piątek, 28 sierpnia 2020

Jak u

 cioci na imieninach, Kochany Pamiętniczku.

Nie dogadałam się z Inżynierem, no ale byłam w godzinach jego pracy, więc trudno wymagać, by zajmował się matką, która na służbę wpadła.

Synowa mnie nie widziała, ale grzecznie dzień  dobry rzekła. Alieniątko moje, jednak coś z nim jest nie tak, bo wystarczy coś powiedzieć, neutralnie, a już buźka w podkówkę i mokre oczka. Wiem, że obchodzą się z nim jak z jajkiem, nie ma tu opcji strącenia księżniczki, jak było z Małą Wiedźmą, ale wciąż smutny. Miziać się przyleciał, ochoczo podciągając koszulinke, ale ostudziłam zapały, zgodnie z rozkazem z góry miziając przez koszulkę. Jeżu kolczasty, wniebowzięty był i zasypywał mnie samochodzikami, Słodziakami i samym sobą. Jednak nadajemy na tych samych falach, nie da się ukryć, chociaż ja jestem bardziej pogodna. Ale będę o niego walczyć, cokolwiek to nie jest. Bo to jest moje Alieniątko i już.

A od rana pada mi net, jakaś awaria tym razem, dobrze, że mnie tknęło i piszę w notatniku, to się potem wklei i nic szlag nie trafi. Tyle że kurwica mnie bierze, bo ile można? Restartować, łączyć, parować...

Kalafiorkówna, widząc, że nikt nie chce jej zabrać w siną dal, mimo donoszenia torebek, plecaków, butów i innych akcesoriów, zdesperowana przyniosła i rzuciła mi moje sandały, podsuwając do nich wózek. 

 

No i teraz rozkminiam, czy chciała, żebym założyła buty i poszła z nią na spacer, czy miałam zabrać rower, zabrać buty i spierdalać z Nowej Huty? Bo moje przyjście wszak zaburzyło jej życiową stabilizację.
No ale potem dałyśmy radę, choć marudna była i nieco zakatarkowana, jękliwa: mama, mama... W końcu na memłodnie padła, a ja... wysłałam MSG do Inżyniera, żeby okno zamknął, bo ziąb od okna ciągnął i kocek dał. Kocka nie mają na stanie, dostałam bluzę i tak sobie pomemłonowałyśmy dobre 20 minut, a Skubana słuch ma jak nietoperek, ledwo Alienek wszedł do domu, chociaż pokazałam palcem, że ciiiii, co od razu wywołało na jego buzi podkówkę, skoczyła jak łania i... Synowa mówi, że nie tęskniła za nią, w końcu ojciec był w domu, ale za Alienkiem.
No OK.
Zmyłam się: piątka, żółwik, sayonara.
Chciałam po słuchawkę do prysznica jechać, ale zaczęło zdrowo padać, parasola nie wzięłam, a aparaty kąpieli wodnej nie lubią, więc zmiana planów.
Go home.
Wciąż padało, ale wzięłam się w garść razem z parasolem i pomaszerowałam po słoiki, bo powidła trzeba było w coś wsadzić. No i niebiosa mnie natchnęły na dużo słoików, bo zahaczyłam o Pana od Pomidorków i...
Się zrobił ketchup z dupomirków, cukinii (tej od Pierworodnego), cebuli, czosnku i... 6 słoiczków wyszło.
Niech mnie ktoś zabije i odciągnie od robienia przetworów, niech mi ktoś kartę zabierze, niech mnie ktoś zabije :D Amen.

W rybnym, otwartym, obkupiłam się, karp, pstrąg i śledzie w sosie chrzanowym. Śledzie dupy nie urwały, next time kupię gołe śledzie i sama je zrobię, a reszta rybków jutro. Ostatni raz jadłam ryby chyba przed kwarantanną. Mam chcicę :D 


Kasę na jutro wyciągałam z bankomatu i coś się popierdoliło, więc w domu sprawdzam, czy się nie popierdoliło. I szok: pensja już jest. Goła, jak święty turecki, ale jest.
I rachunek za prąd na poczcie. Nieco niższy, 188 zł, dobre i to. Jednak niewłączanie pracowego kompa non stop i wyłączanie stand by, mimo tego, że chłopcy udowadniają mi, że to pfff, grosze, jednak coś daje. Prawie 20 zł mniej. Jak będę na gołej emeryturze, 20 zł będę trzy razy oglądała, a i nie wydam na Carlo Rossi Red, a na jakąś wiśniówkę w Biedronce, są za parę groszy (tylko towarzystwo z alei Żula zniknęło. Zapili, czy gdzieś na działce siedzą? Bo wątpię, że mają home office).
W drzwiach sąsiadki mówią, że jakieś domofony zakładają. Fakt, przy wejściu nowy, taki, co pisze: wlazł, jak wpuszczają. Ale że otwiera starym kodem, to myślałam, że spoko.
Piszę do spółdzielni emilka. Odpisali, a jakże, jak już miałam zaistalowany nowy domofon, ale ponoć to z funduszu remontowego i nie będziemy płacić. No, funsusz remontowy pewnie wzrośnie.
Zatem bilans mniej więcej dziś dodatni: 5 słoików powideł, 6 słoików bazy (no dobra, to nie jest klasyczny ketchup, nie mam tam octu i przypraw, ale po otwarciu jest baza do kombinowania).
Jutro na Manhattan, bo trzeba ogarnąć dwa dni z Małą Wiedźmą i Papryczkiem.

Oj. Roses are red... :) Wciąż wtedy wracam do studniówki, to był wtedy szał. A po latach Chłopcy z ferajny i odkrycie, że CZerwone róże są, a fioletowe bzy... to to samo...
Tak to u mnie się dziwnie plącze przez niedosłuch.
Znów dzień przeminął. Dobry dzień, mimo wszystko, mimo zmartwienia, co z Alienkiem i takich tam.
Nie wszystko mogę zmienić.
Nie wszystko mogę unieść.
Ale spróbować zawsze warto.



środa, 26 sierpnia 2020

Pierdalec

 pospolitus mnie dopadł, Kochany Pamiętniczku. Ale że pogoda jest jaka jest, mycie okien nie wchodzi w rachubę, no i starzeję się, zatem mycie odpuszczam, c'est la vie.

Myślałam też o pojechaniu do tego muru na placu Wolności, ale... moje wyalienowanie z rzeczywistego świata przeważyło. I jak mnie tak miotało z kąta w kąt, gdy już spasteryzowałam dupomirki i nie miałam gdzie rąk wsadzić, a sprzątać w dzień niesprzątający to jest porąbane, co nie (tak wariują pracoholicy, mający wolne dni), wpadłam na pomysł...

... pójścia na Manhattan z chytrym planem w zanadrzu.

Udałam się do gospodarstwa domowego. Gospodarstwo domowe na Manhattanie jest dłużej niż ja, bo kiedy się tu wprowadzałam, ono już było. Prywatne, w tamtych czasach. Do dziś prowadzi je ten sam gość. I ma dosyć nieogarniętego pracownika teraz, ale mniejsza z większym, znalazł mi "mój" garnek.

Bo kurwica mnie bierze nie tylko na emaliowane garnki (za cenę kompletu emaliowanych miałabym jeden z większych z Odelio), które od piernięcia się przypalają, a co się w nich nie ugotuje, to domycie ich to droga przez mękę, no ale chciałam być eko sreko, ale i na starą, żeliwną brytfannę. Jak nie lecisz z wywieszonym ozorem mieszać, to się zaraz powidła przypalają i jest roboty po kokardkę i kucyki. I tak ze Zmorencją gawędziłam o tych garach, kiedyś chciała je kupić, ale kupiła patelnię, która jej się sfajczyła...

No i Sikorę agitowałam za Odelio, więc...

Autosugestia, psiakrew.

Zanabyłam, za całe 120 zł, ale co tam. Zaczynam wydawać na siebie i to jest mądra decyzja, ze wszech miar mądra.

Potem w Big Benie Dark kupiłam. W sam raz na taki dark day jak dziś, a i garnek trzeba oblać, co nie?

Potem 5 kilo śliwek i dobry uczynek, bo przed śliwkami kupowałam włoszczyznę i dziewczyna o tym zapomniała. Ale miała banana, jak włoszczyznę do rachunku doliczyłam. No cóż, do kościoła nie chodzę od dawna, ale "nie kradnij" pamiętam doskonale. Pewno, że kiedyś tam może i po drodze czegoś nie dopilnowałam, ale na przytomnie nie umiem kraść :D (Powinni to do góry, o ile góra jest, ale o tym potem, docenić).

No i na końcu Manhattanu dupomirki, o, po 2,90. O tej porze jeszcze, i dużo żółtych. Więc pakuję :) Pan od Pomidorków ma banana i mówi: znów? A ja, no cóż, odreagowuję kwitnięcie przed kompem i mam nadzieję, że mi przejdzie. A on: mam nadzieję, że jeszcze długo pani nie przejdzie. Nice, co nie?

I tym pięknym sposobem zlądowałam w domu z 



I kolejny dobry uczynek: wciągnęłam wózek sąsiadce, starszej ode mnie. Mieszkamy razem od początku bloku, a do dziś nie wiem, jak ma na imię i jak się nazywa. Ale zawsze ze sobą miło rozmawiamy, a ona o moich chłopaków zawsze pyta. Ma już ponad 80 lat, więc trochę nas dzieli. 

No dobra, zabrałam się za życie na kwadracie, nie za bardzo przejmując się a to chlapnięciem, a to kropelką, a to paprochem, a co tam :) W końcu mam wolne i nie musi być zawsze idealnie, co nie?

Odrobina bałaganu nie zaszkodzi.

Do komórki podreptalam (nie lubię), myślałam, że mam tam puste słoiki. A komórka zamknięta na trzy spusty i klucze nie działają. Dzwonię do sąsiada współdzielącego (sąsiad zmarł, żona z alzheimerem zniknęła, mieszkanie w remoncie) i nic. Więc dawaj mocować się z zamkami i... Puściły. Słoików pustych (moich) nie ma, za to sąsiada sklep z pustymi słoikami, ale nie są moje, to nie ruszam. Za to moich przetworów od cholery, sklep można otworzyć. (Wieczorem piszę do żony Pierworodnego, wezmą). Zamykam jak za dawnych lat na jedno przekręcenie klucza, trzeba z Pierworodnym ogarnąć zamki. I... Jak ostatnio był Inżynier z bandą, wynosił fotelik Kalafiorkówny, może to on zamki tak pozamykał? Pewno nie będzie pamiętał. A ja i tak muszę wytwory mojego pierdalca do komórki eksmitować, bo nie mam gdzie w mieszkaniu upchnąć. 

Pól godziny kuchenkę szorowałam, ale jest OK  :)

Osiem kilo śliwek wygląda tak



Ten większy to nowy gar, a widziałam jeszcze taki na 6,5 litra w necie, niedrogi, niecałe 80 zł, ale pytanie brzmi: co ja w nim będę gotowała, skoro ten mniejszy, po lewej starcza mi na ugotowanie zupy na dwa dni?

Odelio powinno mi płacić za reklamę, ale gary, choć drogie, warte grzechu: myją się idealnie i pasują do indukcji (to akurat mnie nie rajcuje). Można w nich w piekarniku swobodnie zapiekać. Z lewej powidła po dwóch dniach smażenia, z prawej po jednym. Droga do celu daleka jeszcze, a wyjdą z tego marne słoiczki. No dobra, nie jadam powideł, żrę tylko podczas smażenia.

Wiem, wiem, zboczona jestem, taki los.

A za oknem piździ gorzej niż za cara na Skieletczyźnie i taki ponury, pojebany dzień pogodowy. Czytam o kataklizmach, huraganach i cieszę się, że jestem stara.

Odpaliłam sobie Było sobie kłamstwo na Netflixie, z moimi ulubieńcami Rickym Gervaisem i Robem Lowe (no i serial z nim poszedł w pizdu), a i Jennifer Garner nie od macochy.  Może nie są to wyżyny intelektu i potencjał tematu nie jest wyczerpany, ale film trafia mimo wszystko w sedno "tu, teraz, dziś", nawet mimo lukrowanego zakończenia.

Jest na Netflixie. Polecam.

I tak minął kolejny dzień mojej laby: zero poczty firmowej (chwilo, trwaj), zero obowiązków (słoiki stygnące w różnych kątach się kłaniają, razem z brudnymi w chuj oknami), a ja jestem szczęśliwa, jakby co.

I polecam poszukanie na YouTube De Mono Osiecky. Jeżeli ktoś lubi Agnieszkę O. Ja uwielbiam. I zazdroszczę jej poniekąd umiejętności wyrażania uczuć. Do pięt jej nigdy nie dorosłam, wzdychając, kochając i umierając z miłości, do momentu, w którym powiedziałam sobie twardo, że już nigdy mnie nikt nie zrani i że nie będzie mnie nigdy nic bolało. Czasami myślę: a może warto, żeby bolało, ale nie. Nie warto :) Za bardzo kocham siebie :D

Pierworodny pewno by "wzdechł": mama i De Mono.

Ano. Bo Osiecka :) 

Więc dla wielbicieli De Mono i Osieckiej: rewelacja. Zwłaszcza Deszcze niespokojne. 

Ostatnio bardzo płodna jestem, co nie? Aż strach, tak każdy dzień zapisywać.

A jeszcze Wysokie Obcasy sugerują apki do zapisywania zwyczajnych szarych dni.

I tak myślę: jak mnie kiedyś władza zapyta o alibi, to?

No, jak kiedyś ludzie, niepiszący papierowych pamiętników odpowiadali na pytanie, co robili danego dnia?

Bo ja, na serio, łapię się, że czasem pomaga mi FB, a czasem szukaj na Kochanym Pamiętniczku.

Jakie to wszystko... hmmm... pojebane?

Poniekąd, ale nie do końca chyba.


Wszystko jest tak kruche, tak ulotne... Pisać po to, by ocalić coś, co przemija... Może miłość?

Nawet jeżeli jest już tylko pustym słowem... Każda.


wtorek, 25 sierpnia 2020

Drugi

 dzień z rzędu nicnierobienia, Kochany Pamiętniczku, a ja taka nieuczesana :)

Wczoraj warzywka wstępniaka dosłały błyskawicznie i poleciałam rozradowana na Manhattan. Pan od Pomidorków miał akurat pełno żółtych, francuskich pomidorów na przetwory i diabeł we mnie wstąpił. Niby nie miałam przetworów robić, ale...

No dobra, kupiłam te dupomirki i potem skakałam pod sufit z radości, albowiem - nie, nie przecier, bo nie chciałam aż tyle smażyć ani też nie koncentrat, bo tam jeszcze więcej odparowywania, ale taka pulpa, zapasteryzowana, o niebiańskim smaku, że ojapierdolę, wyszła. Tak smakuje lato, szalone lato, jakie uwielbiam :)

Było 3,5 słoiczka, było, bo...

Pierworodny zapytał, czy chcę cukinię, bo przywiózł od teściów. Myślałam, że przywlekli pół tony i mają kłopoty z zagospodarowaniem, ale nie, okazało się, że dostałam jedną cukinkę :) Tak w sam raz na obiadek. Ale mój wiedźmi nos mnie nie mylił. Trzeba zająć się dziećmi. Gdzie te piękne czasy, kiedy siedzieli w UK. Wiem, wredna jestem, ale odzywają się tylko, jak trzeba dzieci upchnąć. Znów na dwa dni,przywiozą je z O. w sobotę albo w niedzielę, a potem zostają dwa dni do rozpoczęcia roku szkolnego. Powiedziałam, że wezmę. Jednak nie do końca jestem świnią. Ale wywaliłam kawę na ławę, co nie podoba mi się w ich zachowaniu - i rodziców, i dzieci. Tłumaczył się, że się nie odzywa, bo ma dużo pracy, w co nie wątpię. I że pamiętał o urodzinach ojca, bo teść też ma w tym dniu urodziny. No ale u teścia był, fakt, teść jeszcze dycha. Powiedziałam, że żal mam o to, że nikt nie zapytał w tym dniu, co czuję, jak się trzymam. O to tylko mi chodziło. No nic, było minęło, teraz przede mną wrzesień i wysyp Umarlaków: moja Mama, brat, Eks...

Poradzę sobie, jak zawsze.

Inżynier zagaduje, naciska i skacze.

A w dupie mam.

I tak zostajesz sam kolejny raz, wsłuchany w mijający czas, to się nie zmienia. Me Shadow and me. 

Ale wracając do naszych baranów. Pierworodny, wywalany, bo jednak chciałam na Manhattan, polazł ze mną i mówi, że musi iść do fryzjera. Wleźliśmy, okazało się, że są zapisy. Moja pani, ta którą wolę, na mój widok zamieniła się w żonę Lota. Miała termin o 12.20, mnie pasował, Pierworodny musiał do pracy. Więc zapisała go na jutro.

A ja popyliłam po dupomireczki. Żółte już wykupili, ale pan powiedział, że jak wezmę 5 go, spuści mi z 16,90 na 6 :) Bo żółte drogie są jak diabli. W sumie 2 złote różnicy, zaszalałam, kupiłam, zarobiłam, bo wybrałam sobie jeszcze do obkładu w domu i odłożyłam. I potem śliwki, bo przez Sikorę lazłam po śliwki, bo mnie wczoraj męczyła, jak się powidła robi, bo jej mąż zażyczył sobie "powidła jak od SJ", bo systematycznie od kilku lat słałam tam powidła, w zeszłym roku była cała wyprawa w celu ich dostarczenia, błądzenie na Świerczewie, ach :) No i przez Sikorę mnie wzięło na powidła. Ona ma problem, bo ma indukcję, nie ma brytfanny do indukcji. Ale ma piekarnik, no i dostała powidła za friko, więc jej się opłaca. Wszyscy jej mówią: cukier, ocet, inne takie tam. A ja smażę 3-4 dni bez niczego, mieszając i potem szorując brytfannę, ale za to moje powidła poważa mąż Sikory. A to już coś :)
Tak więc u mnie dziś na piecu wyglądało tak


tak prawie na starcie. Słoików też dokupiłam, bo nawydawałam i nie wróciło. 

I nie, nie łażę już na żadne strony przepisowe, kulinarne, nic więcej nie robię. No, może jeszcze trochę pomidorów, bo to jest smak i zapach lata. Inne owoce i warzywa są praktycznie cały rok takie same, ale pomidory? Kończą się, gdy Pan od Pomidorków zamyka stragan i zaczynają, gdy wraca z nimi.

Uświadomiłam sobie, że ja już mam październik, bo będziemy wkrótce robić październikowe numery. Tak, u mnie życie pędzi nieco prędzej :) 

No i mnie Zmorka w czasie pisania nastraszyła. Ale na razie nie jest najgorzej, będzie OK. Nie ma innej opcji.

Zatem zapisałam się do fryzjera na 12.20 i już o 12.10 byłam pod zakładem, jeszcze skoczyłam do gospodarstwa domowego po słoiki, bo mam wielkie, a potrzebuję małe...

Wkraczałam w progi fryzjera jak Gorgona z rozwianym włosem, strasząca łysą głową w okolicy i nie tylko, wnuki powoli zaczęły na mój widok pryskać w popłochu (odkąd ścięłam warkocze, mój ojciec zawsze mówił do mnie "mój hajduczku", każdemu z potencjalnych kandydatów na zięcia czadząc, ile to na fryzjerze zaoszczędzi, a za Eksem nie przepadał, bo pomijając inne okoliczności przyrody, Eks był wielbicielem kobiet - ta rączka odrzucająca zmysłowo pukle w bok - i pozwolił mi ściąć kudły dopiero, gdy Pierworodnemu zacisnął się  mój włos - bo po ciąży włosy leciały mi garściami - na palcu od nogi, dziecko ryczało, nie wiadomo dlaczego, aż zauważyłam ten włos na palcu, palec prawie na pół przecięty, szwagier chirurg z trudem go ściągnął, poza nielicznymi chwilami zawsze mam tę samą od lat fryzurę na hajduczka, nawet na łysej głowie wygląda super, z moimi włosami nie da się nic zrobić, zresztą po co - wstaję, myję i mam fryzurę bez wysiłku), a ja, doceniając, że moja pani ma tę przyłbicę, której szukam, znaczy się, za uszy, na nos, siedziałam i... Spojrzawszy w lustro post factum, prawie bym ją wyściskała, bo...

No, 5 lat mi ubyło, wyglądam jak Stara Jędza, a nie jak zbieg ze stosu inkwizycji.

Co z tego, że Stara Jędza, jak seksi? Rację miała mama Andrzeja przed wiekami, że jak kobieta nie ma nic do stracenia powinna iść do fryzjera. Zostawiłam tak sowity napiwek, że pani aż dziękowała, a zazwyczaj nie dziękuje tak wylewnie. Ale fryzjer odczarowany i tak, będę się strzygła, bo podchodząc do lustra chcę w nim widzieć starą dupę, ale fajną dupę :) A nie, że w kadr wchodzi mi jakieś pojebane czupiradło.

Politykę Vego wciągnęłam. Pierwszy polski film od lat i nie, ani mną nie wstrząsnęła, bo pokazuje rzeczy dla mnie oczywiste, do których nie trzeba mnie przekonywać, ale w sumie drętwa jest i nie wiem, dlaczego miałaby wstrząsnąć tą częścią społeczeństwa, do której w zasadzie była adresowana. Ta część społeczeństwa swoje wie i nic jej nie przekona. A już na pewno nie taki nudny film, bo co z tego, że pokazuje kontrowersyjne fakty, ale nudnie.

Rozśmieszył mnie tylko Olbrychski, bo w sumie - miał kłopoty za jazdę po pijaku, a tu gra ofiarę. Ale mniejsza z większym. Nie jestem fanką polskiej kinematografii po roku 1980 :)

Co dzień, gdy wsiadam do windy, staram się zapamiętać, w której jadę. Jest coś takiego, jak pamięć ciała. Od jakichś 3 tygodni duża winda (Eks ją lubił, bo... gdy wróciłam z pracy, mówiąc, że nie mam pracy, bo z dnia na dzień Świtalski zamknął gazetę, wysiadłam z małej windy - i to były tragiczne miesiące, 10 miesięcy bez pracy, jako rencistce nie przysługiwało mi nic: ani odprawa, ani zwolnienie lekarskie, ani zasiłek dla bezrobotnych, a renta była: zęby w ścianę i gryź tynk, starczała dokładnie na czynsz...) stając na naszym piętrze wystaje jakieś 5 cm w górę. Gdy z niej wysiadam, zamiast na podłodze bezpośrednio, lecę te 5 cm w dół. Na początku o mało nie zwichnęłam kostki. Teraz, oswojona, zastanawiam się, z której wysiadam, bo z małej nie lecę, a z dużej nie. Żeby to była Ameryka, skręciłabym sobie kostkę i starała się o odszkodowanie.

Taką samą pamięć mam przy klawiaturze i banku. Czasami mam pustkę w głowie i nie pamiętam numeru konta. Bo i tyle tych numerków jest do zapamiętania. Ale jeżeli mam klawiaturę alfanumeryczną, nie ma problemu. Mózg nie pamięta, palce pamiętają, same wstukują numer konta.

Z hasłami do pierdyliarda kont i gier już tak łatwo nie mam i dlatego co jakiś czas muszę się namęczyć, odzyskując hasła, nawet mimo menedżera, albowiem nie na wszystkich urządzeniach menedżer działa :)

I co dzień dziękuję niebiosom, że nawet zamyślona jeszcze nie zwichnęłam kostki...

No to się dziś rozpisałam, Kochany Pamiętniczku, pewnie masz mnie dość, po kokardkę i kucyki :) 

A, i emerytura mi wzrosła, o całe 34 złote. Wciąż nie przekracza 1700 zł... Za cały rok pracy o 34 złote.

Zaszalałam i kupiłam dziś wino, chociaż wypłacą to dopiero 10 września.

No cóż, raz się żyje, potem się straszy, na razie mam papierek w ręce, a nie kasę na koncie, a 10 września daleko, co nie? :) 

 




niedziela, 23 sierpnia 2020

Poplątane

 to wszystko, Kochany Pamiętniczku, chociaż w sumie proste, jak drut sprężynowy.

Za Johna Dirty'ego się wzięłam, i tak jak Betty przeszła w sumie bez dreszczyku, to Johna nie mogłam oglądać spokojnie, zwłaszcza już wieczorem w łóżku. Dojechałam do połowy odcinka, wyłączyłam, a i tak potem spokojnie nie spałam.

Przeżywałam obie serie jak mrówka okres, odnajdując analogie. I myśląc, że czasem w życiu wielu rzeczy można uniknąć, biorąc na wstrzymanie. I nie, moje życie nie jest materiałem na hollywoodzki scenariusz, za co dzięki bogom i partii. Ale analogie dostrzegam.

Po rozstaniu z Eksem "mobilizowana" byłam przez "dobrych i życzliwych" ludzi do walki o to, co "należy się mnie i dzieciom". Na szali miliony. Alimenty, chata po teściu, testament, że zapisuje mu chatę, bo "on jeden jest biedny, a  ma do wychowania dwójkę dzieci"...

Spokojnie siadłam z dziećmi do stołu, były już na tyle dorosłe, że rozumiały o co lotto. I to zebranie rodzinne, już po otworzeniu testamentu, na które poszli tylko wybrańcy z rodziny, a hołota siedziała na dole. Zebranie, na którym wszyscy wrzeszczeli, że im się należy, łącznie z teściową, która już była 10 lat bez mała po rozwodzie. Że brać taką chałupę sobie na głowę, to lepiej granat wrzucić w sam środek (szwagier, który miał takie chałupy dwie). Że inne takie tam... 

Procesowali się o wszystko 12 lat, w porywach szwagierka z Niemiec płaciła adwokatowi 1000 marek miesięcznie. W czasach, gdy ja za 100 żyłam spokojnie przez pól roku. Na luzie.

Nie bawiłam się w te klocki, aczkolwiek i u mnie lądował komornik, bo nie płacili zachowku, no ale... Mieszkanie było spółdzielcze, samochodu nie miałam, rzeczy osobiste były już moje, mimo że nie miałam rozwodu.

Zaciskając pasa, wykształciłam obu chłopaków, chociaż z finansami bywało czasem nieciekawie, ale za to zupa pomidorowa z lanymi kluseczkami rozmnażała się  nam, jak biblijna manna (Baran świadkiem) :) 

To tak nawiasem w odniesieniu do Betty Broderick. I nie, nie ponosiłam takich kosztów na zdobycie wykształcenia przez Eksa, a i owszem, wykształcony był, nie da się zaprzeczyć. Nawet lepiej, znaczy się, zyskowniej jak ja, ale wyszło, jak wyszło. Mój błąd.
Szczęściarą jestem, bo nie musiałam zabijać, co nie?

John Meehan. Cieszy mnie zakończenie, jakoś też się splata z moim życiem. I nie, moje życie nadal nie jest materiałem na serial. Jest zwykłe, do upierdliwości. 

Ale nasunęły mi się analogie, odnośnie do dzisiejszego randkowania w necie.

Pomijając tamten epizod, który źle się nie zakończył, a który chyba hollywoodzkie seriale przebił, z nawiązką, do którego nie chcę wracać i cieszę się, że nie skrzywdziłam moich dzieci, a zyskałam Przyjaciela (i przyjaciół)... Nawiązywanie znajomości przez Internet. Oj, kuszące. Kuszące dla mnie, której łatwo przychodzi nawiązywanie takich znajomości. Która takich parę fajnych nawiązała, przekształconych w realne, jak choćby Zmorka, czy niebywająca już tutaj (bo za dużo piszę) Żaba... Nie mówiąc już o Baranie, moim ulubionym, jedynym :) Tak wyszło, że na żadnej tej netowej znajomości nigdy się nie zawiodłam. I mam dużo wirtulanych, życzliwych ludzi, którzy znają moje zboczenia, jak choćby mamaKlary, mała Jola, Dora i Dagmara P., Barbara L.-S., które blogi polikwidowawszy albo i nie, przeniosły się na FB... Nie licząc Małgosi z Day by Day, Ataner, Stardust, osób nieznanych, a jakże bliskich.

