niedziela, 3 kwietnia 2016

Leń

Śmierdzący z Niechciejem wczoraj u mnie zagościli. Zdobyłam się jedynie na rundkę po Manhattanie i wyprawę po słuchawki.
Zdjęłam okulary, omiotłam mieszkanie spojrzeniem i stwierdziwszy, że skoro przez tydzień żywa dusza tu nie zajrzała, nieżywa chyba też, to co się będę wysilała i sprzątała? Przecież nie ma kto bałaganić.
Dziś rano zaś, leżąc w cieplutkim łóżeczku oczami duszy widziałam całe zastępy krwiożerczych bakterii i całe pułki wirusów, maszerujące karnie w takt werbla, żeby mnie zeżreć.
Widziałam, jak z każdym dniem mieszkanie zarasta coraz bardziej i bardziej.
Zerwałam się z łózka jak ranna łania.
Słuchaweczki założyłam. Radio odpaliłam i tarararara.... błyskawicznie posprzątałam :)
Niewiele tego było, ale zawsze i sumienie się uspokoiło.
W sobotę może Mała Wiedźma wleci, będą w PL, ale tak pechowo, że są tu, jak ja pracuję. I nie, nie uniosę tego, bo nie. Będą akurat przez moje dwa tygodnie pracujące. A ostatnio kilka dni pod rząd wracałam o 22, więc nie, nie ogarnę.
Do tego jeszcze Papryczek już chodzi, więc... Tym bardziej,  że badyle we wdzięcznych grupkach na podłodze stoją, bo na balkon ich jeszcze nie mogę wywalić.
To nie jest mieszkanie dla małych dzieci, przykro mi. W następną środę zaś przylatuje Inżynier, kwaterę zamówił już kilka miesięcy temu, bo on zorganizowany jest. Fakt, może iść do hotelu, ale...
Niestety, nie pomieszczę wszystkich razem, nawet jakbym materace zorganizowała. Operacja logistyczna nie do wykonania, tym bardziej, że nie ma drzwi.
Ale też założenie było takie: zostawiamy matkę i niech sobie sama radzi.
Ano, to sobie poradziła i poukładała swoje klocki po swojemu.
I nie chcę


Sama bywałam u mojej Teściowej, inna para kaloszy, że u niej było miejsce, mieliśmy dla siebie wypasioną komnatę z podwójnym małżeńskim łożem, w którym nasza czwórka mogła się kulać, osobną łazienkę i inne cuda wianki. Ale też przyjeżdżałam do bajzlu, zapchanego zlewu mimo zmywarki, bo naczynia ani nie chciały tam same wejść, ani wyjść, sterty brudów i innych takich tam, a wyjeżdżając zostawiałam lśniącą chatę. I gotowałam, zakupy robiłam, inne takie tam.
To była inna bajka.
A jak już pracowałam, to zapieprzałam z buta 4 km z przystanku autobusowego... Nie było komórek, nie miałam jak zadzwonić, żeby Eks po mnie wyjechał, bo też nigdy nie wiedziałam, o której wrócę. Pozostały zakres obowiązków bez zmian :) Tyle, że dzieci były już wtedy samoobsługowe, nawet w warsztacie pomagały.
Miło powspominać. :D 


4 komentarze:

  1. pogoń ich do teściów ! świeże powietrze i te sprawy :D
    sprzątanie ? hmm wytarłam podłogi w czwartek bo paczeć nie mogłam ,a to zapalenie tak mnie sponiewierało że jak wczoraj poszalałam i poszłam na zakup to dziś leżałam ankrem , może moja data przydatności się kończy co ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U teściów będą, do mnie na weekend wlecą, innej opcji nie ma. Urlopu nie wezmę, bo zależy mi na pracy, nikt mi kasy nie będzie dokładał do końca życia.
      Nie kończy, tylko już nie można się tak forsować. Czasem trzeba "dochorować" do końca! Dbaj o siebie! Zdrówka :*

      Usuń
  2. No tak,.....gosc w dom----woda w zupe ;)
    Dasz rade.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, patrz, u mnie to nie zadziała :D Woda droższa od zupy u nas ;) Dzięki :P

      Usuń