domu wzięli.
A nawet tego nie powącham, bo mnie w tym czasie nie będzie.
Od 6 lat bez podwyżki.
I nie mam pensji rzędu kilkunastu tysięcy, jak co poniektórzy z góry. Więc spoko wodza. Nie poczuwam się i tyle. Od swoich rocznic się wykręciłam, że nie obchodzę. Bo ja dostanę badylka i rączka-rączka, buzi-buzi, a ciasto i kawę muszę postawić wszystkim. Za własne, nie że mi tort składkowy kupią. Więc dziękuję, postoję :) A kwiatek sobie sama kupię, bo i tak nikt mi nigdy nie daje ;) O!
Może i jestem wyrachowana, ale przynajmniej mówię, co czuję i myślę.
I w dupie mam :)
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Spałam
do ósmej. Do drugiej w nocy grałam.
Oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni.
I właziłam coraz głębiej pod kordełkę, nie mając ochoty na nic.
Ale, Kochany Pamiętniczku, obiecałam, że nie zmarnuję już ani jednego dnia.
Wstałam więc i odświeżywszy zwłoki poleciałam do ZUS z petycją o zwiększenie mojej jałmużny, albowiem rok w pocie czoła znów przepracowałam, od chwili gdy mnie zesłano na emeryturę.
A co, nawet jak to będzie kilka złotych, to jest moje kilka złotych.
Na piwo będzie :)
Wracając do badylkowego wstąpiłam, bo balkon obraz nędzy i rozpaczy w tym roku, jakieś robale są, zdaje się, że mączliki.
W badylkowym tylko wrzosy oczy cieszyły jeszcze, ale wrzosów nie chcę. Padają bardzo szybko. Chciałabym bratki ukochane, ale nie było.
Zatem do domu wróciwszy, lewa, prawa, zahaczywszy o Biedronkę w celu kupienia wody, bo woda ogórkowa wychodzi na niej lepsza niż na zwykłej wodzie z kranu, pomidorową z lanymi kluseczkami sporządziłam na drugiej porcji rosołu. Ojapierdolę, padłam.
I tak sobie leżę i leżę, i gram, gdy wtem, Kochany Pamiętniczku, sumienie mnie w dupę kopnęło.
Zwłoki zwlekłam więc z kanapki i pomaszerowałam lewa prawa do kuchni.
Wzdech.
Ogarnęłam kuchenną kuwetę, umyłam nawet lodówkę. Znalazłam w niej resztki portugalskich jogurtów, które kupiłam na tony, bo słoiczki po nich świetnie nadają się na wkładanie podgrzewaczy :) I tak stały sobie, z terminem przydatności do 7 lipca.
Otworzyłam.
Hmmm... Ani nie śmierdzą, smakują OK, to jednego zjadłam. Wszak poznaniacy to Szkoci wyrzuceni ze Szkocji za skąpstwo. Jak już więcej nie napiszę, to wspominajcie mnie dobrze albo wcale, ale na razie jest git majonez :)
Jak nie zadziała, zjem resztę, a co ma się zdrowa żywność marnować...
Jako że znalazłam składankę z piosenek z Dirty dancing, z kuchni przerzuciłam się na loggię.
A tam obraz nędzy i rozpaczy, bo i winobluszcz opada, i kwiatki zdychają, i inne takie tam. Wózek, co mu pół roku temu kółko odpadło leży i kwiczy, a w nim butelki po orgiach z Inżynierem i nie tylko. Wózek leży na zasadzie, że przydasię.
Bo ja jestem z pokolenia przydasię...
Nawet rękawów nie zakasywałam, ale ogarnęłam z leksza tę kuwetę. Z leksza, bo w szafkach nie sprzątałam, a tam nocnik na garnku i inne takie tam... Ale garnek, a właściwie kociołek potrzebny jest, jak pasteryzuję przetwory i gdy nie ma ciepłej wody. Swoje przeżył, kiedyś na dwa tygodnie co roku wyłączano wodę, a do domu wracały egzemplarze dwa, utytłane w piaseczku. Za gaz płacę od zawsze 8 zł...
Wywaliłam też miski i kubełki, trzymane na zasadzie: przydasię.
Nie przyda się, nowe kupię jak coś, kosztują grosze.
Balkon wyładniał, a jutro polecę na giełdę, jak wstanę, może tam coś będzie?
Taki mam plan :D
Plan na resztę dnia jest taki: jako że rząd niemiecki wzywa obywateli do robienia zapasów, porobię trochę zapasów. Moi bliscy przewracają się w grobie, ale czasy takie, że bardziej wierzę rządowi niemieckiemu, jak naszemu.
Tu i tam są wariaci, ale tam są wariaci bardziej ogarnięci.
Dziś czytałam w necie, jak Macierewicz ucieka przez Zaleszczyki, odczytując apel smoleński.
Ja nie będę nigdzie uciekała. Jak mnie bomba nie zmiecie, będę zażerała się powidłami i ogórkami.
Mam fazę.
Wiem.
Ale lepsze to chyba, jak leżenie na fotelu i użalanie się nad sobą.
Bo taka prawda, że nikt mnie nie kocha i tego nic nie zmienia.
Oczywiście, Kochany Pamiętniczku, pomijając My Shadow :)
I tego się trzymajmy w razie czego ;)
I do pracki muszę wlecieć, zostawić kaskę na czosnek, trzy warkocze zamówiłam. Jest ojapierdolę. Jeszcze takiego nie jadłam :D A więcej w tym roku nie będzie.
Czosnek zaliczy się do zapasów i git majonez będzie :P
I to już, niestety, jesień, nie że susza...
A rakietka tłucze robale śpiewająco. Ćmę zatłukła na śmierć. Nie wiem, co z tymi ćmami w tym roku, już trzecia mi do łazienki wlatuje w ciągu miesiąca, a kiedyś latami nic...
Oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni.
I właziłam coraz głębiej pod kordełkę, nie mając ochoty na nic.
Ale, Kochany Pamiętniczku, obiecałam, że nie zmarnuję już ani jednego dnia.
Wstałam więc i odświeżywszy zwłoki poleciałam do ZUS z petycją o zwiększenie mojej jałmużny, albowiem rok w pocie czoła znów przepracowałam, od chwili gdy mnie zesłano na emeryturę.
A co, nawet jak to będzie kilka złotych, to jest moje kilka złotych.
Na piwo będzie :)
Wracając do badylkowego wstąpiłam, bo balkon obraz nędzy i rozpaczy w tym roku, jakieś robale są, zdaje się, że mączliki.
W badylkowym tylko wrzosy oczy cieszyły jeszcze, ale wrzosów nie chcę. Padają bardzo szybko. Chciałabym bratki ukochane, ale nie było.
Zatem do domu wróciwszy, lewa, prawa, zahaczywszy o Biedronkę w celu kupienia wody, bo woda ogórkowa wychodzi na niej lepsza niż na zwykłej wodzie z kranu, pomidorową z lanymi kluseczkami sporządziłam na drugiej porcji rosołu. Ojapierdolę, padłam.
I tak sobie leżę i leżę, i gram, gdy wtem, Kochany Pamiętniczku, sumienie mnie w dupę kopnęło.
Zwłoki zwlekłam więc z kanapki i pomaszerowałam lewa prawa do kuchni.
Wzdech.
Ogarnęłam kuchenną kuwetę, umyłam nawet lodówkę. Znalazłam w niej resztki portugalskich jogurtów, które kupiłam na tony, bo słoiczki po nich świetnie nadają się na wkładanie podgrzewaczy :) I tak stały sobie, z terminem przydatności do 7 lipca.
Otworzyłam.
Hmmm... Ani nie śmierdzą, smakują OK, to jednego zjadłam. Wszak poznaniacy to Szkoci wyrzuceni ze Szkocji za skąpstwo. Jak już więcej nie napiszę, to wspominajcie mnie dobrze albo wcale, ale na razie jest git majonez :)
Jak nie zadziała, zjem resztę, a co ma się zdrowa żywność marnować...
Jako że znalazłam składankę z piosenek z Dirty dancing, z kuchni przerzuciłam się na loggię.
A tam obraz nędzy i rozpaczy, bo i winobluszcz opada, i kwiatki zdychają, i inne takie tam. Wózek, co mu pół roku temu kółko odpadło leży i kwiczy, a w nim butelki po orgiach z Inżynierem i nie tylko. Wózek leży na zasadzie, że przydasię.
Bo ja jestem z pokolenia przydasię...
Nawet rękawów nie zakasywałam, ale ogarnęłam z leksza tę kuwetę. Z leksza, bo w szafkach nie sprzątałam, a tam nocnik na garnku i inne takie tam... Ale garnek, a właściwie kociołek potrzebny jest, jak pasteryzuję przetwory i gdy nie ma ciepłej wody. Swoje przeżył, kiedyś na dwa tygodnie co roku wyłączano wodę, a do domu wracały egzemplarze dwa, utytłane w piaseczku. Za gaz płacę od zawsze 8 zł...
Wywaliłam też miski i kubełki, trzymane na zasadzie: przydasię.
Nie przyda się, nowe kupię jak coś, kosztują grosze.
Balkon wyładniał, a jutro polecę na giełdę, jak wstanę, może tam coś będzie?
Taki mam plan :D
Plan na resztę dnia jest taki: jako że rząd niemiecki wzywa obywateli do robienia zapasów, porobię trochę zapasów. Moi bliscy przewracają się w grobie, ale czasy takie, że bardziej wierzę rządowi niemieckiemu, jak naszemu.
Tu i tam są wariaci, ale tam są wariaci bardziej ogarnięci.
Dziś czytałam w necie, jak Macierewicz ucieka przez Zaleszczyki, odczytując apel smoleński.
Ja nie będę nigdzie uciekała. Jak mnie bomba nie zmiecie, będę zażerała się powidłami i ogórkami.
Mam fazę.
Wiem.
Ale lepsze to chyba, jak leżenie na fotelu i użalanie się nad sobą.
Bo taka prawda, że nikt mnie nie kocha i tego nic nie zmienia.
Oczywiście, Kochany Pamiętniczku, pomijając My Shadow :)
I tego się trzymajmy w razie czego ;)
I do pracki muszę wlecieć, zostawić kaskę na czosnek, trzy warkocze zamówiłam. Jest ojapierdolę. Jeszcze takiego nie jadłam :D A więcej w tym roku nie będzie.
