poniedziałek, 25 czerwca 2018

I

Kochany Pamiętniczku
and my Shadow.
Bywa :P
Jesteśmy sobie wierni od zawsze.
Nie wysyłać listów gończych, nie szukać.
Wszystko jest tak ulotne, tak kruche...
Chyba nic z tego nie daje się ocalić.

To był fajny blog, co nie? 

niedziela, 24 czerwca 2018

Działo się

Kochany Pamiętniczku, oj działo.
Jak armata :P

W ciągu godziny oziębiło się tak, że wracałam do domu szczękając zębami z zimna, ledwo żywa, ale szczęśliwa, że to już za mną.
I szczęśliwa, że znów będzie wariatkowo, ale dopiero za jakiś czas.
W piątek rano na Manhattan kurcgalopkiem i do pracy. Bo mecenas miał dyżur, a i warzywka trzeba było dopiąć.
Warzywka wolnym walcem poszły, a mecenas wkurwił mnie na maksa.
W sumie wziął ponad 1000 zł za nic. Takie pisemko, jak wypocił do szwagra, to ja też umiem napisać, nic nie zmieniło w przebiegu. Urząd Skarbowy zawalił. Nie ma nic z sądu (po naradzie z Inżynierem kładziemy na tym laskę, bo w końcu w dupie mamy to rozliczenie z opieki, do szczęścia nie jest nam potrzebne). Ale dzwonił do banku i ponoć musi mieć moje upoważnienie notarialne, bo inaczej mu nic nie powiedzą. No, w PKO mi powiedzieli, że też notarialne mogę mieć, ale od wszystkich, nie ma innej opcji. A tu nagle wystarczy moje? Umówi mnie z notariuszem. Na pytanie, ile będzie mnie ta przyjemność kosztowała odpowiedział wymijająco. Inżynier mówi, olać. Zjadą obaj i pójdziemy do banku. Nawet mi nie napisał, że będzie konieczne notarialne, tylko dwa tygodnie czekał, aż mnie spotka w pracy  To on powinien dbać o mnie, bo za pieniądze ode mnie żył też.
Ale szkoda zdrowia i nerwów, w pizdu.
Potem poleciałam po Zmorkę. Miała być na przystanku Solna/Małe Garbary. Tom na Solną poleciała, przystanek dalej, ale się odnalazłyśmy.
Zaraz ją zawlokłam do The Mexican, wreszcie udało nam się tam dostać :D To było już trzecie podejście :D



I jedzonko MLASK :)
Potem do domu na chwilę, dary rozpakowała, a nawlokła tego, że ojapierdolę :)


W samo sedno, w pracy będę trzymała, bo zawsze mi mówią, że mam rację :P

I potem poleciałyśmy na koncert. Nie zabrałam aparatu, bo mi Zmorka pod nos podetkała regulamin, że nie nada, a szkoda, bo mogłam spokojnie wnieść :D No trudno, fotki są więc jakie są, ale muzyka wciąż mi gra nie tylko w duszy, ale realnie, bo następnego dnia zaszalałam i w Empiku trzy płyty kupiłam, więc niniejszą notkę sponsorują ciacha z Il Divo.
Na policję konną się natknęłyśmy i miałam duszę na ramieniu, bo ja się koni boję, choć w dzieciństwie na nich, a i zaprzęgami jeździłam. Ale boję się :(

Konni jechali pilnować tych, co oglądali koncert zza rzeki, na krzywy ryj. W sumie mieli lepiej niż my, bo sobie na wałach usiedli, a my staliśmy. Telebim też mieli, a słychać było hen daleko :)
Było klimatycznie, zimno, wiatr piździł jak na Skieletczyźnie za cara :)

Tylko Rotę mamrocąc odśpiewałam, bo mam zakaz śpiewania wszędzie :P

Dron latał, a gdzie RODO? Nas chyba parę razy sfocił, a nikt się nie pytał o pozwolenie :P

A potem odpłynęłam w krainę szczęśliwości :)

Aczkolwiek widziałam tylko tyle, co na telebimie, bo jak wzrost dawali, to stałam po rozum, więc jest jak jest ;)
Ale było cudnie.  
Słuchaliśmy piosenki „Hello” z repertuaru Adele,  przeboju Robbiego Williamsa „Angels”, niezapomnianego szlagieru Elvisa Presleya „Love Me Tender” i arii z „Czarodziejskiego fletu” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Nie zabrakło „Granady”, „Where Do I Begin” z filmu „Love Story”,„Somewhere” z „West Side Story”.
Ehhh...
Prysnęłyśmy przed samym końcem, bo ja nie lubię tłumów, udało nam się złapać ostatnie 76 i zładowałyśmy w domu, zmęczone, ale szczęśliwe :)

Ja sobie pospałam, a biedna Zmorka zerwała się bladym świtem i ogarniała mą kuwetę, znaczy sie, artystycznie i fachowo naprawiła mi latającą klamke balkonową, grosza za to nie biorąc, a wiadomo, że fachowcy golą klientów jak owce :) Dziekuję, kochana :*
Po śniadaniu poleciałyśmy na Jarmark Świętojański, gdzie zażerałyśmy się oliwkami, jeszcze w życiu nie jadłam takich oliwek, ojapierdolę,  Zmorka uwodziła wszystkie zwierzaki w okolicy, nawet prawdziwe koziołki (nie mam, niestety, pozwolenia na publikowanie wizerunku, RODO działa).

Nocnik za 20 zł. Podobny mieliśmy w domu :) Cenna rzecz, a na śmietniku wylądowała. Żeby nie to, że żelazka ciężkie, a my miałyśmy łazęgę w planach, kupiłabym kolejne :P





I Bamberka, tym razem z wikliny :)


Chcę nowy dom. Bo chcę jeszcze więcej rupieci :) Ta kanka na mleko mnie urzekła :P
 Akcja Katolicka ku Farze zmierzała, żal.pl... Z jakiegoś Sieradza czy skądś jechali nawracać poznaniaków na chrześcijaństwo :)


Na placu Wolności był festiwal food trucków, ale my podążyłyśmy do Ptasiego Radia, gdzie wabiłam Zmorkę wizją piwa fiołkowego. Niestety, nie podają już tego smakołyku, ale mieli piwo z czarnym bzem i też było smaczne :)



A jedzenie jeszcze smaczniejsze. Zmorka wzięła krewetki i jej tak nie smakowały, bo za dużo cytryny dali.
Dałam napiwek, widocznie satysfakcjonujący, bo na moje "czy mogę zabrać cukierki" (jestem maniaczką cukierków dodawanych do rachunku) młodziutki kelner mimo moich protestów doniósł kolejną garść, która oczywiście bezwstydnie ściągnęłam, trochę tylko biednej Zmorce dając :)
Jestem pies na cukierasy, każdy ma jakiegoś bzika.

W domu Zmorka stwierdziła, że jednak wróci dziś do domu, bo w niedzielę nie będzie miała dobrego połączenia, więc kurcgalopkiem w towarzystwie moich jęków, że za późno, że takie tam odtransportowałam ją na dworzec.
I dwie dziurki w nosie, i skończyło się...

Proszę o jeszcze.
 A chłopcy właśnie trzecią płytę kończą, a ja odpływam coraz dalej i dalej od szarości dnia...

środa, 20 czerwca 2018

W burdelu

pracuję, Kochany Pamiętniczku.
Szkoda tylko, że nie jestem burdelmamą, bo wszystko śmigałoby, że ojapierdolę.
A tak świszczy, kręci się i pierdzi.
No nic.
Za mało mam godzin w tym miesiącu, więc chytrze umyśliłam sobie, że wezmę jeden dzień urlopu (dla ścisłości, w dzień, kiedy nie mam nic do roboty, choćbym się zesrała), czyli na piątek. Nie zależy mi, mam urlopu po kokardkę i kucyki. A i Boss zadowolony będzie, że urlop biorę.
Jak pomyślałam, tak uczyniłam.
Piątek będzie szalony, bo muszę na Manhattan wlecieć, bo nic w domu nie ma, a Zmorka nie zdaje sobie sprawy z tego, że żeby coś zdobyć w sobotę na Manhattanie trzeba być bladym świtem, a my będziemy po koncercie.
I do pracy muszę wlecieć, bo adwokat będzie w piątek.
I Zmorkę odebrać, jeszcze nie wiem, o której.
Nie ma opcji gotowania, żywienie zbiorowe, nie mam już powera w dupie.
Tak więc kładę druczek u sekretarki, a ta za moment wpada z obłędem w oczach, że nie, że Boss mi nie podpisze urlopu, bo mogę być potrzebna w piątek.
Tak myślałam, bo Jurgiel się zdymisjonował, a na moje nieszczęście Ardanowski już posadę objął.
Nosz, ale kurwa, co mnie te pisiory?
Sekretarka każe mi oddychać, bo wszyscy znają mój temperament.
Ale wali mnie to, nie mam zamiaru szat drzeć.
Idę do Bossa i spokojnie mówię, że jak nie biorę urlopu, to foch, że nie biorę, a jak chcę wziąć, to jeszcze gorzej. Już nie tłumaczyłam, dlaczego biorę, bo co za dużo to niezdrowo. Mówię, że będę rano w pracy, bo przyjdę do mecenasa, więc godzinę czy dwie mogę poświęcić w ramach urlopu. Ale mam już bilet i?? Bilet mam od dawna.
Nie mogłam przewidzieć rządowych perturbacji, co nie?
Zapytał, dlaczego tylko jeden dzień urlopu. Bo po prostu, kurwa, potem mam w ramach mojego półetatu dwa tygodnie wolne, bo nie ma dla mnie roboty.
Fakt.
Powiedział, że wobec tego musimy zmieścić wszystko w czwartek, wg planu.
Nie rzekłam nic, podziękowałam i poszłam.
Nie tłumaczyłam, że mam bilet na koncert, a nie na samolot, bo co komu do domu jak chaupka nie jego?
Są granice dyspozycyjności. Jeżeli okazuje się, że można to zrobić w czwartek, to co stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić?
Wiem, będą jazdy z autoryzacją, ale w sumie, co mnie to?
No nic, zobaczymy.
Klimatyzacja się spsuła, a ja o mało przez to nie wykorkowałam, tak u mnie duszno. Ostatkiem sił emilka wysłałam i... Tadam. Mamy nową obsługę techniczną, przedtem była jakaś animatorka kultury *takie studia kończyła) i mało, że tygodniami nie miała czasu, to jeszcze byłą oburzona, ze musi się konserwacją zajmować. Teraz wleciał młody chłopak i w 10 minut było po problemie.  Tym niemniej nogi mam znów jak dwie kłody, a nie mam pietruszki..
Ogórki i czereśnie nie działają tak, jak pietruszka.
Mogiła.
A wracając z pracy, po godzinach, a jakże, lazłam koło chińskiego sklepiku i...
No musiałam, nie było innej opcji...

 Stary się już rozwala, a te sówki nie mogły takie biedne na ulicy stać, co nie?

A w domu od proga leluje czuć, bo lelują się namiętnie. Mam też aparatowe fotki, ale nie mam siły ich zgrywać.


Na jutro zapowiadają armagedon, a potem ochłodzenie. Co mnie cieszy, bo lepiej słuchać koncertu w 19 stopniach, niż w duchocie, co nie?

Mam nadzieję, że będzie OK :)

Już zapominam Cię, jak się zapomina sny, zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...

wtorek, 19 czerwca 2018

To będę

jasny i gotowy, Kochany Pamiętniczku.
Na wszystko jeszcze raz popatrzę, i pójdę, nie wiem gdzie, na zawsze...



A kiedy przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy...

