czekam, Kochany Pamiętniczku, a żem uczciwa, to przed kompikiem ślęczę, odświeżając pocztę. I wciąż przeżywam te dwa dni, jak mrówka okres.
Wczoraj wszystkiego nie ogarnęłam, bo trudno to ogarnąć bez owczarka, zaganiającego rozproszone owce (czytaj: myśli) do kupki.
Przed śniadaniem zawołałam Papryczka, dając mu na czubku noża ociupinkę sera z łososiem... Gest cezara, kolejny gladiator bity w grunt.
Serek z chrzanem - gest cezara i koszmarny grymas.
Krew we mnie zawrzała, rozdarłam się (albowiem, gdy aparatów nie mam, a nie miałam, bo włosy jeszcze mokre były) jak stare kalesony na płocie, że jest bardzo niegrzeczny, że nie wie, co to znaczy być głodnym, że porządny człowiek nie grymasi przy jedzeniu.
Ulało mi się, ale: z łososiem nie, z chrzanem nie, żółty ser nie, powidła nie, pomidor nie, z masłem nie, więc co ja, kurwa, mam jeszcze wymyślić? Z szynką by zjadł. Ano, problem w tym, że szynki nie miałam. Kiedyś kupowałam szynkę, jak mieli przyjść, z potem wyrzucałam, bo się oślizgła zrobiła, jak zapomniałam ją zamrozić, a jeść, jak była, nigdy nie jedli.
I takie myśli mnie nachodzą, jak patrzę, ile jedzenia ląduje w kuble po każdym posiłku, rozmemłane, nadgryzione, wyplute, że wzięłabym głodem. Nie dawałabym jeść przez kilka dni i by potem jedli wszystko.
Jako dziecko nie lubiłam kopytek (zjadałam z bólem serca), plędzy i kotleta w restauracji, w której stołowałam się z bratem przez kilka miesięcy po śmierci mamy. Mama była bardzo wysoko, jak na tamte czasy ubezpieczona, kasy z ubezpieczenia starczyłoby na dwie książeczki mieszkaniowe i jeszcze by zostało. Do dziś mam w domu moją (zwykłą książeczkę, nie mieszkaniową), na którą ojciec wpłacił tę kasę, dzieląc ją na pół, na mnie i brata. Oczywiście, odjął za pomnik i inne takie tam, ale mniejsza z większym. Wszyscy wiedzieli, że tatuś nas zabezpieczył. Kotlet był regularnie co czwartek, na myśl o czwartku zbierało mi się na mdłości. Ale wtedy, na wsi, dzieci jedzące w knajpie obiad, w osobnej sali, żeby nie musiały siedzieć z pijakami razem, w knajpie, w której obiad zamawiał jakiś obcy może raz na tydzień... Jeżu kolczasty, jaki to był wypas, a my to hrabiątka... Po kilku miesiącach takiego szaleństwa któregoś dnia podeszła do nas pani M. i powiedziała, że mamy więcej na obiady nie przychodzić, bo ostatnio tatuś ma kłopoty z płaceniem...
Obiady zaczęliśmy jeść u sąsiadki, bo ta brała dużo mniej niż pani w knajpie... Co piątek, a jakże, był ryż z cynamonem... Bo to piątek. Na myśl o kolejnym piątku dostawałam gęsiej skórki. Aż któregoś piątku odnoszę naczynia do kuchni, jadłam później, bo coś mi wypadło, a tam... cała rodzina wpierdala pyry z gziką :) Ojapierdolę, krztusząc się, zapytałam nieśmiało, czy my byśmy nie mogli dostać w następny piątek pyrów z gziką na obiad?
Sąsiadka w szoku, że jak to, ona się z ryżem męczy, a dzieci nauczycielki (tak, nauczyciel na wsi wtedy to był bóg, a moja mama była na szczycie Olimpu, albowiem cudnym człowiekiem była i do dziś ludzie starsi ode mnie wciąż o niej mówią z łezką w oku i wzdechem) pyry z gziką jadły? Kobieta nie miała pojęcia, że moja mama zarabiała 900 zł, mój ojciec w tamtym czasie 2500, a i potrafił po wypłacie bez złotówki do domu wrócić, pijany w trzy dupy, że żyliśmy za te 900 zł mamy...