Pierworodny poznał żonę przez Internet, mimo moich zastrzeżeń poszedł swoją drogą i to się liczy, że są szczęśliwi. Moje zdanie jest tu absolutnie bez znaczenia. Są warci siebie do bólu :) Mojego :P 

I wielu, których blogi śledzę, a nie komentuję, bo jestem tam obca.

Żadna z tych wirtualnych znajomości, przeniesiona na realną nie rozczarowała mnie dotychczas, co mnie niezmiernie cieszy. Jedne się utrzymały, inne nie, życie.

I nie myślcie, że nie kusiło mnie nigdy zaczęcie nowego życia realnego, ale... nigdy nie zdecydowałam się na rozpoczęcie nowego życia wirtualnego tylko po to, by przekształcić je w realne, zwłaszcza po tym, gdy nie mam już po co i z kim jechać do Tomaszowa. Do TEGO Tomaszowa.  Bywa.

Przychodzi trzeźwa refleksja. W sumie moim dzieciom lotto kalafiorem, czy jestem sama, czy z kimś. Chcą, żebym była szczęśliwa.

No i tu jest pies pogrzebany, szczęśliwa. No, jestem. Nikt mi głowy nie zawraca, nie mówi, że za dużo piję, za długo siedzę, za mało chodzę, kurzu nie ścieram, za dużo wydaję, jestem za gruba, za głupia, za łysa, za wolna, za szybka, no nic...

Nie ma opcji, nie trafiłam na interesującego gościa w moim przedziale wiekowym w necie. Marudy smędzącego o zdrowiu, boleściach, byłych i miłości do PiS nie mam na liście. 

Małolaty, z którymi dogaduję się momentalnie odpadają. Nie ma po mnie co dziedziczyć. Nie jestem Tiną Turner i teraz już nie ma opcji, bo jestem, nie da się ukryć, stara, gruba, mam wąsa i nie ma co po mnie dziedziczyć. Darmozjada utrzymywała nie będę, musiałabym wziąć kolejne pół etatu, no a  młody z kasą na mnie nie poleci. 

I tak, okropne są te hollywoodzkie, netflixowe produkty, oparte na realiach.

A dziś, znów, krótko po 3. w nocy coś latało i nie, nie była to żadna gwiazda ani satelita...

Hmmm, pewno to kolejny scenariusz na hollywoodzki film, analogiczny do mnie... Zaczynam szukać psychologa, na razie :) 

a za Dębiną taka łuna była, to jeszcze nie wschód Słońca, bo za wcześnie, czyżby to sławetne chmury srebrzyste?

Zostawię Ci tę melodię...

I nie, nic mi nie jest.

Ale jestem coraz bardziej zmęczona.


Dziś mija siedemdziesiąt lat odkąd urodził się Eks.

I nie, nie pojechałam na cmentarz.

Pamiętałam tylko ja, ponoć tak długo człowiek żyje, dopóki go ktoś pamięta.

Zapaliłam mu świeczkę, ale wyjazd do M.mnie przerósł.

Inżynier nie pamięta, nie wiem, czy dobrze to, czy źle. U teściowej wszystko  celebrują z pompą.

Pierworodny momentami nie pamięta swoich danych.


Tylko ja, kurwa, mam pamięć idealną.


Więcej pić nie mogę, bo jutro muszę wstać i pracować. Idealnie. Kurwa.




piątek, 21 sierpnia 2020

Spokojny

 dzień, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek wciąż nie ogarniam nieszanowania cudzego czasu przez osoby skarżące się na nieszanowanie.

Mniejsza z większym, na Manhattan pobieżyłam, a jakże, w przyłbicy, i już w godzinach wczesnorannych pot lał się ze mnie strumieniami (zapisać w kajeciku: jesteś tłustą świnią, nie ma się co oszukiwać), aż zaczęłam się bać o aparaty.

Szybciorem załatwiłam, nawet z galerii zrezygnowałam, kowalewickiego śmierdziela upolowałam, mimo upływu lat mleczarnia w Kowalewicach jest THE BEST i No1, za mojej młodości jej dyrektorem był ojciec mojej koleżanki z ławki w liceum, ale ona jest tematem na osobną notkę, może kiedyś :) W każdym razie zastanawiam się, czy jutro nie powlec się do kiosku z nabiałem po kowalewickiego śmierdziela, ale może go już nie być, co nie?

Tak jak tego mleka od krówek yersey, w poręcznych, ćwierćlitrowych kartonikach, które pojawia się i znika jak sen złoty. 

Powrót do domu był ciężki, pot się lał ze mnie litrami, zanim wpadłam na pomysł, żeby leząc ulicą zdjąć tę jebaną przyłbicę.

Nie wszystko można zwalić na popiwnego kaca :D

A potem (potem to się śmierdzi) władowałam badyle do wazonów (no, rozpusta, białe róże i mieczyki, zboczona jestem, się wie), ległam bez honoru na fotelu, Dirty John drugi sezon (trzeba pierwszego poszukać na lewo), zmiana pościeli, odgrzana pomidorówka, pranie, kurze (po łebkach), po południu spis treści i pytanie, kiedy wstępniak. 

A, w poniedziałek. 

Nosz, kurwa, wystarczyło napisać, że się przeliczyła z siłami i zamykamy w poniedziałek, co nie?

No, ale to tylko mój czas,  kto przejmowałby się głupią korektorką.

Ogarnęłam całokształt domowego pierdalnika, tak pi razy drzwi. Kurz po kątach wali mnie, w jak pójdę do Abrahama na piwo, to tym bardziej będzie mnie to waliło :)

Jest kwietnie, radiopogodowo, wentylator chodzi.

Inżynier się odzywa, o mało nie zdechł w kanciapie. Moje serce leci w Kosmos, tamte dni, gdy umierał na OIOM.

Ale...

Ja, umierając, niczego już nie będę żałowała.

Może.

Może oprócz tego Tomaszowa, do którego nie pojechałam, bo stchórzyłam.

A może to był tylko sen?

I propozycja: Kalafiorkówna na 4 godziny.

Bo Alienek idzie się integrować.

Serio? Nie wiem, co będzie w next piątek. Świnie 600 stron są gdzieś tam. Ale  OK, dziecko na godziny, nawet srające tak jak Kalafiorkówna w porywach, brzmi dobrze :)  Za drzwiami będzie w razie W ojciec, więc spoko :)

Alienka czeka wizyta u specjalisty, bo nie da się ukryć, że coś z dzieckiem jest nie tak. Wreszcie się zmobilizowali.

Chyba nie muszę pisać, że i tak...

A chuj.

Znowu w życiu mi nie wyszło?

 

Kąpiąc się dzisiaj zastanawiałam się, jak to mogło być, że ja, rocznik 54, zaczęłam tracić słuch, gdy już nauczyłam się mówić, więc jest jak jest. Więc to nie wada wrodzona. To samo dotknęło mojego brata, rocznik 1959, który też mówił jak nakręcony, więc? Czytaliśmy z ust perfekcyjnie, tak jakoś wyszło. Mnie się w życiu udało (jego zdaniem, long story), jemu nie, odebrał je sobie sam.

 

A teraz Alienek, który słuch ma idealny, poza tym, że ma wybiórczy.

Kładę się spać z poczuciem, że nie powinnam mieć dzieci.

 

 Życie nie składa się z oddychania,tylko z chwil zapierających dech.

 

Ogólnie czuję, że świat byłby lepszy o całe niebo beze mnie.

 

 

 

 

czwartek, 20 sierpnia 2020

Ja pierdolę

 Kochany Pamiętniczku.

Ja pierdolę to przedszkole i bławatki, i kąkole, jeszcze tylko jeża wolę, ale jeża też ogolę, jak za młodu cytowali moi kochani synowie.

A ja się po prostu dzisiaj upiję, żeby spać, bo inaczej nie mogę. A jutro poszukam koła AA.

Teoretycznie szło jak z płatka. Teoretycznie, albowiem...

A, dopiero jak jebło (no, jebło, na co drążyć, jebło to jebło) wysłano do mnie informatyka.

Jechał, jakby nie mógł. Samochodem do mnie z pracy jest 10 minut w porywach, jak światła sprzyjają, to szybciej. Ja bym w tych lepszych latach na piechotę doszła. No cóż, nevermind :D

Mniejsza z większym, poszło. Pokazał mi ten nowy system, z którego mamy od września korzystać i ojapierdolę... No dobra, ja to ogarnę, bo nie mam wyjścia, ale reszta? I oczywiście mam iść na szkolenie w moim wolnym czasie, bo wtedy wypada. Ponoć on mnie zapisał, szukał w telefonie, ale zrezygnował, coś nie działało. Informatykowi. Acha.  A koleżeństwo bierze urlop, znika. Więc zniknę i ja, co ma być będzie. Ale jeżeli ludzie w wieku moich synów (no dobra, moi tłumaczą mi, że ogarnianie nie zależy od wieku) po 10 latach tłumaczenia, jak się wstawia prawidłowe symbole, cudzysłowy, indeksy nie ogarniają tego, to czego się spodziewać po nowym systemie, zwłaszcza że będzie po angielsku, a większość z nich zna niemiecki? Ja nie znam ani jednego, ani drugiego. Teoretycznie. Błędy widzę, w angielskich programach pracuję, bo jakie mam wyjście?

Ja pierdolę.

Wrześniowy numer był rekordzistą, w cztery dni wyrobiłam pół miesięcznej normy godzin, tak, tak...

A miało być łatwo i przyjemnie.

Na dokładkę warzywka, mające pracować jutro, pracowały dziś, a jakże. Z zastrzeżeniem, że może być jutro. Ale jutro już tylko wstępniak i spis, więc od jutra wolne, bo zaciskając zęby i klnąc, zrobiłam. Pani szła do dentysty. 

Kurwa. Jak ja mówię, że idę do dentysty, lekarza (terminy są jakie są), to jest afera.

Mam w dupie od dziś. Termin, to idę. Nieważne, ile osób będzie na mnie czekać, tłumaczę się nawet z restartu - komputer szmelc już, a upały to restart zajmuje 15 minut. Tak, jestem głupia jak but.

Tylko nikt nie bierze pod uwagę, że moja babcia mnie zniszczyła, ucząc, że co mam zrobić jutro, mam zrobić dziś, a co mam zjeść dziś, mam zjeść jutro.

Zatem mam czyste wszystko, zrobione i chyba się upiję.

Na jedzenie nie mam absolutnie ochoty, chociaż pomidorówa z zamrożonego kiedyś tam rosołku, z lanymi kluseczkami wyszła zajebista i na dwa dni. A kluseczki takie olbrzymie, że się nie mnożą i Inżynier by padł.

Trudno, stosunki chłodne, aczkowiek poprawne,  i nie chwalimy się zajebistą pomidorówką.

Prezes od cukru, podpisany jako główny lekarz weterynarii i zdziwienie autora: jest pani naprawdę przytomna. Serio? Korekciłam to wczoraj śpijmą nocą, by usłyszeć, że pójdzie dziś. Dziś czekałam na to do południa. Serio? Nie było czasu na ogarnięcie, że gość z którym się przeprowadza wywiad nie jest lekarzem? Ile ja powinnam zarabiać, że to ogarniam? Z jakieś 10 patyków na rękę?

Kurwa.

Odpisałam, że po prostu facetowi dobrze z oczu patrzyło na fotce.

A na serio? Już mnie to nie bawi.

A to bardzo zły omen, bo mojej Cioci przed śmiercią już nie bawiło gotowanie. 

Jestem kurewsko zmęczona.

Muszę odpocząć, tylko jak?

Urenka czy klepsydra, co będzie lepsze?

W urence mogę dostać odleżyn, a w klepsydrze siniaków od przesypywania.

Diosmina działa.

Nogi wciąż puchną, ale już nie na chama.

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z tobą, Kochany Pamiętniczku.

Następna notka będzie albo nie :)
Nie mam na to wpływu. 

Coraz krótsze są dni, coraz bliżej jesień, moja kochana...

Czas zadumy, świeczuszek i takich tam.


A szwagierka Kierownika Budowy podsyła mi linka do sklepu internetowego.  Z prośbą o opinię. No OK, dziewczyna spoko, lukam, i włosy (resztki) stają mi dęba na łysym łbie. Serio? Średnia cena zabawek ponad 200 zł. Zeszyt kilkanaście kartek 19 zł... Więc piszę, że pogoda jest dla bogaczy, dla niebogaczy są prognozy złe. Pytam, czy sklep jej. Tak. Eko, sreko, organic. Serio? Odpisuję, że ma szukać bogatszych. Moja synowa pewnie kupi tam coś. Ja nie. Chłopcy i Kalafiorkówna cieszą się równo z zabawki nieeko, nieorganicznej za 7 zł z Pepco, może nawet więcej niż z eko za 70 zł.  Radocha jest z zabawy, nie z cudów wianków. MW jest już niezabawkowa, jakoś tak nagle przeszła na elektronikę (też niedobrze). 

A na serio? Mając do wyboru wygodne buty za 250 zł i "markowe" (Marek, nie bij, wciąż słucham Markowej piosenki) za 2500 wybiorę wygodne.

Tak mi się na filozofię zebrało, ale czegóż się spodziewać po takim wariatkowie.

Zmarli Demarczyk, Szczepanik.

Lata lecą.

Pora zabrać się za palenie żółtych kalendarzy, bo choć bardzo bym chciała (a może już nie?) nigdy nie wpadnę do Tomaszowa.

Nikt tam na mnie nie czeka.


wtorek, 18 sierpnia 2020

Jestem

 tak zmęczona, Kochany Pamiętniczku, że nie mam zielonego pojęcia, kiedy zasnę.

A że muszę jutro rano silna, zwarta, gotowa być na posterunku, to nawet nie mogę wspomagacza użyć.