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Bardzo

dziwny dziś dzień, Kochany Pamiętniczku.
Szłam do pracy z duszą na ramieniu, a tu nic. Bo ja jak zwykle wyolbrzymiam, co nie?
Byłam wcześniej, dużo wcześniej, ale dzięki temu wszystko szło mi lajtowo, nawet wściekłe ptaki zaliczyłam.
A bajzel jest i to nieziemski, bo graficzka spadła z roweru, a jak wiadomo, mamy jedną graficzkę.
Jest graficzka z łapanki, która ma robić warzywka. No ale robi nas. Warzywka mają termin z nami, a ona warzywkowa, ale w końcu nie moja bajka. Nie mój cyrk, nie moje pchły. Tyle, że ja w piątek już nie pracuję i chuj.
Gazeta wygląda, że ojapierdolę, a na moje uwagi, że tu jest źle, pani redaktor odpowiada, że to nie jej zadanie i ona ma na to wyjebane.
Niech graficzka robi.
Graficzka nie zrobi, bo tego nie złapie.
Korekta łapie, ale jej uwagi mają w dupie.
Zatem w dupie mam i ja.
Przed 17 okazało się, że mam zostać, bo Boss - jak gradowa chmura - sobie tego zażyczył.
Tom poleciała do budki po obiad. W okolicy żywieniowa posucha, jest knajpa, ale z cenami z sufitu.
W budce mieli już tylko spaghetti bolognese, które mi się do teraz przypomina. Dobrze, że wzięłam małą porcję. Ledwo ją zmęczyłam.
A gdy wracałam z budki, aparaty słuchowe (a może anioł stróż) ocaliły mi życie. Jakieś 200 m ode mnie było widać samochód, więc stwierdziłam, że przejdę. Jako że uliczka wąska, świateł ani pasów nie ma.
W ostatniej chwili uskoczyłam spod kół, słysząc wycie opon, a gościa tak rzuciło na zakręcie, że dziw, że się na płocie nie rozpierdolił.
A miałam do przejścia od pracy do budki niecałe 300 m.
Ojapierdolę.
Zginąć ze spaghetti bolognese, którego nie lubię. Ironia losu.
Po 18 Boss dotarł ze swoim dziełem. Skorekciłam i oddając podziękowałam za pensję, bo w końcu zapłacił to ekstra. A mnie uczono, że grzeczność nie jest nauką ani łatwą, ani małą. W sumie należało mi się jak psu zupa, ale... I podkreśliłam, że w tym  miesiącu zrobiłam dwie prace gratis, w ramach godzin. On na to: dziękuję. A ja: nie trzeba, ponieważ to w godzinach pracy, to nie drę szat i nie robię scen. Uczciwie, prawda? Zarechotał, znów był dawny Boss.
A mnie te 2, góra 3 stówy które łaskawie dałby sobie z gardła wyszarpać nic nie zmienią w życiu.
Chytra jestem i buduję sobie cokolik :P
Wracam z pracy.
Jeden tramwajarz zatrzasnął mi drzwi przed nosem, chociaż jeszcze minutę stał na światłach.
Drugi zahamował tak, żem rękę stłukła o odpikiwacz.
Autobus zahamował tak, że o mało zębów nie wybiłam, bo mu samochód się wtoczył na zakręcie.
Przechodząc przez ulicę zachowywałam się więc pod domem jak babulinka z balkonikiem.
Patrzę pod nogi, do wanny już nie wchodzę i mam nadzieję, że jutro będzie lepiej, aczkolwiek nie pracowo, bo chujwi, co się będzie działo.
No nic, będę optymistką :P



sobota, 16 czerwca 2018

I znów

sobota z Radiem Pogoda, Kochany Pamiętniczku.
Cicha, spokojna, aczkolwiek nieco wymęczona, bo gorąc.
Minął mi wczorajszy power, dziś już spokojnie, z górki, po linii najmniejszego oporu.
Na obiad bób, bo


znów mają na wagę, a nie upchany w woreczku, który zatęcha.
Na "moim" straganie coraz więcej rzeczy pakują w papierowe torby, za co cześć im i chwała, bo nie dusi się wszystko, jak w plastiku.
Stojąc zaś przed takim bogactwem jadłabym, jadła, żarła wprost, ale wszystko się nie pomieści, żołądek mam tylko jeden :p
Niestety.
Do Lidla polazłam, bo i kawa mi się kończy, i woda, no i napatoczyła mi się ryba po grecku. Sama nigdy jej nie robiłam, a lubię. To kupiłam i... na obiad była ryba po grecku i bób.
Rozkosze samotnego mieszkania - nikt nie marudzi, że potrawy niedobrane, że niedobre i takie tam :)
Luksus :D
A po drodze dorwałam takiego wróbliszona dla Zmorki, nieopierzony, głupi, zamiast wiać to pozował jak jakaś gwiazda. Ale nie lubię robić zdjęć telefonem, a aparatu nie miałam :)

 Czytałam ostatnio, że to sroki przetrzebiają wróbelki, ale w mojej okolicy sporo ich się kręci. I srok, i wróbelków.
Parę dni temu jaskółka-kamikadze próbowała nad kuchennym oknem gniazdo założyć (trochę późno, co nie?), ale powiesiłam foliówkę i nie, nie ma opcji.
Raz w życiu zgodziłam się na to, gdy chłopcy byli mali, potem przez całe lato nie można było otworzyć okna ani w kuchni, ani w małym pokoju. A tony gówna sprzątałam ja. Znajoma, która też się zgodziła na jaskółeczki przynoszące szczęście, wylądowała na OIOM po odkuwaniu gniazda, ma jakąś alergię. Więc nie, sorry, jaskółeczko, nie ma opcji. W moim rodzinnym domu na wsi co roku jaskółki miały gniazdo w sieni, ale to inna bajka była. I w takim budynku gospodarczym ich było od cholery, ale tam akurat nikomu nie wadziły.
Ale tu - sorry Winnetou, nie ma takiej możliwości.
I leluje już są. Widziałam też mieczyki, ale u nas ich jeszcze nie było, a na giełdę nie chciało mi się jechać.
I do Biedronki poszłam po imbir.
Jakiś dziwny mieli....

No ale potrzebowałam imbiru, więc co miałam robić.
Mistrza i Małgorzatę już mam, ale to wydanie jest...
No dobra.
No sex, no drugs, no rock and roll i jeszcze no books?
Nie ma tak dobrze :)

piątek, 15 czerwca 2018

Jak w mordę

jeża strzelił, tydzień przeleciał, Kochany Pamiętniczku.
Ogarniam się namiętnie i nawet mi to dziś wyszło, bo  po tygodniu obijania się i snucia jak smród po gaciach, zlądowałam w pracy po owocnej wizycie na Manhattanie i okazało się, że mnie nawet szukali. W pracy. Chociaż zapowiedziałam, że będę później, bo zew natury gna mnie na Manhattan. Puścili mimo uszu. Słyszący.
Jprdl...
Szukali i wpadli w depresję, że jak to, Starej Jędzy o 9 nie ma? A jak SJ o 8.30 lądowała i czekała do 12.00 na zainteresowanie, to się krzywili, że łazi i pracy szuka.
W międzyczasie zdołałam wpędzić Barana w dół głęboki jak Rów Mariański, wysyłając mu zdjątko z Manhattanu, a co, niech się wkurza, że mam lepiej. W sumie już wiem, że to go nie ściągnie, ale oj tam, oj tam, co mu krwi napsuję, to moje.
Kocha, to wybaczy, a nie, to niech idzie w siną dal, lewa, prawa, lewa, prawa... Nie on pierwszy i nie on ostatni :)