Czosnek zaliczy się do zapasów i git majonez będzie :P
I to już, niestety, jesień, nie że susza...
A rakietka tłucze robale śpiewająco. Ćmę zatłukła na śmierć. Nie wiem, co z tymi ćmami w tym roku, już trzecia mi do łazienki wlatuje w ciągu miesiąca, a kiedyś latami nic...
niedziela, 21 sierpnia 2016
Zgryz
mam, Kochany Pamiętniczku, po rozmowie z Inżynierem. Jako że Synowa dziś w pracy, to rozmowa była długa i rzeczowa, tak już chyba zostanie.
Po obmizianiu wirtualnym kotecków, które się do kamery wdzięcznie tyłkiem wypinają, przeszliśmy do rozmowy, jak czekista z czekistą.
I zonk.
Bo Pierworodny z haremem wybiera się na Gwiazdkę do PL. Wiem, że to jeszcze daleko, ale bilety trzeba już kombinować. Nie, nie lecą do mnie, ja zresztą na ich napomknięcie, że jak nie lecę do UK, to mogą do mnie przylecieć, powiedziałam grzecznie: nie. Nie, że ich nie kocham, ale 4 osoby na co najmniej tydzień, w tym dwójka rozrabiających dzieci, nie dziękuję. Tym bardziej że nie wiadomo, jaka będzie pogoda, a zawsze pada hasło: babcia pozmywała, to teraz z przyjemnością pobawi się z wnukami. Nie, dziękuję.
Przyjęli do wiadomości. Życie.
Jadą więc do teściów. Inna para kaloszy, że tam mają swój pokój, duże mieszkanie, dziadek nic nie robi, to i dziećmi się zajmuje, a i kuchnia taka, że można walca tańczyć, zmywarka jest. A i TV jest, a to taka rodzina, że dzieci przed TV to święty spokój. Niestety, Pierworodny się pod tym względem wyrodził :) A u mnie TV nie ma, więc dzieci się nudzą... Moje by się nie nudziły, ale to nie moje dzieci, tylko wnuki, inna szkoła... Warunki u teściów całkiem inne, jak u mnie. No i oni mają dobre serce, w przeciwieństwie do mnie, więc... ja mam tam jechać na Gwiazdkę.
Ojapierdolę.
Doceniam, szanuję, ale - nie.
Nie i już.
Bo nie.
Bo nie nadaję się do siedzenia całymi dniami przy stole.
Bo nie lubię teścia Pierworodnego (oni się nawzajem też nie za bardzo kochają, ale to jego teść, nie mój).
Bo nie.
Inżynier to wie i od razu rzecze: absurdalny pomysł, mama do nas przyleci.
Nie.
Plan jest inny.
Synowa w ostatnie święta powiedziała, że już w tym roku chce mieć rodzinne święta, w swoim domu, bo od lat jeździli tam, gdzie ja.
I jakkolwiek to nie zabrzmiało, po długiej chwili się zreflektował Inżynier i mówi, że oczywiście mama jest rodziną.
A z rodziną się najlepiej wychodzi na fotografii.
Mam swój dom, swoje miejsce na ziemi i mówię nie.
To jest mój wybór i koniec. Chuj bombki strzelił i świąt nie będzie. Trudno. A na dokładkę choinka spadła w komórce za szafkę, a nowa droga.
No nic. Bombki (resztki smętne ozdób choinkowych) powiesi się na jakimś badylu, lampki wiszą, świeczki są i jest git majonez :)
Inżynier mówi: jeszcze pogadamy.
Nie sądzę.
A dzień taki dziś rozdeszczony, szary, do spania. Widzę, że w innych częściach kraju niewesoło było. U mnie tylko lało, teraz słonko przebłyskuje, ale całą noc śniła mi się wichura, zerwane pranie i inne takie tam...
Ale mam
I ze słoika zrobiłam sobie świecznik, wlałam wody, dodałam gałązkę rozmarynu, cytrynę (bo limonki nie miałam) i świeczuszkę.
O, proszę, jak pięknie ;)
Zdjęcie uroku nie oddaje.
A na dokładkę, Kochany Pamiętniczku, jestem w najlepszym towarzystwie na świecie. My Shadow and Me. Nie możemy się ze sobą rozstać za skarby świata, wyganiam dziada kijem, a on wiernie zawsze przy mnie jest.
Najwierniejszy mój Przyjaciel. Na zawsze.
Mam książki, filmy i tylko się o kompika boję, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, zawsze zostaje telefon ;)
W kuchni dzisiejszy dzień sponsorowała wczorajsza zupa ogórkowa i woda ogórkowa. Nie, nie jestem w ciąży, tak wyszło.
I okazało się, że za Synową też chodzi zupa ogórkowa, ale... ona nie umie zup gotować. A Inżynier nie ugotuje, bo nie lubi, a oni gotują tylko to, co sami lubią. I tak pomyślałam sobie, że odbiło się czkawką to, że ona mu nigdy pieczarek nie zrobi, bo nie lubi, a na moje zdziwienie odrzekła, że jak lubi, to niech sobie zrobi...
Posłałam jej przepis na zupę, dokładny, bo ona musi mieć dokładnie co do joty, taki model, nie ma miejsca na improwizację. Inżynier gotuje jak ja. Ale posłałam, nie będę świnia. I nawet zdradziłam rodzinny sekret w rosole zawsze musi być jeden goździk. Przecież nie ubyło mi nic, co nie? :) O dziwo, ucieszyła się :D
Ale też dziwni są, bo jej ojciec jeszcze o niczym nie wie.
Nie mój cyrk, nie moje pchły :D
A z dobrych nowin: Zmorka nadlatuje za niedługo.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę :)
Po obmizianiu wirtualnym kotecków, które się do kamery wdzięcznie tyłkiem wypinają, przeszliśmy do rozmowy, jak czekista z czekistą.
I zonk.
Bo Pierworodny z haremem wybiera się na Gwiazdkę do PL. Wiem, że to jeszcze daleko, ale bilety trzeba już kombinować. Nie, nie lecą do mnie, ja zresztą na ich napomknięcie, że jak nie lecę do UK, to mogą do mnie przylecieć, powiedziałam grzecznie: nie. Nie, że ich nie kocham, ale 4 osoby na co najmniej tydzień, w tym dwójka rozrabiających dzieci, nie dziękuję. Tym bardziej że nie wiadomo, jaka będzie pogoda, a zawsze pada hasło: babcia pozmywała, to teraz z przyjemnością pobawi się z wnukami. Nie, dziękuję.
Przyjęli do wiadomości. Życie.
Jadą więc do teściów. Inna para kaloszy, że tam mają swój pokój, duże mieszkanie, dziadek nic nie robi, to i dziećmi się zajmuje, a i kuchnia taka, że można walca tańczyć, zmywarka jest. A i TV jest, a to taka rodzina, że dzieci przed TV to święty spokój. Niestety, Pierworodny się pod tym względem wyrodził :) A u mnie TV nie ma, więc dzieci się nudzą... Moje by się nie nudziły, ale to nie moje dzieci, tylko wnuki, inna szkoła... Warunki u teściów całkiem inne, jak u mnie. No i oni mają dobre serce, w przeciwieństwie do mnie, więc... ja mam tam jechać na Gwiazdkę.
Ojapierdolę.
Doceniam, szanuję, ale - nie.
Nie i już.
Bo nie.
Bo nie nadaję się do siedzenia całymi dniami przy stole.
Bo nie lubię teścia Pierworodnego (oni się nawzajem też nie za bardzo kochają, ale to jego teść, nie mój).
Bo nie.
Inżynier to wie i od razu rzecze: absurdalny pomysł, mama do nas przyleci.
Nie.
Plan jest inny.
Synowa w ostatnie święta powiedziała, że już w tym roku chce mieć rodzinne święta, w swoim domu, bo od lat jeździli tam, gdzie ja.
I jakkolwiek to nie zabrzmiało, po długiej chwili się zreflektował Inżynier i mówi, że oczywiście mama jest rodziną.
A z rodziną się najlepiej wychodzi na fotografii.
Mam swój dom, swoje miejsce na ziemi i mówię nie.
To jest mój wybór i koniec. Chuj bombki strzelił i świąt nie będzie. Trudno. A na dokładkę choinka spadła w komórce za szafkę, a nowa droga.
No nic. Bombki (resztki smętne ozdób choinkowych) powiesi się na jakimś badylu, lampki wiszą, świeczki są i jest git majonez :)
Inżynier mówi: jeszcze pogadamy.
Nie sądzę.
A dzień taki dziś rozdeszczony, szary, do spania. Widzę, że w innych częściach kraju niewesoło było. U mnie tylko lało, teraz słonko przebłyskuje, ale całą noc śniła mi się wichura, zerwane pranie i inne takie tam...
Ale mam
I ze słoika zrobiłam sobie świecznik, wlałam wody, dodałam gałązkę rozmarynu, cytrynę (bo limonki nie miałam) i świeczuszkę.
O, proszę, jak pięknie ;)
Zdjęcie uroku nie oddaje.
A na dokładkę, Kochany Pamiętniczku, jestem w najlepszym towarzystwie na świecie. My Shadow and Me. Nie możemy się ze sobą rozstać za skarby świata, wyganiam dziada kijem, a on wiernie zawsze przy mnie jest.
Najwierniejszy mój Przyjaciel. Na zawsze.
Mam książki, filmy i tylko się o kompika boję, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, zawsze zostaje telefon ;)
W kuchni dzisiejszy dzień sponsorowała wczorajsza zupa ogórkowa i woda ogórkowa. Nie, nie jestem w ciąży, tak wyszło.
I okazało się, że za Synową też chodzi zupa ogórkowa, ale... ona nie umie zup gotować. A Inżynier nie ugotuje, bo nie lubi, a oni gotują tylko to, co sami lubią. I tak pomyślałam sobie, że odbiło się czkawką to, że ona mu nigdy pieczarek nie zrobi, bo nie lubi, a na moje zdziwienie odrzekła, że jak lubi, to niech sobie zrobi...
Posłałam jej przepis na zupę, dokładny, bo ona musi mieć dokładnie co do joty, taki model, nie ma miejsca na improwizację. Inżynier gotuje jak ja. Ale posłałam, nie będę świnia. I nawet zdradziłam rodzinny sekret w rosole zawsze musi być jeden goździk. Przecież nie ubyło mi nic, co nie? :) O dziwo, ucieszyła się :D
Ale też dziwni są, bo jej ojciec jeszcze o niczym nie wie.