No, jeden użyłam, ale to nic :) 

Przepyszne, ale tylko  czasie upałów. Smakuje jak moje dzieciństwo i młodość, kiedy na szaber na jabłka chodziłam za wieś, jedząc i targając do domu takie, co to mój ojciec, patrząc na nie wykrzywiał się i mówił: - Jak ty możesz to jeść? Kozie w dupę jakby wetknął, to beczałaby trzy tygodnie.

Ale w ten upał, kiedy w powietrzu wisi chujwico, kiedy na termometrze w pokoju 30 stopni, a wilgotność 32%, kiedy tchu nie można złapać, latając od jednego do drugiego kompika (no taki urok mojego home office, za dużo tłumaczenia), kiedy po ostatnim rzucie na taśmę drukują się tylko dwie strony z sześciu, a jest już grubo po 20...

Tylko spokój i zimna fortuna może mnie uratować.

Skorekciłam na pdf. Trudno.

Napisałam emilka, że dobry Bóg zrobił, co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca. I nie, nie Inżyniera, bo pomijając to, że wciąż nasze stosunki są lodowate, chociaż i może lód się topi, jak lodowce w Alpach, ale nikt mu nie płaci za moją drukarkę, a wiem, że i on, jak ja nie lubi drukarek. Mój informatyk za coś bierze kasę, więc niech każdy pilnuje swojego interesu :) 

A, i jeszcze emilek z piątku, od Bossa, of course, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi, nauczeni doświadczeniem poprzedniego miesiąca.

I chuj.

Ano, chuj :) 

Jest jak zawsze, a na dokładkę emilek o szkoleniu. W sensie, że? Kobiałka nie odpisuje, M. odpisuje, że teoretycznie wie o co lotto, ale nie ogarnia. A chodzi o elektroniczne akceptowanie wykonanej pracy. Że zamiast wysłać mojego suchego emilka: gotowe, bo nie mam czasu na dzień dobry i pozdrawiam, choć Inżynier mówi, że się to automatycznie ustawia, ale po chuja ktoś ma czytać takie pierdoły, czasu szkoda, mój czas na wagę złota, a oni wiedzą, że się witam i spierdalam... Nic mnie tak nie wkurwia w tym całym bajzlu, jak emilki pełne miłości; Kochana Pani Stara Jędzo, piszę do Pani, bo mi żal, normalnie żal, widzi Pani to był bal... Kurwa. Wyskakuje mi na pasku, niby ogarniam rzutem oka, ale tracę sekundy. Tak, kurwa, sekundy, których mi przez te cztery dni brakuje na sik :)  Piszę do M., że ojapierdolę, totalna inwigilacja, ta odpisuje mi, że pełna trudno zrozumiałych słów typu: usprawnianie zarządzania, mobilizacja i inne bzdety.

I ktoś za to kasę bierze. Ktoś nieogarnięty, jak dla mnie, bo osądzam po emilku. Co z tego, że nowe oprogramowanie będzie po angielsku? Oprócz Worda wszystko mam po angielsku, taki life, nie znam języka, ale ogarniam.

Kurwa.

I w emilkach na narzekania wszystkich widzę moje koleżanki z roku, które łkały mi w rękaw, że ich szefostwo zwariowało, one za trzy lata na emeryturę pójdą, a SOWY muszą się uczyć.

A ja, wbita w kąt, gdybym tę SOWĘ miała lata temu, plus te karty elektroniczne, do dziś ryłabym w bibliotece, pracowicie katalogując, wolna od kopiowania  ręcznie (!) pierdyliarda kart katalogowych, bibliotekarskim druczkiem, of course (a, umiem, kaligrafię też znam), parę klików w kompie - i voila :) Karty czytelników, jedziesz po czytniku i wszystko jasne. A nie domyślanie się, jak się gość nazywa, bo ludzie swoje nazwiska bełkocą, a nie wymawiają wyraźnie, zazdroszczę Anglosasom literowania :)

No, wiadomo, ktoś kasę weźmie za nic, jak ten profesor z Łodzi, co dawnymi czasy na wykłady zjeżdżał i godzinami pierdolił o rzeczach dla mnie oczywistych. Na "wykładach" musiałam być, redaktorzy, do których wykłady owe były adresowane nie wynieśli z nich nic. Profesor kasę wziął, a ja dalej ze wszystkim walczę sama.
Ale jak coś, jakaś obsuwa, to oczywiście mea culpa.
Mea maxima culpa.

I tak, pierwsza składka za mną, oczywiście, a jakże, z emilkiem od marketingu. I a jakże, naczelny marketingu się mnie boi, znów emilek do chujwikogo. Że pilne. Sorry, Winnetou, pilne skończyłam przed 21, potem była cała reszta.

I tak pięknie i owocnie minął mi dzień. 

Tam w środku mam wciąż te 20 lat (osiemnastoma nie będę się wygłupiać, jestem poważną kobietą), ale czuję się zmęczona. Po prostu. Bo zebrania, managementy, sesje, dedykowanie, zakręcanie, chujwico, a...

Mamy numer o zwiększonej objętości. Co innego czytać prawie 400 stron książki w cztery dni, co innego moja praca.

Po prostu sił mi już brak, oczy mówią nie, a na dokładkę - mam tam rozdwojenie jaźni, zwłaszczapo dopisku: trochę nagrzebałem :)

 Nogi spuchły mi tak, że nie mogłam ich wsadzić w sandały o numer większe, niż noszę.  Sama już nie wiedziałam, czy od upału, czy od siedzenia.

Przeprosiłam się z apteką, prawie stówę tam zostawiłam, ale od paru dni mam uczucie luzu nawet w kapciach domowych.

Dobrze mieć tę stówę na wydanie lekką ręką, co nie?

A i rewelacja, udało mi się z dentystą emilkowo umówić, a i pani doktor mnie pamiętała :)

Więc w kieszeni będzie dziura, bo i prąd, i dentysta, i Microsoft, i ubezpieczenie mieszkania, i Umarlaki...

I jak tu gdzieś jechać?

Naprawdę, perspektywa monotonnego przesypywania się w klepsydrze jest kusząca...

Jak już pisałam, stosunki z Inżynierem są lodowate. I chyba już takie zostaną, gdy uda mi się realnie powiedzieć, co myślę. Bo w internetową gównoburzę nie będę się wdawała. Dlatego są poprawne, Bo nie będę mu dokładała stresu, że coś ze mną nie tak, skoro nie odpisuję. 

I to taki optymistyczny akcent, Kochany Pamiętniczku, co nie?

A tyle jeszcze mam do napisania :D


środa, 12 sierpnia 2020

Jebaniutkie

 Kochany Pamiętniczku, są. 

A ja taka przeszczęśliwa, że słów mi brak. Bite, pary z gęby nie puściły. A wczoraj się z nimi przespałam, zespołowo, seks grupowy był, łącznie z Ciapkiem, bo Papryczek mi go męczył, więc zabrałam biedaka do małego pokoju na noc.

A dziś wracam patrzę przez okno, za nim bajoro, chwilę później furgon, goście łażą, no rura poszła jak nic. Pojawia się kopara, więc ja sruuu do łazienki, coby chociaż do spłukiwania w razie W wiaderko mieć, bo do picia mam po kokardkę i kucyki i...

Szlag, rączka prysznicowa, w sumie nówka nieśmigana, bo kupiona w czasie kwarantanny w marcu ma uszczelkę już spsutą i woda lunęła na mnie... :) Jeżu kolczasty, jak mnie orzeźwił ten zimny prysznic, a mokra sukienusia wyschła na mnie momentalnie :D 

Główka nie dała się rozkręcić, no ale jako chomik wszech czasów nie wyrzuciłam starej rączki, bo zła nie była, tylko jedna dziurka do sufitu pryskała i trzeba było sposobem głowę płukać... No więc zanim dotrę do jakiegoś Leroy czy Obi - jak znalazł. I o dziwo, wiem, gdzie rączka jest. Otwieram więc skrzydło szafy ze skarbami i CO JA PACZĘ?

Jebaniutkie tam skitrały moje okulary :D 

To już chyba dwa tygodnie, jak ich nie mogłam znaleźć, a szukałam nawet w zamrażalniku :) I naprawdę podejrzewałam siebie o wychodzenie w nocy z domu, o odmienne stany świadomości. Teraz przypominam sobie, że szukałam torebki na wino, a tam trzymam recyklingowane opakowania na prezenty :|

I to nie alzheimer, a może jednak :)

Moje serce podskoczyło z radości, bo brakowało mi ich, a wyprawa do optyka to jak fryzjer w tych czasach.

Jebaniutkie, jakie łase na seks. Zapamiętam, że seks na nie działa lepiej niż tortury. Oj, te Miśki, łotry i dranie :)

A czekałam na pracę, w końcu wkurzona emilka wysłałam. Nic, cisza. Zbieram się już do pójścia w siną dal, a tu emilek od Bossa, że mają się brać do roboty, bo będzie... tralalalalalala... ponad 200 stron, lekko licząc. Czyli dla mnie, kurwa, ponad 400 stron w ciągu czterech dni. Nie licząc warzywek, które lecą w tych samych dniach, z lekkim obsuwem, na szczęście zamykanie dzień po, a wtedy mam od nich całość.

Więc gdy później zaczęły spływać emilki, z bólem serca, dupy i spuchniętymi na maksa nogami od upału posiedziałam prawie do 18, ale poczta czysta. Tak, wiem, nie powinnam, zarzekam się, ale to te kilkanaście tekstów do przodu w nadchodzącym wariatkowie.

I nie muszę jechać do pracy w nieklimatyzowanych teraz pojazdach.

Wentylatorek Pierworodny ściągnął mi z szafy, więc nie muszę latać po drabinie.

I nie będę oszczędzać prądu, bo jestem tych kilkudziesięciu złotych warta.


Jebaniutkie, no, no :)

Na pracę

 czekam, Kochany Pamiętniczku, a żem uczciwa, to przed kompikiem ślęczę, odświeżając pocztę. I wciąż przeżywam te dwa dni, jak mrówka okres.

Wczoraj wszystkiego nie ogarnęłam, bo trudno to ogarnąć bez owczarka, zaganiającego rozproszone owce (czytaj: myśli) do kupki.

Przed śniadaniem zawołałam Papryczka, dając mu na czubku noża ociupinkę sera z łososiem... Gest cezara, kolejny gladiator bity w grunt.

Serek z chrzanem - gest cezara i koszmarny grymas.

Krew we mnie zawrzała, rozdarłam się (albowiem, gdy aparatów nie mam, a nie miałam, bo włosy jeszcze mokre były) jak  stare kalesony na płocie, że jest bardzo niegrzeczny, że nie wie, co to znaczy być głodnym, że porządny człowiek nie grymasi przy jedzeniu.

Ulało mi się, ale: z łososiem nie, z chrzanem nie, żółty ser nie, powidła nie, pomidor nie, z masłem nie, więc co ja, kurwa, mam jeszcze wymyślić? Z szynką by zjadł. Ano, problem w tym, że szynki nie miałam. Kiedyś kupowałam szynkę, jak mieli przyjść, z potem wyrzucałam, bo się oślizgła zrobiła, jak zapomniałam ją zamrozić, a jeść, jak była, nigdy nie jedli.

I takie myśli mnie nachodzą, jak patrzę, ile jedzenia ląduje w kuble po każdym posiłku, rozmemłane, nadgryzione, wyplute, że wzięłabym głodem. Nie dawałabym jeść przez kilka dni i by potem jedli wszystko.

Jako dziecko nie lubiłam kopytek (zjadałam z bólem serca), plędzy i kotleta w restauracji, w której stołowałam się z bratem przez kilka miesięcy po śmierci mamy. Mama była bardzo wysoko, jak na tamte czasy ubezpieczona,  kasy z ubezpieczenia starczyłoby na dwie książeczki mieszkaniowe i jeszcze by zostało. Do dziś mam w domu moją (zwykłą książeczkę, nie mieszkaniową), na którą ojciec wpłacił tę kasę, dzieląc ją na pół, na mnie i brata. Oczywiście, odjął za pomnik i inne takie tam, ale mniejsza z większym. Wszyscy wiedzieli, że tatuś nas zabezpieczył. Kotlet był regularnie co czwartek, na myśl o czwartku zbierało mi się na mdłości. Ale wtedy, na wsi, dzieci jedzące w knajpie obiad, w osobnej sali, żeby nie musiały siedzieć z pijakami razem, w knajpie, w której obiad zamawiał jakiś obcy może raz na tydzień... Jeżu kolczasty, jaki to był wypas, a my to hrabiątka... Po kilku miesiącach takiego szaleństwa któregoś dnia podeszła  do nas pani M. i powiedziała, że mamy więcej na obiady nie przychodzić, bo ostatnio tatuś ma kłopoty z płaceniem...

Obiady zaczęliśmy jeść u sąsiadki, bo ta brała dużo mniej niż pani w knajpie... Co piątek, a jakże, był ryż z cynamonem... Bo to piątek. Na myśl o kolejnym piątku dostawałam gęsiej skórki. Aż któregoś piątku odnoszę naczynia do kuchni, jadłam później, bo coś mi wypadło, a tam... cała rodzina wpierdala pyry z gziką :) Ojapierdolę, krztusząc się, zapytałam nieśmiało, czy my byśmy nie mogli dostać w następny piątek pyrów z gziką na obiad?

Sąsiadka w szoku, że jak to, ona się z ryżem męczy, a dzieci nauczycielki (tak, nauczyciel na wsi wtedy to był bóg, a moja mama była na szczycie Olimpu, albowiem cudnym człowiekiem była i do dziś ludzie starsi ode mnie wciąż o niej mówią z łezką w oku i wzdechem) pyry z gziką jadły? Kobieta nie miała pojęcia, że moja mama zarabiała 900 zł, mój ojciec w tamtym czasie 2500, a i potrafił po wypłacie bez złotówki do domu wrócić, pijany w trzy dupy, że żyliśmy za te 900 zł mamy...

