środa, 24 sierpnia 2016

Narobiłam się

wczoraj, jak dziki osioł, a dziś rano okazuje się, że cały pogrzeb na nic.
Bo to z Manhattanu, zgodnie z planem przywlekłam 3 kilo śliwek, ileś tam ogórków, papryki piękne, z Biedronki słoje, ledwo wózek uciągnęłam.
I tak sobie myślę: rosołku nagotuję jeszcze i sruuu... indycze kawałki.
I





na pierwszy ogień poszły śliwki.

A potem już grało, śpiewało i tańczyło (dosłownie, bo leciała moja ukochana składanka I just called to say I love You... (ale nie słyszał, nie odbierał telefonu :( )...


A dziś rano okazało się, że dupa blada w czerwone cętki

wszystko cieknie, nic się nie zamknęło. Więc próbuję zamknąć jeszcze raz, jak nie, wszystko pójdzie do kubła, bo tyle nie zjem, pęknę. I prawdę mówiąc, dupy nie urywa, a zrobiłam z zachwalanego przepisu - z miodem. No nic, zobaczymy. Pasteryzowanie okazuje się jednak do niczego, bo wszystkie słoiki, które zamykam metodą - wlej i do góry nogami w kocyk trzymają latami jak złoto. A pasteryzowane nie wiadomo dlaczego - kapryszą. Tym razem focha strzeliły wszystkie...
Śliwki zaś w tym roku mało słodkie są i zastanawiam się, czy nie będę musiała do nich dodać cukru, czego nie lubię.
Stwierdzam więc, że plany bawienia się w robienie zapasów na wojnę spaliły na panewce. Może to i dobrze, bo w komórce już miejsca nie ma, a ubiegłoroczne jeszcze nie zjedzone, mimo że wydawałam :)

Zatem polecę dziś do pracy, zostawić kasę na czosnek, mogłabym jutro, bo czosnek jutro przybędzie, ale nie wiem o której :D  Mam sieciówkę i muszę ją wyjeździć, co się będzie MPK na mnie tuczyć :D Potem mam inne plany, albo wyjdą, albo nie, ale co sobie połażę, to moje.
I na Bema wczoraj byłam (ku pamięci), na giełdzie kwiatowej. I ojapierdolę. Pustki. Tylko morze chryzantem, dąbków i wrzosów oraz wrzośćców. Z  kwiatów ciętych astry, leluje i mieczyki, ale w zabójczych cenach i po 20 sztuk. Z 20 sztukami leluj czy mieczyków to ja mam problem, gdzie to ustawić i w co.
Więc w ramach pocieszenia kupiłam za 12 zł

a na rolecie widać w całej okazałości zabitego komara :) Nie teleportował się przez roletę ;)

I tym sposobem, Kochany Pamiętniczku, naprawdę się już jesień zaczyna i nie ma komu dać w mordę...

UPDATE 

Czosnek już dziś był, ale tylko dwa warkocze. A że miałam jeszcze w planach coś, poleciałam do miasta. Idę sobie z Endomondo, bo u nas to nic nie jeździ w niektórych okolicach, słucham już nie I just called, bo odpuściłam i nie dzwonię, ale Time to say goodbye, no w końcu pora, co nie? Co się będę rzucać na szyję w charakterze naszyjnika z pereł (te perły przed wieprze...)... I tu naprzeciwko mnie idzie dwóch hmmm... Młodych, ale nie Polaków - może Romów (poprawnam politycznie do szpiku kości czy innych kolorowych - i tu już nie jestem poprawna) z różami w rękach. Takie wielkie, herbaciane. Jeden na mnie wlatuje i wciska mi kwiat do ręki. W pierwszej chwili myślałam, że śnię, potem: ukryta kamera, potem: dzień dobroci dla staruch, jakaś akcja reklamowa, happening. Więc smile na ten mord i merci pięknie rzekę. A młodzieniec wyjmuje kajecik i długopis, myślę, kurde, oszalał, i podtyka mi pod nos. A w kajeciku tabelka, w jednej rubryczce damskie imiona, w drugiej kwoty od 5 do 50... Hahahahahahahahhahahaha :) Gościu chciał kaskę za różę i to chciał kaskę, a różę należało oddać. Dziś prawdziwych dżentelmenów już nie ma.  Oddałam, nawet nie wyciągnęłam pięciu złotych, które dyżurowały w kieszeni w oczekiwaniu na wózek w Lidlu, nie mówiąc już o portfelu z torebki, zaśmiałam się radośnie i rzekłam: nie ma kasy. A kwiatek sobie sama kupię. I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa...
To tak jak z tymi perfumami przy św. Wojciechu. Do trzech razy sztuka, niech teraz ktokolwiek się do mnie zbliży, to nakopię do dupy od razu.
I tak sobie myślę, ja, stara, do roboty zasuwam, w sumie za niewielkie pieniądze, biorąc pod uwagę moją wiedzę (a co, wiem że mam sporą), żeby nie dokładanie zusowskiej jałmużny, też bym bardzo cienko za nią przędła. A tu młodzi, zdrowi i takie numery? Jak kurwa nie mają wykształcenia, to do łopaty szukają ludzi zawsze. Młodzi są, mogą łopatą machać i uczyć się, jak chcą dalej! A nie cyganić kasę od kobiet w wieku ich matek...  Jak to trzeba nie mieć ani odrobiny godności.
Nie lubię wychodzić na idiotkę :)

Żaden słoik się nie zamknął, mimo powtórnego pasteryzowania. Wsadziłam do lodówki, jakiś czas wytrzyma na pewno, powoli pojem, ale cała ochota na ogórki mi przeszła :) I tak się zastanawiam, czy to nie jest wina słoików? Bo jeszcze mi się nigdy nie zdarzyło tak. Nie polecę kupować nowych, olać. Dora kiedyś pisała, że jej się słoiki nie chcą zamykać, może to też były takie felerne? Moje kupiłam w Biedronce. Stare, używane, po majonezie i innych cudach wiankach zamykają się śpiewająco, a te nie.

Tyle dobrego, że skończę te powidła i koniec z zaprawami :) Nie warta skórka za wyprawkę :P

A w pracy D. dopomina się o kasę na urodziny B. Popatrzyłam jak na idiotkę. Zresztą nie miałam kasy, bo ja nie noszę gotówki. Ona nosi. Tysiące. Włazodup wymyślił 30 zł na tort i prezent. Razy 30 osób z firmy to 900 zł. Tort na wesele kosztował 500-600, a najadło się nim 70 osób i jeszcze do pracy wiozłam, a i od Synowej do domu wzięli.
A nawet tego nie powącham, bo mnie w tym czasie nie będzie.
Od 6 lat bez podwyżki.
I nie mam pensji rzędu kilkunastu tysięcy, jak co poniektórzy z góry. Więc spoko wodza. Nie poczuwam się i tyle. Od swoich rocznic się wykręciłam, że nie obchodzę. Bo ja dostanę badylka i rączka-rączka, buzi-buzi, a ciasto i kawę muszę postawić wszystkim. Za własne, nie że mi tort składkowy kupią. Więc dziękuję, postoję :) A kwiatek sobie sama kupię, bo i tak nikt mi nigdy nie daje ;) O!
Może i jestem wyrachowana, ale przynajmniej mówię, co czuję i myślę.
I w dupie mam :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz