piątek, 29 listopada 2019

To już

Kochany Pamiętniczku, styczeń...
A nie, sorry, wróć, jeszcze jeden dzień do grudnia, jeszcze andrzejki.
Dlaczego mam wrażenie, że czas  mija jednak znacznie szybciej? Kiedyś nie mogłam się doczekać końca miesiąca, a tu szast-prast i znów spada kartka z kalendarza.
Zamykałam dziś styczniowy numer, niby bezboleśnie, ale zabolało, że już w styczniu będę zamykała drugi numer z sześciu...
Jak ten czas zapinkala.
Pytałam o opcję, że nie będę w styczniu, bo mi koliduje z życiem osobistym i wywołałam panikę na pokładzie. Na Titanicu byli spokojniejsi po zderzeniu z górą lodową niż tutaj na wieść, że mogę nie zamykać.
Alarm okazał się fałszywy, ale...
Kurde, to wszystko psuje moje plany.
I nie, nie jestem dość asertywna, żeby rzec: NIE. Na razie to luźny projekt, jeszcze niedzielna audiencja i czekanie na wyniki poniedziałkowych negocjacji na szczeblach wysokich, ale trzymajcie za mnie kciuki, żeby nie, żebym nie musiała zmieniać planów, bo nie chcę.
Dlaczego raz w życiu nie mogę mieć tak, jak chcę?
Odpowiem sobie sama.
Moja M. dostała w prezencie od córki na 65. urodziny wycieczkę do Tajlandii. Marzyła o tym od lat. Zycie rzucało jej w tym projekcie masę kłód pod nogi, ale miała lecieć 3 grudnia z mężem. No ale poszła z nim przedtem do kardiologa i okazało się, że gość ma zawalone tętnice w nogach na skutek palenia. Operacja w lutym i  żaden lekarz nie zagwarantuje mu, że przeżyje parogodzinny lot do Tajlandii. Może, ale nie musi. M. podejmuje heroiczną decyzję. Nie lecą. Nie wiem, czy kasa przepadnie, nie pytam, co będę szarpać świeżą ranę. Ale zrozpaczona pisze, że on wciąż pali...
Cóż mam rzec? Life is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. Mogę tylko przytulić, pogłaskać po główce (wirtualnie albo realnie, wracają wspomnienia z czatowych czasów, kiedy niewinny zwrot "pogłaskać po główce" wywoływał burzę dwuznaczności na czasie i ostrą interwencję opa).
To też znak, jak ten czas leci.
Jak miesza się życie realne i wirtualne i jak czasami trudno je rozgraniczyć.
Nigdy dotąd nie byliśmy tak nachalnie atakowani wiadomościami zewsząd.
Fake newsy nie krążyły jak sępy wszędzie.
Teraz momentami, żeby sprawdzić jaka jest pogoda za oknem łatwiej włączyć jakąś apkę na najbliższym urządzeniu niż podejść do okna, czy wyjść na balkon, czy na dwór, żeby sprawdzić, co tam słychać w górnych warstwach atmosfery.
Życie.
Nie można mieć wszystkiego, proste.

Byłam dziś w Biedronce po zakupy, bo i w lodówce światło, i zapasy na kolejny ciężki tydzień i chciałam ominąć jutrzejsze kolejki.
A tam... Black Friday :)
A ja pamiętam pierwszą, ubogą Biedronkę (stoi nadal, w Alei Żula, ale odremontowana, rozbudowana), w której widok towaru na paletach nas zaskakiwał i wywoływał odruch lekceważenia, mimo wszechobecnej biedy, że jak to, taki szajs, towar w sklepie, w kartonach, na paletach?
I jakkolwiek w dupie mam Black Friday, bo nic nie potrzebuję na gwałt, nie będę się biła o przeceniony TV, z tego prostego powodu, że na chuj mi odbiornik, skoro nie mam telewizji? Po co mi telewizja, skoro mam Internet? Mam Internet, jestem panią siebie, większy monitor z lepszą rozdzielczością i innymi bajerami nie jest mi do niczego potrzebny. Na razie, of course, bo wszystko pędzi coraz prędzej, mój pierwszy kompik o śmiesznej pamięci 1 Mb,  miał pamięć większą niż kompik wysłany na Księżyc... Nie mówiąc już o moim odtwarzaczu mp3, starym, ale jarym, wciąż pięknie gra, chociaż innym się takie popsuły.
Też jestem stara, coraz starsza, ale jara, co nie?
Mimo że mnie strzyka, boli i ukradkiem, chyłkiem i znienacka tu i tam wyskakuje siniak i zastanawiam się - skąd? Nie piłam, nie leżałam, nie pamiętam...
A dziś, wpychając się w siedzenie, którego nie lubię, rąbnęłam się i... już wiem, skąd mam na tej nodze siniaki :0

I tak zwykły dzień za dniem pędzi, przeplatany peanami na moją cześć, protestami, że inaczej planować mam życie, bo nie ma innej opcji pracowej,  no jak to, kolejny numer beze mnie, że wiem, rozumiem, umiem. Wiem, rozumiem, umiem, ale czasem myślę, ludzie, kurwa, nie jestem wieczna, nie ma ludzi niezastąpionych. I podobno są lepsze ode mnie, chodzą tłumami po ulicach. (Co to z ludzi robi pranie mózgów.)  Zdziwkiem, że jak to, nie będzie mnie na imprezie (zakładając, że peany i zdziwko są szczere powinnam być z siebie dumna jak paw, ale... jakoś nie do końca w to wierzę - powinnam szukać psychoterapeuty i kozetki?). A, i Synowa podziękowała. Po raz pierwszy od lat.
Mniejsza, że za kasę :P
Z kolei druga się zmartwiła, że o mało się dziś nie zadławiłam ością z fileta. Zakładałam, że filet to bez ości (kłaniają się Baranie filety) :)
Oba fakty cieszą mnie niezmiernie :)
No jakoś tak :P

Zatem, nieuduszona ością, zmagająca się z bólami (serca, stawów, innych takich tam - niepotrzebne skreślić), słuchająca tej muszelki, znalezionej nad Wigrami (P., szkoda, ze nam nie wyszło, no ale Ciebie nie ma już od lat i nikogo po mnie nie miałeś... widzisz ten peron. Bo ja widzę go do dziś...)...

Pytam: czy wciąż warto żyć?





Na pewno takie rozterki obce są Kalafiorkównie, która z rozkoszą wdrapała się na stołek, wykorzystując fakt, że Alienek śpi i jej nie zwala już...
O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna?
Niech los będzie dla niej łaskawy...

4 komentarze:

  1. Przez te korekte to faktycznie Twoj czas zapitala szybciej, jak by Ci ginal jeden miesiac gdzies w prozni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaginam czasoprzestrzeń, to miłe uczucie. Czasami :P

      Usuń
  2. Mam wrażenie że te rodzinne puzle zaczynają sie sie układać... 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poniekąd. Ale brakuje kawałków.Poginęły gdzieś.

      Usuń