jakiś majstrował dziś przy prądzie w naszym bloku. Wszędzie było światło, tylko u nas jak na dyskotece. Akurat miałam robotę wziętą do domu, bo wariatkowo jest nieopisane, a będzie jeszcze większe.
A tu, Kochany Pamiętniczku - jasno, ciemno, jasno, ciemno, jasno...
Wyłączyłam wszystko, bo bałam się, że przepięcie będzie i sprzęt mi szlag trafi.
I błogosławiłam te lampki ledowe, com je kupiła na święta, bo są na baterie, a świecą, że hohoho :) Spokojnie skorekciłam te kilkanaście stron, nie męcząc oczu.
A padnięta jestem, bo po zawierusze wszyscy piszą jak najęci, a że piszą szybko i już nie czytają, to dostaję takie kwiatki, że ojapierdolę. Pisząc z zamkniętymi oczyma nie nasadziłabym tylu błędów. W sensie literówek. Fakt, piszę bezwzrokowo, choć wolę czasem spojrzeć na klawiaturę, zazwyczaj po przejściu z jednej na drugą.
A najlepszy kawał, że jakiś idiota zamykanie warzywek ustawił na... 27 grudnia.
A mnie już wtedy nie będzie.
Naczelna mdleje, spazmuje i nie widzi opcji innej korektorki.
Stanęło na tym, że wezmę netbooka i ogarnę Wordem i PDF.
Jeśli myślą, że w same święta będę im pracować, to myślą.
Kocham pracę, bo ona na mnie leci.
I tyle w temacie, monotematycznie.
Inne kwestie leżą i kwiczą, aczkolwiek dziś zdążyłam po drodze do rzeźnika, bo teraz już mają otwarte do 18, nie do 20.
Jutro tylko rano chleb. Mięso i inne zabawki mam, to i 11 listopada przeżyję.
A po rogale się wybiorę na spacer do piekarni, bo wszystkie w okolicy otwarte. Albo i nie, bo jak wypocznę, mogę się pokulać na Święty Marcin. Na półmaraton się już nie załapię, bo jest rano, a ja MUSZĘ pospać, inaczej zdechnę.
A tego się nie robi Baranowi :) Kochany jest, zaraz wszystko ogarnął i uszykuje, a jak jadę do moich dzieci, sama sobie powlekam pościel, bo one nigdy nie mają czasu. Więc chcę, żeby wiedział, że wszystko doceniam i będę się twardo trzymała :)
Ale za to na pełnej petardzie :)
Trump wygrał. Jednak. Stardust się cieszy. Ma prawo, to jej kraj. Ale ja mam wrażenie, że i tam dorwali się do władzy ludzie tak dzicy, jak rządzący tu.
Nie mam na to najmniejszego wpływu, więc nie zamierzam się na zapas zamartwiać.
Ale nie czuję się komfortowo. Kiedyś wydawało mi się, że wystarczy żyć uczciwie.
Teraz już wiem, że to za mało, by być spokojnym.
Człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera...
No dobra, koniec umierania :P
środa, 9 listopada 2016
wtorek, 8 listopada 2016
Ponoć
tylko krowa nie zmienia poglądów,
Zatem, zmiękczona Baranim wzrokiem i Postmanowym wyciem, przespawszy się ze ślimakami, zanabyłam bilet i postaram się w każdych okolicznościach przyrody na Wyspy dolecieć.
Gryzie mnie sumienie, bo Synowa Młodsza skomentowała to tak, że zła ze mnie babcia, że się w wnukami nie zobaczę.
Ano, wnuki będą w PL, a ja w UK. Jedyne co mnie ominie, to totalna demolka mieszkania i padnięcie zimowe. Bo nie wiadomo, jak będzie na dworze, a utrzymać dzieci w mieszkaniu to wyczyn. Jak będzie zima, to tony piaseczku. Nie mam na to ani siły, ani ochoty. Starość.
Ale też mam prawo do siebie i swojego życia, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Żal mi Pierworodnego, że nie zobaczę po raz kolejny, ale mam nadzieję to naprawić. Sama nie wiem, czy go to wzruszy, czy nie. Mnie wzrusza. Nawet mu jeszcze nie powiedziałam, że lecę. Ale też nie umawiałam się z nimi, odmówiłam tylko wigilii u jego teściów i powiedziałam, że zobaczymy, jak się ułoży.
I nie, nie faworyzuję Inżyniera, nie jadę do Inżyniera, Synowa ma zamówienie na "ich Wigilię w ich domu" i niech się dobrze czują i bawią.
Zobaczymy się w święta, na kawce, dojadą.
A ja, no cóż, wbrew planom nie będę sama, a z moimi ulubionymi chłopakami.
Co to wszystko zrobią, nawet plecki chętnie umyją :D
Teraz wkurzam się, bo nagle okazuje się, że jak - nie mogąc się doprosić rozkładu jazdy od stycznia - kupiłam sobie bilet, to jakiś geniusz ułożył plan tak, że wszystko robimy zaraz po nowym roku. A ja wrócę później. Nigdy nie robili w takich terminach, a teraz nagle wszystko. I w sumie, żeby z tym nadążyć, musiałabym cały miesiąc chodzić do pracy.
W dupie to mam. Wypiszę urlop. Boss niech się cieszy, że urlop biorę, kurwa. Bo cały rok jęczał, że nie biorę. Teraz będzie jęczał, że biorę. Dogódź tu facetowi. Już przesunęli termin w drukarni, żebym zdążyła wrócić.
Czyli w dwa dni będę robiła robotę z czterech.
Tyż piknie.
A na razie szukam walizki, zastanawiam się, czy wziąć droższą, czy tańszą, bo w końcu i tak ją szlag trafi...
Szafę mam pełną walizek, służą jako schowki, bo każda inwalidka.
Przez te 12 lat zużyłam już chyba z 10 walizek, a te najlepsze zakosiły mi dzieci - Pierworodny wyjeżdżając i Inżynier, wynosząc się na emigrację.
A czasu na wszystko mam mało, bo...
Tak ułożyli rozkład, że chyba nawet weekendy będę miała zapchane.
Może to i dobrze.
Tak się żyje, jak kazał ksiądz - na pełnej petardzie :)
Zatem, zmiękczona Baranim wzrokiem i Postmanowym wyciem, przespawszy się ze ślimakami, zanabyłam bilet i postaram się w każdych okolicznościach przyrody na Wyspy dolecieć.
Gryzie mnie sumienie, bo Synowa Młodsza skomentowała to tak, że zła ze mnie babcia, że się w wnukami nie zobaczę.
Ano, wnuki będą w PL, a ja w UK. Jedyne co mnie ominie, to totalna demolka mieszkania i padnięcie zimowe. Bo nie wiadomo, jak będzie na dworze, a utrzymać dzieci w mieszkaniu to wyczyn. Jak będzie zima, to tony piaseczku. Nie mam na to ani siły, ani ochoty. Starość.
Ale też mam prawo do siebie i swojego życia, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Żal mi Pierworodnego, że nie zobaczę po raz kolejny, ale mam nadzieję to naprawić. Sama nie wiem, czy go to wzruszy, czy nie. Mnie wzrusza. Nawet mu jeszcze nie powiedziałam, że lecę. Ale też nie umawiałam się z nimi, odmówiłam tylko wigilii u jego teściów i powiedziałam, że zobaczymy, jak się ułoży.
I nie, nie faworyzuję Inżyniera, nie jadę do Inżyniera, Synowa ma zamówienie na "ich Wigilię w ich domu" i niech się dobrze czują i bawią.
Zobaczymy się w święta, na kawce, dojadą.
A ja, no cóż, wbrew planom nie będę sama, a z moimi ulubionymi chłopakami.