Zgodnie z chytrym planem ogarnęłam świniaki nadprogramowe, wróciłam w domowe pielesze, z czystym (w moim mniemaniu kontem), korytarz sprzątnęłam, bo mój dyżur (wybiórczo sprzątam ze trzy razy w roku, pozostałe trzy mieszkania nawet tak często nie sprzątają, bo nie, ale ja dziś miałam power, że ojapierdolę|), potem rzutem na taśmę zaniedbaną chaupkę - za tydzień będzie inspekcja perfekcyjnej pani domu - Zmorki, a ja nie będę miała nawet kiedy ogarnąć tej kuwety, bo okazało się, że w piątek będę zamykała warzywka - nosz, wkroczy w białych rękawiczkach i chlast mnie w mordę za kurz na półkach, o reszcie nie wspominając), polazłam na pocztę...
I co widzą moje piękne oczka?
Emilka od Bossa.
Ojapierdolę.
Pojebało?
No nic, skorekciłam po godzinach.
Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa, do głowy mi nie przyszło po wyjściu w regulaminowych godzinach, bo akurat ponad 4 siedziałam, że Boss coś przyśle.
Trzymajta kciuki.
A tak na serio, co ma być, będzie.
Kalafiorek, Skubany

(... prosz, jakie piękne mam na Manhattanie kalafiorki, żółty wymiata) tak się cwaniak ustawił na USG, że mu w karczek nie mogli spojrzeć, zatem biedna matka musi mieć dodatkowe badanie krwi...
Dla mnie trzy tygodnie czekania, w sumie dla nich też. Kciuki z dobrą intencją mile widziane, jako że Alienek nie takie numery walił i sporo zdrowia nas kosztował, ale oj tam, oj tam...
Wyrasta na człowieka lubiącego gadzinę, a to się liczy, co nie? W przeciwieństwie do babci, którą na stos, na stos i spalić, bo badyle lubi :P
Jedna z bliskich memu sercu czytaczek tego bloga, bardzo bliskich, lata walcząca o manie dziecków, ma ich w sumie, zdrowych, wypasionych i kochanych już dwójkę (że nieskromnie się podepnę pod jej sukces, bom wspierała, tuliła i inne takie tam, a i kocham ją, bo moja, aczkolwiek nie tak do końca, ale kto by tam w papierach i takich tam grzebał, nie ta matka, co rodziła, ale ta co nie marudziła :) ) będzie znów, jak losy dadzą, mamą :) A jest idealna do tej roli...
Więc jakoś mi się te dziecki rozmnażają w tempie geometrycznym i muszę kolejną posadę przyjąć, bo i na własne przyjemności pora, co nie?
Chociażby na to piwko w piątkowy wieczór, bo czasem za dużo się w człowieku zbiera, trzeba muzyki posłuchać i odlecieć.
W siną dal...
W krainę, gdzie już nic nie boli.

niedziela, 10 czerwca 2018

Wszystko

jest tak kruche, tak ulotne, Kochany Pamiętniczku. Pisać po to, by coś ocalić...
Sprawdziło się, i jak tu Ciebie nie kochać, Kochany Pamiętniczku?
Fejsik wyrzucił mi dziś w ramach wspomnień fotki moich chłopaków w komplecie, na jednej kanapie, a ja za Chiny Ludowe nie mogłam sobie przypomnieć, z jakiej okazji był ten zlot?
Od myślenia zaś głowa boli, więc polazłam do Ciebie, Kochany Pamiętniczku i już wiem, wiem :)
Nie mam absolutnie pamięci do dat i nie jestem w stanie zlokalizować w czasie danego wydarzenia. Jedyne rzeczy, które pamiętam, to daty urodzin, dat śmierci już nie. Jakby mój mózg eliminował złe chwile. Może to i dobrze.
A posiadanie Kochanego Pamiętniczka to taki bonusik, chociaż mam paskudny zwyczaj pisania zakręconego i po latach też sama nie wiem, co autorka miała na myśli.
Ale mniejsza z większym, ogólny zarys jest i to cieszy.
Pozostaje mieć nadzieję, że nie zapomnę do końca życia sensu słów.
Tego się trzymajmy.
Synowa wczoraj wrzuciła fotkę Małej Wiedźmy, a mi zaraz w oczach stanęła inna.
Mała Wiedźma w lipcu skończy 8 lat i jest superlaską i nie mówię tego dlatego, że to moja li i jedynie moja :)

A ta inna to

Stara Jędza, też ośmioletnia, w Borzęciczkach na koloniach. Przyjechał wtedy z wizytą do PL kuzyn z Francji (ten, co nas po Paryżu oprowadzał, żonaty i dzieciaty już wówczas). Byli u moich rodziców, a że z R. do Borzęciczek rzut beretem (takie to wtedy były nauczycielskie kolonie, po kosztach), przyjechali z wizytą i dzięki temu mam zdjęcia. Bo w tamtych latach w PL zrobić zdjęcie to było jak wygrać los na loterii.
Nie zachowałabym tej chwili w pamięci, nie aż tak, gdyby nie ta fotka.
I po 56 latach nie wpadłabym na to, że jednak moja wnuczka coś ze mnie ma.
Nie wszystek umrę... Coś ze mnie zostanie. I nie, że o śmierci myślę, ale fajnie, że coś będzie trwało. Chociażby w drobiazgach.
Sama widzę się w zdjęciach siostry mojej mamy. Nie, nie mamy. Wdałam się w jej siostrę, jestem równie gruba i mam takie same ręce i rysy. Geny jakoś zygzakiem lezą :)
A teraz czekam na audiencję u Alienka.
Upał koszmarny i powietrze lepkie.
Ponoć tak się klimat już na stałe zmienił.
No nic, będę musiała z tym żyć :) 

piątek, 8 czerwca 2018

Zacięło się

w trybikach, Kochany Pamiętniczku.
Nie dowiem się nic o książeczce mieszkaniowej, nawet mi jej nie przeliczą. Musi być seks grupowy.
Zaczynam myśleć, że źle zrobiliśmy przyjmując spadek we trójkę. Gdyby się zrzekli na moją korzyść, załatwiałabym wszystko spokojnie sama. No i przecież nie skrzywdziłabym własnych dzieci.
Tym bardziej, że najpierw byłam P., a dopiero potem R. I czasami żałuję, że nie uparłam się, żeby nosili też moje nazwisko, bo w sumie ta gałąź poszła w pizdu, bo brat nie miał dzieci.
Trudno.
Mleko się rozlało, zatem trzeba znów czekać.