Jako że obiadki u sąsiadki okazały się też za drogie, drogie dzieci musiały ogarnąć się same i same się wyżywić. Tatuś czasem pieniążki dał, a czasem nie dał. Żelaznym zapasem była w domu zupa ogonowa w proszku, Winiar, a jakże, albowiem była najtańsza. Kiedyś ją bardzo lubiłam, ale po dwóch tygodniach bezustannego jedzenia zupy ogonowej w proszku można ją było znienawidzić na amen, nieprawdaż? Mieliśmy maleńkie poletko, ale ja, 17-latka nie dałam rady go łopatą przekopać, a 12-letni braciszek na mój widok wiał, gdzie pieprz rośnie, obrzucając mnie przekleństwami, gdy próbowałam go ściągnąć z boiska, żeby coś pomógł czy się pouczył.
To, że uczyłam się to tylko mój wybór. Bo mam wciąż mi mówiła: ucz się, bo to ci ułoży życie. I nie licz na mężczyznę, sama sobie bądź sterem, żeglarzem, okrętem.
Taki testament mi zostawiła.
Nie mówię, że moje życie było wtedy pasmem nieszczęścia, nie. Miałam przyjaciół, koleżanki i kolegów, pierwsze miłości, uniesienia, zdrady, rozpacze.
Wkrótce poszłam na studia, lekko nie było przez pierwszy rok, bo miałam za wysoki dochód na stypendium i akademik.
Ojciec ożenił się drugi raz. Po moim pierwszym roku już się rozstał z żoną, więc oświadczył, że na studia nie wrócę, bo on mi pieniędzy nie da.
Miałam w kieszeni 5 zł. Tyle kosztował bilet do K. Spakowałam walizkę, pojechałam do siostry mojej mamy, mojej chrzestnej.
Pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, że nie dała więcej, ale przecież to bez znaczenia - pomogła mi, w czym problem?). Pojechałam do Poznania, zatrzymałam się na chwilę u przyjaciółki mojej mamy z dzieciństwa (na szczęście znałam adres), która gniotąc się we czwórkę w jednopokojowym mieszkaniu lamentowała, że nie może mnie na stałe zatrzymać, bo gdzie? Uczelnia - przedstawiam sytuację - z miejsca dostaję (we wrześniu, rok akademicki zaczynał się w październiku) akademik (Jagienka), stypendium socjalne - wszystko na podstawie oświadczenia, że ojciec mnie nie chce utrzymywać. Na gębę. Ale też dzieci badylarzy, czyli ówczesnej elity finansowej dostawały stypendia na podstawie zaświadczenia, że rodzice jako źródło utrzymania mają hektar ziemi, nie dołączając zaświadczenia, że pod szkłem). W ZUS zapytali tylko, czy jestem pełnoletnia i o adres, pół renty po matce było moje, a nie ojca, jak stale starał mi się udowodnić. Brata połowy nie mogłam ogarnąć, nie był pełnoletni, nikt mądry mi nie powiedział, jak to załatwić, a panie w ZUS kazały czekać do pełnoletności. Bratu załatwiłam internat w K., płaciłam ze niego, posyłałam mu kasę. Że żył po swojemu, dowiedziałam się za późno, żył jak chciał, wciąż wygadując mi, że ja to mam lekko, bo wszystko mam dzięki "jechaniu na opinii po mamusi". Niech i tak zostanie. Na pierwszym roku nie było jeszcze stypendium za wyniki w nauce, na drugim już tak, więc ucząc się, według zaleceń mamy, z zaparciem, w kuchni, żeby nie imprezować w pokoju, bo sublokatorki miałam rozrywkowe, po I semestrze naukowe też miałam. Moja głuchota była tam błogosławieństwem, bo w kuchni był ruch jak na autostradzie. Miałam już 2500 miesięcznie łącznie, tyle, ile mój ojciec zarabiał.