Co to wszystko zrobią, nawet plecki chętnie umyją :D
Teraz wkurzam się, bo nagle okazuje się, że jak - nie mogąc się doprosić rozkładu jazdy od stycznia - kupiłam sobie bilet, to jakiś geniusz ułożył plan tak, że wszystko robimy zaraz po nowym roku. A ja wrócę później. Nigdy nie robili w takich terminach, a teraz nagle wszystko. I w sumie, żeby z tym nadążyć, musiałabym cały miesiąc chodzić do pracy.
W dupie to mam. Wypiszę urlop. Boss niech się cieszy, że urlop biorę, kurwa. Bo cały rok jęczał, że nie biorę. Teraz będzie jęczał, że biorę. Dogódź tu facetowi. Już przesunęli termin w drukarni, żebym zdążyła wrócić.
Czyli w dwa dni będę robiła robotę z czterech.
Tyż piknie.
A na razie szukam walizki, zastanawiam się, czy wziąć droższą, czy tańszą, bo w końcu i tak ją szlag trafi...
Szafę mam pełną walizek, służą jako schowki, bo każda inwalidka.
Przez te 12 lat zużyłam już chyba z 10 walizek, a te najlepsze zakosiły mi dzieci - Pierworodny wyjeżdżając i Inżynier, wynosząc się na emigrację.
A czasu na wszystko mam mało, bo...
Tak ułożyli rozkład, że chyba nawet weekendy będę miała zapchane.
Może to i dobrze.
Tak się żyje, jak kazał ksiądz - na pełnej petardzie :)
poniedziałek, 7 listopada 2016
Rozum
mi odebrało. Ze szczętem.
No nic.
Ten model tak ma, Kochany Pamiętniczku...
Ale...
Tak wyszło.
A ten chuj, co dostał wszystko na tacy nawet dziękuję nie powiedział, nie mówiąc już o tym, że ani się nie zająknął, jak fajnie wszystko zrobiłam!
A kij mu w oko :)
Porąbana jestem i tego nic nie zmieni.
Nawet próba przekonwertowania mnie na buddyzm :)
Mam mało czasu na wszystko, ale oj tam, oj tam.
I na spotkanie z Biedroniem pójdę w sobotę, bo Synowa chce mieć autograf :)
Po... gięło mnie na maksa.
Koniec samokrytyki.
Raz się żyje, potem się straszy.
No nic.
Ten model tak ma, Kochany Pamiętniczku...
Ale...
Tak wyszło.
A ten chuj, co dostał wszystko na tacy nawet dziękuję nie powiedział, nie mówiąc już o tym, że ani się nie zająknął, jak fajnie wszystko zrobiłam!
A kij mu w oko :)
Porąbana jestem i tego nic nie zmieni.
Nawet próba przekonwertowania mnie na buddyzm :)
Mam mało czasu na wszystko, ale oj tam, oj tam.
I na spotkanie z Biedroniem pójdę w sobotę, bo Synowa chce mieć autograf :)
Po... gięło mnie na maksa.
Koniec samokrytyki.
Raz się żyje, potem się straszy.
niedziela, 6 listopada 2016
Zrobiłam
ja bym sobie nie poradziła? :)
Tak, Kochany Pamiętniczku, mam tę moc.
Bo ja mocna czarownica jestem.
Ale i zielonych karteczek zostało od groma, bo popuszczali takie byki graficzne, że ojapierdolę. Nie moja działka, wiem, nie mój zakres obowiązków (w Auschwitz był), ale po prostu serce mi nie pozwala na puszczenie takiego gniota, bo w stopce jest też moje nazwisko :P
Oj tam, oj tam, wiem, ale nie umiem.
Niedorobiona jakaś jestem i tyle.
Dobrze, że przez te wszystkie lata, mimo że sobie obiecywałam, nie nauczyłam się łamać. Inaczej pewno robiłabym wszystko :)
Podstawy programów graficznych znam, na tyle, że wystarczy mi to do moich obowiązków.
I dobrze :O
A tak naprawdę, nie chcę straszyć, ale
Tak, Kochany Pamiętniczku, mam tę moc.
Bo ja mocna czarownica jestem.
Ale i zielonych karteczek zostało od groma, bo popuszczali takie byki graficzne, że ojapierdolę. Nie moja działka, wiem, nie mój zakres obowiązków (w Auschwitz był), ale po prostu serce mi nie pozwala na puszczenie takiego gniota, bo w stopce jest też moje nazwisko :P
Oj tam, oj tam, wiem, ale nie umiem.
Niedorobiona jakaś jestem i tyle.
Dobrze, że przez te wszystkie lata, mimo że sobie obiecywałam, nie nauczyłam się łamać. Inaczej pewno robiłabym wszystko :)
Podstawy programów graficznych znam, na tyle, że wystarczy mi to do moich obowiązków.
I dobrze :O
A tak naprawdę, nie chcę straszyć, ale
WINTER IS COMING
Mój grudzień sam z siebie zakwita, bez proszenia. Dotąd nigdy tego nie robił, zawsze kupowałam kwitnące. A w tym roku - proszę. I ma dużo pąków...
sobota, 5 listopada 2016
Popylam
od rana ze śrubką w dupce, okrętową numer 5, żeby wszystko ogarnąć i zrobić, co ma do zrobienia, bo ten model tak ma, że jak obieca, to święte, choćby siekiery z nieba leciały.
A tu na Hangoucie redaktorek pisze, że on w pracy, że jak coś to mi pomoże. Pyta, ile zrobiłam i na ile wyceniam to w alkoholu: piwo, wino, wódka czy spirytus. A ja, kurwa, w jeden wieczór zrobiłam WSZYSTKO, teraz tylko nanieść na kompa. Oni bawili się z tym cały miesiąc, w sumie nic nie robiąc, bo to jest na gotowcu, zmienili tylko kolejność stron, nic nowego nie dopisali, fot nie wymienili, no i tego, pierdolonego indeksu palcem w bucie nie tknęli, bo nie potrafią :)
Odpisuję, że wszystko pod kontrolą, całość będzie gotowa na poniedziałek, zostanie tylko parę poprawek dla grafika, bo tego nie umiem zrobić, jak tekst jest urwany i że jak coś to może być białe Martini.
A on, z głupia frant, że on pytał o stopień trudności w procentach alkoholu.
Kij mu w oko.
Napisałam, że piwo bezalkoholowe i dalej nie dyskutowałam, choć jeszcze chciał gadać.
Kij w plecy, bo w dupę by przyjemność miał. Oni wszyscy tak do pracy chodzą, nawet w weekendy, nazywa się to, że ciężko pracują, po godzinach. Myślę, że chodzi o wyrwanie się z domu, gdzie są małe dzieci. A ja lubię swój dom, zawsze lubiłam. Pracuję, żeby żyć, a nie żyję, żeby pracować.
Odwaliłam za niego całą katorżniczą pracę, katorżniczą, bo pomijając konwersję stron nie dało się tego jednak zrobić automatem, bo gdybym zamieniła 11 na 185 automatem, to potem gdybym musiała zamienić 185 na 259, zamieniłoby mi już wszystkie 185, więc bawiłam się w to ręcznie, nie licząc układania algorytmu.
No nic. Dopiero skończyłam pracę.
Jutro zrobię resztę, to już drobiazgi.
I clou: nie będę nic sprawdzała, bo sprawdzanie zgodności to praca redaktora, nie korekty.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jest cwany i zwala swoją działkę na innych.
Też jestem cwana.
I nawet nie chodzi mi o wino, ale o zasadę.
O dziękuję.
To nie pierwszy raz tak zrobił, ale ostatni.
Kto z Mieciem wojuje, od Miecia ginie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
:)
Biada tym, którzy na odcisk korekcie wlezą. Oj, biada :P
Za to w poniedziałek będą zaiwaniać, a ja będę miała na to wyrąbane. I wstępniak, i okładkę zrobię jak będzie mi pasowało i na pewno nie będę kiblowała po godzinach :D
A teraz The Crown, bo pierwszy odcinek ma już napisy i potem do łóżeczka.