Nie mój cyrk, nie moje pchły :D
A z dobrych nowin: Zmorka nadlatuje za niedługo.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę :)
sobota, 20 sierpnia 2016
Przespałam się
ze ślimakami, to i mam :)
Tak, wiem, głupio wygląda, ale mi się podoba.
Co z tego, że jak w graciarni nastolatka?
To, że już na szóstce jadę, nie oznacza, że ją mam :)
Idę ogarniać tę kuwetę, Kochany Pamiętniczku, bo ogólnie bajzel jest. Na kółkach. Ale miękkie te pledy, pod dupskiem czuję, jakbym siedziała na duposzeczce...
Moje wszystkie koce mają już trzydzieści lat z hakiem, więc pora na zaszalenie. Jak nie teraz, to kiedy?
Tak, wiem, głupio wygląda, ale mi się podoba.
Co z tego, że jak w graciarni nastolatka?
To, że już na szóstce jadę, nie oznacza, że ją mam :)
Idę ogarniać tę kuwetę, Kochany Pamiętniczku, bo ogólnie bajzel jest. Na kółkach. Ale miękkie te pledy, pod dupskiem czuję, jakbym siedziała na duposzeczce...
Moje wszystkie koce mają już trzydzieści lat z hakiem, więc pora na zaszalenie. Jak nie teraz, to kiedy?
piątek, 19 sierpnia 2016
Nie masz
komarów w naszej chacie, vivat, semper, wolny stan :)
Ale owocówki dorwane rankiem w kuchni poległy bez pieśni na ustach, bo po prostu zaśpiewać nie zdążyły...
Okno w kuchni całe zasrały, więc będę miała co robić...
A pracowo dzień szalony był, bo...
No wiadomo, kto w tyglu mieszał.
Ale... Plusika sobie zarobiłam, kurde, powinnam dostać podwyżkę, albo chociaż premię (marzenie ściętej głowy), bo sama z własnej i nieprzymuszonej woli poszłam zaraportować, że nie dają mi reklam własnych do korekty. Zewnętrzne mnie nie obchodzą, klient płaci i jak sobie życzy, może mieć i dópa napisane. Nie mój cyrk, nie moje dupy :D
Ale nasza reklama dupy dała, do tego wszystkiego pisząc nazwisko prelegenta z błędem, co jest grzechem niewybaczalnym. No ale SJ z niejednego pieca chleb jadła i niejednego wróbla zna. Więc wyłapała :) Błędy, oczywiście, bo tym się nałogowo zajmuje ;) W międzyczasie zaalarmowany Boss poprawił zajawkę i tadam, wyszło miodzio. A ja do Bossa niewinnie, bo te oczy przecież nie mogą kłamać: jednak teraz widzę, że pisał to fachowiec. Bo między nami, Kochany Pamiętniczku, pianę to on bije fachowo.
Akcja się udała, a ja przeszczęśliwa poszłam do domu, nie do wiary, punktualnie. Pracowałam w pocie czoła 2 godziny, 6 czekałam na pracę. I to czekanie mnie dobija, rzygam dziś mahjongiem... Ale mam emilka, że nasza nieoceniona korektorka... Zachowałam, bo miło to słyszeć, choć na moje "wolałabym pieniężne docenienie" zawsze słyszę: nie można mieć wszystkiego.
Ano...
Ale i tak jest dobrze.
No nic, mam 3 tygodnie na zregenerowanie się, bo kalendarz się tak ułożył, że do pracy wracam 9 września. A i to po dziewiątym mam na cały tydzień wypisany urlop, ale...
Oj tam, oj tam :) Odbiorę.
I tak idąc do domu na pierwszym kilometrze wpadłam na Panoramę i mój wiedźmowski nos mówi: właź do PEPCO. Się biłam z myślami, bo PEPCO mam pod domem, ale to i z trasy muszę zboczyć, i mniejsze, i pić mi się chciało...
Zboczyłam.
I wyhaczyłam
Wiem, wiem, pstrokacizna, ale chodzi za mną jeszcze gładka narzuta... Bo...
Skoro jestem sama, opuszczona, nikt mnie nie kocha i nikt mnie nie lubi, to chociaż duposzeczek sobie nagromadzę, co nie Kochany Pamiętniczku?
Więc szukam narzuty, gładkiej, w popielu, bo czerwona to za bardzo oczojebna. Duposzeczki to mi się marzyły a la gazeta, ale... nie wyszło. A te też mają swój urok: okna Paryż, duposzeczki Londyn i rock and roll...
I tak upływa szybko życie...
Sąsiadka mnie dorwała, jak szłam do windy i pół godziny pierdolenie o Szopenie... Ale dowiedziałam się, że wrzaski Eksa było słychać.
Myślałam, że udawało mi się wszystko zawsze stłamsić w zarodku, naiwna. Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi, tylko ja zawsze byłam taka głupia, żeby się niczym nie interesować. Inna para kaloszy, że głuchota mi w tym musiała pomagać. Ale i tak do dziś nie podkręcam aparatów, bo po kiego grzyba?
A i sąsiad, wzór cnot i ideał, dziś piwko kupował.
A tak się zawsze zarzekali, że oni to od alkoholu z daleka.
Rybka mi to, ale jak widać, każdy ma swoje trupy w szafie.
Mam i ja, Kochany Pamiętniczku :) Ale dobrze zakonserwowane i zabalsamowane, nie śmierdzą. I niech tak zostanie, proszę niebiosa...
Ale owocówki dorwane rankiem w kuchni poległy bez pieśni na ustach, bo po prostu zaśpiewać nie zdążyły...
Okno w kuchni całe zasrały, więc będę miała co robić...
A pracowo dzień szalony był, bo...
No wiadomo, kto w tyglu mieszał.
Ale... Plusika sobie zarobiłam, kurde, powinnam dostać podwyżkę, albo chociaż premię (marzenie ściętej głowy), bo sama z własnej i nieprzymuszonej woli poszłam zaraportować, że nie dają mi reklam własnych do korekty. Zewnętrzne mnie nie obchodzą, klient płaci i jak sobie życzy, może mieć i dópa napisane. Nie mój cyrk, nie moje dupy :D
Ale nasza reklama dupy dała, do tego wszystkiego pisząc nazwisko prelegenta z błędem, co jest grzechem niewybaczalnym. No ale SJ z niejednego pieca chleb jadła i niejednego wróbla zna. Więc wyłapała :) Błędy, oczywiście, bo tym się nałogowo zajmuje ;) W międzyczasie zaalarmowany Boss poprawił zajawkę i tadam, wyszło miodzio. A ja do Bossa niewinnie, bo te oczy przecież nie mogą kłamać: jednak teraz widzę, że pisał to fachowiec. Bo między nami, Kochany Pamiętniczku, pianę to on bije fachowo.
Akcja się udała, a ja przeszczęśliwa poszłam do domu, nie do wiary, punktualnie. Pracowałam w pocie czoła 2 godziny, 6 czekałam na pracę. I to czekanie mnie dobija, rzygam dziś mahjongiem... Ale mam emilka, że nasza nieoceniona korektorka... Zachowałam, bo miło to słyszeć, choć na moje "wolałabym pieniężne docenienie" zawsze słyszę: nie można mieć wszystkiego.
Ano...
Ale i tak jest dobrze.
No nic, mam 3 tygodnie na zregenerowanie się, bo kalendarz się tak ułożył, że do pracy wracam 9 września. A i to po dziewiątym mam na cały tydzień wypisany urlop, ale...
Oj tam, oj tam :) Odbiorę.
I tak idąc do domu na pierwszym kilometrze wpadłam na Panoramę i mój wiedźmowski nos mówi: właź do PEPCO. Się biłam z myślami, bo PEPCO mam pod domem, ale to i z trasy muszę zboczyć, i mniejsze, i pić mi się chciało...
Zboczyłam.
I wyhaczyłam
Wiem, wiem, pstrokacizna, ale chodzi za mną jeszcze gładka narzuta... Bo...
Skoro jestem sama, opuszczona, nikt mnie nie kocha i nikt mnie nie lubi, to chociaż duposzeczek sobie nagromadzę, co nie Kochany Pamiętniczku?
Więc szukam narzuty, gładkiej, w popielu, bo czerwona to za bardzo oczojebna. Duposzeczki to mi się marzyły a la gazeta, ale... nie wyszło. A te też mają swój urok: okna Paryż, duposzeczki Londyn i rock and roll...
I tak upływa szybko życie...
Sąsiadka mnie dorwała, jak szłam do windy i pół godziny pierdolenie o Szopenie... Ale dowiedziałam się, że wrzaski Eksa było słychać.
Myślałam, że udawało mi się wszystko zawsze stłamsić w zarodku, naiwna. Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi, tylko ja zawsze byłam taka głupia, żeby się niczym nie interesować. Inna para kaloszy, że głuchota mi w tym musiała pomagać. Ale i tak do dziś nie podkręcam aparatów, bo po kiego grzyba?
A i sąsiad, wzór cnot i ideał, dziś piwko kupował.
A tak się zawsze zarzekali, że oni to od alkoholu z daleka.
Rybka mi to, ale jak widać, każdy ma swoje trupy w szafie.
Mam i ja, Kochany Pamiętniczku :) Ale dobrze zakonserwowane i zabalsamowane, nie śmierdzą. I niech tak zostanie, proszę niebiosa...
czwartek, 18 sierpnia 2016
Wczoraj
odkurzacz działał i spisywał się znakomicie.
Ale...
Nie wyciągnęłam go z kontaktu, wychodząc do pracy, a że zamykając balkon potknęłam się o niego, w połowie drogi naszła mnie genialna myśl, że mogłam go włączyć niechcący...
I przesiedziałam 10 godzin w pracy cała spięta, że zamiast mojej ukochanej chaupki będę miała ruiny i zgliszcza.
Żaden portal nie pisał o pożarze, więc nieco się uspokoiłam, ale pracowa atmosferka dalej podnosiła mi ciśnienie, tym bardziej że ślimaczyło się gorzej niż zazwyczaj.
Trzeci dzień pod rząd 10 godzin, lekka przesada, tym bardziej że dwa dni więcej grałam, jak robiłam...
No nic.
I starcie z Bossem, któremu, olaboga, jak śmiałam, odmieniłam nazwisko bohaterów reportażu.