Wczoraj Pierworodny skończył 38 lat. 38 lat minęło od chwili, gdy dostałam w ręce ten wrzeszczący ciemnooki tobołek. Nie do wiary. Moja mama cieszyła się (albo i nie, kto to wie) mną tylko 16 lat.
Jestem szczęściarą, co nie?

A Alienek broi na maksa. Włazi na ichnią kanapę, tam cuda wianki z ustawieniami mebli, ale cóż, nie mój cyrk, nie moje pchły. Żeby nie właził na nią, zrobiła blokadę, ni chuchu tego nie rozumiem, ale cóż.
Nie wlazł?
Ale, ponoć w oka mgnieniu :)

W livingu mają też rower stacjonarny i wystarczy się  na 10 sekund odwrócić i już na niego włazi.
O drapaku kocim jeszcze nie słyszałam, ale to pewno kwestia dni.
Dawno, dawno temu mówiłam, że przy małym dziecku dobrze mieć kojec,
Zostałam zakrzyczana.
Kojca nie ma i nie będzie. Bo ogranicza swobodę dziecku.
No nic, nie piszę scenariuszy, ale moim zdaniem pierdolić swobodę dziecka, jak się na przykład sraczki dostanie i nie ma gdzie gówniarza utknąć. Lepiej wsadzić do kojca i  wyciągnąć wrzeszczącego i zdrowego, niż...
No cóż, jak rzekłam, nie mój cyrk, nie moje pchły :P
Mały umie już otworzyć i pralkę, i zmywarkę.
Plus sraczka...
Nie daj blog.
I dwa koty,  no te albo podrapią, albo spierdolą, jak coś.
Ale do ściągnięcia na łeb tam dużo rzeczy jest, jak to w livingu, Ma dostęp do szafek kuchennych.
Dobra, nie piszemy scenariuszy :)
Będzie dobrze. Alpinista po tacie. Tato w przedszkolu w czasie leżakowania namówił kolegę na otwieranie szuflad w szafce na pościel. Wdrapali się na sam szczyt. Na szczęście nikt nie spadł, ale odtąd profilaktycznie kładziono Inżyniera na golasa do leżakowania :D

Mimo zakazu pojechałam dziś do pracy, bo... Mam w tym miesiącu do wypracowania 84 godziny. Wybrałam już nadgodziny, a z normalnego rozkładu zabraknie mi jakieś 10 godzin. Kodeks pracy liczy dni, a u mnie liczy się zrobienie. Ale Boss chce mieć godziny :| Japierdolę. No nic. Opierdol dostałam za przyjechanie, faktycznie, była praca na 10 minut, podlanie badylków i adios amigos...
Com się przeleciała, to moje.
Wczoraj byłam w okolicy, bo odbierałam w mBanku

Dają za darmo i jest zajebista. Nawet ja wróciłam do czytania i do matmy, a mnie się ona po nocach śni. Ponoć Mała Wiedźma uwielbia matmę, może uda się jej to podesłać. Bo gdybym ja miała tak podaną matmę, byłabym dziś Einsteinem :)

Wracają upały, więc ogarnęłam zakupy, żeby jutro do góry dupą leżeć i...

Nie oparłam się w Lidlu, ale grosze kosztował, a Paris...
Miejsce tymczasowe, bo nie będę sama wierciła dziury w ścianie, a Synowa narzekała, że u mnie nie ma żadnego zegara.
No to jest.
Nie ma, bo po co popędzać czas, ale może trzeba?


Dekoracje wielkanocne rozebrałam i teraz


Za pewien czas, gdy któreś z nas
Odejdzie, zapomni, zatrzaśnie,
Zaczną się złe godziny mdłe,
Znikniemy sobie we mgle.

Za pewien czas, gdy któreś z nas
Odejdzie, odfrunie, odpłynie,
Skończy się w nas zielony czas
I zmatowieje ten blask.

A na razie fruwają motyle,
Tyle tego, tamtego też tyle,
A na razie wierzymy w baśnie
I jaśniej, i jaśniej...


Skunks odszedł, zostawiając mnie z kłopotami, ale wciąż wierzę w baśnie i w to, że w alternatywie trafimy do tej lepszej.
Nie ma innej opcji.


Od zamykania (czyli od połowy maja) wiszą sobie w knajpianym ogródku i nie ma na nie amatora. Przez ogródek skracam sobie drogę do pracy i naprawdę mnie korci...


Pora na piątkowe piwko i relaks z Radiem Pogoda...




Napisz, proszę, chociaż krótki list, choć tak krótki jak noc...

Ileż ja nocy przy tym przetańczyłam...

środa, 6 czerwca 2018

Na karuzeli

jadę, Kochany Pamiętniczku.
Kręci się coraz prędzej.
Jeszcze w niedzielę obiad w Chłopskim Jadle, na chybcika spacerek, a już w poniedziałek zarobiona byłam po kokardkę i kucyki i tak do środy.
Aż zdziwiłam się, że tyle pracy mam, sądząc, że ze starości nie nadążam, ale nie...
Pieniądze były na koncie już 1 czerwca. Szok.
I tak się to wszystko ciągnęło, koszulinę kupiłam, bo stara się wydarła na mnie głośno i zrobiła sobie kuku na samym przodzie.
W pracy jestem przepisowe 4 godziny i potem zmuszam się do wędrówek w tym upale, bo muszę.
Dziś wędrując dorwałam spodnie, co mnie cieszy, bo w czymś chodzić muszę, na lato potrzebuje kilka par, a nic nie ma, wszystko tylko legginsy, ojapierdolę. Nienawidzę tego, bo mnie uwiera i obciska, muszę mieć wszystko co wisi i powiewa....
I tak się dziś okazało, że chyba jednak coś jebnie i to z hukiem.
Tak czułam, że atmosfera zgniłymi jajami jedzie, ale wydawało mi się, że mi się wydaje :)
Nie rozmawiam na ten temat, nauczyłam się trzymać mordę w kuble. Na tym wychodzę najlepiej.
A dziś woła mnie wice i ma propozycję. Niemoralną, a jakże.
I...
Chce tylko mnie, li i jedynie.
Uległam, bo jak nie ulec?
Nie wiem, co będzie, bo i drugi wice też mnie chce, w sumie zostaję bez żadnego :)
A głównodowodzący jest jak na razie z tego co wiem w ciemnej dupie, nic jeszcze nie wie.
No nic.
Co ma być, będzie.
A tak z wędrówek i włóczęg się nazbierało :)