Dwa kocki sobie kupiłam i takie zajefajne lampeczki.
Kocki, bo zima idzie sroga, a moje kocki mają już ponad 30 lat...
I powoli zaczynają się pruć :)
A tu na Hangoucie redaktorek pisze, że on w pracy, że jak coś to mi pomoże. Pyta, ile zrobiłam i na ile wyceniam to w alkoholu: piwo, wino, wódka czy spirytus. A ja, kurwa, w jeden wieczór zrobiłam WSZYSTKO, teraz tylko nanieść na kompa. Oni bawili się z tym cały miesiąc, w sumie nic nie robiąc, bo to jest na gotowcu, zmienili tylko kolejność stron, nic nowego nie dopisali, fot nie wymienili, no i tego, pierdolonego indeksu palcem w bucie nie tknęli, bo nie potrafią :)
Odpisuję, że wszystko pod kontrolą, całość będzie gotowa na poniedziałek, zostanie tylko parę poprawek dla grafika, bo tego nie umiem zrobić, jak tekst jest urwany i że jak coś to może być białe Martini.
A on, z głupia frant, że on pytał o stopień trudności w procentach alkoholu.
Kij mu w oko.
Napisałam, że piwo bezalkoholowe i dalej nie dyskutowałam, choć jeszcze chciał gadać.
Kij w plecy, bo w dupę by przyjemność miał. Oni wszyscy tak do pracy chodzą, nawet w weekendy, nazywa się to, że ciężko pracują, po godzinach. Myślę, że chodzi o wyrwanie się z domu, gdzie są małe dzieci. A ja lubię swój dom, zawsze lubiłam. Pracuję, żeby żyć, a nie żyję, żeby pracować.
Odwaliłam za niego całą katorżniczą pracę, katorżniczą, bo pomijając konwersję stron nie dało się tego jednak zrobić automatem, bo gdybym zamieniła 11 na 185 automatem, to potem gdybym musiała zamienić 185 na 259, zamieniłoby mi już wszystkie 185, więc bawiłam się w to ręcznie, nie licząc układania algorytmu.
No nic. Dopiero skończyłam pracę.
Jutro zrobię resztę, to już drobiazgi.
I clou: nie będę nic sprawdzała, bo sprawdzanie zgodności to praca redaktora, nie korekty.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jest cwany i zwala swoją działkę na innych.
Też jestem cwana.
I nawet nie chodzi mi o wino, ale o zasadę.
O dziękuję.
To nie pierwszy raz tak zrobił, ale ostatni.
Kto z Mieciem wojuje, od Miecia ginie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
:)
Biada tym, którzy na odcisk korekcie wlezą. Oj, biada :P
Za to w poniedziałek będą zaiwaniać, a ja będę miała na to wyrąbane. I wstępniak, i okładkę zrobię jak będzie mi pasowało i na pewno nie będę kiblowała po godzinach :D
A teraz The Crown, bo pierwszy odcinek ma już napisy i potem do łóżeczka.
Dwa kocki sobie kupiłam i takie zajefajne lampeczki.
Kocki, bo zima idzie sroga, a moje kocki mają już ponad 30 lat...
I powoli zaczynają się pruć :)
piątek, 4 listopada 2016
Pierdyknęło
i zadymiło.
Siedzę ja sobie w koszulince, wykąpana i pachnąca, zebrać się nie mogę, a to i Manhattan, i do fryzjera by trzeba, i dentysta się kłania, i takie tam...
A tu włażę na pocztę i pierdut. Faktury za neta szukałam, a znalazłam emilka od sekretarki, czy przeczytałam emilka od Bossa.
Bo Boss mnie chce teraz, zaraz już, na gwałt, ale gwałtowego nie dostanę, psiakrew.
Geniusz, jak zwykle. Wysłał emilka na pracowy adres.
Nie wchodzę przez FTP, bo nie.
Ale grzecznie piciu piciu tu i tam, że i będę, ale nie na 10, bo odebrałam emilka o 9.20, a teleport mi się zepsuł.
Wykrakałam.
W całej sieci tramwajowej zabrakło prądu, jak byłam w połowie drogi, ale w końcu dotarłam.
Mniej więcej wiedziałam, co jest grane.
Ale sekretarka mówi, że jego boli...
Kto zgadnie co?
Mój urlop.
Bo jak to, na pół etatu pracuję, a pół miesiąca nie ma mnie w pracy.
Ojapierdolę.
Skoro to pół etatu, to pracuję pół miesiąca, a drugie pół mam wolne, nie biorąc urlopu...
No nic..
Pukam, zajęty.
Mówi: 5 minut.
Czekałam 45 minut. Kocham ludzi nieszanujących cudzego czasu. Moje plany tymczasem poszły się jebać. Bez gwałtowego. Za darmo.
Pierwsza rzecz: urlop.
Mówię, że mam 13 dni rocznie po 8 godzin. Będę je wybierała po jednym dniu w każdym miesiącu, ale kilka dni chcę mieć w zapasie na wszelki wypadek.
Zaakceptował.
Ojapierdolę.
A potem...
Że jest robota.
Ja na to, że wiem. Robota jest od początku października, ale on nie miał ani czasu, ani ochoty ze mną porozmawiać (zainteresowany redaktor rozmawiał z nim kilka razy, kilka emilków mu też wysłał, wiem, bo słał do mojej wiadomości też).
Obudził się dziś, że nie ma korektorki. Taaa... a 250 stron ma iść do druku w poniedziałek (bum tarara, bum tarara, bum). Tego mu nie ogarnie żadna korektorka i ja to wiem. Na dokładkę, choć to 2. wydanie i nie powinno być wiele błędów, przewalili strony i cały indeks poszedł w pizdu. A redaktor wmówił mu, że indeks robi korektorka. I znów musiałam mu tłumaczyć, że indeks robi redaktor, ale nie jego wina, że nie umie, bo redaktor u nas to fachowiec od swojej działki, a nie od wydawania. Dlatego mówię, że nie ma sprawy, zrobię, ale za kaskę. A on na to, że jak to, w godzinach pracy mam pensję. No ale ja ani dziś, ani w weekend nie pracuję... To nadgodziny... Powiedziałam NIE. Chcę pieniądze, bo to mój wolny czas i moja wiedza.
Pęka powoli.
Ale jest jeszcze jedna książka... Pod koniec miesiąca. No to tym bardziej za kaskę, bo ja po 18 mam wolne..
VICTORIA :)
Teraz jeszcze muszę się uzbroić w cierpliwość, bo znając życie i Bossa ze 2-3 miesiące będę musiała się dobijać o tę kasę.
Ale będzie.
A jak ja wszystko zrobię - moja sprawa :P
Poza tym weekendem reszta będzie lajtowo.
Indeks już mam, bum tarara, bum, bo niestety, nikt nie wpadł na to, że wystarczy sprawdzić podstawę, a resztę się zrobi automatem, więc zażyczyłam sobie maczka do domu i bumtararara, jutro dokończę i w niedzielę, wolnym walcem. od razu całokształt, a jako że to 2. wydanie, starczy jedna korekta.
Kochany Pamiętniczku, jestem genialna i jestem z siebie dumna.
A kaska piechotą nie chodzi, co nie?
Więc mam na tapecie
... taką oto książczynę :D
I jeszcze trochę kaski będzie, bo wpadła jeszcze jedna książeczka w przyszłym tygodniu, z innego źródełka, ale od przybytku głowa nie boli, co nie?
Trochę pobolewa, bo założyłam zimowy płaszcz, jako że rano koło zera latało, a w autobusach grzeją, jakby było 30 stopni mrozu, a że padało i niosłam tę książczynę, chlebek, kupiony po drodze, żeby z głodu nie umrzyjnąć, no i maczka, plus torebusia, więc jestem gorzej niż koń po westernie.
Ale już nie mam czasu na głupie myśli...
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę :D
Bum tararara....
Powiedziałam redaktorowi, że za ten indeks, bo odwalam tu jego robotę, chcę butelkę dobrego wina. Zobaczymy... Stać mnie, mogę sobie sama kupić. Ale miał taką panikę w oczach, jak mu powiedziałam, że nie będę ściboliła indeksu, bo pierwszy tak sknocił, że ojapierdolę... On w ogóle nie wie, czym to się je, łyżką, widelcem czy pałeczkami.
Jak nie podziękuje, następny indeks będzie robił sam... Bo Boss na wieść, że to praca redaktora zapytał, dlaczego ja całą redakcję rozpieszczam. Więc przestanę rozpieszczać. A co mi tam, będę miała mniej pracy :P
Siedzę ja sobie w koszulince, wykąpana i pachnąca, zebrać się nie mogę, a to i Manhattan, i do fryzjera by trzeba, i dentysta się kłania, i takie tam...
A tu włażę na pocztę i pierdut. Faktury za neta szukałam, a znalazłam emilka od sekretarki, czy przeczytałam emilka od Bossa.
Bo Boss mnie chce teraz, zaraz już, na gwałt, ale gwałtowego nie dostanę, psiakrew.
Geniusz, jak zwykle. Wysłał emilka na pracowy adres.
Nie wchodzę przez FTP, bo nie.
Ale grzecznie piciu piciu tu i tam, że i będę, ale nie na 10, bo odebrałam emilka o 9.20, a teleport mi się zepsuł.
Wykrakałam.
W całej sieci tramwajowej zabrakło prądu, jak byłam w połowie drogi, ale w końcu dotarłam.
Mniej więcej wiedziałam, co jest grane.
Ale sekretarka mówi, że jego boli...
Kto zgadnie co?
Mój urlop.
Bo jak to, na pół etatu pracuję, a pół miesiąca nie ma mnie w pracy.
Ojapierdolę.
Skoro to pół etatu, to pracuję pół miesiąca, a drugie pół mam wolne, nie biorąc urlopu...
No nic..
Pukam, zajęty.
Mówi: 5 minut.
Czekałam 45 minut. Kocham ludzi nieszanujących cudzego czasu. Moje plany tymczasem poszły się jebać. Bez gwałtowego. Za darmo.
Pierwsza rzecz: urlop.
Mówię, że mam 13 dni rocznie po 8 godzin. Będę je wybierała po jednym dniu w każdym miesiącu, ale kilka dni chcę mieć w zapasie na wszelki wypadek.
Zaakceptował.
Ojapierdolę.
A potem...
Że jest robota.
Ja na to, że wiem. Robota jest od początku października, ale on nie miał ani czasu, ani ochoty ze mną porozmawiać (zainteresowany redaktor rozmawiał z nim kilka razy, kilka emilków mu też wysłał, wiem, bo słał do mojej wiadomości też).
Obudził się dziś, że nie ma korektorki. Taaa... a 250 stron ma iść do druku w poniedziałek (bum tarara, bum tarara, bum). Tego mu nie ogarnie żadna korektorka i ja to wiem. Na dokładkę, choć to 2. wydanie i nie powinno być wiele błędów, przewalili strony i cały indeks poszedł w pizdu. A redaktor wmówił mu, że indeks robi korektorka. I znów musiałam mu tłumaczyć, że indeks robi redaktor, ale nie jego wina, że nie umie, bo redaktor u nas to fachowiec od swojej działki, a nie od wydawania. Dlatego mówię, że nie ma sprawy, zrobię, ale za kaskę. A on na to, że jak to, w godzinach pracy mam pensję. No ale ja ani dziś, ani w weekend nie pracuję... To nadgodziny... Powiedziałam NIE. Chcę pieniądze, bo to mój wolny czas i moja wiedza.
Pęka powoli.
Ale jest jeszcze jedna książka... Pod koniec miesiąca. No to tym bardziej za kaskę, bo ja po 18 mam wolne..
VICTORIA :)
Teraz jeszcze muszę się uzbroić w cierpliwość, bo znając życie i Bossa ze 2-3 miesiące będę musiała się dobijać o tę kasę.
Ale będzie.
A jak ja wszystko zrobię - moja sprawa :P
Poza tym weekendem reszta będzie lajtowo.
Indeks już mam, bum tarara, bum, bo niestety, nikt nie wpadł na to, że wystarczy sprawdzić podstawę, a resztę się zrobi automatem, więc zażyczyłam sobie maczka do domu i bumtararara, jutro dokończę i w niedzielę, wolnym walcem. od razu całokształt, a jako że to 2. wydanie, starczy jedna korekta.
Kochany Pamiętniczku, jestem genialna i jestem z siebie dumna.
A kaska piechotą nie chodzi, co nie?
Więc mam na tapecie
... taką oto książczynę :D
I jeszcze trochę kaski będzie, bo wpadła jeszcze jedna książeczka w przyszłym tygodniu, z innego źródełka, ale od przybytku głowa nie boli, co nie?
Trochę pobolewa, bo założyłam zimowy płaszcz, jako że rano koło zera latało, a w autobusach grzeją, jakby było 30 stopni mrozu, a że padało i niosłam tę książczynę, chlebek, kupiony po drodze, żeby z głodu nie umrzyjnąć, no i maczka, plus torebusia, więc jestem gorzej niż koń po westernie.
Ale już nie mam czasu na głupie myśli...
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę :D
Bum tararara....
Powiedziałam redaktorowi, że za ten indeks, bo odwalam tu jego robotę, chcę butelkę dobrego wina. Zobaczymy... Stać mnie, mogę sobie sama kupić. Ale miał taką panikę w oczach, jak mu powiedziałam, że nie będę ściboliła indeksu, bo pierwszy tak sknocił, że ojapierdolę... On w ogóle nie wie, czym to się je, łyżką, widelcem czy pałeczkami.
Jak nie podziękuje, następny indeks będzie robił sam... Bo Boss na wieść, że to praca redaktora zapytał, dlaczego ja całą redakcję rozpieszczam. Więc przestanę rozpieszczać. A co mi tam, będę miała mniej pracy :P
czwartek, 3 listopada 2016
Znajomy
właśnie na FB przypomniał inny napis znad bramy rozdrażewskiego cmentarza:
BYLIŚMY KIM JESTEŚCIE. BĘDZIECIE KIM JESTEŚMY.
BYLIŚMY KIM JESTEŚCIE. BĘDZIECIE KIM JESTEŚMY.
środa, 2 listopada 2016
Czasami
Czuję się tak zmęczona, jakbym miała już co najmniej dwieście lat. I nie ma na to ratunku...
Wszystkich Świętych
przeleżałam, plackiem, a jakże.
Rano o 6 już nie spałam, dorwał mnie Baran, bo na rano do pracki, a u nich normalny dzień roboczy.
Z mocnym postanowieniem włóczęgi chyżo zerwałam się z piernatów i po kąpieli znów "na chwilę" wskoczyłam w piżamkę.
I tak dotrwałam do wieczora, wciągając cały trzeci sezon Black Mirror. Ojapierdolę, przecudny i... boję się teraz, bo AŻ tak realistyczny. Polecam. Poprzednie można opuścić, są mocno zakręcone i czasem głupie, a każdy odcinek jest osobną częścią. Trzeci sezon wymiata.
O Umarlakach pamiętałam, a jakże, światełka mieli zapalone, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale musiało im to wystarczyć, u mnie psa by z domu nie wyrzucił, a ja w sumie w wiosce nie mam nikogo, do kogo bym chciała pójść. Teściowa odpada, bo nie chcę kontaktów z rodziną.
I tak mi minęło.
Dziś się ogarnęłam znów, i gdy już miałam wychodzić, Kierownik Budowy pyta, czy może na chwilę wpaść. Jako że zostawili bluzę Kradziejki, napisałam, że i owszem... I przesiedzieliśmy dwie godziny.
I nie, że się cieszę, bo spełniają się moje najgorsze przewidywania, to ledwo rok po ślubie, a zgrzyta już jak cholera.