Ojciec odfochał się, gdy byłam na 4. roku. Przestał chodzić po wsi i opowiadać, jak to go z renty po żonie okradłam, jak to ja się kurwię w Poznaniu, nie jeżdżę do domu, fantazję człowiek miał, nie da się ukryć.
Zaczął się chwalić, że córka studia kończy.
Łatwo nie było. Nie mówię, że byłam święta, żyłam z ołówkiem w ręku, kasa podzielona na dni w miesiącu. Jeżeli zaszalałam i wydałam więcej, następnego dnia musiałam o tyle mniej wydać.
Jedzenie, jak to wówczas, było jakie było, człowiek wpieprzał chleb z serkiem homoseksualnym i nie marudził, dżemik też był mile widziany.
Mamy koleżanek, litując się nad biedną sierotą, podsyłały co jakiś czas a to słoiczek kompotu, dżemu czy smaloszka :D
Za co im do dziś, po staropolsku, czapką do ziemi dziękuję, zapalając świeczuszkę kolejną, bo inaczej już się nie da.
Małżeństwo - też lata jeszcze siermiężne na początku, aczkolwiek później okraszane paczkami "z Rajchu" :)
Mąż, trzymany krótko za pysk przez ojca, legendarne opowieści mojej teściowej, jak to dzieci były karmione jałową kaszą czy ryżem z piekarnika, ryby bez przypraw i inne tam zdrowe wynalazki (teść jednak, mimo zdrowego odżywiania, niepicia i niepalenia miał raka żołądka), po rozstaniu rodziców był karmiony frykasami. Bo teściowa obrotna była, żona lekarza, dzieci lekarze - olbrzymia zamrażarka w piwnicy nigdy nie była pusta. Inna para kaloszy, że kucharka z niej była żadna, no ale zawsze ktoś coś ugotował.
A mąż: mielone w ząbki wchodzi, z kury tylko pała, no i schabowy musi być. Trudno było go wyżywić, ale przeżyłam, dało się.
Dzieci chowane w poszanowaniu chleba - gest Papryczka by im nawet do głowy nie przyszedł. Nie jadły tylko ryb, ryby w naszym domu były wyklęte, skazane na banicję, a gdy ja robiłam sobie ryby, bo mój organizm się domagał, chodzili z zatkanymi nosami, a mąż wyprowadzał się do mamusi :) I kalafior - Pierworodny jadł go tylko na surowo, ze śmietaną i pietruszką, ale jadł. Za to wątróbkę żarł tonami, w przeciwieństwie do Inżyniera, któremu w ząbki wchodziła.
A ja nauczyłam się jeść kopytka i plędze, zastanawiając się, co ja do nich miałam kiedyś? Gotowania uczyłam się z książki kucharskiej, z przepisów w gazetach. Programów kulinarnych i internetów nie było, ale chyba nie najgorzej mi poszło.
Różnie bywało z kasą, zwłaszcza gdy Eks pomaszerował w siną dal, ale nie - z głodu nie umarliśmy. Choć nie zawsze można było zjeść to, na co się miało ochotę, a pierwsze wyprawy do Pizza Hut czy McDonald's to były święta narodowe.
Napojów w puszkach, na które wtedy był szał - nie dostawali. Byłam od zawsze wrogiem. Pewno, że pili, ale nie kupowałam - to już za kieszonkowe, czy u kogoś. Teściowa była fanką wody Grodziskiej w butelkach, wszyscy byliśmy, rzecz trudna do zdobycia, ale w domu zawsze była. Potem, już na swoim, w piątce specjalnie dla nas pani Ania trzymała Staropolankę, pięciolitrowy baniak.
Oczywiście, były i ciasta i słodycze, ale w dawkach rzekłabym normalnych.
Alkoholu nie było, bo nie, bo jako DDA miałam opory.
Teraz jestem dorosłym alkoholikiem i wiem, że wroga w mordę się leje :D
I tak to, w telegraficznym skrócie - nie rozumiem, jak można grymasić tak, jak grymaszą moje wnuki. Jak można ze świętym spokojem mówić przy dziecku: nie dawaj mu tego, on tego nie je. Że dziecko ma prawo wyboru. Owszem, ma i wybiera: śmieci. Bo śmieci są tak doprawione, że smakują.