Jako że obiadki u sąsiadki okazały się też za drogie, drogie dzieci musiały ogarnąć się same i same się wyżywić. Tatuś czasem pieniążki dał, a czasem nie dał. Żelaznym zapasem była w domu zupa ogonowa w proszku, Winiar, a jakże, albowiem była najtańsza. Kiedyś ją bardzo lubiłam, ale po dwóch tygodniach bezustannego jedzenia zupy ogonowej w proszku można ją było znienawidzić na amen, nieprawdaż? Mieliśmy maleńkie poletko, ale ja, 17-latka nie dałam rady go łopatą przekopać, a 12-letni braciszek na mój widok wiał, gdzie pieprz rośnie, obrzucając mnie przekleństwami, gdy próbowałam go ściągnąć z boiska, żeby coś pomógł czy się pouczył. 

To, że uczyłam się to tylko mój wybór. Bo mam wciąż mi mówiła: ucz się, bo to ci ułoży życie. I nie licz na mężczyznę, sama sobie bądź sterem, żeglarzem, okrętem.

Taki testament mi zostawiła.

Nie mówię, że moje życie było wtedy pasmem nieszczęścia, nie. Miałam przyjaciół, koleżanki i kolegów, pierwsze miłości, uniesienia, zdrady, rozpacze.

Wkrótce poszłam na studia, lekko nie było przez pierwszy rok, bo miałam za wysoki dochód na stypendium i akademik.

Ojciec ożenił się drugi raz. Po moim pierwszym roku już się rozstał z żoną, więc oświadczył, że na studia nie wrócę, bo on mi pieniędzy nie da.

Miałam w kieszeni 5 zł. Tyle kosztował bilet do K. Spakowałam walizkę, pojechałam do siostry mojej mamy, mojej chrzestnej. 

Pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, że nie dała więcej, ale przecież to bez znaczenia - pomogła mi, w czym problem?). Pojechałam do Poznania, zatrzymałam się na chwilę u przyjaciółki mojej mamy z dzieciństwa (na szczęście znałam adres), która gniotąc się we czwórkę w jednopokojowym mieszkaniu lamentowała, że nie może mnie na stałe zatrzymać, bo gdzie? Uczelnia - przedstawiam sytuację - z miejsca dostaję (we wrześniu, rok akademicki zaczynał się w październiku) akademik (Jagienka), stypendium socjalne - wszystko na podstawie oświadczenia, że ojciec mnie nie chce utrzymywać. Na gębę. Ale też  dzieci badylarzy, czyli ówczesnej elity finansowej dostawały stypendia na podstawie zaświadczenia, że rodzice jako źródło utrzymania mają hektar ziemi, nie dołączając zaświadczenia, że pod szkłem). W ZUS zapytali tylko, czy jestem pełnoletnia i o adres, pół renty po matce było moje, a nie ojca, jak stale starał mi się udowodnić. Brata połowy nie mogłam ogarnąć, nie był pełnoletni, nikt mądry mi nie powiedział, jak to załatwić, a panie w ZUS kazały czekać do pełnoletności. Bratu załatwiłam internat w K., płaciłam ze niego, posyłałam mu kasę. Że żył po swojemu, dowiedziałam się za późno, żył jak chciał, wciąż wygadując mi, że ja to mam lekko, bo wszystko mam dzięki "jechaniu na opinii po mamusi". Niech i tak zostanie. Na pierwszym roku nie było jeszcze stypendium za wyniki w nauce, na drugim już tak, więc ucząc się, według zaleceń mamy, z zaparciem, w kuchni, żeby nie imprezować w pokoju, bo sublokatorki miałam rozrywkowe, po I semestrze naukowe też miałam. Moja głuchota była tam błogosławieństwem, bo w kuchni był ruch jak na autostradzie. Miałam już 2500 miesięcznie łącznie, tyle, ile mój ojciec zarabiał.

Ojciec odfochał się, gdy byłam na 4. roku. Przestał chodzić po wsi i opowiadać, jak to go z renty po żonie okradłam, jak to ja się kurwię w Poznaniu, nie jeżdżę do domu, fantazję człowiek miał, nie da się ukryć.

Zaczął się chwalić, że córka studia kończy.

Łatwo nie było. Nie mówię, że byłam święta, żyłam z ołówkiem w ręku, kasa podzielona na dni w miesiącu. Jeżeli zaszalałam i wydałam więcej, następnego dnia musiałam o tyle mniej wydać.
Jedzenie, jak to wówczas, było jakie było, człowiek wpieprzał chleb z serkiem homoseksualnym i nie marudził, dżemik też był mile widziany.

Mamy koleżanek, litując się nad biedną sierotą, podsyłały co jakiś czas a to słoiczek kompotu, dżemu czy smaloszka :D

Za co im do dziś, po staropolsku, czapką do ziemi dziękuję, zapalając świeczuszkę kolejną, bo inaczej już się nie da.

Małżeństwo - też lata jeszcze siermiężne na początku, aczkolwiek później okraszane paczkami "z Rajchu" :) 

Mąż, trzymany krótko za pysk przez ojca, legendarne opowieści mojej teściowej, jak to dzieci były karmione jałową kaszą czy ryżem z piekarnika, ryby bez przypraw i inne tam zdrowe wynalazki (teść jednak, mimo zdrowego odżywiania, niepicia i niepalenia miał raka żołądka), po rozstaniu rodziców był karmiony frykasami. Bo teściowa obrotna była, żona lekarza, dzieci lekarze - olbrzymia zamrażarka w piwnicy nigdy nie była pusta. Inna para kaloszy, że kucharka z niej była żadna, no ale zawsze ktoś coś ugotował.

A mąż: mielone w ząbki wchodzi, z kury tylko pała, no i schabowy musi być. Trudno było go wyżywić, ale przeżyłam, dało się.

Dzieci chowane w poszanowaniu chleba - gest Papryczka by im nawet do głowy nie przyszedł. Nie jadły tylko ryb, ryby w naszym domu były wyklęte, skazane na banicję, a gdy ja robiłam sobie ryby, bo mój organizm się domagał, chodzili z zatkanymi nosami, a mąż wyprowadzał się do mamusi :) I kalafior - Pierworodny jadł go tylko na surowo, ze śmietaną i pietruszką, ale jadł. Za to wątróbkę żarł tonami, w przeciwieństwie do Inżyniera, któremu w ząbki wchodziła.

A ja nauczyłam się jeść kopytka i plędze, zastanawiając się, co ja do nich miałam kiedyś? Gotowania uczyłam się z książki kucharskiej, z przepisów w gazetach. Programów kulinarnych i internetów nie było, ale chyba nie najgorzej mi poszło. 

Różnie bywało z kasą, zwłaszcza gdy Eks pomaszerował w siną dal, ale nie - z głodu nie umarliśmy. Choć nie zawsze można było zjeść to, na co się miało ochotę, a pierwsze wyprawy do Pizza Hut czy McDonald's to były święta narodowe.

Napojów w puszkach, na które wtedy był szał - nie dostawali. Byłam od zawsze wrogiem. Pewno, że pili, ale nie kupowałam - to już za kieszonkowe, czy u kogoś. Teściowa była fanką wody Grodziskiej w butelkach, wszyscy byliśmy, rzecz trudna do zdobycia, ale w domu zawsze była. Potem, już na swoim, w piątce specjalnie dla nas pani Ania trzymała Staropolankę, pięciolitrowy baniak.

Oczywiście, były i ciasta i słodycze, ale w dawkach rzekłabym normalnych.
Alkoholu nie było, bo nie, bo jako DDA miałam opory.

Teraz jestem dorosłym alkoholikiem i wiem, że wroga w mordę się leje :D 

I tak to, w telegraficznym skrócie - nie rozumiem, jak można grymasić tak, jak grymaszą moje wnuki. Jak można ze świętym spokojem mówić przy dziecku: nie dawaj mu tego, on tego nie je. Że dziecko ma prawo wyboru. Owszem, ma i wybiera: śmieci. Bo śmieci są tak doprawione, że smakują. 

Ale już mam na to wyjebane. Nie chce jeść placka, bo chce jakieś kupne wafelki - trudno. Nie zje słodkiego, wyjdzie mu to na dobre. Nie mam chipsów, mam owoce. 

Nie widzę potrzeby kupowania soków za grubą kasę. Mogę sama zrobić sok. Nakupili mi, nie pytając mnie o zdanie sokowirówek, blenderów (miałam swoje) od cholery, a na propozycję, że zrobię smoothie, mówią, że nie, bo MW, P, A, K... nie lubią. Po czym wyciągają smoothie gotowca, kosztującego krocie. Super, że ich stać, że dobrze zarabiają. Że oszczędzają sobie pracy ze skrobaniem, myciem, przecieraniem :P 

Ale ja za ciężko pracuję na swoją kasę, żeby ją wydawać na coś, co i tak nie zostanie zużyte do końca.

Więc moja filozofia życiowa różni się diametralnie od ich.

Sorry. Winnetou, moje życie różni się od waszego i gdy się farsa zmienia w dramat, idę w kąt. Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd :) 

Pierworodny miał fazę przez parę lat - miał piękne, czarne, długie do pół pleców włosy i tak wdzięczną sylwetkę, że za dziewczynę go brano :)  I - do dziś mu to zostało - nie lubił mycia głowy i czesania. Ale był do znudzenia upominany i w końcu - chyba miał dość - wziął i ściął :) 

Uczyłam męskiej higieny, podsuwając książkę "O chłopcach dla chłopców" - gdzieś ją jeszcze mam, o ile nie wywlekli.

Opuszczania klapy od kibla.

Sikania na siedząco (po latach dowiedziałam się, że to jest dobre dla prostaty).

Sprzątania po sobie, co poszło łatwo, albowiem o porządek w domu dbaliśmy wszyscy - ich pokój mnie w ogóle nie obchodził, ale część wspólna była święta i rzucanie gaci na środku pokoju - no pasaran. Od tego był kosz na brudną bieliznę. 

Są czyści - co dzień świeża bielizna, świeża odzież to im zostało do dziś. Inżynier pod tym względem nawet przesadza, ale to dobrze. W końcu są pralki automatyczne i pranie nie jest problemem. 

Nie stawiam tu siebie na przykład. 

Takie było moje pokolenie - dom był ogarnięty mimo pracy zawodowej. Zgadzam się, nie zawsze, moja teściowa była superbałaganiarą i fleją, potrafiła gotować zupę, mieszając ją łyżką, a w tej samej ręce trzymała zapalonego papierosa :) Przychodząc do niej z małymi dziećmi, najpierw brałam odkurzacz i uśmiechając się wdzięcznie, mówiłam: mamo, widzę, że mama zarobiona jest i nie ma już siły, pomogę i przelecę wykładzinę, OK? Nie protestowała, przelatywałam i puszczałam dzieci spokojnie :) 

No i zebrało mi się na pierdolenie o Chopinie, ale zakładałam ten blog z myślą, że kiedyś ktoś z moich tu dotrze.

Albo i nie, bo ostatkiem sił przed wskoczeniem do klepsydry zlikwiduję, kto bogatemu zabroni.

Dalej siedzę i myślę, co poszło nie tak?
Chociaż nigdy nie miałam parcia na babciowanie i nie rajcowały mnie pytania: kiedy i czy nie tęsknię za wnukami.

Nie, nie tęskniłam. Rzeczywistość jest brutalna i inna. A ja nie mam ochoty jej naprawiać po mojemu, bo po co, skoro to i tak jest z góry skazane na zagładę?

Też wolę sobie usiąść, mój poranny rytuał, pasjans, muzyka, cisza, a teraz jeszcze i praca z domu - cut, mjut i ożeszki laskowe. 

No i my Shadow, wierny, od lat. Jest ze mną i słucha co do niego mówię, bez proszenia i nawoływania: zdejm słuchawki, Allllliiieeeeneeeek, co ja mówiłam. Nie ma głuchoty wybiórczej. Ma tylko głuchą mnie.

Dobrze nam razem i chuj :)



wtorek, 11 sierpnia 2020

Pokarało mnie

 Kochany Pamiętniczku, tylko nie wiem, za co :(

Zgodziłam się na opiekę nad MW i Papryczkiem przez te dwa dni, bo co miałam zrobić. Współczuję pracującym rodzicom, teściowie Pierworodnego dali z siebie tyle, że ja dla nich chapeau bas, bo zwariowałabym. Inna para kaloszy, że mają warunki lepsze niż ja - domek, podwórko, ogródek i duzo miejsca.

Ale ja pracuję, stety czy niestety. A Papryczek ma to do siebie, że siedzi cicho, kiedy nie musi, kiedy ma siedzieć i animrumrac, robi się aktywny jak wulkan Krakatau.  Miały być dwa dni, a zamieniło się w dwa dni z noclegiem, w sumie mnie to rybka. Doszło po prostu powlekanie pościeli, pranie i tona ręczników. Mniejsza z większym, wyglądało na to, że bałagan nie będzie kosmiczny, jakby kometa pierdalnęła, ale wyszło jak wyszło.

Day first. Papryczek nie je i nie pije. Bo nie lubi wody (syn mówił: wody można mu dać), bo on  nie pije schłodzonej, przegotowanej wody, on musi mieć wodę ze sklepu. No to nie miał. Kompot ugotowałam z papierówek, wyjechany w Kosmos z wanilią (prawdziwą), odrobiną cytryny i cukrem trzcinowym, to wziął łyk, skrzywił się jak po occie siedmiu złodziei i pokazał jak cezar przegranym gladiatorom. Nosz, kurwa, raz przełknęłam. Na obiad zjadł łyżkę puree ziemniaczanego, ze wstrętem odtrącając jajko sadzone, mizerię i mieszankę warzywną.

Nie to nie, w dupie :) 

Mała Wiedźma upiła kompotu, ale jak osa się w nim utopiła, świeżego już nie chciała.

Nie to nie, w dupie. Obiad zjadła, nie powiem, ale upiera się, że sama sobie kanapkę zrobi, więc wiadomo - w kuchni chlewik.

Ale morda w kubeł. 

Szczoteczek do zębów kolejny raz nie mają, ale mam na to wyjebane, nie mam sklepu ze szczoteczkami. Za każdym razem jak daję, zabierają do domu. Myć nie myją w domu, bo Papryczek ma spróchniałe pieńki i bąble na dziąsłach. 