Po prostu wysłuchuję, nie ma się gdzie wygadać. Ale niewesoło to wygląda, bo oni są ze sobą kilkanaście lat już i zawsze darli koty, ale to inaczej wygląda, jak jest ślub i dziecko. Wtedy darcie kotów nie tak łatwo zamienić na trzaśnięcie drzwiami i...
No nic.
Wysłuchałam.
Lubię go bardzo, ale jest specyficzny. Nauczyłam się z tym żyć, w sumie bezpośrednio mi to w żaden sposób nie przeszkadza, choć wiele rzeczy mnie drażni. Z tym, że to jest w moim życiu, a nie jest moim życiem, więc z odrobiną dystansu da się żyć.
Martwi mnie to, ale też nic poradzić nie mogę, każdy musi napisać swoją historię.
I tyle.
Męczy mnie teraz o buddyzm i medytację, o oczyszczanie umysłu i szuka w tym recepty na życie.
On zawsze czegoś szuka i jakoś trudno go przekonać do rzeczy małych. Taki drobiazg: mantra. Upiera się, że musi kupić koraliki do mantrowania. I nie słucha, że tak samo działa różaniec. To też mantra, też wyłącza umysł i pomaga. Nie, bo mantra... OKI, skoro tak sądzi, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie ma różnicy. Trzeba jednak do tego samemu dojść. I tak jak kiedyś gonił mnie ku Kościołowi, tak teraz radykalnie od tego odstaje. Nagle.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.
Sama zmówiłabym różaniec, bo to jest moja tradycja i moje dziedzictwo. Nie, że jestem z Kościołem, nie. Ale... Przerabiałam to już z Pierworodnym, gdy zakochał się w buddystce. I z Inżynierem, dla którego, choć niewierzący, pewne rzeczy są nadal istotne. Bo są w nim.
Pokręcone to jest, co nie?
W sumie nieważne :)
No nic, oby KB znalazł ukojenie i wyjście.
Pojechałam potem do wujka z lampką, jak planowałam, ale nie było już winobluszczu na Collegium Maximum, zagapiłam się, zatem cudów wianków nie będzie.
Wleciałam potem do IKEA po wyciskacz i stwierdziłam, że coraz gorsze robią. Niby takie same, nic się nie zmienia, ale metal coraz chudszy u wykonanie coraz badziewniejsze. Mam porównanie, bo zachowałam ten wkład z dziurkami z pierwszego wyciskacza i nic mi się nie wydaje :P
Teoretycznie baterie potaniały, bo kosztowały 10 zł, a kosztują 7,90. Więcej, jak te z KiK, ale też są jakościowo lepsze.
Ale i tak za drobiazgi ikeowskie, które zawsze kupuję zapłaciłam ponad 50 zł... Choć odciągnęłam się od wielu rzeczy, które chciałabym mieć, ale bez których żyć mogę spokojnie.
Jeszcze spożywka i już prawie 75 zł.
Więc nie nastraja to zbyt wielkim optymizmem.
Do tego wieje jesienią, ale taką zimową jesienią, nie jesienną. Dawno nie było takiej nieprzyjemnej jesieni. Myślę, że mój wiedźmowski nos oraz Indianie zbierający chrust i te opadające liście mnie nie mylą, będzie się działo.
Ale żyć trzeba, co nie, Kochany Pamiętniczku, aż do śmierci :)
I miło jest posiedzieć w ciepłym mieszkaniu, przy blasku świec, z pełnym brzuszkiem i kufelkiem miodowego, jeszcze bez lampek, bo te zacznę palić w adwencie dopiero, bo inaczej cały pogrzeb na nic.
Nie słyszeć wichury, bo ze słuchawek sączy się cicho muzyka "nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand"...
I rozmyślać o samotności, temat zadany przez Kierownika Budowy, bo on ze wszystkich sił chce gdzieś wyjechać na tydzień, być sam, pomedytować.
Teraz zaraz już...
Mam to na co dzień, ale moja samotność przyszła po przeżyciu pięknych chwil, więc jest inna.
Jest już oswojona.
Lubię ją.
I towarzystwo przerywające ją też lubię.
Bo wiem, że mam swój kąt, swój azyl i swoje miejsce na ziemi.
W doborowym, mądrym i inteligentnym towarzystwie (ale sobie nakadziłam, hahahahahahaha).
I tym optymistycznym akcentem podsumowuję ostatnie dni, ciesząc się i nie, bo już za 4 dni znów będę kobietą pracującą.
Ale... Mam dobrą pracę i dzięki niej mam na dzisiejsze wyskoki. Więc wrócę z uśmiechem na ustach i dzięki Ojczyzno za 11 listopada, bo dzięki temu tydzień będzie miał cztery dni robocze. Tak mi krążą Imieniny Ulicy Święty Marcin, ale... No właśnie. ONR. No nic, to dopiero za tydzień, co ma być, będzie.
Jeszcze do fryzjera muszę wlecieć, bo ten szampon Dove jednak działa, choć nie jest na porost włosów...
Rano o 6 już nie spałam, dorwał mnie Baran, bo na rano do pracki, a u nich normalny dzień roboczy.
Z mocnym postanowieniem włóczęgi chyżo zerwałam się z piernatów i po kąpieli znów "na chwilę" wskoczyłam w piżamkę.
I tak dotrwałam do wieczora, wciągając cały trzeci sezon Black Mirror. Ojapierdolę, przecudny i... boję się teraz, bo AŻ tak realistyczny. Polecam. Poprzednie można opuścić, są mocno zakręcone i czasem głupie, a każdy odcinek jest osobną częścią. Trzeci sezon wymiata.
O Umarlakach pamiętałam, a jakże, światełka mieli zapalone, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale musiało im to wystarczyć, u mnie psa by z domu nie wyrzucił, a ja w sumie w wiosce nie mam nikogo, do kogo bym chciała pójść. Teściowa odpada, bo nie chcę kontaktów z rodziną.
I tak mi minęło.
Dziś się ogarnęłam znów, i gdy już miałam wychodzić, Kierownik Budowy pyta, czy może na chwilę wpaść. Jako że zostawili bluzę Kradziejki, napisałam, że i owszem... I przesiedzieliśmy dwie godziny.
I nie, że się cieszę, bo spełniają się moje najgorsze przewidywania, to ledwo rok po ślubie, a zgrzyta już jak cholera.
Po prostu wysłuchuję, nie ma się gdzie wygadać. Ale niewesoło to wygląda, bo oni są ze sobą kilkanaście lat już i zawsze darli koty, ale to inaczej wygląda, jak jest ślub i dziecko. Wtedy darcie kotów nie tak łatwo zamienić na trzaśnięcie drzwiami i...
No nic.
Wysłuchałam.
Lubię go bardzo, ale jest specyficzny. Nauczyłam się z tym żyć, w sumie bezpośrednio mi to w żaden sposób nie przeszkadza, choć wiele rzeczy mnie drażni. Z tym, że to jest w moim życiu, a nie jest moim życiem, więc z odrobiną dystansu da się żyć.
Martwi mnie to, ale też nic poradzić nie mogę, każdy musi napisać swoją historię.
I tyle.
Męczy mnie teraz o buddyzm i medytację, o oczyszczanie umysłu i szuka w tym recepty na życie.
On zawsze czegoś szuka i jakoś trudno go przekonać do rzeczy małych. Taki drobiazg: mantra. Upiera się, że musi kupić koraliki do mantrowania. I nie słucha, że tak samo działa różaniec. To też mantra, też wyłącza umysł i pomaga. Nie, bo mantra... OKI, skoro tak sądzi, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie ma różnicy. Trzeba jednak do tego samemu dojść. I tak jak kiedyś gonił mnie ku Kościołowi, tak teraz radykalnie od tego odstaje. Nagle.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.
Sama zmówiłabym różaniec, bo to jest moja tradycja i moje dziedzictwo. Nie, że jestem z Kościołem, nie. Ale... Przerabiałam to już z Pierworodnym, gdy zakochał się w buddystce. I z Inżynierem, dla którego, choć niewierzący, pewne rzeczy są nadal istotne. Bo są w nim.
Pokręcone to jest, co nie?
W sumie nieważne :)
No nic, oby KB znalazł ukojenie i wyjście.
Pojechałam potem do wujka z lampką, jak planowałam, ale nie było już winobluszczu na Collegium Maximum, zagapiłam się, zatem cudów wianków nie będzie.
Wleciałam potem do IKEA po wyciskacz i stwierdziłam, że coraz gorsze robią. Niby takie same, nic się nie zmienia, ale metal coraz chudszy u wykonanie coraz badziewniejsze. Mam porównanie, bo zachowałam ten wkład z dziurkami z pierwszego wyciskacza i nic mi się nie wydaje :P
Teoretycznie baterie potaniały, bo kosztowały 10 zł, a kosztują 7,90. Więcej, jak te z KiK, ale też są jakościowo lepsze.
Ale i tak za drobiazgi ikeowskie, które zawsze kupuję zapłaciłam ponad 50 zł... Choć odciągnęłam się od wielu rzeczy, które chciałabym mieć, ale bez których żyć mogę spokojnie.
Jeszcze spożywka i już prawie 75 zł.
Więc nie nastraja to zbyt wielkim optymizmem.
Do tego wieje jesienią, ale taką zimową jesienią, nie jesienną. Dawno nie było takiej nieprzyjemnej jesieni. Myślę, że mój wiedźmowski nos oraz Indianie zbierający chrust i te opadające liście mnie nie mylą, będzie się działo.
Ale żyć trzeba, co nie, Kochany Pamiętniczku, aż do śmierci :)
I miło jest posiedzieć w ciepłym mieszkaniu, przy blasku świec, z pełnym brzuszkiem i kufelkiem miodowego, jeszcze bez lampek, bo te zacznę palić w adwencie dopiero, bo inaczej cały pogrzeb na nic.
Nie słyszeć wichury, bo ze słuchawek sączy się cicho muzyka "nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand"...
I rozmyślać o samotności, temat zadany przez Kierownika Budowy, bo on ze wszystkich sił chce gdzieś wyjechać na tydzień, być sam, pomedytować.
Teraz zaraz już...
Mam to na co dzień, ale moja samotność przyszła po przeżyciu pięknych chwil, więc jest inna.
Jest już oswojona.
Lubię ją.
I towarzystwo przerywające ją też lubię.
Bo wiem, że mam swój kąt, swój azyl i swoje miejsce na ziemi.
W doborowym, mądrym i inteligentnym towarzystwie (ale sobie nakadziłam, hahahahahahaha).
I tym optymistycznym akcentem podsumowuję ostatnie dni, ciesząc się i nie, bo już za 4 dni znów będę kobietą pracującą.
Ale... Mam dobrą pracę i dzięki niej mam na dzisiejsze wyskoki. Więc wrócę z uśmiechem na ustach i dzięki Ojczyzno za 11 listopada, bo dzięki temu tydzień będzie miał cztery dni robocze. Tak mi krążą Imieniny Ulicy Święty Marcin, ale... No właśnie. ONR. No nic, to dopiero za tydzień, co ma być, będzie.
Jeszcze do fryzjera muszę wlecieć, bo ten szampon Dove jednak działa, choć nie jest na porost włosów...
poniedziałek, 31 października 2016
Jakoś
Kierownikowi Budowy nie wychodzi to włażenie na wieżę, a napalił się jak szczerbaty na suchary. Ostatecznie zlądowali u mnie w sobotę po południu, a ja zgodnie z obietnicą
placki dyniowo-ziemniaczane poczyniłam.
Godzinę, kurka blaszka, Kochany Pamiętniczku to smażyłam,
ale warto było. Dawno się tylu pochwał nie nasłuchałam.
Zanim skończyłam smażenie, to w oknie kuchennym tęcza mi wykwitła :P
Kradziejka już całkiem całkiem, jeszcze chwila i zacznie maszerować.
Na razie poskrobała mi dwoma zębalami małosolnego i zapluła nim wszystko, jeszcze dziś wygrzebuję z dziwnych zakątków re wyskrobki, ale oj tam, oj tam :)
Niedzielę przesiedziałam w piżamie, zadowalając się pogawędką krótką z Inżynierem, filmami, kalafiorem i książką. :) I rosołek popełniłam, wołowy :)
Dziś rano (no dobrze, w południe) pojechałam do wujka Mietka i dostał
Poprosiłam, jak zawsze, o pilnowanie i spłynęłam w miasto.
Po drodze wpadałam do Credit Agricole, pan na wszystkie świętości zaklinał się, że karta jest OK, co wiedziałam, bo środki na niej mam, że jak znów odmówi współpracy, wymienią mi na nową. Udało mi się, za mną zrobiła się kolejka, że ojapierdolę.
Wlazłam też do ZTM, bo znów nie mogłam dostać się na konto PEKI. Pan zaklinał się na wszystkie świętości, że awarii nie było, ale mało, że nie mogłam się zalogować, to jeszcze mi mówiło, że mój adres nie istnieje. Kazałam sobie zmienić hasło i kupiłam sieciówkę na miesiąc, bo i tak mniej więcej wyjeżdżam tę kwotę, a wkurza mnie ciągłe pikanie i pilnowanie, ile mam na koncie. Te parę groszy mnie nie zbawi. W domu patrzę na epoznaniu, a tam piszą, że znów była awaria. Więc jednak pan kłamał, nieładnie... A system kosztował 50 milionów.
W szparze unijnej rachunek za prąd.
A poczytałam sobie dokładnie i mnie szlag.
Przez 2 miesiące zużyłam prądu za 44 złote. Brawo ja, nie na darmo siedzę przy świecach. Ale w sumie to pikuś, bo nawet jak jest Inżynier, który musi wszystko widzieć, zwłaszcza to, co je, to i tak niewiele więcej zużywam.
Ale: opłata przesyłowa 48 złotych?? Co oni, kurwa, wiaderkiem ten prąd noszą czy cuś?
I do tego 23 procent VAT?
Nieźle kogoś pojebało.
Popytam, poszukam innego providera, ale czarno to widzę. Mam ENEA, konto jest na Eksa i odkręcanie wszystkiego to będzie syzyfowa praca.
Ale może warto?
Boczniaki sobie po drodze kupiłam i z marchewką i z pietruszką z niedzielnego rosołku wyszedł mi taki przysmak, że ojapierdolę.
Zapchałam się.
A że hokkaido kolejne zagrożone było spsuciem, to od razu upiekłam w piekarniku w oliwie z ziołami i czosnkiem, miejsca już w brzuszku nie mam, ale będzie na jutro. Wyszło fantastycznie
A że to dobre nawet na zimno, to mam jutro jedzonko z głowy.
I tak mija kolejny dzień, Kochany Pamiętniczku..
Wciąż rozmyślam, jak się wszystko pozmieniało, jak już nic nie wróci i jak nie mogę nic zrobić.
Bo nie zatrzymam czasu, nie zawrócę rzeki i nie powiem najbliższym, by żyli moim życiem.
Mają swoje.
I ja też mam.
Me and my Shadow.
Forever...
placki dyniowo-ziemniaczane poczyniłam.
Godzinę, kurka blaszka, Kochany Pamiętniczku to smażyłam,
ale warto było. Dawno się tylu pochwał nie nasłuchałam.
Zanim skończyłam smażenie, to w oknie kuchennym tęcza mi wykwitła :P
Kradziejka już całkiem całkiem, jeszcze chwila i zacznie maszerować.
Na razie poskrobała mi dwoma zębalami małosolnego i zapluła nim wszystko, jeszcze dziś wygrzebuję z dziwnych zakątków re wyskrobki, ale oj tam, oj tam :)
Niedzielę przesiedziałam w piżamie, zadowalając się pogawędką krótką z Inżynierem, filmami, kalafiorem i książką. :) I rosołek popełniłam, wołowy :)
Dziś rano (no dobrze, w południe) pojechałam do wujka Mietka i dostał
Poprosiłam, jak zawsze, o pilnowanie i spłynęłam w miasto.
Po drodze wpadałam do Credit Agricole, pan na wszystkie świętości zaklinał się, że karta jest OK, co wiedziałam, bo środki na niej mam, że jak znów odmówi współpracy, wymienią mi na nową. Udało mi się, za mną zrobiła się kolejka, że ojapierdolę.
Wlazłam też do ZTM, bo znów nie mogłam dostać się na konto PEKI. Pan zaklinał się na wszystkie świętości, że awarii nie było, ale mało, że nie mogłam się zalogować, to jeszcze mi mówiło, że mój adres nie istnieje. Kazałam sobie zmienić hasło i kupiłam sieciówkę na miesiąc, bo i tak mniej więcej wyjeżdżam tę kwotę, a wkurza mnie ciągłe pikanie i pilnowanie, ile mam na koncie. Te parę groszy mnie nie zbawi. W domu patrzę na epoznaniu, a tam piszą, że znów była awaria. Więc jednak pan kłamał, nieładnie... A system kosztował 50 milionów.
W szparze unijnej rachunek za prąd.
A poczytałam sobie dokładnie i mnie szlag.
Przez 2 miesiące zużyłam prądu za 44 złote. Brawo ja, nie na darmo siedzę przy świecach. Ale w sumie to pikuś, bo nawet jak jest Inżynier, który musi wszystko widzieć, zwłaszcza to, co je, to i tak niewiele więcej zużywam.
Ale: opłata przesyłowa 48 złotych?? Co oni, kurwa, wiaderkiem ten prąd noszą czy cuś?
I do tego 23 procent VAT?
Nieźle kogoś pojebało.
Popytam, poszukam innego providera, ale czarno to widzę. Mam ENEA, konto jest na Eksa i odkręcanie wszystkiego to będzie syzyfowa praca.
Ale może warto?
Boczniaki sobie po drodze kupiłam i z marchewką i z pietruszką z niedzielnego rosołku wyszedł mi taki przysmak, że ojapierdolę.
Zapchałam się.
A że hokkaido kolejne zagrożone było spsuciem, to od razu upiekłam w piekarniku w oliwie z ziołami i czosnkiem, miejsca już w brzuszku nie mam, ale będzie na jutro. Wyszło fantastycznie
A że to dobre nawet na zimno, to mam jutro jedzonko z głowy.
I tak mija kolejny dzień, Kochany Pamiętniczku..
Wciąż rozmyślam, jak się wszystko pozmieniało, jak już nic nie wróci i jak nie mogę nic zrobić.
Bo nie zatrzymam czasu, nie zawrócę rzeki i nie powiem najbliższym, by żyli moim życiem.
Mają swoje.
I ja też mam.
Me and my Shadow.
Forever...
piątek, 28 października 2016
Gospodarczy
dzień dziś nastał, Kochany Pamiętniczku :) Wprawdzie Kierownik Budowy plumkał, że zerwie się z pracy i na wieżę mnie wciągnie, coby mnie potem w dół zrzucić po cichutku, ale pogoda pokrzyżowała mu te niecne plany.
Może jednak jutro mnie to nie ominie, a wtedy biada mi, albowiem w Lidlu znalazłam
i zanabyłam sztuk jeden, na spróbowanie. Jakaś seria limitowana, zwana Po Godzinach. Pyszne, smak ma grapefruitowo-pomelowy. I żeby nie to, że lunęło jak z cebra, polazłabym pewno po więcej, a tak o suchym pysku pójdę spać i jutro będę do niczego.
Jeszcze tylko dwie pralki i koniec.
I małosolne zrobiłam, bo takie malutkie ogóraski są na ryneczku, a takie chrupiące, że ojapierdolę i nie oparłam się ich urokowi, choć drogie jak cholera, ale oj tam, oj tam, ja nie na wódkę, to na ogórki, na coś trzeba pieniądze wydawać, co nie?
Bo do grobu się ich nie zabierze, choć...
O proszę, jak to łatwo wylądować na tamtym świecie :P
Olałam mięso, jako że nic ciekawego nie było, ale za to nakupiłam warzyw i mam zamiar na tym dociągnąć do Zaduszek.
Zobaczymy, czy się uda.
Chryzantemy też kupiłam i tak myślę, że w poniedziałek podrzucę je do wujka Mietka, bo we Wszystkich Świętych będzie tam pompa i zadęcie, bo i poczty honorowe, i prezydent miasta wleci w tempie amerykańskim, jak zawsze. A ja chcę postać i pomyśleć.
Bo wujek wciąż, psiakrew, ma te 21 lat, a ja taka stara dupa...
No i mam do niego wujku mówić? Mój odwieczny dylemat, ale na razie nie wiadomo, jak to będzie.
Się okaże w swoim czasie.
Przyznam się bez bicia, trochę się łamałam rozmawiając z Baranem, ale...
Trzeba skoczyć na główkę. Nie ma innego wyjścia.
Trza być kwardym, a nie miętkim.
No i kolejne zdobycze mam
... te bombeczki są miniaturowe, identyczne jak te duże, lampeczki do kompletu :)
Będzie dobrze.
Bo i tak jestem miesiącami sama, więc co za różnica?
Życie wszak, Kochany Pamiętniczku, nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Nawet przez łzy.
Żona Inżyniera była wczoraj niepocieszona, bo pojechali na USG, ale USG im... nie zrobiono. Bo najdokładniejsze z dokładnych zrobiono im w poniedziałek w Londynie, co zapisano w systemie, ale nie poinformowano ich, że w związku z tym mają już nie jechać na kolejne. A ona chciała sobie Okruszka spokojnie pooglądać.
Ojapierdolę.
Z jednej strony - trochę zazdrość bierze, że taka technika.
Z drugiej - spokojnie chodziłam w ciąży, w sensie, że nie szukałam dziury w całym.
Owszem, walczyliśmy o podtrzymanie ciąż, ale nie w sensie, że coś wiedzieliśmy, że tu krzywo, a tu prosto, nie, po prostu groziło poronienie.
Jedyne badanie to było KTG przed rodzeniem Pierworodnego, do dziś pamiętam odgłos jego serca.
A KTG zrobili tylko dlatego, że ciąża była przenoszona, bom... ze strachu, że ją stracę w porę nie odstawiła tabletek podtrzymujących.
A mogłam, kurde, do dziś w ciąży latać. Byłam wtedy szczuplejsza i lżejsza, jak dziś, i ciśnienie miałam OK, nawet lekko za niskie :P
No cóż, to były piękne dni.
I tak myślę, że współczesne matki, mające dostęp do neta, aparatur, badań i chujwiczego są w jakiś sposób uboższe i bardziej zestresowane jak my sprzed lat.
Ale to moje osobiste zdanie i nie zamierzam się z nikim o to kłócić.
Spokojnie czekam na Okruszka, aczkolwiek dobre myśli wciąż są wskazane, jako że mamuśka nerwowa i takie tam :)
Może jednak jutro mnie to nie ominie, a wtedy biada mi, albowiem w Lidlu znalazłam
i zanabyłam sztuk jeden, na spróbowanie. Jakaś seria limitowana, zwana Po Godzinach. Pyszne, smak ma grapefruitowo-pomelowy. I żeby nie to, że lunęło jak z cebra, polazłabym pewno po więcej, a tak o suchym pysku pójdę spać i jutro będę do niczego.
Jeszcze tylko dwie pralki i koniec.