Takie tam tiule na krzaczku :)  I jakiś desperat na Rondzie Starołęka wybrankę próbuje przekonać :)
A dziś pierwszy tegoroczny bób kupiłam. I obiad gotowy.
Jutro nie idę, bom wszystko ogarnęła, znaczy się - może wlecę, może nie.
Pojadę do PKO, dowiedzieć się, co w ogóle mogę z tą książeczkązrobić.
W poniedziałek mecenas powiedział, że w piątek będzie coś wiedział. Wróżka Sylwia on, czy cuś?
Więc jutro sobie daruję, bo i tak nikogo nie ma, w piątek wlecę.
Spacja mi się zacina, psiakość :D 

Alienek już pierwsze kroki zaczął stawiać :)

piątek, 1 czerwca 2018

Jeszcze

trochę, i się utopię, Kochany Pamiętniczku.
Opierdol od Inżyniera znów dostałam, że się wtrącam do żywienia Alienka, a on jest żywiony nowocześnie, nie staroświecko, a tubkowo tylko na wyjazdach, bo nie ma gdzie gotować :P
Amen.
Jeszcze raz się wtrącę i łeb mi przetrąci.
Trudno :p Spadnie z wielkim hukiem.
Pojechałam rano do tego PZU. Gładko szło z początku, papierek, dowodzik, trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
I nagle zonk.
Beneficjentów jest trzech, jednym jestem ja, ale pani nawet palona na stosie nie powie, kim są pozostali, bo taką mają politykę.
Podała kwotę, którą PZU mi od ręki (prawie) wypłaci, ale pozostali beneficjenci muszą się zgłosić sami.
Mają na to 3 lata od dnia śmierci Eksa.
Znając go, założyłam, że to chłopcy, ale pani była rasową pokerzystką i nie powiedziała ani tak, ani nie, ani be, ani me, ani kukuryku.
Piszę do Inżyniera.
Więc wleci, choć ma dziś ten ślub.
Kiblowałam, pilnując kolejki, a przez biuro przewalały się tabuny. Staruchów. Wiem, wiem, samam starucha, ale to były naprawdę próchna. Płaciły i płaciły, pobierały nowe druczki, ruch w interesie, że ojapierdolę.
Mnie też pani namawiała na lokatę, na podwyższenie stawki, ale powiedziałam, że prześpię się ze ślimakami.
Eks opłacał ubezpieczenie takie jakie ja mam, ale podniósł ratę o kilkanaście złoty, gdyby zginął w wypadku komunikacyjnym, dostalibyśmy 40 tys.
Ja tego nie płacę, bo...
Cholera wie, jak zginę :D
Inżynier dojechał, szło już gładko, bo sprawa ma założony numer, więc odpadły trzy podania, klucz od mieszkania.
Ale... Nie wiadomo, ile dostanie, nie bo nie. Bo kolejni beneficjenci nie mogą już wiedzieć.
Pierworodny zaś ma jeszcze ponad dwa lata na trafienie do PZU.
Zakładając, że to on jest trzecim beneficjentem :)
Inżynier się z leksza wpienił. Bo w UK jak ubezpieczony umrze, to zakład tamtejszy (nie wiem, skąd wie, że umarł, może mają jakieś tajne służby) zawiadamia sam beneficjentów, że kaska czeka. Nie wie, jak to załatwiają, ale dzwonią do ludzi i mówią, że na piwo mają.
Żeby nie dobra wola szwagra, lata płacenia składek przez Eksa poszłyby na marne, PZU by sie wzbogacił. Prędzej zakładałabym, że zajdę w ciążę, jak to, że on ubezpieczenia pilnuje!
Z mojej polisy odebrałam, bo moja obejmuje współmałżonka i bodajże dzieci (tego już nie sprawdzałam, bo po co?).
Ale że Eks myślał?
Widać, że jednak Cię nie doceniałam. Wybacz.
Do domu wróciłam zlana potem, bo 36 w cieniu mój termometr pokazywał.
Potem przyszedł burz, ale jakiś taki mizerny i popadało.
Już nie ma śladu po deszczu.

A mnie czeka jeszcze kolęda do PKO.
Ale to po kolejnym numerku.

Wracając odwiozłam Inżyniera, bo to zawsze kilkanaście minut dłużej.
I znów, po opierdolu mnie zaskoczył, bo jest zaskakujący jak zepsuty motocykl :)
Myśli o Umarlakach. O przeniesieniu ich do wioski, żeby byli razem ze mną, nawet jak mi już będzie rybka. Bo to jego rodzina. Bo nie da rady w tym szalonym świecie pilnować i mnie, i Eksa, i dziadków.
Tego się nie spodziewałam.
Powiedziałam, że zrobi, co zechce, bo to jego wybór. I że doceniam i błogo mi na sercu.
Nie spodziewałam się, że taki mięczak z tego twardziela :)

A Alienka ponoć na listę Interpolu wciągnęli, tak chuligani, jak nie widzi karcącego oka babci :) 

czwartek, 31 maja 2018

Środa

kurcgalopkiem przeleciała, Kochany Pamiętniczku.
Dziś rankiem Inżynier wparował tak, że nawet  nie zauważyłam, że wlazł.
Szwagier też wparował znienacka, ale w sumie...
Atmosfera jak w rodzinnym grobowcu i podkreślanie, że Eks o mnie myślał, jakbym ja tego nie wiedziała, jakbym ja o nim nie myślała każdego dnia.
Nie wiem, czy załatwię polisę, bo mam tylko dowody wpłaty i listy z PZU, samej polisy nie mam. Jutro będę próbowała.
Książeczkę też oddał, ale to poczeka, bo i tak trzeba mieć i wszystkich pod ręką, i podkładkę.
Nieważne.
Jak dobrze, że Inżynier zmienił plany i był. To jednak było kilka darowanych godzin, kiedy porozmawialiśmy jak czekista z czekistą.
Jak za dawnych lat.
Bez Alienka, który niestety, w czasie takich rozmów nie pomaga.
Bez Synowej. I nie, że synowa to nie rodzina.
Ale takich słów, jakie usłyszałam, nie usłyszę nigdy przy kimś.
Dlatego lubię rozmowy jak czekista z czekistą.
I te z cyklu: zabiję matkę śmiechem.
Pyta mnie, czy mam patyczki do uszu. Mówię, że mam, ale że to niebezpieczne.
A dziecię me na to: lubię życie na krawędzi :)
Wyszczekany jest :P
I kompiczka ukochanego matce ogarnął na medal, bo po ostatniej aktualizacji, a mam Windowsa 10 i musi się aktualizować, w kompiczku zaczęły bytować chuje muje i dzikie węże, wszędzie, gdzie się dało. Ale Inżynier pogłaskał i stwierdził, że to nie matki wina, tylko systemu :) Chociaż raz :P 
Potem podjechała siostra Synowej i zabrali mnie do niej na nowe mieszkanie do Lubonia.
Jeszcze w domu Inżynier mówił, że nie wie, jakie będzie pierwsze słowo Alienka, że pewno puppy (piesek po angielsku), bo najbliżej jest do wypowiedzenia tego.
Jedliśmy w Luboniu obiad, oczywiście biedne dziecko karmione było jakąś ohydną papką z tubki. Pytam, co to, bo wyglądało to jak rzygi konającej ostrygi. Makaron z kurczakiem. Kurwa, zimny makaron z kurczakiem w paście dla 15-miesięcznego dziecka! A na stole sałatka z różnokolorowych warzyw, które w ramach BLW (Baby led weaning) dają mu do jedzenia. Ale nie, bo nie, bo może w tym być sól. A u mnie w lodówce młodziutka, świeżutka włoszczyzna, wystarczyło godzinę wcześniej dać znać, ugotowałabym zupkę palce lizać (oczywiście nic nie rzekłam, jestem dobrze wytresowaną teściową, morda w kubeł). Ugotować makaron z kurczakiem też nie problem. Ale nie, i tak jedzie biedne dziecko na zimnym żarciu z tubki, a mi serce pęka. Nie można nic dać, bo nie. Dostaje jakieś chipsy specjalnie dla dzieci, to tubkowe żarcie jest "z górnej półki" i majątek kosztuje (w PL 15 zł za tubkę na jeden raz, ojapierdolę, ja za tę kasę zrobiłabym obiad z dwóch dań dla wszystkich). Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz na głupotę? A nie będę Inżynierowi nic nadawała, bo po co?
To nie jest ktoś, kto uwierzy, że matka głupia nie jest. Zajmuje stronę żony. Nie, żeby matka tych pojebanych forów nie znała, ale kiedyś na próbę dyskusji usłyszałam, że czasy się zmieniły.
Ano, na gorsze. Szkoda moich nerwów.
Po obiedzie podano deser: truskawki i borówki w galaretce ze śmietaną.
Porcja dla Alienka bez śmietany, z wielkim fochem matka karmi, bo się boi, a przecież nie ma uczulenia na truskawki, bo w UK już jadł. Te sztuczne, pompowane, z Hiszpanii. A tu nasze, truskawkowe...
Jeżu kolczasty, jak to dziecko rąbało tę galaretkę.
Jakby od urodzenia nic nie jadło.
Babcia zaś zadowolona klepie się po brzuszku i mówi: mniam, mniam, przewracając przy tym oczyma.
Alienek wniebowzięty.
Matka się zagaduje, a dziecię, wprawdzie nie klepiąc się po brzuszku, mówi głośno i wyraźnie: mniam, mniam :)
Zatem pierwsze słowo Alienka to mniam, mniam :)  I już tak domagał się kolejnej porcji :P Zeżarł cały pucharek, spory, na dnie zostały może ze dwie łyżeczki. Po kilkunastu minutach wrócił do stołu i stanowczo zażyczył sobie mniam, mniam i zeżarł resztę, zawiedziony, że więcej nie ma...
Pytam, kurwa, w czym problem z daniem dziecku normalnego żarcia?
Je kurczaka, więc gotując dla wszystkich można przyrządzić jeden kawałek dla dziecka. Bez ostrych przypraw. To burrito też by wszamał, wystarczyło usunąć fasolę. Tej bym może nie dała takiemu maleńtasowi. Ale domowe nadzienie do burrito? Nie było ostre, było normalne.
Można wszystko zrobić bez soli, skoro ma nie być solone. Każdy może sobie na talerzu dosolić.
Ale podawanie dziecku w pizzerii, gdzie jest smaczna pizza pieczywa czosnkowego to fantazja pojebana.
Więcej w tym pieczywie chemii, jak w pizzy, bo ser na ej grzance nie jest serem, tylko wyrobem seropodobnym.
Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
No i tak sobie żółci wylałam :D