Wszyscy w łóżkach, każdy ze swoją zabawką, ja wyeksmitowana do małego pokoju (sama się wyeksmitowałam, za dużo pracowego sprzętu, badyli, ale w życiu by mi nie przyszło go głowy tam spać w taki upał). Padam, ale ostatkiem sił lecę do pokoju, bo sobie przypomniałam, że nie wyłączyłam takiego niefajnego rozgałęźnika, made in China, więc dla spokoju wyłączam. W pokoju przez poszwę poświata, MW dalej gra. A grała odkąd weszła o10, na uszach ma słuchawki, przez które nic nie słyszy, na polecenia niby reaguje, ale jak po lekach.

Gra to gra.

W dupie mam.

Rano tragedia, bo dostała okres, a nie ma podpaski. Ja też nie mam, tzn. mam staruteńkie, kilkunastoletnie always, ale wiadomo, podpaska jeść nie woła. Nie, za duże. Mam też wkładki, bierze wkładki. Okrwawione gacie rzucone koło pralki, zakrwawiona koszula nocna (nota bene moja) leży na kiblu.
Wzdech, gacie do miski z zimną wodą, koszula do prania. 

Jeszcze wczoraj Pierworodny mówił do mnie, że mam jej pokazać, jak się stanik zapina, bo on jej musi zapinać i jak używać dezodorantu. WTF? Nie jest sierotą, ma matkę. Nawet nie próbuję egzekwować posprzątania łazienki, więcej czasu zajmie wytrącanie ją z niebytu growego niż ogarnięcie syfu. Pokazuję jak zapinać stanik z przodu, skoro nie umie się zapinać z tyłu (ja, nie chwaląc się, mimo tuszy do dziś spokojnie z tyłu zapinam), dezodorant i mówię, że ma nie sikać nim w łazience, bo jak ma zamknięte drzwi, to się udusi (okazało się, że się dusi, więc sika nie sikając). Ja nie mam problemu, drzwi od łazienki mam otwarte, ale jestem jednoosobowym królestwem :) 

Papryczek tymczasem robi cyrk, bo on chce płatki, a nie chleb.

A ja płatków nie mam i nie zamierzam mieć, bo to, na co wpadają raz na ruski rok to mi się mole w płatkach zalęgną. Nie jadam płatków.

Zrozpaczony, szlochając, zjada chleb (a jakże, z odciętą skórką, bo hrabiemu w ząbki wchodzi).

Każę się MW uczesać. Nie ma grzebienia. Ma piękne włosy, takie jak ja za młodu, ale... Daję jej mój grzebień i patrzę, jak głaszcze włosy, nie rozczesując, a wyglądają jak wronie gniazdo (już wczoraj były nietenteges jak weszła, ale umyte, więc co się będę czepiać jak pijany płotu). Wkurzona biorę grzebień i...

Kolejne kołtuny odcinane nożyczkami ( nie, nie krępowałam się, czy prosto, czy krzywo) lądują w koszu. Oczywiście, jestem podła :D 

Tłumaczę, że wystarczy wieczorem uczesać i zapleść w warkocze. Nie, nie zaplecie, bo nie lubi.

Grzebień każę jej schować do plecaka. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Zakupy na Manhattanie przebiegają w miarę, Papryczek na pytanie, czy jada kalafiory, odpowiada, że jada (kalafior został mu podsunięty pod oczy, gość za mną dusił się ze śmiechu, na pytanie, czy kury jada odpowiedział, że tak, co potwierdził jego ojciec na MSG). MW na pytanie, jakie podpaski nosi odpowiada, że nie wie, bo podpaski kupuje jej tato. Tato odpisuje: Bella Maxi. Jestem w szoku, ale... Sama też tak miałam :D Tyle że nie było Bella maxi, więc pół paczki waty naraz szło :)

Wracamy do domu, lecę ze śmieciami, a w międzyczasie spada z drzwi mój ulubiony zegar i nie ma winnych. Zegar badziew, ale go lubiłam, bo Paris. Nie da się naprawić, połamany mechanizm. Sam spadł ten nieszczęsny zegar.

Dzieci, które miały w czasie spadania zegara umyć ręce, jednak ich nie umyły, bo mydło suche jak pieprz.

Wrzucam na luz.

Mam wyjebane.

Gotuję obiad, opętana żądzą nakarmienia Pierworodnego, ale okazuje się, że im się zmieniło i...

Nie dojedzie, odbiera ona. 

OK, jak chcieli mieć noc na seks wystarczyło powiedzieć wprost, w sumie mi to rybka,pomijając karmienie Papryczka.

Który u rzeźnika umierał na widok parówki, a w domu jej kijem nie chciał tknąć.

Oddychałam w tytkę, latając od kuchni do komputera (bo praca przychodziła, falami, ale przychodziła, jak pamiętamy, pracuję z domu i to były moje godziny pracy), wyłączywszy aparaty, nieczuła na lamenty Papryczka, że on: nie chce rysować, chce rysować, chce pić, nie chce pić. Cierpliwie powtarzałam, że mówi się: poproszę, czy mogę.

Nic, jak perły przed wieprze.

Pytam, nie wiem, po jakiego chuja, MW, czy zmieniła podpaskę (wkładkę, cieniutką jak mgiełka) po czterech godzinach. Z trudem to do niej dociera, więc tłumaczę, jak krowie na rowie, że w tym upale. Że ma iść, zawinąć w papier i do kubełka wyrzucić. Idzie, zmienia, ale wrzuca luzem. Więc pokazuję, jak się zwija, wyrzuca i tłumaczę, znów jak krowie na rowie, że w domu to ja jej każę wynieść, ale w pracy, w szkole, to są panie sprzątające, czasem i panowie i że, kurwa, kultura tego wymaga. Potakuje. Ciekawe, ile z tego zapamiętała. Ale już nie dziwię się, że w kiblu w pracy mam deskę jaką mam... Mimo pracowania z doktorami.

MW ze słuchawkami na głowie, w swoim świecie, więc i ja miałam na wszystko wyjebane.

Ich matka nie odpisuje na MSG.

Każę MW dzwonić, odpisuje, bo ja nie dzwonię :P No a jakby tak nam cegła na łeb albo inna bomba?

A, przez 24 godziny nikt nie zapytał, czy żyjemy, a mogłam z balkonu zrzucić, udusić, utopić, co tam jeszcze?

OK, jemy obiad. Papryczek dostał potrawkę bez koperku (chuj mu w plecy, bo w dupę by jeszcze miał przyjemność), wyszła zajebiście, a na jego, że kurczaka nie je, tak na niego spojrzałam, że wpieprzył, co miał na talerzu, pyrów i kalafiora nie ruszając. Więc chuj mu w plecy jak najbardziej jest na miejscu. Bo on nie chciał kalafiora.

Zjedli, Synowa nawet wypiła cały dzban kompotu, wzdychając z rozkoszy, bo zimny był jak lód. I zaczęli się zwijać. Mówię, że gacie w misce, dam woreczek, niech weźmie. Na serio? Mdło mi na widok cudzej krwi. 

Pakuję wszystko, daję obiad dla Pierworodnego, czosnek i idą. Papryczek na odchodne mówi mi, że i mnie kocha, nie tylko dziadków z O. :)

Nice.

A MW, opierdolona przeze mnie, bo miała zakaz grania, a i tak cały dzień w słuchawkach i grała, do obiadu też w słuchawkach siadła, a na mój protest, wzdech zdjęła... i... włączyła się w rozmowę. A tak samo chciałam z nią pogadać dwa dni, ale spasowałam, nie będę się kopała ze słuchawkami i ajpadem :) 

Już mam to w dupie.

Synowa na uwagę, że to nie pierwszy kołtun, który wycinam wzdycha i mówi: Pierworodny miał się tym zająć, ja nawet nie mam na to czasu.

WTF?

Nie ma czasu, pracując do 15.30, mając 30 minut do domu, nie robiąc nic prawie, bo za koło gospodyń wiejskich robi on, pracujący na zmiany i dojeżdżający czasem 2 godziny w jedną stronę?

Ale morda w kubeł.

Ona jest zmęczona.

A ja tańczyłam z radości, po 2 dniach z małolatami na nie do wszystkiego, w ponadtrzydziestostopniowym upale, z dodatkowym praniem i gotowaniem, zmywaniem? Nie pracuję? Nie mam absolutnie żadnego wpływu na wychowanie moich wnuków. Sprzątam łazienkę i... w wannie miska pełna zakrwawionej wody.

Kurwa.

Ale... Uśmiech na ustach, choć w sercu ból.

Szczerze?

Nie tak widzę babciowanie. Już nie.

I przeszczęśliwa jestem, że wyjeżdżają do września, a potem... chyba zacznę kombinować jak koń pod górkę.

Bo w sumie bardzo kocham mojego syna, ale siebie też kocham.

To pisałam ja, Stara Jędza, przeszczęśliwa, że jestem sama.

A Inżynier jak się zaciął w milczeniu to dalej zacięty.

Boli mnie serce, bo tych dni coraz mniej mamy, ale nie.

Nie, kurwa, nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć, bo to ja będę umierała.

A już na pewno nie będą mi mówiły tego moje synowe.

Tak, jestem klasyczną reprezentacją najgorszej teściowej na świecie.

Amen :) 

Ale za to stosuję zasadę, którą polecałam wprost mojej wiecznie poświęcającej się dla wszystkich teściowej: niech mama siebie kocha, bo to najważniejsze, żeby mama kochała siebie :)

Więc mam hierarchię w miłości: 

miłość do samego siebie jest dla mnie najważniejsza :D 

Zresztą zalecają to nawet linie lotnicze: w razie W zakładać najpierw sobie maskę na ten mord, a dopiero potem najbliższym :D 

A idąc dziś z nimi na zakupy mówię do MW: załóż namordnik :)

A Papryczek: a co to jest namordnik?

Kocham pytania sześciolatka, choć już na zapas martwię się, bo słownictwo ma ubogie i nie umie dobrać czasów i osób, a to już zerówka... Nie chce rysować, nie mówiąc i pisaniu, ale nie kopałam się z koniem, bo po co?

Zainteresowania ma monotematyczne. 

A MW do dziś nie przeczytała Dzieci z Bullerbyn.

Choć Inżynier przeczytał w życiu tylko jedną lekturę, nawet nie wiem jaką. I więcej grał niż czytał.

 

Cieszę się, że coraz bliżej do tej klepsydry, w której będę się przesypywała :D 


 

.

sobota, 8 sierpnia 2020

Przespałam się

 ze ślimakami, Kochany Pamiętniczku.

Nie z byle kim, bo jak wiadomo, licho nie sypia. Z byle kim nie sypia. I te piękne czasy, kiedy ksywkę Licho miałam. Z numerkiem...

Ale to temat na inną bajkę, na pewno nie na bloga i nie dla ciebie, Kochany Pamiętniczku. 

Aczkolwiek były to naprawdę piękne dni, po prostu piękne dni, aż łezka mi się w oku zakręciła za nimi. Gdy internet raczkował, nie było fejsa, za to były czaty, a na czatach różne pokoje.

Kilka takich "pokojowych" znajomości przetrwało do dziś, o dziwo, przerodziły się w realne, bardzo głębokie, które wniosły sporo w moje życie, niektóre pozostały netowe, ale trwają do dziś. 

W to wszystko wplotły się jeszcze blogowe znajomości, zamieniające się niekiedy w realne, a  niekiedy po prostu w przyjaźnie.

Życie to skomplikowana bajka, co nie. Chociaż nie wszystkie historie nadają się do opowiadania, bo nigdy nic nie wiadomo.

Inżynier poznał na jednej z grup fanów zespołu, którego nazwy nie wymienię, superdziewczynę (moim zdaniem). Tak jakoś wyszło, że nosi ona imię i nazwisko babci Inżyniera (nie mojej mamy jednak). Zaprzyjaźnili się, choć ona z drugiego krańca kraju jest. I na moje jojczenie w którymś momencie usłyszałam: mamo, nie męcz mnie, ona woli dziewczyny. No cóż, wzdech, nie mam fajnej synowej. Aczkolwiek wciąż mamy gorące stosunki, mimo dzielącej nas odległości i lat. Inżynier też ma, była jego świadkiem na ślubie.

Żartowaliśmy zresztą, że to chyba najbardziej zapedalone wesele w PL, o co oczywiście wszystkie pedały obecne na nim (i nie, żaden z nich nie obrazi się na nas za tą nazwę, albowiem i ja od pedalic wyzywana jestem, notorycznie, lekceważąco, słyszę: bo z ciebie taka pedalica) nie wnosili reklamacji, bo za co? Muszkę pana młodego złapał gej, zresztą od lat w szczęśliwym, aczkolwiek nieusankcjonowanym prawnie (poza kredytem na chałupę i wielką miłością) związku, zaś bukiet jedna z obecnych tam les :) Jak cudnie wyglądał ich taniec, ojacie :) 

Tak, mamy wszyscy dużo znajomych LGTBQ, tych, którzy z szafy wyszli i tych, którzy nadal w nich siedzą.

I dlatego niech się fejsowi nie dziwią,  że jestem taka tęczowa.
Bo to dobrzy ludzie są.

Te jebane pedały znaczy się.

W mojej rodzinie - znaczy się ze strony moich rodziców - nie wiem, nie mam zielonego pojęcia, ale i tej rodziny już dawno nie ma.

U Eksa jest dwóch,o których wiemy, ale podejrzewam, że więcej. Jeden, w DE, jedynak, ukochany wnuk mojej teściowej, która pedałów z całego serca nienawidziła, ale zmarła, zanim wnuk się określił, zaakceptowany przez matkę. Drugi, wnuk znienawidzony przez nią, o czym wszyscy wiedzieli, że babcia go nie lubi, nie ujawnił się do dziś, ale krążą plotki.

A reszta? Reszta jest milczeniem.
Dla mnie nie ma znaczenia, z kim kto sypia.

Sama budzę popłoch na pracowych korytarzach, gdy widzę koleżankę (no, wiek nas dzieli stuleciami), sunącą na szczudłach, odstrzeloną jak szczur na otwarcie kanału i rzucam: chyba się przerzucę na dziewczynki.

Jakoś żadna nie ucieka w popłochu.

I na serio: nie miałabym żadnej obiekcji, żeby oddać moje wnuki pod opiekę któremuś z moich nieheteronormatywnych przyjaciół.

Jako zaprawiona w bojach babcia bałabym się raczej o ich PSTD,  a nie o wnuki :)

Te sobie, Skubane, poradzą. Walną fajną kupę i po bólu. A MW? Jako nad wiek wybujała mała kobietka nie wzbudzi żadnego zainteresowania żadnego z gejów. Bo to tak nie działa, to są tylko pedały, nie pedofile.


I to tyle moich refleksji na temat tego, co się dzieje.

Jestem przerażona.

Wstrząśnięta i boję się.

Po prostu się boję, choć zgrywam odważną.

Ten model tak ma.

Boję się o moich Przyjaciół.

I o moje wnuki, bo nie wiem, co z nich wyrośnie.

Za małe jeszcze są.

Boję się państwa, w którym żyję, boję się faszyzmu.

Policji, duszącej młodych, przyciskającej ich do bruku, a niereagującej na heilujących.

Straszne.

piątek, 7 sierpnia 2020

Czarno

 to widzę, Kochany Pamiętniczku.

Zgodziłam się na korektę maszynek za poprzedniej władzy, albowiem postawiłam warunek, że przychodzę trzy dni na gotowce i ostatni do zamknięcia. Inaczej nie, szkoda mojego czasu, bo ja swój cenię dużo wyżej.Taką umowę mam też z warzywkami: cały miesiąc materiały spływają po trochu, potem jeden dzień wydruczki, ostatniego spis i komentarz albo i nie, jak się da wcześniej. Spływającego materiału w zasadzie nie odczuwam, bo to raz, dwa, w międzyczasie i nawet tego nie czuć. Tak było też w maszynkach.

No ale władza się zmieniła i jest coraz gorzej. Ten numer o pomstę do nieba wołał. Siedziałam całymi dniami (no bo jestem na home office i co za różnica, co robię, a jest, kurwa, różnica), przez 4 dni po 10 godzin, dzisiaj 12.

A i tak poszło bez końcowej korekty, a w trakcie i komurka była (wiem, że przez ó), więc...

Z tego, co wiem, naczalstwo jest na urlopie, więc nie wiem, czy mieli wyjebane, bo ich nikt nie pilnował, czy naczalstwo na słabym łączu grzebało. 4 razy 10 to jest 40, plus 12 to 52. Nie licząc godzin, kiedy robiłam to w międzyczasie. A to już obniża moją stawkę do poziomu nieakceptowalnego, co nie omieszkam na spokojnie napisać w poniedziałek osobom zainteresowanym. 

Jeszce się z tym prześpię, jak wtedy ze ślimakami, bo...

No, kasy mi żal.

Co z tego, że dziś sprzątnęłam chałupę i zakupy poczyniłam, jak wkurwia mnie lekceważenie wszystkiego?

Tematy, które poruszali, są co najmniej od dwóch miesięcy opisane.99% to tłumaczenia, znaczy się, kto zabronił wcześniej przetłumaczyć? (To taka kalka z rodzimego wydawnictwa, my jesteśmy tylko obiektem do repolonizacji, a jakże). 

Rozumiem, że redaktorzy mają gros innych obowiązków (dlatego nigdy nie chciałam być redaktorem, a byłabym świetnym, bo piszę, co mi pazury w klawiaturę wklepią, bez namyślania się, a i po sobie potrafię poprawić, ale sorry, Winnetou: delegacje, wyjazdy, sympozja, inne cuda wianki, nie dziękuję, postoję). 

Mają jednak takie pensje, że po moją by się nawet nie schylili. Więc ryją do upadłego, ale halo, halo, dlaczego mnie w to włączają?

I nie, nie zazdroszczę im, lubię swój zawód, wciąż widzę minę Eli K., skracającej teksty do upadłego,  w redakcji, gdzie płacono wierszówki :) Jaką miała satysfakcję, jak ktoś jej na odcisk wlazł, a potrafiła mistrzowsko uzasadnić każde skrócenie o 1000 zzs (znaków ze spacjami). 

Pewno jutro mi przejdzie, jak obudzę się w moim gniazdku, nawet na balkonie posprzątałam (w miarę, bo potrzebne tam generalne porządki), pranie schnie, a w nocy ma spaść do 20, więc może uda mi się przespać.

Jeszcze tylko mrożone pierogi kupię, na poniedziałek, of course. Ani mi się śni obiad wymyślać.
Wiem, powinnam być lepszą babcią. Jednak dzieci zjedzą prędzej te pierogi, niż moje cuda wianki.

A ja się nie urobię po kokardkę i kucyki. No i nie będę gotowała dla rodziców. Cóż... 

Life is brutal and full of zasadzkas :) 

And kopas w dupas.

A ja jestem, niestety, nie da się tego ukryć, bez serca :D 

Coś się schrzaniło z fakturami za neta, ale emilkowa komunikacja z paniami od mojego providera jest OK i już zapłacone. 

Jak te upały miną, będzie OK :)

I tak się nocką notki na bloga pisze :) 


Udanego weekendu, bo chyba nic nie będzie się działo wartego opisania :)

czwartek, 6 sierpnia 2020

Aby

do jutra, Kochany Pamiętniczku, aż maszynki się zamkną.
Nawet nie mam gdzie apelować, bo naczelnym jest Boss, a jakże. Poprzedni, nielubiany, ale zorganizowany, kopa w dupę dostał do góry... Bo ja się umawiałam na całokształt za taką kasę, a nie na kiblowanie godzinami. A teraz kibluję, a jak zareklamuję u Bossa, to wiadomo. Spojrzy na mnie i odpowie, że "tu ludzie pracują za mniejsze pieniądze niż pani i są zadowoleni", jakby to moja wina była, że tanio dupę sprzedają.
Kurwa mać.
Patrząc na zarobki brutto z zaświadczenia do ZUS jestem krezusem, a patrząc z wpływów na konto - gołodupcem.
Bo... no właśnie - dopóki wszystkiego nie dorwano na kiblowanie, to było OK. Umawiałam się na robotę, nie na kiblowanie. Idziesz, robisz, kasa się zgadza. A teraz dodatkowo, żem w domu...
Kurwa mać. Więc jutro mam wyjebane, jak się wyśpię, idę na zakupy. Nie płacą mi od godziny, ale od całości. Skoro ja czekam godzinami, to dlaczego oni nie mogą tę godzinkę czy dwie?
Powoli zaczynam mieć wszystko naprawdę w dupie.

Z Inżynierem się pożarłam, ostro.  O jego żonę. Bo po raz kolejny wpierdoliła się między wódkę a zakąskę na FB, w żartobliwe komentarze między mną a moimi znajomymi. Ona i jej poczucie humoru, a ja i moje - to niestety dwa różne światy.
Wkurwiła mnie, bo ja się, kurwa, na jej mądrości w jej grupach, które mi się wyświetlają z automatu, nie wpierdalam, chociażby wtedy, gdy kupuje sobie torebkę za 250 zł (kiedyś na pytanie o torebkę odpowiedziała mi, że i tak jej nie kupię, bo za droga dla mnie, a ja, kurwa, mam swoje pieniądze, ona nie dała mi ani grosza, ja jej i owszem), a parę dni później na widok nowego modelu pisze, że żałuje, że za wcześnie kupiła torebkę ze starej serii... i mąż...
Tak, wiem, wychowanie dzieci to ciężka praca i nieopłacana. Ale chcą budować dom.
Mają dwójkę dzieci.
Pracuje tylko on. Kurwa. Po prostu kurwa.
Więc, sorry, ale jej mądrości, dobre rady i wszystkie krytyczne uwagi do mnie po prostu nie docierają i działają na mnie jak czerwona płachta na byka.
Bo kurwa, mogę kupić tonę czosnku (nie mogę, nie stać mnie) i mogę ją rozrzucać wokoło, bo mam taką fantazję i nikt, kurwa, nikt nie będzie mi nic dyktował.
Czosnek, który kupiłam, to wiem za co płacę. Sama zużyłam 20 główek przez rok, właśnie odcięłam ostatnią zeszłoroczną nówkę nieśmiganą.
Rozumiałabym, gdyby płacili, ale chciałam im dać w prezencie, bo wiem, co jest eko-sreko, o czym wkoło pierdolą, jacy to oni nie są (karmiąc dzieci świństwem).
Mniejsza z większym.
A i Inżynier na zwróconą mu uwagę odpisał mi CAPSEM, mimo uwagi, że wrzeszczy na mnie, że jego żona ma zawsze rację, a ja przesadzam czosnek.
To zamilkłam, zacięłam się w milczeniu i głęboko w dupie to mam, aczkolwiek nie lubię takich sytuacji.
Nikt nie będzie na mnie wrzeszczał, a już na pewno nie moje osobiste dziecko. Nie ma opcji.
Ale...
Gdy byli w UK, miałam co niedzielę tę godzinę na pogadanie, albo i więcej. I Łobuzów na Skype.
Są tu i...
Mam "miłego dnia" na MSG codziennie (to też miałam).
Rozmowa może raz na miesiąc, bo jest zajęty, bo...
Jestem na zawołanie i... męczę się na żywo z Łobuzami realnie - OK. Jak coś: "nie zobaczymy się przez miesiąc, bo mamy inne plany", jak coś "może mama się zająć Gnomami". Ostatnio pojechali sobie samochodem. Wrócili na trzeźwo, bo samochód. Ale... Nawet nikomu nie przyszło do głowy: odwieźć mamę? Było po 21, ja mam dwie przesiadki.
Wystarczyło zapytać, powiedziałabym nie, thank you, jak Alienek na warzywka i owoce, bo i spacerek, i ciepło...
Ale... wystarczyło zapytać, co nie?
Jest różnica?
Dla mnie jest.
W sumie nic im nie zawdzięczam. Synowym.
Ani jednej, ani drugiej.
One mi tak. Dostały fantastycznych mężów.
W Wysokich Obcasach Extra na sierpień jest artykuł o tym.
Nie, nie o mnie, ale o takich stosunkach.
Patrzę wstecz, Eks i jego rodzeństwo (oprócz jego sióstr), leciało z wywieszonym ozorem na pierdnięcie matki, która całą rodzinę dokładnie skłóciła. Ja, będąc otwarta na manie matki, bo chciałam za wszelką cenę mieć matkę, bo swoją straciłam, latami stawałam na głowie i tupałam uszami, zanim zrozumiałam, że jestem tylko synową. Mój błąd :)
Próbowałam prosić synów o pomoc, gdy wrócili, bo zmęczona jestem tymi latami samotności. W drobiazgach.
Okazuje się, że to naprawdę trudna sprawa.
Bo każdy ma swoje życie. Co potrafię zrozumieć, stosuję się do tego i... No cóż. I tak niewiele mi zostało, więc w sumie kafelki w łazience, rozjebane od kilku lat i pieprzona jebana karta dźwiękowa w kompie (no te moje posrane, głuche uszy) to nie taka ważna sprawa, co nie? :)
Pierworodny poprosił mnie o opiekę nad dziećmi w poniedziałek i wtorek.
Powiedziałam tak, bo skoro męczę się z Łobuzami, bo Inżynierostwo chodzi na randki, dlaczego mam im mówić nie, znając ich sytuację. Jak stracą pracę, wrócą do status quo z UK. Ale... nikt nie bierze pod uwagę, że pracuję.
I to ciężko, no bo, co tam takie czytanie...
Nikt nie wie,jak chętnie wstałabym rano, zajęła się wnukami i takie tam... Nie,ja już piszę scenariusz, co zrobić z Papryczkiem, kiedy dostanę kolejną kobyłę, przy której muszę wyłapać wszystko. Siedzieć bez aparatów i pracować spokojnie, czy w aparatach, żeby ogarnąć, co on broi?
Już przeżywam te dwa dni. Bo, kurwa, nie mam już 30 lat, kiedy wszystko było łatwe, miłe i przyjemne i ja, ważąc niecałe 45 kilo śmigałam z trzeciego piętra jak łania. Bez aparatów, ale z MOIMI regułami: kojec, inne takie tam :)
Dziś rozdział czytałam 6 godzin. Czytałam, piękne określenie. Redagowałam, kurwa, jak puścić takiego gniota? Piśmiennictwo zrobiłam, za co mi nikt nie zapłaci, a którego redaktorka po prostu nie potrafi zrobić, bo nie ma o tym zielonego pojęcia.
Napisała, że to tyle na dziś, bo ona jutro ma urlop.
A ja na to, że w poniedziałek-wtorek będę wyłączona w zasadzie, bo mam małolatów na głowie - bez odzewu.
W sumie - powinnam mieć na wszystko wyjebane. Na to, że nikt nie zapyta, czy mam jeszcze ochotę żyć.
Bo w sumie... po jakiego chuja?
Do providera piszę, że nie mam faktury, pani odpisuje, że wysłała wczoraj, wysyła ponownie, a ja nadal nic nie mam.
Pani znika.

Wszyscy mają mnie w dupie.

Może i ja powinnam wszystko tam mieć?

A może po prostu jutro się nie obudzić i mieć na maksa na wszystko wyjebane?

To dopiero byłby kawał :)

Zamknięcie maszynek bez korekty :P







wtorek, 4 sierpnia 2020

Do pracki

 
dziś poturlałam się, Kochany Pamiętniczku :)
Ale najpierw jak oparzona wyskoczyłam z wyreczka o 5.30 i poturlałam się do łazienki.
Pierwszy zonk.
5.30 jest, a mam światło.
Enea informowała, że dziś od 5.00 do 6.00 światła nie będzie.
5.30 światło było.
Od 5.30 zaś do 22.30 nie miało być cieplika. Tak informowała Veolia.
Gdy obśmiałam to na FB, bo na co komu cieplik w sierpniu, mądre głowy tłumaczyły mi, że chodzi o ciepłą wodę.
Pomna, że jak nie urok, to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich na wszelki słuczaj napuścilam do 10-litrowego gara zimnej wody.
Nie wyjdę z domu nie umywszy głowy, nie ma opcji, więc na wszelki W.
Ale... Skoro jest prąd, to może i ciepła woda jeszcze jest?
Była.
Był wrzątek.
I wieczorem nadal jest. Więc jednak nie mądrzy ludzie mieli rację, a ja głupia. Chodziło o cieplik, nie o ciepłą wodę. Na co komu cieplik w sierpniu, nawet jak za oknem 18 stopni, nie panimaju.
I tym pięknym sposobem byłam już bladym świtem ogarnięta, jak kupa liści na zimę. Pani M. przysłała emilka, że przeprasza, że nie odpisała, ale jest na urlopie. Że mówiła Bossowi o kaskę, że Boss obiecał...
No dobra, przeprosiłam za napyskowanie, bo i tak nie dojdę czy mówiła, nie polecę do Bossa pytać, czy mówiła.
I tym jeszcze piękniejszym sposobem, absolutnie nie spiesząc się, w pompie mając zegary, wylądowałam na skrzyżowaniu i tam z rozpaczą zauważyłam, że...
Japierdolę.
Jest DOPIERO 8.39, tramwaj mam za 3 minuty, jedzie kolejne 3, więc w pracy będę przed 9 :)
A gdy leciałam  z wywieszonym ozorem to mi nigdy mi się to nie udawało.
Wola boska i skrzypce.
Wkraczam do pracki, moje piętro, a przejść muszę koło kuchni. A z kuchni rozlega się chóralne wycie: Pani Stara Jędza :) O jeżu kolczasty, moje małolaty (bo smarki w wieku moich synów) do ściskania się rzuciły :) Przy koronawirusie... I ubolewali, że czerwonego dywanu nie dostali...
Mjut na moje serce lali i och, i ach. A był z nimi wice, nie lubię człowieka, obły jest. Stara się wkręcić, do wszystkiego, zawsze opowiada na każdy temat kawały, suchary i... spsuł nam imprezę, bośmy dyskutowali o wybiórczej głuchocie dzieci (smarkacze mają dzieci w wieku moich wnuków), a ten z kawałem o żonie, która niedosłyszy...
Ale nic.
Kulam się do pokoju, a po drodze co na kogo wlecę, to banan na twarzy i radocha.
Serio?
Nawet po miesięcznym urlopie w UK, gdy obca korekta dawała im w d... popalić, nie witali mnie AŻ tak :)
 No ale nie było mnie prawie okrągłe 5 miesięcy, o czym świadczy kalendarz (jak w Czernobylu, pomyślałam, focąc).


Kwiatki, hmmm...  przelane bez litości i beniaminek znów tonął w błocie, nakleiłam karteczkę, że on woli sucho, ale ogólnie żyją, a to się liczy, co nie? Spodziewałam się gorszego

Ponieważ panie sprzątające rzadko wchodzą do mojego pokoju, tak wywnioskowałam, zostawiłam łapówkę podziękowalną u koleżanki :)
Ale szczerze? Tak jak serduszko pukało mi w rytmie cza-cza na widok ludzi, to nie spieszę się z powrotem tam.
W domu mam jeszcze więcej zieleni i nie muszę w cyckonoszu latać.
Dowiaduję się, że kadry się przeniosły, są razem z z marketingiem i... wpadam w popłoch. Że marketing...
A. mówi, że super, że tego emilka wysłałam, że Boss to wykorzystał do swoich rozgrywek, ale oni nie wiedzieli, z jakiego działa strzela i dlaczego taki zadowolony chodzi i redachtorów chwali - no tajemnica rozwiązana. Cytuję A.: kompetentna w temacie osoba dała Bossowi do ręki argumenty (niby ja) i się odzajączkował od redaktorów w momencie, gdy marketing nic nie robiąc starał się zwalić swoja robotę na redaktorów :)
Lecę do G.po czosnek, a zapłaciłam jak za zboże, ale żaden jebany wampir już do mnie nie wlezie, co nie?


Czosnek do pokoju, lecę do G. z kasą i na pierdoły, a tu zlatuje się redakcja i ciągną mnie do kuchni, że zebranie.
Ja w panikę, ale przecież Bossa nie ma i zgłupiała całkowicie mówię, że jak mają zebranie na Skype (nie zajarzyłam, że w kuchni nie ma ani milimetra kompika) to ja do kadr, bo muszę.
Spacyfikowali mnie zespołowo.
I odkazili, bo jako osoba niebędąca na co dzień z nimi mogę zarażać.
Folwarkiem Janików. Pigwa z whisky. Kto chce, niech googla :)
Była 10.00.
Powiedziałam o ochrzanie od Inżyniera za treść emilka i kazali przekazać mu, że się nie zna, że zrobiłam wspaniałą rzecz i że jak będzie tak poniewierał biedną matkę, to dadzą mu popalić. I że ma się ode mnie odjaniepawlić :) A także jego żona.
Serio?
Byłam w takim szoku, że jednak urwałam się do kadr, bo bałam się ciągu dalszego, tym bardziej, że cytrynówka domowej roboty poszła w ruch :)
Nie było tak źle, w sumie, mówię jak mój ojciec-alkoholik - co to jest pięćdziesiątka w sumie :)
I... W redakcji był i Cezar, i nowa sekretarka, i wice.
Poza nawiasem, nie zostali zaproszeni. Poza odkażaniem byli wszyscy, za którymi nie szaleję, a przecież nikt nie wie, bo ja zawsze grzeczna jestem i nawet jak się wściekam, to potem się kajam i mam wybaczane. Bo wściekam się na temat, taka gorzka prawda. Wice zajrzał do kuchni, pewno go dochodziły rechoty, stwierdził, że atmosfera gęsta i śmierdzi (hahahahaha), na 10 m kwadratowych 10 osób, a wentylacja w całym budynku do dupy... Ale się wycofał.
I tak sobie pomyślałam, że...
A, nieważne :)
Pytali, czy wrócę, ale powiedziałam, że nie spieszę się. Lubię ludzi, nie przepadam za murami, coś w nich jest nie tak.Tu jest winda, klima, każdy ma swój pokój, a...
Na starym były cztery piętra, które pokonywałam na piechotę, roznosząc wydruki, bo nie miałam telefonu, żeby dzwonić, żeby sami zleźli, byłam w piwnicy (zazdrościli mi naturalnej klimy latem) i było jakoś tak... Pizza o 22, zamówiona przez Bossa, jak nas przetrzymał, miała tam inny smak, niż zamawiana tu.
Jednak to prawda o klimacie, nie da się ukryć :)
Odebrałam zaświadczenie, do domu poleciałam, bo jednak maszynki mam do ogarnięcia...
Pracuję, A.przysyła prosięta i przesympatycznego emilka, że super, że byłam, że cieszy się, że mnie zobaczyła...
Zaczynam sama w siebie wątpić, czyżbym nie była AŻ tak zła...
Wracając, znajduję w ajfoniku kontrolny MSG od dziecka: dzień dobry...
Nie odpowiadałam przez dwie godziny, a po trzech podnosi alarm.
Piszę więc, że sorry na wódeczkę do pracy wpadłam.
A ten: taka to pożyje :)

Ano... :)
Do czasu, jak każdy :P

Ale chyba i tak warto żyć :) Nawet bez czerwonego dywanu. Folwarku Janików będę szukać, ostatnie tropy wiodą do Biedronki. Niekoniecznie ten, co mi tak smakował, ale może?
Praca prowadzi do alkoholizmu.
Jak najbardziej :)

niedziela, 2 sierpnia 2020

Zwariowałam

Kochany Pamiętniczku.
Kurwizję oglądałam.
Na YouTube, ale zawsze.
I jak zawsze, dreszcze miałam, takie, że na głowie robiła mi się gęsia skórka, a resztki włosów na baczność stały i tupały...
No dobra, ale przewijałam, bo...
Poszłam to oglądać tylko dla tej pani, a właściwie dwóch pań, które tłumaczyły piosenki...
Maestria i mistrzostwo.


I jak tu żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć. Kiedy nawet flaga, za którą oddawali życie powstańcy jest tu tak sprofanowana?

Co nie zmienia faktu, że Panie Migotki są fenomenalne.


sobota, 1 sierpnia 2020

Jeszcze

żyję, Kochany Pamiętniczku, ale już niedługo chyba.
W nocy śnił mi się pies z ludzką głową, twarz była jakiegoś amerykańskiego aktora, nazwiska oczywiście nie kojarzę.
Twarz była ludzka, a jednocześnie psia.
Spaniela jakby.
Wiedziałam, że lekko nie będzie, ale pojechałam na służbę, no bo jak.
Kalafiorkówna już ma na mnie wyrąbane, znaczy witamy się jak czekista z czekistą, a Alienek, wiadomo, mój.
Prosiłam Inżyniera, żeby mi prysznic ustawił, ale oczywiście, zrobił wszystko, tylko tego nie.
Dzieci są łajzy do entej plus nieskończoność, ale wszystko pod kontrolą, luz i hasta manana. Nie na darmo batia monster, co sobie z monsterami nie poradzi?
Zachwalany przez Inżyniera przesmaczny chleb, okazał się gniotem z Lidla, wracając do domu myślałam, że uduszę się do soli, a moja wątroba i trzustka mówią: weź pigułę. Na moją uwagę, że ma nie karmić tym rodziny i siebie odrzekł, że w okolicy nie ma piekarni, a chleb jest pyszny. Mają maszynę do chleba, jak coś, w UK piekli. No nic. Synowa puchnie, a i on nie wygląda ekstra).
Do czasu był spokój...
Kalafiorkówna walnęła przed samą kąpielą kupę monster (kiedy żaliłam się Synowej, że za każdym razem jakiś wnuk się musi monstrualnie zesrać, odrzekła, że tak się cieszą na widok babci, że z radości się posrają. Teraz siedzę i myślę: miłe to było, czy nie?).
Osrała się tak, że nie dało się bezboleśnie pieluchy ściągnąć, a Alienek, który na moment wparował do kibla, skrzywił się i zwiał, gdzie pieprz rośnie. A ja rozdarta między gównem a niewiedzą, co robi rzeczony uciekinier.
Prysznic niespuszczony. Spuściłam z trudem, ich łazienka to masakra, kto nie widział, nie zrozumie, przyznała to nawet sama Synowa. Osrana Kalafiorkówna, z grubsza oczyszczona nie nadawała się do wspólnej kąpieli. Kąpię Kalafiorkównę, modląc się, żeby Alienek coś nie wywinął.
Koty wychodzą ze swoich kryjówek powoli, bo pora kąpieli Łobuzów to pora karmienia kotów.
Okąpałam (jak mówi Baran) Kalafiorkównę, zneutralizowałam, ale zapomniałam zamknąć jebaną bramkę.
Jak wiadomo, jestem głucha, aparaty mam, ale nie słyszę w nich wszystkiego.
W bramce staje Alienek, od stóp do głów mokry, z łazienki na korytarz i panele leje się woda. Moment, chwila,wszedł. Uruchomił prysznic. Dobrze, że wrzątku nie puścił.
Lecę, zamykam prysznic. Lecę do kuchni po ręcznik, zamykam bramkę, zostawiając wyjące dzieci i prawie wyziewając ducha (moje nadciśnienie się kłania) ratuję zalane panele w przedpokoju. Odkąd się wprowadzili, nie mieli tak czystych paneli tam. Zrozpaczone koty z gabinetu Inżyniera spoglądają na jezioro w korytarzyku :P
Łazienkę ogarniam z grubsza, ale i tak dawno tak czysto na podłodze nie mieli, a i stopnie dla dzieci umyłam przy okazji.
Alienek za dupę i do kotła na zupę.
Ale zwiał i... na bosaka na śliskich kafelkach, złapałam w ostatniej chwili, prawie lecąc na mordę, wykąpałam w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie...
I...
Kalafiorkówna zamiast siedzieć na kanapie znalazła zagubionego w stercie zabawek pilota i... uruchomiła TV, rozregulowując wszystko.
A pilot to moja klęska, pięta achillesowa i czyściec oraz piekło :)
Ogólny ryk, bo nie ma bajki.
Nie wiem, jak to zrobiłam, ale uruchomiłam bajkę.
Pozwoliłam oglądnąć trzy i wywaliłam delikwentów do łóżek.
I tak jak przy oglądaniu bajki zasypiali, w łóżkach diabeł w nich wstąpił...
A i jebane sierściuchy czekając na żarcie co rusz właziły do pokoju, budząc entuzjazm i podsuwając dupy pod ręce dzieci.
Kurwa mać.
Rodzice piszą, że wracają.
Nawet mnie nie opierdolili, podziękowali (zapisać czarną kredą w kominie). Powiedziałam, że albo będzie kojec, albo Ukrainka. A Inżynier triumfalnie: a my sobie radzimy. Mówię: we dwójkę. Nadal triumfując: sam też ogarniam.
OK. Ale ja nie muszę. Dzieci są kochane, ale nieusłuchane maksymalnie. Mają idealny słuch, ale w momencie, gdy im nie pasuje, głuchną gorzej niż ja.
Bez bicia przyznaję: nie nadaję się i tyle.
Książeczki są głupie. Czytam, bo przynoszą, czytam zdanie, wyrywa mi, daje następną...

Jestem stara, nie ogarniam. Z trudem latam wśród pierdyliarda klocków i autek na podłodze, myśląc, żeby się nie wyjebać, a noszenie w tym ważącego ponad 10 kilo na pewno Alienka przerasta mnie.
 No dobra, przeżyłam.
Ale wiedziałam od zawsze, że bycie babcią to nie jest mój życiowy cel :)

O, jaka szczęśliwa jestem, że jestem w domu, że kupiłam wino i...
Kwiaty, świeca, Andrzej Dąbrowski i jego Zapomnij mnie...
Bo to o mnie :)
Chociaż nie zakopywałam żadnych zwłok w walizkach...


Zapomnij mnie, już nie chcę kłamać,
To wszystko, na co jeszcze dziś mnie stać.
Zapomnij mnie, to żaden dramat,
Za późno, żeby banał serio brać.

Chociaż takie mam uczucie, że Eks wciąż na mnie czeka.
I oby był to świat bez wyboru demonów...

A na serio:mój świat się zmienił.
Nie wiem, czy na lepsze.

Perhaps...