Sam się do mnie pofatygował z pretensjami, za plecki wskoczył, ale akurat - ma się farta - pracowałam w pocie czoła. Więc tylko się nadął i rzekł, że nazwisk się nie odmienia. On sobie osobiście nie życzy, żeby jego nazwisko odmieniano. Ma jak najbardziej zwykłe nazwisko, żaden cud wianek. Nie to nie, będę do niego zwracała się w mianowniku, a kij mu w oko. Za parę dni kończy pięćdziesiątkę, zapuścił zarost taki, że wygląda jak Rumcajs, wypisz, wymaluj, też taki krępy, tylko mu kapelutka brakuje. Widać, że facet kryzys wieku średniego ma :D
Nie odmieniłam mu nazwisk, jego nazwisko jest pod tekstem, nie moje.
W końcu udało mi się wyrwać ze szponów pracy, a wściekła byłam, napatoczyła się bimba do Castoramy, tom wskoczyła jak łania i pojechałam. W necie pisali, że jest tam 7 rakiet, jak dojechałam, były trzy, ale
mam i ja :)
Nie wiem jeszcze tylko, czy działa, bo jak na złość mimo szeroko otwartego balkonu i włączonych świateł żadna fruwająca zaraza się nie pofatygowała :)
No nic, pożiwiom, uwidiom, co nie Kochany Pamiętniczku?
Jutro ostatni dzień i znów wolne.
Będę rozkoszowała się każdą chwilą.
Bo... już wiem, że warto...
Nieważne, jak boli, warto.
Wczoraj Synowa przysłała mi filmik z Papryczkiem, jak siedzi, gawędzi i takie tam. No i OK. Ale na litość boską, dlaczego przysyła mi filmy z fiutem na wierzchu?
Tak, wiem, dla rodziców to może być och i ach.
Ale dla mnie nie.
Tym bardziej że zdaję sobie sprawę z tego, jak działa Internet.
Że z sieci wszystko wycieka.
A poza tym, kto powiedział, że babcia znajduje przyjemność w oglądaniu takich widoków?
Ojapierdolę, Kochany Pamiętniczku...
A tak do domu wracałam. Pójdę na polowanie już niedługo...
Ale...
Nie wyciągnęłam go z kontaktu, wychodząc do pracy, a że zamykając balkon potknęłam się o niego, w połowie drogi naszła mnie genialna myśl, że mogłam go włączyć niechcący...
I przesiedziałam 10 godzin w pracy cała spięta, że zamiast mojej ukochanej chaupki będę miała ruiny i zgliszcza.
Żaden portal nie pisał o pożarze, więc nieco się uspokoiłam, ale pracowa atmosferka dalej podnosiła mi ciśnienie, tym bardziej że ślimaczyło się gorzej niż zazwyczaj.
Trzeci dzień pod rząd 10 godzin, lekka przesada, tym bardziej że dwa dni więcej grałam, jak robiłam...
No nic.
I starcie z Bossem, któremu, olaboga, jak śmiałam, odmieniłam nazwisko bohaterów reportażu.
Sam się do mnie pofatygował z pretensjami, za plecki wskoczył, ale akurat - ma się farta - pracowałam w pocie czoła. Więc tylko się nadął i rzekł, że nazwisk się nie odmienia. On sobie osobiście nie życzy, żeby jego nazwisko odmieniano. Ma jak najbardziej zwykłe nazwisko, żaden cud wianek. Nie to nie, będę do niego zwracała się w mianowniku, a kij mu w oko. Za parę dni kończy pięćdziesiątkę, zapuścił zarost taki, że wygląda jak Rumcajs, wypisz, wymaluj, też taki krępy, tylko mu kapelutka brakuje. Widać, że facet kryzys wieku średniego ma :D
Nie odmieniłam mu nazwisk, jego nazwisko jest pod tekstem, nie moje.
W końcu udało mi się wyrwać ze szponów pracy, a wściekła byłam, napatoczyła się bimba do Castoramy, tom wskoczyła jak łania i pojechałam. W necie pisali, że jest tam 7 rakiet, jak dojechałam, były trzy, ale
mam i ja :)
Nie wiem jeszcze tylko, czy działa, bo jak na złość mimo szeroko otwartego balkonu i włączonych świateł żadna fruwająca zaraza się nie pofatygowała :)
No nic, pożiwiom, uwidiom, co nie Kochany Pamiętniczku?
Jutro ostatni dzień i znów wolne.
Będę rozkoszowała się każdą chwilą.
Bo... już wiem, że warto...
Nieważne, jak boli, warto.
Wczoraj Synowa przysłała mi filmik z Papryczkiem, jak siedzi, gawędzi i takie tam. No i OK. Ale na litość boską, dlaczego przysyła mi filmy z fiutem na wierzchu?
Tak, wiem, dla rodziców to może być och i ach.
Ale dla mnie nie.
Tym bardziej że zdaję sobie sprawę z tego, jak działa Internet.
Że z sieci wszystko wycieka.
A poza tym, kto powiedział, że babcia znajduje przyjemność w oglądaniu takich widoków?
Ojapierdolę, Kochany Pamiętniczku...
A tak do domu wracałam. Pójdę na polowanie już niedługo...
środa, 17 sierpnia 2016
Wszystkim
tęskniącym dziękuję za miłe słowa i... postaram się.
Zmorce dziękuję za wysiłek włożony w kopanie i za te bratki. Są cudne :D
Aż się wierzyć nie chce :)
No a u mnie, Kochany Pamiętniczku, jazda bez trzymanki. Z komarami. Wczoraj siedziałam po ciemku, jak zwykle, ale przed pójściem spać zamknęłam okna, drzwi i co ja paczę?
Sufit usłany jak to niebo gwiazdami.
Nie, nie były to gwiazdy.
Komary to były.
Robią się coraz bezczelniejsze, bo czynszu wszak nie płacą, za posiłki też nie, a i wapno kosztuje, co nie?
Więc...
Do północy na nie polowałam, zabić łatwo, sprzątnąć po zbrodni trudno. Sufit usiany był krwawymi plamami i czymś czarnym i tłustym. Próba starcia tego ręcznikiem lekko zwilżonym nie dawała rezultatu, plamy były coraz większe. A i do sufitu nie sięgam, nawet z krzesełka.
Wzdech.
Szybki skok na balkon po drabinę.
Z drabiny też nie sięgam. Jak wzrost dawali, stałam po rozum. A na dokładkę mój błędnik szaleje.
Tak więc, modląc się o niespadnięcie walczyłam.
Wygrałam :)
No i żalę się w pracy, a koleżanka: a odkurzacz?
Fuck you, przecież owocówki tak likwiduję, a tegoroczne komary są ospałe i leniwe. Więc wieczorem zamiast
będzie odkurzacz w robocie, Kochany Pamiętniczku.
A i myślę, czy nie kupić takiego akumulatorowego w tym zbożnym celu.
Prześpię się ze ślimakami :)
Jeszcze dwa dni, dwa dni w wariatkowie z debilami :) Wczoraj i dziś po godzinach, a jakże, dziś oddział zamknięty i czekam na pracę w domu, a potem znów...
... poranki, gdy zamiast wyskakiwać w popłochu, leżę i kontempluję... Leniwie... Jak szybko mija czas...
A inne badylki się starają
Widać małą niespodziewajkę :)
A debile tak:
Od razu mi się skojarzyło ze śledziem po japońsku. Com się namęczyła, żeby nie poszło, to ojapierdolę... :)
No nic, dwa dni to i człowiek z jeżem w betoniarce lekko wytrzyma... :)
Zmorce dziękuję za wysiłek włożony w kopanie i za te bratki. Są cudne :D
Aż się wierzyć nie chce :)
No a u mnie, Kochany Pamiętniczku, jazda bez trzymanki. Z komarami. Wczoraj siedziałam po ciemku, jak zwykle, ale przed pójściem spać zamknęłam okna, drzwi i co ja paczę?
Sufit usłany jak to niebo gwiazdami.
Nie, nie były to gwiazdy.
Komary to były.
Robią się coraz bezczelniejsze, bo czynszu wszak nie płacą, za posiłki też nie, a i wapno kosztuje, co nie?
Więc...
Do północy na nie polowałam, zabić łatwo, sprzątnąć po zbrodni trudno. Sufit usiany był krwawymi plamami i czymś czarnym i tłustym. Próba starcia tego ręcznikiem lekko zwilżonym nie dawała rezultatu, plamy były coraz większe. A i do sufitu nie sięgam, nawet z krzesełka.
Wzdech.
Szybki skok na balkon po drabinę.
Z drabiny też nie sięgam. Jak wzrost dawali, stałam po rozum. A na dokładkę mój błędnik szaleje.
Tak więc, modląc się o niespadnięcie walczyłam.
Wygrałam :)
No i żalę się w pracy, a koleżanka: a odkurzacz?
Fuck you, przecież owocówki tak likwiduję, a tegoroczne komary są ospałe i leniwe. Więc wieczorem zamiast
będzie odkurzacz w robocie, Kochany Pamiętniczku.
A i myślę, czy nie kupić takiego akumulatorowego w tym zbożnym celu.
Prześpię się ze ślimakami :)
Jeszcze dwa dni, dwa dni w wariatkowie z debilami :) Wczoraj i dziś po godzinach, a jakże, dziś oddział zamknięty i czekam na pracę w domu, a potem znów...
... poranki, gdy zamiast wyskakiwać w popłochu, leżę i kontempluję... Leniwie... Jak szybko mija czas...
A inne badylki się starają
Widać małą niespodziewajkę :)
A debile tak:
Od razu mi się skojarzyło ze śledziem po japońsku. Com się namęczyła, żeby nie poszło, to ojapierdolę... :)
No nic, dwa dni to i człowiek z jeżem w betoniarce lekko wytrzyma... :)
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Ten
co go nie złapałam, w nocy miał balangę.
Pewnie gdzieś w kącie pękł z przepicia.
A ja jestem cała obolała i siłą wstrzymuję się od drapania.
Jestem jednym wielkim bąblem!
Nerwy mam na wierzchu, tak mnie boli wszystko.
Niech mnie ktoś dobije, Kochany Pamiętniczku, natychmiast.
A jutro czterodniówka start. Całe życie z debilami.
I jeszcze ten pieprzony transformator trzeba będzie wymienić.
Jak żyć?
Pewnie gdzieś w kącie pękł z przepicia.
A ja jestem cała obolała i siłą wstrzymuję się od drapania.
Jestem jednym wielkim bąblem!
Nerwy mam na wierzchu, tak mnie boli wszystko.
Niech mnie ktoś dobije, Kochany Pamiętniczku, natychmiast.
A jutro czterodniówka start. Całe życie z debilami.
I jeszcze ten pieprzony transformator trzeba będzie wymienić.
Jak żyć?
niedziela, 14 sierpnia 2016
Coś
jest jednak nie tak z podłączeniem prądu w łazience.
Zemsta złotej rączki, superelektryka, który już zmarł?
Są dwa przyciski. Jeden zawsze zapalał górne światło, a drugi to burdelowe w wannie.
Teraz zawsze zapalają się oba.
Mam się bać?
Burdelowym nigdy się nie nacieszyłam, bo tak wyszło.
A na dokładkę Kierownik Budowy męczy mnie o komary.
Wymusza zeznania, jakby nie starczyło, że jestem opuchnięta od pogryzień.
Właśnie jeden potencjalny krwiopijca zwiał mi sprzed nosa.
Idę się pochlastać...
Kochany Pamiętniczku, nie widzę innego wyjścia z sytuacji...
Zemsta złotej rączki, superelektryka, który już zmarł?
Są dwa przyciski. Jeden zawsze zapalał górne światło, a drugi to burdelowe w wannie.
Teraz zawsze zapalają się oba.
Mam się bać?
Burdelowym nigdy się nie nacieszyłam, bo tak wyszło.
A na dokładkę Kierownik Budowy męczy mnie o komary.
Wymusza zeznania, jakby nie starczyło, że jestem opuchnięta od pogryzień.
Właśnie jeden potencjalny krwiopijca zwiał mi sprzed nosa.
Idę się pochlastać...
Kochany Pamiętniczku, nie widzę innego wyjścia z sytuacji...
Nie lubię
robić zakupów w niedzielę, bo... Wiem, jak ciężko jest pracować w niedzielę i jeśli mogę, staram się oszczędzać ludzi.
Ale świecenie lampką nocną w łazience też jest mało komfortowe.
Więc udałam się na polowanie :)
I upolowałam:
To są rzeźby z piasku i nie powiem: wyglądają fajnie :)
Kierownik Budowy zasypał mnie tyloma pytaniami w sprawie żarówki, którą chciałam kupić, że zagroziłam zamknięciem trumny.
W Praktikerze była promocja LED-ów, więc się długo nie zastanawiałam, żarówka to żarówka.
Inżynier randkę przełożył, bo mu sąsiad balangował w nocy, więc wróciłam w sam raz na randkę.
Zmęczony był, a Synowa do pracy nie pojechała, bo po 4 godzinach snu nie dała rady. Nawet koty były sfrustrowane na maksa :D
Wprawdzie bałam się zmieniać żarówkę, bo jak pierdalnie, to nie ma nikogo do zebrania zwłok na szufelkę i tak się też Inżynierowi żaliłam.
Ale perspektywa co najmniej tygodnia w ciemnej łazience...
I pierdyliarda pytań od Kierownika Budowy.
Wzięłam drabinę i aczkolwiek mój błędnik wariował...
Tak, w pewnym wieku nawet wymiana żarówki jest problemem.
Ale jeszcze tym razem zwyciężyłam, mimo, że żarówka była rozwalona i trzpień trzeba było wydłubywać.
Jeszcze raz się udało :)
Tak, Kochany Pamiętniczku, ma się tę moc :D
Ale świecenie lampką nocną w łazience też jest mało komfortowe.
Więc udałam się na polowanie :)
I upolowałam:
To są rzeźby z piasku i nie powiem: wyglądają fajnie :)
Kierownik Budowy zasypał mnie tyloma pytaniami w sprawie żarówki, którą chciałam kupić, że zagroziłam zamknięciem trumny.
W Praktikerze była promocja LED-ów, więc się długo nie zastanawiałam, żarówka to żarówka.
Inżynier randkę przełożył, bo mu sąsiad balangował w nocy, więc wróciłam w sam raz na randkę.
Zmęczony był, a Synowa do pracy nie pojechała, bo po 4 godzinach snu nie dała rady. Nawet koty były sfrustrowane na maksa :D
Wprawdzie bałam się zmieniać żarówkę, bo jak pierdalnie, to nie ma nikogo do zebrania zwłok na szufelkę i tak się też Inżynierowi żaliłam.
Ale perspektywa co najmniej tygodnia w ciemnej łazience...
I pierdyliarda pytań od Kierownika Budowy.
Wzięłam drabinę i aczkolwiek mój błędnik wariował...
Tak, w pewnym wieku nawet wymiana żarówki jest problemem.
Ale jeszcze tym razem zwyciężyłam, mimo, że żarówka była rozwalona i trzpień trzeba było wydłubywać.
Jeszcze raz się udało :)
Tak, Kochany Pamiętniczku, ma się tę moc :D
sobota, 13 sierpnia 2016
Dobrze
że się sprężyłam wczoraj i założyłam klosz, choć nie chciał się wkręcić,
Żarówka dziś wybuchła.
Inżynier mówi, że mam czekać na Kierownika Budowy.
Zatem jutro muszę markety oblecieć i jakąś żarówkę kupić.
A kiedy dorwę Kierownika - nie wiadomo.
I tak, Kochany Pamiętniczku, jest...
Żarówka dziś wybuchła.
Inżynier mówi, że mam czekać na Kierownika Budowy.
Zatem jutro muszę markety oblecieć i jakąś żarówkę kupić.
A kiedy dorwę Kierownika - nie wiadomo.
I tak, Kochany Pamiętniczku, jest...
piątek, 12 sierpnia 2016
Wyczekany
wytęskniony, wymarzony długi weekend start :)
Myślałam, że wyjdę wcześniej, ale nie, jak się zaczęłam wynosić, wszyscy się obudzili i... :) Wyszłam przepisowo.
I słoiki kupiłam, wlazłszy po drodze do Biedronki.
Głupia ja, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Zamykam drzwi.
Nie ma mnie.
W moim wieku to sukcesem jest wkręcenie żarówki w łazience, nie łamiąc sobie przy tym niczego.
Będzie replay, bo wkręciłam chyba setkę (innej nie miałam w zapasie) i wkurza mnie, że w łazience wszystko widać.
Bo ja, Kochany Pamiętniczku, jestem już w smudze cienia...
Myślałam, że wyjdę wcześniej, ale nie, jak się zaczęłam wynosić, wszyscy się obudzili i... :) Wyszłam przepisowo.
I słoiki kupiłam, wlazłszy po drodze do Biedronki.
Głupia ja, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Zamykam drzwi.
Nie ma mnie.
W moim wieku to sukcesem jest wkręcenie żarówki w łazience, nie łamiąc sobie przy tym niczego.
Będzie replay, bo wkręciłam chyba setkę (innej nie miałam w zapasie) i wkurza mnie, że w łazience wszystko widać.
Bo ja, Kochany Pamiętniczku, jestem już w smudze cienia...
czwartek, 11 sierpnia 2016
Kurczak
nawinie dusi się w kuchni.
Znaczy się, na cebulce, czosnku i bakłażanach, plus dwie zbłąkane marchewki, masło klarowane, sól, pieprz i żyć, nie umierać. Z jednej piersi wyszedł garnek, olaboga.
Chyba przestanę jeść, bo co bym nie nagotowała, rozmnaża się przez pączkowanie.
Z pracy wyszłam jak bąk, ledwo się kulałam, jako że te 8 godzin muszę odbębnić (no, odbębniłam 7, też się liczy, co nie?), zabieram jedzonko. Dziś był żurek, ale jednocześnie rzucili żarełko z przepisów, a było grzybowo. Jeszcze w tym roku grzybów nie jadłam, bo ciężkostrawne i na wątrobie leżą, a jak kupię, to co najmniej pół kilo...
Tu w pracy jeden pierożek, kawałek zrazu i łyżeczka jakiejś zapiekanki, łyżeczka grzybków z dynią, łyżeczka marynowanych i łyżeczka kurek... i ojapierdolę :)
Na juterko właśnie kurczak nawinie się dusi, bo jako że szef urzęduje, to będę kiblowała... Tyle że przegląd stron jest, więc będę naprawdę kiblowała.
Za to od wtorku do piątku będzie diabelski młyn, ale taki life :)
Perseidy dziś są, ale nie, nie wstanę w środku nocy ich oglądać, nawet jeżeli jutro nie będę musiała sobie rękawów wypruwać.
Po prostu, zwyczajnie, to nie Rożno i to se ne vrati...
Jak i wiele rzeczy, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Jednak kupię słoiki za tydzień.
Kto bogatemu zabroni?
Nie mam pomysłu, gdzie je zmagazynować, ale oj tam, oj tam...
Wszyscy narzekają na pogodę, ludzie chodzą w kurtkach, a i pierwsze kozaczki, co z tego, że takie jesienne już widziałam.
A ja czuję się szczęśliwa, jest w sam raz, jak w moim dzieciństwie, kiedy marzłam w sweterku w sierpniu.
A teraz z lekka mi chłodem zawiewa, ale jest OK, a i noce spędzam przy szeroko otwartym balkonie, choć temperatura spada do 9 stopni...
No nic.
Jeszcze jutro, a potem coś się wymyśli :D
Znaczy się, na cebulce, czosnku i bakłażanach, plus dwie zbłąkane marchewki, masło klarowane, sól, pieprz i żyć, nie umierać. Z jednej piersi wyszedł garnek, olaboga.
Chyba przestanę jeść, bo co bym nie nagotowała, rozmnaża się przez pączkowanie.
Z pracy wyszłam jak bąk, ledwo się kulałam, jako że te 8 godzin muszę odbębnić (no, odbębniłam 7, też się liczy, co nie?), zabieram jedzonko. Dziś był żurek, ale jednocześnie rzucili żarełko z przepisów, a było grzybowo. Jeszcze w tym roku grzybów nie jadłam, bo ciężkostrawne i na wątrobie leżą, a jak kupię, to co najmniej pół kilo...
Tu w pracy jeden pierożek, kawałek zrazu i łyżeczka jakiejś zapiekanki, łyżeczka grzybków z dynią, łyżeczka marynowanych i łyżeczka kurek... i ojapierdolę :)
Na juterko właśnie kurczak nawinie się dusi, bo jako że szef urzęduje, to będę kiblowała... Tyle że przegląd stron jest, więc będę naprawdę kiblowała.
