na śmierć, Kochany Pamiętniczku.
TO było lepsze od seksu.
Seks jest stanowczo przereklamowany :)
Ale po kolei.
Zła jak osa, a nawet jak całe gniazdo os dotarłam wczoraj do redakcji po skierowanie na badania pracownicze. Ponieważ sekretarka mnie zna i wie, że mnie szlag, więc mówi, że nie muszę żadnych badań robić i jestem umówiona na godzinę.
- Zobaczymy - warknęłam i zła jak pół stada os poszłam w stronę słońca, bo właśnie wyszło.
I rozebrałam się do rosołu, bo grzało.
Ale i nielicho piździło, więc... Niewierząca w przeziębienie przeziębiłam się.
Po drodze wlazłam do Panoramy i
tralalalala, mam buty na ślub Inżyniera. Skusiłam się na platformę i tadam, tadam, tadam, są miękkie, wygodne i trzymają nogę. A że Baran jest szparagiem, to mu te moje parę centymetrów więcej różnicy nie zrobi :D Tylko torebkę muszę nową poszukać, bo butki są koralowe, a torebkę mam czerwoną, bo poprzednie, nienadające się do noszenia kupiłam czerwone. Z tym że wtedy nie miałam wyboru, bo było po sezonie letniego obuwia, a teraz jest początek sezonu. Pierwszy sklep, wlazłam, wlazły mi w oczy, pasowały i są. I nielicho przecenione, bo z 379 na 279. Nawet jak pic na wodę i fotomontaż, nie szkodzi :D Nadadzą się nawet na upały, a nie będę wyglądała jak szuszwol :P
Jeszcze zyłam.
I cieszyłam się, bo
pierwsze kwitnące drzewko po drodze znalazłam.
Talalalalala :) wiosna idzie zatem nieodwołalnie.
Wieczorkiem naszpikowałam się polopiryną, aż się upiekłam pod kordełką.
Wlazłam do łóżeczka i żeby mnie cholera nie miotała na myśl o jutrzejszym lekarzu tabletkę uspokajającą zażyłam.
Albowiem starą wariatką jestem i robienie czegoś pod przymusem, na co nie mam ochoty, a co jest bezsensowne - doprowadza mnie do białej gorączki.
Rankiem jeszcze dychałam, śniadanie zjadłam i stwierdziłam, że kolejna porcja tabletek uspokajających jest jak najbardziej na miejscu.
Zatem zeżarłam.
A kto bogatemu zabroni?
Kartkę w kalendarzu zmieniłam, ten miesiąc sponsoruje przystojniak, ciacho z tych nietuczących :)
Wizyta miała być na 15. Nie robiłam obiadu, bo zupełnie nie miałam apetytu.
A ponieważ zawsze czepiają się mojego nadciśnienia przy takich badaniach, jakbym już umierała (przypominam; od 16 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim ani jednego dnia!), drążąc, komentując i wkurwiając mnie, a na dociepkę mam tzw. nadciśnienie białego fartucha, więc choć zazwyczaj zażywam pół tabletki dziennie, rąbnęłam sobie drugą połówkę, bo kto bogatemu zabroni? Nie mierzyłam ciśnienia, bo od ucisku aparatu zbiera mi się na rzyganie. I co sobie będę żałowała, kolejne dwie tabletki uspokajające zażyłam.
W przychodni byłam pół godziny przed czasem i okazało się, że choć byłam umówiona na 15, lekarz najwcześniej przyjmie mnie o 15.30, bo ma poślizg.
Zatem do piguły, na wywiad i na mierzenie ciśnienia. Okulista, laryngolog i inne cuda wianki dzięki sekretarce mi darowano. W papciach ją do nieba wezmą. Mierzymy ciśnienie i okazuje się, że pani ma ciśnieniomierz dla anorektyczek. Nie obejmie mojego ramienia. Próbuje dociskać. Pomiar nie wychodzi. Pyta: i co teraz. A ja beztrosko: niech pani wpisze 130 na 80. Tyle mam, jak mnie nikt nie wkurwia. Wzrost i wagę też z dupy wpisała, bo nie miała przyrządów pomiarowych. A to prywatna klinika. renomowana.
A kij im w oko, bo...
Idę pod gabinet 18.
I kolęduję tam 1,5 godziny, zanim przychodzi moja kolej. Zębami bym zgrzytała, ale szkoda zębów, sporo na nie wydałam. Śmierdzi, jak w męskiej szatni po meczu. Z trudem wstrzymuję puszczenie pawia, sama nie wiem, czy to przeziębienie, co mnie rozbiera, czy smród. Ale raczej to drugie.
Wreszcie wchodzę do gabinetu.
Pan doktor z jednej strony głupio-mądry, z drugiej mający wszystko w pompie do bólu, typ nieszkodliwy. Po wymianie grzeczności, przyjmuje na wiarę wszystko co mówię, nawet to, że nie zażywam żadnych leków (nie ma ciśnieniomierza, zatem nie będzie mnie sprawdzał). Nie pyta, ile mam dzieci, ile ciąż i inne takie tam. Pyta, czy ma mi wpisać jakieś zalecenia do pracy typu okulary. Odpowiadam, że czytam zarówno w okularach, jak i bez, że to nie ma dla mnie znaczenia. No ale u okulisty pani nie była. Spokojnie stwierdzam, że o oczy zawsze dbam, bo to nie tylko moje narzędzie pracy, ale i mój słuch zastępczy. Pokiwał głową i rzecze: to ja pani na dwa lata podpiszę zdolność. Mało go nie ucałowałam, tadam :)
Wyleciałam, skrzydełka mi urosły, słonko świeciło, ale zaczęło mnie rozbierać.
I nie wiem, czy przeziębienie, czy gorąco, bo słonko nielicho grzało, ale piździło, a ja czułam się, jakbym szła na sprężynach. Hahahaha...
Ale jeszcze nie umarłam, tylko wskoczyłam do autobusu, zamiast koło Panoramy do domu leźć, tak jak z pracy, bo to w okolicy było.
W korkach utknęłam.
Ale nic to,
Po drodze wlazłam do rzeźnika i leżał ładny kawałek zrazowej górnej. Ale spory, jednak na tyle mały, że pani powiedziała, że na pół nie podzieli, bo nie sprzeda reszty. Zatem westchnąwszy, wzięłam całość. Zmieliła (zmełła, poprawnie mówiąc) i zapytała, czy dwa razy. Zdziwiona byłam, po co dwa? Bo jak na tatara, to dwa razy. Poprosiłam zatem, choć w planie miałam mielone.
Idę do domu, muzyczka gra, a na drzewach tu pąki, tam pąki i tralalala...
I w duszy też mi gra, bo znów jestem dzieckiem.
Dzieckiem będąc jako aniołek pokoju wysyłana byłam do knajpy po tatusia, który tam balował.
Bo ja byłam ukochaną córeczką tatusia, tak długo, póki mała byłam. Później też, ale później to publicznie w mordę mnie lał, jak z chłopakiem zobaczył, co też niejaką rozrywką było, bo chłopak rycerzem był... Ale mniejsza z większym. Mój brat, wysłany do knajpy zadowalał się łapówką w postaci oranżady i lizaka, żeby mówił mamie, że tatusia w knajpie nie ma. Ja zaś, niecna żmija od urodzenia, oranżadę i lizaki miałam w głebokim poważaniu, ja żądałam tatara. Którego dostawałam, konsumowałam z apetytem i robiłam ojcu scenę, wyciągając go siłą z knajpy (po tatarze miałam tę moc), za nic mając łapówkę...
A potem przyszły czasy, że wołowiny nie było (w niecnym, zamierzchłym PRL zawsze była, i to dobra), potem było BSE, salmonella w jajach i po tatarze słuch zaginął.
Aż do dziś.
Zaświtało mi, że w sumie wszystko mam.
Jajeczka od zielononóżek.
Więc wleciawszy do domu zrobiłam sobie inwalidę z jednym jajem.
Bo tak mówiliśmy w knajpianych czasach na tatara.
I teraz umieram, cicho i rozkosznie.
Seks jest naprawdę przereklamowany.
Tatara zrobiłam klasycznego, z maggi.
A maggi to inna bajka.
Moja mama miała taki maleńki słoiczek, a w nim kostki maggi w takim buraczkowym papierku. Sreberko i buraczkowa banderola. Dziecięciem niewinnym będąc zakradałam się i lizałam owo maggi, co było surowo zabronione.
Słoiczek mam do dziś. Mam w nim ziele angielskie, ale ile razy biorę go do ręki, widzę zakazane kostki maggi. Wiem, że są niezdrowe. Ale...
Przeżyłam tyle lat na niezdrowych rzeczach.
To teraz mogę umarnąć.
Z rozkoszy.
Ten tatar był niebiański :D
Czy w niebie mają tatara?? Bo jak nie, to chcę do piekła :P
no buciki zacne ! cena już niekoniecznie :D tatara zjem ale nie przepadam , lekarzy wolałabym unikać niestety muszę patrzeć im co jakiś czas w oczy tzn to oni paczą mi , całe szczęście mogłam sobie wybrać jakie oczy mają paczeć w moje oczy ;-)
OdpowiedzUsuńpoza tym co
u nas wiosna panie wiosna !!!!!
Oj tam, kupuje parę na rok, to może być i niezacna cena :D U mnie też wiosna, panie sierżancie.
OdpowiedzUsuńTatara nie jadam,wszelkie mięsne /rybne surowizny nie dla mnie.
OdpowiedzUsuńSandałki b.fajne, wyglądają na wygodne.Też uważam,że cena ujdzie,jesli są jej warte,mnie najczesciej pieką stopy nawet w tych skórkowych,a może nawet przede wszystkim. Te z zeszłego roku nosiłam kilka razy i też szału nie było,na dłuzsze chodzenie nie są dobre. Już sama nie wiem w czym mam chodzic,zeby mi było w sam raz, lato jest dla mnie zabójcze z powodu i ubran i butów:/
A ja właśnie lubię lato za sandałki i za to, że nie muszę nosić płaszcza. Sandałki z Maciejki polecam, są przewygodne! No 40 st. w cieniu mnie dobija, ale nie można mieć wszystkiego :P
UsuńMierzyłam kilka par i z Maciejki, no niestety,też nie pasowały.
OdpowiedzUsuń