I małosolne zrobiłam, bo takie malutkie ogóraski są na ryneczku, a takie chrupiące, że ojapierdolę i nie oparłam się ich urokowi, choć drogie jak cholera, ale oj tam, oj tam, ja nie na wódkę, to na ogórki, na coś trzeba pieniądze wydawać, co nie?
Bo do grobu się ich nie zabierze, choć...
O proszę, jak to łatwo wylądować na tamtym świecie :P
Olałam mięso, jako że nic ciekawego nie było, ale za to nakupiłam warzyw i mam zamiar na tym dociągnąć do Zaduszek.
Zobaczymy, czy się uda.
Chryzantemy też kupiłam i tak myślę, że w poniedziałek podrzucę je do wujka Mietka, bo we Wszystkich Świętych będzie tam pompa i zadęcie, bo i poczty honorowe, i prezydent miasta wleci w tempie amerykańskim, jak zawsze. A ja chcę postać i pomyśleć.
Bo wujek wciąż, psiakrew, ma te 21 lat, a ja taka stara dupa...
No i mam do niego wujku mówić? Mój odwieczny dylemat, ale na razie nie wiadomo, jak to będzie.
Się okaże w swoim czasie.
Przyznam się bez bicia, trochę się łamałam rozmawiając z Baranem, ale...
Trzeba skoczyć na główkę. Nie ma innego wyjścia.
Trza być kwardym, a nie miętkim.
No i kolejne zdobycze mam
... te bombeczki są miniaturowe, identyczne jak te duże, lampeczki do kompletu :)
Będzie dobrze.
Bo i tak jestem miesiącami sama, więc co za różnica?
Życie wszak, Kochany Pamiętniczku, nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Nawet przez łzy.
Żona Inżyniera była wczoraj niepocieszona, bo pojechali na USG, ale USG im... nie zrobiono. Bo najdokładniejsze z dokładnych zrobiono im w poniedziałek w Londynie, co zapisano w systemie, ale nie poinformowano ich, że w związku z tym mają już nie jechać na kolejne. A ona chciała sobie Okruszka spokojnie pooglądać.
Ojapierdolę.
Z jednej strony - trochę zazdrość bierze, że taka technika.
Z drugiej - spokojnie chodziłam w ciąży, w sensie, że nie szukałam dziury w całym.
Owszem, walczyliśmy o podtrzymanie ciąż, ale nie w sensie, że coś wiedzieliśmy, że tu krzywo, a tu prosto, nie, po prostu groziło poronienie.
Jedyne badanie to było KTG przed rodzeniem Pierworodnego, do dziś pamiętam odgłos jego serca.
A KTG zrobili tylko dlatego, że ciąża była przenoszona, bom... ze strachu, że ją stracę w porę nie odstawiła tabletek podtrzymujących.
A mogłam, kurde, do dziś w ciąży latać. Byłam wtedy szczuplejsza i lżejsza, jak dziś, i ciśnienie miałam OK, nawet lekko za niskie :P
No cóż, to były piękne dni.
I tak myślę, że współczesne matki, mające dostęp do neta, aparatur, badań i chujwiczego są w jakiś sposób uboższe i bardziej zestresowane jak my sprzed lat.
Ale to moje osobiste zdanie i nie zamierzam się z nikim o to kłócić.
Spokojnie czekam na Okruszka, aczkolwiek dobre myśli wciąż są wskazane, jako że mamuśka nerwowa i takie tam :)
czwartek, 27 października 2016
Jako że
zbliża się Wszystkich Świętych, a pogoda jest, jaka jest, wykorzystuję każdą wolną chwilę, aby nacieszyć się życiem.
Od dwóch dni lata mi mroczek, mam wrażenie, że co chwila jest wkoło mnie owocówka. Poczytałam sobie mądrości wujka G. i za niedługo pewno umrę. Bo jak nie od krótkowzroczności (tę mam od wieków), to mroczek może być od cukrzycy bądź raka.
Ani jednego, ani drugiego szukała nie będę, ale znaczy się, koniec już blisko.
Poszłam zatem obczaić, jak to będzie wyglądało i jedyne miejsce, które mi pasuje to jest to. Ale tam już nie grzebią, musiałabym się więc sama jakoś w liściach zakopać.
Trzeba będzie coś, Kochany Pamiętniczku, wykombinować. Kremacja, a potem sruuu tak po kryjomu, bo legalnie chyba nie można... Jakby moje prochy mogły komuś zaszkodzić, psiakrew :)
A było tam tak
Cicho tam i spokojnie, w tym roku wyjątkowo wszystko gęsto liśćmi zasypane, nie widać śladów sprzątania prawie wcale. Może jeszcze za wcześnie? Była tak jakaś klasa, ale młodzież snuła się raczej grupkami, pani opiekunka w jednym miejscu trochę przejechała specjalnymi grabiami do liści, ale w ogólnym rozrachunku do rana śladu nie będzie po ich pracy. Lubię ten cmentarz, uświadamia mi, że napis nad bramą rozdrażewskiego cmentarza, którego sensu długo ogarnąć nie mogłam (czytałam sama od 4. roku życia): "Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz", jest najprawdziwszą z prawd.
I jakie tam oderwanie od doczesnego pędu, szalonego pośpiechu, gwaru i hałasu. Z brzegów widać moje osiedle, w sumie gdybym nie bała się mandatu za przełażenie po torach, byłabym w domu za jakieś 10 minut, a tak dotarcie "legalną" drogą tam i z powrotem zajęło mi 1,5 godziny :) I przelazłam prawie 9 km dziś, co czuję w kościach, ale to tylko oznacza, że jeszcze żyję.
Ale te mroczki, to już pewno niedługo klops :)
A za zakrętem znów życie... Tu leniwie, bo to boczna uliczka, ale też pięknie, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
Od dwóch dni lata mi mroczek, mam wrażenie, że co chwila jest wkoło mnie owocówka. Poczytałam sobie mądrości wujka G. i za niedługo pewno umrę. Bo jak nie od krótkowzroczności (tę mam od wieków), to mroczek może być od cukrzycy bądź raka.
Ani jednego, ani drugiego szukała nie będę, ale znaczy się, koniec już blisko.
Poszłam zatem obczaić, jak to będzie wyglądało i jedyne miejsce, które mi pasuje to jest to. Ale tam już nie grzebią, musiałabym się więc sama jakoś w liściach zakopać.
Trzeba będzie coś, Kochany Pamiętniczku, wykombinować. Kremacja, a potem sruuu tak po kryjomu, bo legalnie chyba nie można... Jakby moje prochy mogły komuś zaszkodzić, psiakrew :)
A było tam tak
Cicho tam i spokojnie, w tym roku wyjątkowo wszystko gęsto liśćmi zasypane, nie widać śladów sprzątania prawie wcale. Może jeszcze za wcześnie? Była tak jakaś klasa, ale młodzież snuła się raczej grupkami, pani opiekunka w jednym miejscu trochę przejechała specjalnymi grabiami do liści, ale w ogólnym rozrachunku do rana śladu nie będzie po ich pracy. Lubię ten cmentarz, uświadamia mi, że napis nad bramą rozdrażewskiego cmentarza, którego sensu długo ogarnąć nie mogłam (czytałam sama od 4. roku życia): "Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz", jest najprawdziwszą z prawd.
I jakie tam oderwanie od doczesnego pędu, szalonego pośpiechu, gwaru i hałasu. Z brzegów widać moje osiedle, w sumie gdybym nie bała się mandatu za przełażenie po torach, byłabym w domu za jakieś 10 minut, a tak dotarcie "legalną" drogą tam i z powrotem zajęło mi 1,5 godziny :) I przelazłam prawie 9 km dziś, co czuję w kościach, ale to tylko oznacza, że jeszcze żyję.
Ale te mroczki, to już pewno niedługo klops :)
A za zakrętem znów życie... Tu leniwie, bo to boczna uliczka, ale też pięknie, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























