Za to od wtorku do piątku będzie diabelski młyn, ale taki life :)
Perseidy dziś są, ale nie, nie wstanę w środku nocy ich oglądać, nawet jeżeli jutro nie będę musiała sobie rękawów wypruwać.
Po prostu, zwyczajnie, to nie Rożno i to se ne vrati...
Jak i wiele rzeczy, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Jednak kupię słoiki za tydzień.
Kto bogatemu zabroni?
Nie mam pomysłu, gdzie je zmagazynować, ale oj tam, oj tam...
Wszyscy narzekają na pogodę, ludzie chodzą w kurtkach, a i pierwsze kozaczki, co z tego, że takie jesienne już widziałam.
A ja czuję się szczęśliwa, jest w sam raz, jak w moim dzieciństwie, kiedy marzłam w sweterku w sierpniu.
A teraz z lekka mi chłodem zawiewa, ale jest OK, a i noce spędzam przy szeroko otwartym balkonie, choć temperatura spada do 9 stopni...
No nic.
Jeszcze jutro, a potem coś się wymyśli :D
środa, 10 sierpnia 2016
Pierś
do medalu wysuwam. Kto, jak nie ja?
Traktorki i inne żelastwo zamknięte koncertowo w trzy dni, bez żadnych opóźnień. A tak sceny robili, że nie damy rady.
A ja powolutku i warzywkami się zajęłam, i troszkę z gazetki ogarnęłam.
Spoko wodza.
Chyba mam, Kochany Pamiętniczku, ostrogę piętową, tak mniemam. Boli, ale lazłam.
Na starość nie ma leku, wszystko się sypie i śrupie.
Odezwała się Synowa, skruszona, że mnie zaniedbuje i o audiencję w sobotę prosi. Ano, poaudiencjuję, ale tak, jak mi pasuje. Trudno, ciężkie czasy, muszę najpierw chaupkę zaopatrzyć.
Dzieciurki rosną jak na drożdżach, nie do poznania już.
Czas zapieprza jak szalony.
Naumiałam się łapać 49 i w 15 minut dojeżdżam na Górczyn, za to wychodzę pół godziny wcześniej, bo i pół godziny wcześniej jestem w pracy. Sekretarka wciąż pyta: pourquoi, nie dociera do niej, że autobus jedzie raz na godzinę i następny mam po 9.
Tak mi pasuje.
Wykład cały mi zrobiła, bo chwaliła się, że ona ma oszczędności, jej dzieci mają oszczędności, jej rodzina przed wojną na pieniądzach spała, no i pyta, ile ja mam oszczędności.
A ja na to, że ani złotówki, a na dokładkę mam debet jak złoto.
Zaczęła się wytrząsać.
Że tak nie można, że muszę więcej oszczędzać, żeby debet spłacić, że nie można żyć bez oszczędności, że worek pyrów mam kupić i oszczędzać.
Sranie w banie, pierdolenie o Szopenie.
Nie dociera do niej, że mamy inne życie i inne życiowe priorytety.
Moje się tak układało, że zawsze było z łapy do papy i nijak nie można było oszczędzać.
Nikt mi nic nie dał.
Nie dorobiłam się niczego.
Ale cieszę się życiem i kocham je takie, jakie mam.
Dzieci wykształciłam, radzą sobie. A że nic po mnie nie odziedziczą, nawet urody?
Trudno. Nie mam na to wpływu.
Pieniądze nigdy się mnie nie trzymały, ale mam fajne życie.
I jeśli jutro się nie obudzę, nie będę niczego żałowała.
Ona zaś, jeśli się jutro nie obudzi, nie weźmie tej zaoszczędzonej kasy do grobu.
Za tym światem obie jesteśmy tyle samo warte.
Powiedziała, że będzie brała moją emeryturę i oszczędzała.
Zarechotałam.
I przypomniała mi się mama E., która na wieść, że jadę pod namiot do Mikołajek ze swoim chłopakiem powiedziała, że jak wrócę, pójdziemy do ginekologa, żeby sprawdzić, czy jestem jeszcze dziewicą...
Jak to wszyscy się zawsze o mnie pięknie troszczyli, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Nic nie boli tak, jak życie...
Traktorki i inne żelastwo zamknięte koncertowo w trzy dni, bez żadnych opóźnień. A tak sceny robili, że nie damy rady.
A ja powolutku i warzywkami się zajęłam, i troszkę z gazetki ogarnęłam.
Spoko wodza.
Chyba mam, Kochany Pamiętniczku, ostrogę piętową, tak mniemam. Boli, ale lazłam.
Na starość nie ma leku, wszystko się sypie i śrupie.
Odezwała się Synowa, skruszona, że mnie zaniedbuje i o audiencję w sobotę prosi. Ano, poaudiencjuję, ale tak, jak mi pasuje. Trudno, ciężkie czasy, muszę najpierw chaupkę zaopatrzyć.
Dzieciurki rosną jak na drożdżach, nie do poznania już.
Czas zapieprza jak szalony.
Naumiałam się łapać 49 i w 15 minut dojeżdżam na Górczyn, za to wychodzę pół godziny wcześniej, bo i pół godziny wcześniej jestem w pracy. Sekretarka wciąż pyta: pourquoi, nie dociera do niej, że autobus jedzie raz na godzinę i następny mam po 9.
Tak mi pasuje.
Wykład cały mi zrobiła, bo chwaliła się, że ona ma oszczędności, jej dzieci mają oszczędności, jej rodzina przed wojną na pieniądzach spała, no i pyta, ile ja mam oszczędności.
A ja na to, że ani złotówki, a na dokładkę mam debet jak złoto.
Zaczęła się wytrząsać.
Że tak nie można, że muszę więcej oszczędzać, żeby debet spłacić, że nie można żyć bez oszczędności, że worek pyrów mam kupić i oszczędzać.
Sranie w banie, pierdolenie o Szopenie.
Nie dociera do niej, że mamy inne życie i inne życiowe priorytety.
Moje się tak układało, że zawsze było z łapy do papy i nijak nie można było oszczędzać.
Nikt mi nic nie dał.
Nie dorobiłam się niczego.
Ale cieszę się życiem i kocham je takie, jakie mam.
Dzieci wykształciłam, radzą sobie. A że nic po mnie nie odziedziczą, nawet urody?
Trudno. Nie mam na to wpływu.
Pieniądze nigdy się mnie nie trzymały, ale mam fajne życie.
I jeśli jutro się nie obudzę, nie będę niczego żałowała.
Ona zaś, jeśli się jutro nie obudzi, nie weźmie tej zaoszczędzonej kasy do grobu.
Za tym światem obie jesteśmy tyle samo warte.
Powiedziała, że będzie brała moją emeryturę i oszczędzała.
Zarechotałam.
I przypomniała mi się mama E., która na wieść, że jadę pod namiot do Mikołajek ze swoim chłopakiem powiedziała, że jak wrócę, pójdziemy do ginekologa, żeby sprawdzić, czy jestem jeszcze dziewicą...
Jak to wszyscy się zawsze o mnie pięknie troszczyli, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Nic nie boli tak, jak życie...
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Słodkie
dni wolności dobiegły końca i wróciłam na pracowe łono.
Ale jest OK, nie ma problemu, na całe 8 godzin z przerwami na Angry Birds pracy było.
Czułam się dziś fatalnie, ale w Piątce pani Ania też narzekała, i jeszcze jedna pani, w moim wieku, więc widać coś w powietrzu wisiało.
Nie jest źle.
I rozszyfrowałam, co to jest to karmienie dzieci, które mnie odrzuca w kosmos.
To BLW.
Ale jest OK, nie ma problemu, na całe 8 godzin z przerwami na Angry Birds pracy było.
Czułam się dziś fatalnie, ale w Piątce pani Ania też narzekała, i jeszcze jedna pani, w moim wieku, więc widać coś w powietrzu wisiało.
Nie jest źle.
I rozszyfrowałam, co to jest to karmienie dzieci, które mnie odrzuca w kosmos.
To BLW.
Baby Led Weaning - samodzielne karmienie niemowląt. Rozmawiałam z Pauliną i rzekła, że to wymysł z internetów i że jej syn karmiony jest jak Matka Natura przykazała. Ano, rozmawiając z Inżynierem zapytałam wprost, czy czuje się sfrustrowany, że nie mógł jedzeniem ozdabiać mieszkania i że od dziecięctwa zmuszany był do jedzenia jak człowiek. Powiedział, że skaz na psychice nie ma, zatem źle nie jest.
A ja sobie wydedukowałam, że miałam do dyspozycji jedną książkę: "Małe dziecko" i szlus. Plus instynkt i porady z Twojego Dziecka i Kobiety i Życia.
A współczesne matki mają całe internety i srajfony z netem.
Rezultaty?
Moja nerwica i frustracja.
A w dupie mam bezstresowe wychowanie moich wnuków. Mój dom, moje zasady, nie ma jedzenia i smarowania otoczenia, a jak chcą, niech z głodu zdychają.
Amen :D
W sumie chciałabym, żeby moje Synowe były jak moje znajome.
Uświadomiłam sobie, że to nierealne, bo one mnie nie cenią. I w sumie - w dupie to mam. Dlaczego ja całe życie mam akceptować wszystko, wybory moich dzieci, ich decyzje, a moich nie akceptuje nikt.
Że one sobie teściowej nie wybierały? Ja ich też nie, same przyszły. Odebrały mi synów w jakiś sposób, z czym walczyła nie będę, ale też nie będę się już o nic starała. Bo nie muszę.
Nic mi nie dały, ja im i owszem, dobrych mężów.
Nic im nie jestem winna.
Nikomu nic nie jestem winna, oprócz banku.
I tego się, Kochany Pamiętniczku, trzymajmy.
Bank spłacam, a jak spłacę, spokojnie umrę.
A po mnie niech wali się świat.
Storczyk sobie dziś kupiłam, kto biednemu zabroni?
A w grupie redaktorskiej na FB wymądrzał się facet, piszący o De Golu. Nie byłabym sobą, gdybym gościa nie poprawiła, bo jak można mówić De Gol o de Gaulle!!! odezwała się Ł, że to ich emerytowany profesor, a ja mu na ty.