Kciuki mile widziane :) Tomorrow, of course :P

środa, 30 maja 2018

Ja pierniczę

Kochany Pamiętniczku :)
Pojechałam na Ławicę, z duszą na ramieniu, jak zawsze, że się spóźnię, ale luz i hasta manana, opóźnienie mieli.
Pół godziny, mniej więcej tradycyjnie, chyba w UK znów śniegu napadało, ale dolecieli.
Tym razem mialam przyjemność czekać na nich z teściem Inżyniera i od razu zaczęło się niefortunnie, bośmy na strajk niepełnosprawnych wdepli.
Zapytał tylko: po co oni strajkują...
A mnie moja osobista krew zalała, bo ja, kurwa wiem, jak to jest być niepełnosprawnym.
I szlag, że tak pierdoli facet od lat opiekujący się niepełnosprawnymi babami.
Bohater pieprzony się znalazł.
Więc żeby nie psuć Inżynierowi stosunków rodzinnych, zagadałam, czy poleci do nich, jak zmienią lokum (nigdy u nich nie był, a Inżynierostwo są ze sobą, żebym nie skłamała, co najmniej 5 lat)... Gały wybałuszył i mówi: zmieniają? Nic o tym nie wiem.
Ojapierdolę (potem rozmawiając z Inżynierem w taksówce dowiedziałam się, że mówili mu, widocznie nie słuchał. A to ponoć ja jestem głucha).
Na kawę miałam wlecieć, tom wleciala, bom za Alienkiem stęskniła się okrutnie. I jak to rasowy czekista z czekistą,  dogadaliśmy się w oka mgnieniu, nakarmić się dał bez animrumrania, wszystko zjadł, zabawką posługiwać się babcię nauczył i w ogóle luz i hasta manana. Tylko kundel szczeknął, jakby go złowrogie siły nasłały i Alienka zestresowanego musiałam oddać w ręce.
Potem do chatki mej wróciłam i...
Zaproponowali wycieczkę do ZOO w ramach prezentu urodzinowego dla Inżynierowej.
Doceniłam, że chce z teściową iść.
Doceniłam tak bardzo, że składając życzenia nawet jej nie przytuliłam, na co miałam ogromną ochotę, ale wiem, że ona tego nie toleruje, więc wyglądam jak teściowa żmija i...
Rewiduję plucie z moich urodzin.
Nie przytula, bo nie lubi.
Aczkolwiek skoro wie, że ja lubię...
Ale nie bądźmy drobiazgowi, ważne, że Alienkowi na mój widok papa się banani i żeby nie to, że swoje waży, byśmy się miziali bez ustanku. Namawiał mnie nie tylko do miziania, ale i do całowania, ale hmmm... Moja gęba jest stara i pełna bakterii, więc odwróciłam uwagę smarkacza od nadmiaru pieszczot. Nigdy nie całowałam dzieci, nawet swoich w usta. Moje, tresowane, podchodziły i dawały albo czółko, albo łebka.
Alienka kiedyś wytresuję, a co?
I tak zaliczyliśmy jazdę Maltanką, szarańcza też jechała i załapaliśmy się na dodatkowy kurs dla niej, bo był wolny wagonik.
Z naszej czwórki szalała Synowa, a i Inżynier był rozanielony. Alienek, jak i babcia, miał do imprezy stosunek ambiwalentny, moja krew :D
Zastanawia mnie, jak Synowa, miłośniczka sierściuchów i niesierściuchów do kwadratu pi er dwa może chodzić do ZOO.
Dla mnie widok zwierząt za kratami, zwłaszcza ptaków, jest porażający,
Pomijająs smród, którego nawet na hektarach ZOO nie da się uniknąć.
Ale milczałam, bo to jej bajka, nie moja.
W jakiś sposób zepsułam tę imprezę, bo powiedziałam, że w barze w ZOO nie będę jadła, śmierdziało starym olejem od frytek tak, że ojapierdolę. |Wytrzymałabym bez jedzenia, ale... Zmienili plany i pojechaliśmy do Malty. Miał być obiad w knajpie z majątku, gdzie brali ślub, ale jakąś awarię mieli i wylądowaliśmy w Pizza Hut.
Pizza wszystkim smakowała, a biedny Alienek po przebudzeniu dostał pieczywo czosnkowe. Żal było mi dziecka, ale cóż miałam rzec? Jadł, smakowało  mu, ale czy to jest obiad dla dziecka? Domagał się przy tym tego, co my mieliśmy na talerzach. Ja bym dała, ma już w końcu 15 miesięcy. Ale to nie moja działka. Miał cztery grzanki, dwie napoczął,zażądał trzeciej. Śmiali się, że nadgryza wszystko, by nikt już tego nie ruszył. Schowałam koszyczek z ostatnią grzanką, w końcu Inżynier stwierdził, że ją zje, bo Mały już gromadził jedzenie w podgardlniku. Na widok grzanki żartej przez ojca podniósł taki lament, że ojapierdolę :)
Jest: zabawny, kochany, przylepka.
Mówię, że z Papryczkiem nigdy nie miałam takiego kontaktu, ale niedowierzają.
Ale... Mam taką samą chemię, jak z Małą Wiedźmą. Papryk, jak kot, chodzi własnymi drogami.
Bywa.
Wróciłam do chatki padnięta, bo w ZOO byliśmy kilka godzin, a ja pchałam wózek i to pod górkę.
Po 20 padłam.
W tym czasie przyszedł SMS od szwagierki, że szwagier się z papierami do mnie wybiera. Telefon ładował się w dużym pokoju, nie mam nigdy dzwonka, bo i tak go nie słyszę bez aparatów.
Chyba był, bo miałam nieodebrane połączenia na telefonie. Jakoś nie dociera do niego, że nie dzwonić :D
Ale to zauważyłam rano, piszę więc Inżynierowi. A ten pyta: pogięło?
A serio, na dzwonek tuż o 22 nie otworzyłabym drzwi.
Zadzwonił dziś do szwagra i choć tego nie planował (Inżynier, nie szwagier) będzie jutro przy rozmowie.
Uff, bo czuję się, jakby mnie oplatała pajęczyna, coraz gęstsza.
Być może szwagier się zmienił, ale...
Po tylu latach nie ufam ani na grosz nikomu z ich rodziny,
Wybaczyłam, ale jak mówi francuskie przysłowie: tout comprendre c’est tout pardonner. Mais: tout pardonner ñ'est ç'est pas tout oublier. 
Pamięć mam jeszcze dobrą.

Zobaczymy, co przyniesie jutro. Cieszę się, że nie będę sama.
A Alienka dorwę znów dopiero w niedzielę.
Trudno.

C'est la vie :)  Wiem, że się mnie nie boi i to mnie wzrusza :) 
A teraz fotorelacja :)  Było gorąco jak w piekle i większość zwierząt zniknęła...






 Grzybienie :D


 Bocian! Na wolności. Alarm! Coś się święci. Ilekroć widzę bociana na żywo, rodzina mi się powiększa...
 Jak można dokarmiać trzmiele i im szkodzić? Synowa twierdzi, że można je zabić, rzucając owoce... Maybe...
Łapka misia.Misia nie było.
 Surykatki karmił taki man, że ojapierdolę...
 Starych jędz tam nie wpuszczali. O młodych nie było nic napisane, może te 30 lat temu bym spróbowała wleźć, no ale Alienek w wózku, wiecie, rozumiecie :D
 W punkt, ale i tak mnie śmieszyło :P


 Tego wilka ja znalazłam. Dosłownie kilka kroków przede mną szli rodzice Alienka (ja za nimi z mozołem pchałam wózek) i Synowa rzecze do Inżyniera: widzisz tu jakiegoś wilka? Nie widzieli, a ja tak i ich zawołałam. Jednak jak na ślepego kreta mam dobry wzrok :P


Najpiękniejszy punkt ZOO, oprócz tych grzybieni :P