Ale już mam na to wyjebane. Nie chce jeść placka, bo chce jakieś kupne wafelki - trudno. Nie zje słodkiego, wyjdzie mu to na dobre. Nie mam chipsów, mam owoce.
Nie widzę potrzeby kupowania soków za grubą kasę. Mogę sama zrobić sok. Nakupili mi, nie pytając mnie o zdanie sokowirówek, blenderów (miałam swoje) od cholery, a na propozycję, że zrobię smoothie, mówią, że nie, bo MW, P, A, K... nie lubią. Po czym wyciągają smoothie gotowca, kosztującego krocie. Super, że ich stać, że dobrze zarabiają. Że oszczędzają sobie pracy ze skrobaniem, myciem, przecieraniem :P
Ale ja za ciężko pracuję na swoją kasę, żeby ją wydawać na coś, co i tak nie zostanie zużyte do końca.
Więc moja filozofia życiowa różni się diametralnie od ich.
Sorry. Winnetou, moje życie różni się od waszego i gdy się farsa zmienia w dramat, idę w kąt. Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd :)
Pierworodny miał fazę przez parę lat - miał piękne, czarne, długie do pół pleców włosy i tak wdzięczną sylwetkę, że za dziewczynę go brano :) I - do dziś mu to zostało - nie lubił mycia głowy i czesania. Ale był do znudzenia upominany i w końcu - chyba miał dość - wziął i ściął :)
Uczyłam męskiej higieny, podsuwając książkę "O chłopcach dla chłopców" - gdzieś ją jeszcze mam, o ile nie wywlekli.
Opuszczania klapy od kibla.
Sikania na siedząco (po latach dowiedziałam się, że to jest dobre dla prostaty).
Sprzątania po sobie, co poszło łatwo, albowiem o porządek w domu dbaliśmy wszyscy - ich pokój mnie w ogóle nie obchodził, ale część wspólna była święta i rzucanie gaci na środku pokoju - no pasaran. Od tego był kosz na brudną bieliznę.
Są czyści - co dzień świeża bielizna, świeża odzież to im zostało do dziś. Inżynier pod tym względem nawet przesadza, ale to dobrze. W końcu są pralki automatyczne i pranie nie jest problemem.
Nie stawiam tu siebie na przykład.
Takie było moje pokolenie - dom był ogarnięty mimo pracy zawodowej. Zgadzam się, nie zawsze, moja teściowa była superbałaganiarą i fleją, potrafiła gotować zupę, mieszając ją łyżką, a w tej samej ręce trzymała zapalonego papierosa :) Przychodząc do niej z małymi dziećmi, najpierw brałam odkurzacz i uśmiechając się wdzięcznie, mówiłam: mamo, widzę, że mama zarobiona jest i nie ma już siły, pomogę i przelecę wykładzinę, OK? Nie protestowała, przelatywałam i puszczałam dzieci spokojnie :)
No i zebrało mi się na pierdolenie o Chopinie, ale zakładałam ten blog z myślą, że kiedyś ktoś z moich tu dotrze.
Albo i nie, bo ostatkiem sił przed wskoczeniem do klepsydry zlikwiduję, kto bogatemu zabroni.
Dalej siedzę i myślę, co poszło nie tak?
Chociaż nigdy nie miałam parcia na babciowanie i nie rajcowały mnie pytania: kiedy i czy nie tęsknię za wnukami.
Nie, nie tęskniłam. Rzeczywistość jest brutalna i inna. A ja nie mam ochoty jej naprawiać po mojemu, bo po co, skoro to i tak jest z góry skazane na zagładę?
Też wolę sobie usiąść, mój poranny rytuał, pasjans, muzyka, cisza, a teraz jeszcze i praca z domu - cut, mjut i ożeszki laskowe.
No i my Shadow, wierny, od lat. Jest ze mną i słucha co do niego mówię, bez proszenia i nawoływania: zdejm słuchawki, Allllliiieeeeneeeek, co ja mówiłam. Nie ma głuchoty wybiórczej. Ma tylko głuchą mnie.
Dobrze nam razem i chuj :)