No i? Sama już wyguglałam, że to profesor. I co z niego za profesor, odznaczony, nagradzany, z medalami, poeta itede, itepe, jak De Gol pisze?
Kurwa, zawsze myślałam, że tytuły obligują do wiedzy.
Jak widać, nie zawsze.
Nie, nie czuję satysfakcji. Zażenowanie czuję.
Jak po wszystkim, co w życiu czynię.
Kamień na szaniec...
wtorek, 2 sierpnia 2016
Uświadomiłam
sobie, że to w sumie koniec mojego świata.
Ano, będę musiała z tym żyć.
Mam swoje miejsce, a że z innymi miejscówkami nie wyszło?
Trudno. Oby do końca zostało tak jak jest. Nie mam więcej marzeń.
To było do przewidzenia.
Historia kołem się toczy, teraz to jeszcze dosadniej widzę.
A tak się śmiałam z tej komórki.
Niepotrzebnie.
No nic, Kochany Pamiętniczku, powoli przygotowuję się na 9. numerek :)
Ano, będę musiała z tym żyć.
Mam swoje miejsce, a że z innymi miejscówkami nie wyszło?
Trudno. Oby do końca zostało tak jak jest. Nie mam więcej marzeń.
To było do przewidzenia.
Historia kołem się toczy, teraz to jeszcze dosadniej widzę.
A tak się śmiałam z tej komórki.
Niepotrzebnie.
No nic, Kochany Pamiętniczku, powoli przygotowuję się na 9. numerek :)
niedziela, 31 lipca 2016
Po raz trzeci
mam szansę zostać babcią.
Dowiedziałam się dziś rano.
Żona Inżyniera jest od czerwca w ciąży.
Przyzwyczaiłam się już do babciowania i jestem szczęśliwa ich szczęściem.
I rozumiem, dlaczego Inżynier nalegał na randkę dziś, choć mi nie za bardzo pasowało :P
Niedziela upłynęła fantastycznie, spotkałam się z dziewczyną z grupy korektorskiej na FB, znaną dotąd wirtualnie.
Wpadła do PZ do swojej koleżanki, z synkiem.
Koleżanka "wuchtę wiary" zabrała na tę randkę, znaczy się dwójkę dzieci i męża.
Najmłodsze spało w wózku cały czas (bite 5 godzin), uśmiechając się przez sen, jakby mu się aniołki śniły. Dwa razy w tym czasie przystawione do piersi na chwilę, zapadało z powrotem w błogi sen.
Nie widziałam jeszcze takiego dziecka.
Przeraziło mnie... :)
Serio.
Kolejna z internetowych znajomości, zapisanych na plus, nie na minus.
Nawet jeśli nie przerodzi się w nic trwałego, dała parę miłych chwil, spędzonych w przesympatycznym towarzystwie.
I to się liczy, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
A za oknem kolejna burza tego lata...
Dowiedziałam się dziś rano.
Żona Inżyniera jest od czerwca w ciąży.
Przyzwyczaiłam się już do babciowania i jestem szczęśliwa ich szczęściem.
I rozumiem, dlaczego Inżynier nalegał na randkę dziś, choć mi nie za bardzo pasowało :P
Niedziela upłynęła fantastycznie, spotkałam się z dziewczyną z grupy korektorskiej na FB, znaną dotąd wirtualnie.
Wpadła do PZ do swojej koleżanki, z synkiem.
Koleżanka "wuchtę wiary" zabrała na tę randkę, znaczy się dwójkę dzieci i męża.
Najmłodsze spało w wózku cały czas (bite 5 godzin), uśmiechając się przez sen, jakby mu się aniołki śniły. Dwa razy w tym czasie przystawione do piersi na chwilę, zapadało z powrotem w błogi sen.
Nie widziałam jeszcze takiego dziecka.
Przeraziło mnie... :)
Serio.
Kolejna z internetowych znajomości, zapisanych na plus, nie na minus.
Nawet jeśli nie przerodzi się w nic trwałego, dała parę miłych chwil, spędzonych w przesympatycznym towarzystwie.
I to się liczy, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
A za oknem kolejna burza tego lata...
sobota, 30 lipca 2016
Już dawno
nie byłam tak zdołowana, jak po dzisiejszej wizycie u E.
Fakt, nie ma dziewczyna lekko, zawsze pod górkę i pod wiatr.
I jestem szczęściarą, mając moje problemy, nie jej.
Ale...
Przypomina mi mnie sprzed kilkudziesięciu już lat bez mała, kiedy na okrągło wałkowałam, co kto w rodzinie Eksa powiedział, co kto źle zrobił, kto krzywo spojrzał, a kto się uśmiechnął.
Jakie to szczęście mieć już to za sobą, nie rozmyślać, nie roztrząsać.
Wszyscy wyszliśmy z tego pokaleczeni i poharatani, moja teściowa mistrzynią była świata w skłócaniu bliskich, na zasadzie dziel i rządź.
Ciekawa jestem, czy na tamtym świecie będzie tak samo?
Ale ja już mam dystans i mam nadzieję, że na tamten świat go przeniosę.
Mieszkanie E. obraz nędzy i rozpaczy, nawet w epoce przedremontowej nie miałam takiego rozpiździelu.
A rękami i nogami broniła się przed przyjściem do mnie.
Zaprosiłam ostatni raz. Nie przyjdzie, wola boska i skrzypce.
Ja się tam już nie wybieram. Jestem zmęczona. Przedtem godzinami słuchałam, że kolejny men jest potworem, teraz jest potworem bratowa.
Może i jest.
Nie zazdroszczę sytuacji, bo wielce zawiła, powieść można pisać, jak i w rodzinie Eksa, ale nienawiścią nie da się ani żyć, ani załatwić. A już tym bardziej obsesją...
W sumie od studiów to była dla mnie bardzo toksyczna znajomość i ona jest "winna", że wyszłam za Eksa.
Oczywiście, dziś nie rozpatruję tego w kategoriach winy, w innym życiu też bym za Eksa wyszła (lub nie), bo kto takie fajne dzieci by mi zrobił?
Dałam jej namiary na mojego ginekologa, bo nie chciała rodzić. A to był dobry ginekolog.
Więc może jesteśmy kwita, bo w którymś momencie rzekła, że jest mi wdzięczna, ale nie może patrzeć na Pierworodnego.
Byłyśmy w ciąży w tym samym czasie.
Ja, bo chciałam, bo nie zważając na okoliczności, taki był plan: mieć dziecko, bo mi zegar cykał.
Nawet gdybym musiała je sama wychowywać, byłoby, bo tak było w gwiazdach zapisane.
Ona miała romans z żonatym mężczyzną, takim, co to "że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią..."
Nie oceniam.
Też miałam romanse, ale zawsze z osobami wolnymi.
Obrączka była zaporą nie do przeskoczenia, aczkolwiek jako młoda siksa kochałam się na zabój w żonatym.
Platonicznie, mocząc poduszkę i umierając z miłości...
Nie oceniam. Jesteśmy naprawdę różne.
I mamy swoje własne poplątane ścieżki, ale...
Nie po drodze...
Nie tym razem.
Ona na pamięć to umie...
A juterko Inżynier biedny, bo matka say no...
Cieszę się na rozmowę, bo będziemy sami (tak, wiem, okropna jestem), ale będzie ziewał, bo bladym świtem.
Później lecę na spotkanie z dziewczyną z Lublina, z grupy redaktorsko-korektorskiej.
Jakoś mnie ciągnie.
Zobaczymy...
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć, lepiej milczeć przytomnie i patrzeć...
Fakt, nie ma dziewczyna lekko, zawsze pod górkę i pod wiatr.
I jestem szczęściarą, mając moje problemy, nie jej.
Ale...
Przypomina mi mnie sprzed kilkudziesięciu już lat bez mała, kiedy na okrągło wałkowałam, co kto w rodzinie Eksa powiedział, co kto źle zrobił, kto krzywo spojrzał, a kto się uśmiechnął.
Jakie to szczęście mieć już to za sobą, nie rozmyślać, nie roztrząsać.
Wszyscy wyszliśmy z tego pokaleczeni i poharatani, moja teściowa mistrzynią była świata w skłócaniu bliskich, na zasadzie dziel i rządź.
Ciekawa jestem, czy na tamtym świecie będzie tak samo?
Ale ja już mam dystans i mam nadzieję, że na tamten świat go przeniosę.
Mieszkanie E. obraz nędzy i rozpaczy, nawet w epoce przedremontowej nie miałam takiego rozpiździelu.
A rękami i nogami broniła się przed przyjściem do mnie.
Zaprosiłam ostatni raz. Nie przyjdzie, wola boska i skrzypce.
Ja się tam już nie wybieram. Jestem zmęczona. Przedtem godzinami słuchałam, że kolejny men jest potworem, teraz jest potworem bratowa.
Może i jest.
Nie zazdroszczę sytuacji, bo wielce zawiła, powieść można pisać, jak i w rodzinie Eksa, ale nienawiścią nie da się ani żyć, ani załatwić. A już tym bardziej obsesją...
W sumie od studiów to była dla mnie bardzo toksyczna znajomość i ona jest "winna", że wyszłam za Eksa.
Oczywiście, dziś nie rozpatruję tego w kategoriach winy, w innym życiu też bym za Eksa wyszła (lub nie), bo kto takie fajne dzieci by mi zrobił?
Dałam jej namiary na mojego ginekologa, bo nie chciała rodzić. A to był dobry ginekolog.
Więc może jesteśmy kwita, bo w którymś momencie rzekła, że jest mi wdzięczna, ale nie może patrzeć na Pierworodnego.
Byłyśmy w ciąży w tym samym czasie.
Ja, bo chciałam, bo nie zważając na okoliczności, taki był plan: mieć dziecko, bo mi zegar cykał.
Nawet gdybym musiała je sama wychowywać, byłoby, bo tak było w gwiazdach zapisane.
Ona miała romans z żonatym mężczyzną, takim, co to "że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią..."
Nie oceniam.
Też miałam romanse, ale zawsze z osobami wolnymi.
Obrączka była zaporą nie do przeskoczenia, aczkolwiek jako młoda siksa kochałam się na zabój w żonatym.
Platonicznie, mocząc poduszkę i umierając z miłości...
Nie oceniam. Jesteśmy naprawdę różne.
I mamy swoje własne poplątane ścieżki, ale...
Nie po drodze...
Nie tym razem.
Ona na pamięć to umie...
A juterko Inżynier biedny, bo matka say no...
Cieszę się na rozmowę, bo będziemy sami (tak, wiem, okropna jestem), ale będzie ziewał, bo bladym świtem.
Później lecę na spotkanie z dziewczyną z Lublina, z grupy redaktorsko-korektorskiej.
Jakoś mnie ciągnie.
Zobaczymy...
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć, lepiej milczeć przytomnie i patrzeć...
czwartek, 28 lipca 2016
Na chwilę
w niedzielę wleciał Kierownik Budowy. Nakarmiłam, bo sierota jedna, jak to on.
A tak nawiasem mówiąc - nie rozumiem wielu rzeczy. Jak można robić wielkie halo i problem z prania, nie mam czasu, bo musiałem prać.
Hahahahaha...
Po urodzeniu Pierworodnego nie miałam nie tylko pralki, ale nawet ciepłej wody. Jednopalnikowa maszynka elektryczna chodziła od rana do nocy, a prałam w rękach. I nawet pampersów wtedy nie było, a zwykłe pieluchy tetrowe.
No nic :)
A w sobotę Mała Wiedźma skończyła sześć lat. Mój Dawny E. Wedel Kochany.
Za oknem uwił sobie gniazdko cwaniak
A z kuchni eksmitowałam
strachu się przy tym najadłam, jak w rękawicy mi zaszeleścił... Boję się latających rzeczy :D
W poniedziałek pojechałam do AR i miłe zaskoczenie.
Chociaż w pewnym momencie nie wiedziałam, gdzie w wiosce jestem, stanowczo za rzadko się szlajam :)
Po drodze w bimbie spotkałam E. i uległam. Pójdę do niej w sobotę. A w dupie mam. Uparła się jak osioł, że do niej, a potem mi pisze, że ma bałagan. To dlaczego nie przyjmie mojego zaproszenia? Mam posprzątane i ugotowane. Nie to nie, bez łaski :) Odmówiłam obiadu, zjem w domu, wpadnę na herbatę.
Uczynki miłosierne zaliczone będą :D
W niedzielę mam się zobaczyć z dziewczyną, którą znam tylko z forum korektorskiego. Młodziutka taka, gdzieś w wieku moich chłopców, jak nie młodsza. A co mi tam, do Warty mnie nie zepchnie chyba.
No więc bimbowe spotkanie to jedno, a potem w AR zatkało kakao.
Dostanę trochę grosza, a jak wiadomo, pieniądze nie śmierdzą. A jeszcze pani mnie pouczała, że nie mam nic mówić, że pracuję, bo po co.
Ano i tak wszyscy doją budżet, ja takim strumyczkiem, że śmiechu warte. Pracowałam tam hmm... 6 lat z przerwami na urlop macierzyński i jestem już do końca życia "ich" pracownikiem. Znaczy się, budżetówki.
Żyć, nie umierać.
Do parku Sołackiego polazłam na spacer, ale zwiałam tam czym prędzej, bo śmierdzi niemiłosiernie, stawy czymś zanieczyszczone...
Coś jest na rzeczy, jeszcze lipiec, a winobluszcz już czerwienieje. Myślałam, że tylko u mnie, ale widzę, że u innych też. Nigdy tak nie było, najwcześniej we wrześniu czerwieniał!
Na łeb dostałam, a jakże, dwa dni zaprawiałam ogórki. Jeden w curry, a drugi w kurkumie. Oczywiście, zupełnie nie trzymając się przepisów i kombinując jak koń pod górkę. I po cholerę, skoro nie jem potem tego?
Ale zajęcie miałam.
Dziś pojechałam do Ikea, bo musiałam kupić osłonkę na doniczkę ze storczykiem, bo rozrósł mi się tak, że podłoże wywalał, ale kwitnąć za Chiny Ludowe nie chce.
Inżynier kupił mi na moją prośbę naparstki na aukcji i czekałam i czekałam na nie bez końca.
Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Powtórne. Jak, kurwa, powtórne, jak pierwszego nie było?
Zapytałam na poczcie, usuwając oczywiście niecenzuralne słowo. Pani z okienka nic nie jest winna, wiem.
W domu - niespodziewajka.
Miał kupić jedną półeczkę, ale jak napisał później - niespodzianka bez okazji, kupił dwie. Dla niego to grosze, ale miło :)
I tak moja kolekcja wygląda dziś tak
Nowe półeczki wiszą prowizorycznie, bo okazało się, że Kierownik Budowy zwinął wszystkie narzędzia i nawet młotka w domu nie mam, jak chciałam dziurę w plastikowej doniczce do storczyków zrobić, to wbijałam nóż tłuczkiem do mięsa, bo trzeba umieć sobie radzić :D
Na juterko planuję ogarnianie chaupki i okna mnie nęcą. Tak, wiem, tydzień temu myłam, ale brudne są, bo latają wielkie muchy i inne robale i od zewnątrz są osrane, a i deszcze swoje robią...
I tak tydzień wolny powoli mija.
Wyciszam się powoli i nawet wieść, że chcą zakazać emerytom pracy udało mi się wyciszyć i nie zdenerwować tym na maksa, choć na początku ciśnienie mi skoczyło jak szalone.
Co ma być - będzie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Czy będę się martwiła, czy nie.
Coraz więcej aktów terroru, przemocy, zła.
Tak jak śmiałam się, jak teściowa mówiła o objawieniach, nie śmieję się już.
Ale - co ma być, będzie, nie zmienię nic.
Każda droga ma swój koniec.
I moja też.
A tak nawiasem mówiąc - nie rozumiem wielu rzeczy. Jak można robić wielkie halo i problem z prania, nie mam czasu, bo musiałem prać.
Hahahahaha...
Po urodzeniu Pierworodnego nie miałam nie tylko pralki, ale nawet ciepłej wody. Jednopalnikowa maszynka elektryczna chodziła od rana do nocy, a prałam w rękach. I nawet pampersów wtedy nie było, a zwykłe pieluchy tetrowe.
No nic :)
A w sobotę Mała Wiedźma skończyła sześć lat. Mój Dawny E. Wedel Kochany.
Za oknem uwił sobie gniazdko cwaniak
A z kuchni eksmitowałam
strachu się przy tym najadłam, jak w rękawicy mi zaszeleścił... Boję się latających rzeczy :D
W poniedziałek pojechałam do AR i miłe zaskoczenie.
Chociaż w pewnym momencie nie wiedziałam, gdzie w wiosce jestem, stanowczo za rzadko się szlajam :)
Po drodze w bimbie spotkałam E. i uległam. Pójdę do niej w sobotę. A w dupie mam. Uparła się jak osioł, że do niej, a potem mi pisze, że ma bałagan. To dlaczego nie przyjmie mojego zaproszenia? Mam posprzątane i ugotowane. Nie to nie, bez łaski :) Odmówiłam obiadu, zjem w domu, wpadnę na herbatę.
Uczynki miłosierne zaliczone będą :D
W niedzielę mam się zobaczyć z dziewczyną, którą znam tylko z forum korektorskiego. Młodziutka taka, gdzieś w wieku moich chłopców, jak nie młodsza. A co mi tam, do Warty mnie nie zepchnie chyba.
No więc bimbowe spotkanie to jedno, a potem w AR zatkało kakao.
Dostanę trochę grosza, a jak wiadomo, pieniądze nie śmierdzą. A jeszcze pani mnie pouczała, że nie mam nic mówić, że pracuję, bo po co.
Ano i tak wszyscy doją budżet, ja takim strumyczkiem, że śmiechu warte. Pracowałam tam hmm... 6 lat z przerwami na urlop macierzyński i jestem już do końca życia "ich" pracownikiem. Znaczy się, budżetówki.
Żyć, nie umierać.
Do parku Sołackiego polazłam na spacer, ale zwiałam tam czym prędzej, bo śmierdzi niemiłosiernie, stawy czymś zanieczyszczone...
Coś jest na rzeczy, jeszcze lipiec, a winobluszcz już czerwienieje. Myślałam, że tylko u mnie, ale widzę, że u innych też. Nigdy tak nie było, najwcześniej we wrześniu czerwieniał!
Na łeb dostałam, a jakże, dwa dni zaprawiałam ogórki. Jeden w curry, a drugi w kurkumie. Oczywiście, zupełnie nie trzymając się przepisów i kombinując jak koń pod górkę. I po cholerę, skoro nie jem potem tego?
Ale zajęcie miałam.
Dziś pojechałam do Ikea, bo musiałam kupić osłonkę na doniczkę ze storczykiem, bo rozrósł mi się tak, że podłoże wywalał, ale kwitnąć za Chiny Ludowe nie chce.
Inżynier kupił mi na moją prośbę naparstki na aukcji i czekałam i czekałam na nie bez końca.
Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Powtórne. Jak, kurwa, powtórne, jak pierwszego nie było?
Zapytałam na poczcie, usuwając oczywiście niecenzuralne słowo. Pani z okienka nic nie jest winna, wiem.
W domu - niespodziewajka.
Miał kupić jedną półeczkę, ale jak napisał później - niespodzianka bez okazji, kupił dwie. Dla niego to grosze, ale miło :)
I tak moja kolekcja wygląda dziś tak
Nowe półeczki wiszą prowizorycznie, bo okazało się, że Kierownik Budowy zwinął wszystkie narzędzia i nawet młotka w domu nie mam, jak chciałam dziurę w plastikowej doniczce do storczyków zrobić, to wbijałam nóż tłuczkiem do mięsa, bo trzeba umieć sobie radzić :D
Na juterko planuję ogarnianie chaupki i okna mnie nęcą. Tak, wiem, tydzień temu myłam, ale brudne są, bo latają wielkie muchy i inne robale i od zewnątrz są osrane, a i deszcze swoje robią...
I tak tydzień wolny powoli mija.
Wyciszam się powoli i nawet wieść, że chcą zakazać emerytom pracy udało mi się wyciszyć i nie zdenerwować tym na maksa, choć na początku ciśnienie mi skoczyło jak szalone.
Co ma być - będzie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Czy będę się martwiła, czy nie.
Coraz więcej aktów terroru, przemocy, zła.
Tak jak śmiałam się, jak teściowa mówiła o objawieniach, nie śmieję się już.
Ale - co ma być, będzie, nie zmienię nic.
Każda droga ma swój koniec.
I moja też.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























