do ósmej. Do drugiej w nocy grałam.
Oj tam, oj tam, kto bogatemu zabroni.
I właziłam coraz głębiej pod kordełkę, nie mając ochoty na nic.
Ale, Kochany Pamiętniczku, obiecałam, że nie zmarnuję już ani jednego dnia.
Wstałam więc i odświeżywszy zwłoki poleciałam do ZUS z petycją o zwiększenie mojej jałmużny, albowiem rok w pocie czoła znów przepracowałam, od chwili gdy mnie zesłano na emeryturę.
A co, nawet jak to będzie kilka złotych, to jest moje kilka złotych.
Na piwo będzie :)
Wracając do badylkowego wstąpiłam, bo balkon obraz nędzy i rozpaczy w tym roku, jakieś robale są, zdaje się, że mączliki.
W badylkowym tylko wrzosy oczy cieszyły jeszcze, ale wrzosów nie chcę. Padają bardzo szybko. Chciałabym bratki ukochane, ale nie było.
Zatem do domu wróciwszy, lewa, prawa, zahaczywszy o Biedronkę w celu kupienia wody, bo woda ogórkowa wychodzi na niej lepsza niż na zwykłej wodzie z kranu, pomidorową z lanymi kluseczkami sporządziłam na drugiej porcji rosołu. Ojapierdolę, padłam.
I tak sobie leżę i leżę, i gram, gdy wtem, Kochany Pamiętniczku, sumienie mnie w dupę kopnęło.
Zwłoki zwlekłam więc z kanapki i pomaszerowałam lewa prawa do kuchni.
Wzdech.
Ogarnęłam kuchenną kuwetę, umyłam nawet lodówkę. Znalazłam w niej resztki portugalskich jogurtów, które kupiłam na tony, bo słoiczki po nich świetnie nadają się na wkładanie podgrzewaczy :) I tak stały sobie, z terminem przydatności do 7 lipca.
Otworzyłam.
Hmmm... Ani nie śmierdzą, smakują OK, to jednego zjadłam. Wszak poznaniacy to Szkoci wyrzuceni ze Szkocji za skąpstwo. Jak już więcej nie napiszę, to wspominajcie mnie dobrze albo wcale, ale na razie jest git majonez :)
Jak nie zadziała, zjem resztę, a co ma się zdrowa żywność marnować...
Jako że znalazłam składankę z piosenek z Dirty dancing, z kuchni przerzuciłam się na loggię.
A tam obraz nędzy i rozpaczy, bo i winobluszcz opada, i kwiatki zdychają, i inne takie tam. Wózek, co mu pół roku temu kółko odpadło leży i kwiczy, a w nim butelki po orgiach z Inżynierem i nie tylko. Wózek leży na zasadzie, że przydasię.
Bo ja jestem z pokolenia przydasię...
Nawet rękawów nie zakasywałam, ale ogarnęłam z leksza tę kuwetę. Z leksza, bo w szafkach nie sprzątałam, a tam nocnik na garnku i inne takie tam... Ale garnek, a właściwie kociołek potrzebny jest, jak pasteryzuję przetwory i gdy nie ma ciepłej wody. Swoje przeżył, kiedyś na dwa tygodnie co roku wyłączano wodę, a do domu wracały egzemplarze dwa, utytłane w piaseczku. Za gaz płacę od zawsze 8 zł...
Wywaliłam też miski i kubełki, trzymane na zasadzie: przydasię.
Nie przyda się, nowe kupię jak coś, kosztują grosze.
Balkon wyładniał, a jutro polecę na giełdę, jak wstanę, może tam coś będzie?
Taki mam plan :D
Plan na resztę dnia jest taki: jako że rząd niemiecki wzywa obywateli do robienia zapasów, porobię trochę zapasów. Moi bliscy przewracają się w grobie, ale czasy takie, że bardziej wierzę rządowi niemieckiemu, jak naszemu.
Tu i tam są wariaci, ale tam są wariaci bardziej ogarnięci.
Dziś czytałam w necie, jak Macierewicz ucieka przez Zaleszczyki, odczytując apel smoleński.
Ja nie będę nigdzie uciekała. Jak mnie bomba nie zmiecie, będę zażerała się powidłami i ogórkami.
Mam fazę.
Wiem.
Ale lepsze to chyba, jak leżenie na fotelu i użalanie się nad sobą.
Bo taka prawda, że nikt mnie nie kocha i tego nic nie zmienia.
Oczywiście, Kochany Pamiętniczku, pomijając My Shadow :)
I tego się trzymajmy w razie czego ;)
I do pracki muszę wlecieć, zostawić kaskę na czosnek, trzy warkocze zamówiłam. Jest ojapierdolę. Jeszcze takiego nie jadłam :D A więcej w tym roku nie będzie.
Czosnek zaliczy się do zapasów i git majonez będzie :P
I to już, niestety, jesień, nie że susza...
A rakietka tłucze robale śpiewająco. Ćmę zatłukła na śmierć. Nie wiem, co z tymi ćmami w tym roku, już trzecia mi do łazienki wlatuje w ciągu miesiąca, a kiedyś latami nic...
ja wczoraj też ogarnęłam swoją kuchnię na Włościach, ogóry i syropy pomaszerowały do piwnicy. Braciu za to nakazał mi wymarsz i sprawdzenie, czy jeszcze są ogóry na małosolne, bo mu moje posmakowały (no ja myślę, bo nie dawałam do nich bazylii, jak to jemu się na fantazję w tym roku włączyło, a skąd mu ta bazylii przyszła do głowy - tego chyba on sam nie wie)
OdpowiedzUsuńeksperymenty kulinarne nie zawsze się udają :)
UsuńCieszę się, że można znowu czytać Pani bloga, ja jestem cichą podczytywaczką, ale przeczytałam całość i zawsze bardzo czekałam na nowy wpis. Nina z Belfastu
OdpowiedzUsuńDziękuję, czytając takie komentarze czuję się naprawdę hmm... potrzebna :) Trudno mi znaleźć słowo. I jaka tam pani, jak Stara Jędza :D Pozdrawiam, Nino z Belfastu :)
Usuńdziękuję za pozdrowienia Stara Jędzo :-) Belfast się kłania :-)
OdpowiedzUsuńTeż czekałam na nowe wpisy i bardzo się cieszę, że wróciłaś :)
OdpowiedzUsuńAnita
Dziękuję :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń