środa, 12 sierpnia 2020

Na pracę

 czekam, Kochany Pamiętniczku, a żem uczciwa, to przed kompikiem ślęczę, odświeżając pocztę. I wciąż przeżywam te dwa dni, jak mrówka okres.

Wczoraj wszystkiego nie ogarnęłam, bo trudno to ogarnąć bez owczarka, zaganiającego rozproszone owce (czytaj: myśli) do kupki.

Przed śniadaniem zawołałam Papryczka, dając mu na czubku noża ociupinkę sera z łososiem... Gest cezara, kolejny gladiator bity w grunt.

Serek z chrzanem - gest cezara i koszmarny grymas.

Krew we mnie zawrzała, rozdarłam się (albowiem, gdy aparatów nie mam, a nie miałam, bo włosy jeszcze mokre były) jak  stare kalesony na płocie, że jest bardzo niegrzeczny, że nie wie, co to znaczy być głodnym, że porządny człowiek nie grymasi przy jedzeniu.

Ulało mi się, ale: z łososiem nie, z chrzanem nie, żółty ser nie, powidła nie, pomidor nie, z masłem nie, więc co ja, kurwa, mam jeszcze wymyślić? Z szynką by zjadł. Ano, problem w tym, że szynki nie miałam. Kiedyś kupowałam szynkę, jak mieli przyjść, z potem wyrzucałam, bo się oślizgła zrobiła, jak zapomniałam ją zamrozić, a jeść, jak była, nigdy nie jedli.

I takie myśli mnie nachodzą, jak patrzę, ile jedzenia ląduje w kuble po każdym posiłku, rozmemłane, nadgryzione, wyplute, że wzięłabym głodem. Nie dawałabym jeść przez kilka dni i by potem jedli wszystko.

Jako dziecko nie lubiłam kopytek (zjadałam z bólem serca), plędzy i kotleta w restauracji, w której stołowałam się z bratem przez kilka miesięcy po śmierci mamy. Mama była bardzo wysoko, jak na tamte czasy ubezpieczona,  kasy z ubezpieczenia starczyłoby na dwie książeczki mieszkaniowe i jeszcze by zostało. Do dziś mam w domu moją (zwykłą książeczkę, nie mieszkaniową), na którą ojciec wpłacił tę kasę, dzieląc ją na pół, na mnie i brata. Oczywiście, odjął za pomnik i inne takie tam, ale mniejsza z większym. Wszyscy wiedzieli, że tatuś nas zabezpieczył. Kotlet był regularnie co czwartek, na myśl o czwartku zbierało mi się na mdłości. Ale wtedy, na wsi, dzieci jedzące w knajpie obiad, w osobnej sali, żeby nie musiały siedzieć z pijakami razem, w knajpie, w której obiad zamawiał jakiś obcy może raz na tydzień... Jeżu kolczasty, jaki to był wypas, a my to hrabiątka... Po kilku miesiącach takiego szaleństwa któregoś dnia podeszła  do nas pani M. i powiedziała, że mamy więcej na obiady nie przychodzić, bo ostatnio tatuś ma kłopoty z płaceniem...

Obiady zaczęliśmy jeść u sąsiadki, bo ta brała dużo mniej niż pani w knajpie... Co piątek, a jakże, był ryż z cynamonem... Bo to piątek. Na myśl o kolejnym piątku dostawałam gęsiej skórki. Aż któregoś piątku odnoszę naczynia do kuchni, jadłam później, bo coś mi wypadło, a tam... cała rodzina wpierdala pyry z gziką :) Ojapierdolę, krztusząc się, zapytałam nieśmiało, czy my byśmy nie mogli dostać w następny piątek pyrów z gziką na obiad?

Sąsiadka w szoku, że jak to, ona się z ryżem męczy, a dzieci nauczycielki (tak, nauczyciel na wsi wtedy to był bóg, a moja mama była na szczycie Olimpu, albowiem cudnym człowiekiem była i do dziś ludzie starsi ode mnie wciąż o niej mówią z łezką w oku i wzdechem) pyry z gziką jadły? Kobieta nie miała pojęcia, że moja mama zarabiała 900 zł, mój ojciec w tamtym czasie 2500, a i potrafił po wypłacie bez złotówki do domu wrócić, pijany w trzy dupy, że żyliśmy za te 900 zł mamy...

Jako że obiadki u sąsiadki okazały się też za drogie, drogie dzieci musiały ogarnąć się same i same się wyżywić. Tatuś czasem pieniążki dał, a czasem nie dał. Żelaznym zapasem była w domu zupa ogonowa w proszku, Winiar, a jakże, albowiem była najtańsza. Kiedyś ją bardzo lubiłam, ale po dwóch tygodniach bezustannego jedzenia zupy ogonowej w proszku można ją było znienawidzić na amen, nieprawdaż? Mieliśmy maleńkie poletko, ale ja, 17-latka nie dałam rady go łopatą przekopać, a 12-letni braciszek na mój widok wiał, gdzie pieprz rośnie, obrzucając mnie przekleństwami, gdy próbowałam go ściągnąć z boiska, żeby coś pomógł czy się pouczył. 

To, że uczyłam się to tylko mój wybór. Bo mam wciąż mi mówiła: ucz się, bo to ci ułoży życie. I nie licz na mężczyznę, sama sobie bądź sterem, żeglarzem, okrętem.

Taki testament mi zostawiła.

Nie mówię, że moje życie było wtedy pasmem nieszczęścia, nie. Miałam przyjaciół, koleżanki i kolegów, pierwsze miłości, uniesienia, zdrady, rozpacze.

Wkrótce poszłam na studia, lekko nie było przez pierwszy rok, bo miałam za wysoki dochód na stypendium i akademik.

Ojciec ożenił się drugi raz. Po moim pierwszym roku już się rozstał z żoną, więc oświadczył, że na studia nie wrócę, bo on mi pieniędzy nie da.

Miałam w kieszeni 5 zł. Tyle kosztował bilet do K. Spakowałam walizkę, pojechałam do siostry mojej mamy, mojej chrzestnej. 

Pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, że nie dała więcej, ale przecież to bez znaczenia - pomogła mi, w czym problem?). Pojechałam do Poznania, zatrzymałam się na chwilę u przyjaciółki mojej mamy z dzieciństwa (na szczęście znałam adres), która gniotąc się we czwórkę w jednopokojowym mieszkaniu lamentowała, że nie może mnie na stałe zatrzymać, bo gdzie? Uczelnia - przedstawiam sytuację - z miejsca dostaję (we wrześniu, rok akademicki zaczynał się w październiku) akademik (Jagienka), stypendium socjalne - wszystko na podstawie oświadczenia, że ojciec mnie nie chce utrzymywać. Na gębę. Ale też  dzieci badylarzy, czyli ówczesnej elity finansowej dostawały stypendia na podstawie zaświadczenia, że rodzice jako źródło utrzymania mają hektar ziemi, nie dołączając zaświadczenia, że pod szkłem). W ZUS zapytali tylko, czy jestem pełnoletnia i o adres, pół renty po matce było moje, a nie ojca, jak stale starał mi się udowodnić. Brata połowy nie mogłam ogarnąć, nie był pełnoletni, nikt mądry mi nie powiedział, jak to załatwić, a panie w ZUS kazały czekać do pełnoletności. Bratu załatwiłam internat w K., płaciłam ze niego, posyłałam mu kasę. Że żył po swojemu, dowiedziałam się za późno, żył jak chciał, wciąż wygadując mi, że ja to mam lekko, bo wszystko mam dzięki "jechaniu na opinii po mamusi". Niech i tak zostanie. Na pierwszym roku nie było jeszcze stypendium za wyniki w nauce, na drugim już tak, więc ucząc się, według zaleceń mamy, z zaparciem, w kuchni, żeby nie imprezować w pokoju, bo sublokatorki miałam rozrywkowe, po I semestrze naukowe też miałam. Moja głuchota była tam błogosławieństwem, bo w kuchni był ruch jak na autostradzie. Miałam już 2500 miesięcznie łącznie, tyle, ile mój ojciec zarabiał.

Ojciec odfochał się, gdy byłam na 4. roku. Przestał chodzić po wsi i opowiadać, jak to go z renty po żonie okradłam, jak to ja się kurwię w Poznaniu, nie jeżdżę do domu, fantazję człowiek miał, nie da się ukryć.

Zaczął się chwalić, że córka studia kończy.

Łatwo nie było. Nie mówię, że byłam święta, żyłam z ołówkiem w ręku, kasa podzielona na dni w miesiącu. Jeżeli zaszalałam i wydałam więcej, następnego dnia musiałam o tyle mniej wydać.
Jedzenie, jak to wówczas, było jakie było, człowiek wpieprzał chleb z serkiem homoseksualnym i nie marudził, dżemik też był mile widziany.

Mamy koleżanek, litując się nad biedną sierotą, podsyłały co jakiś czas a to słoiczek kompotu, dżemu czy smaloszka :D

Za co im do dziś, po staropolsku, czapką do ziemi dziękuję, zapalając świeczuszkę kolejną, bo inaczej już się nie da.

Małżeństwo - też lata jeszcze siermiężne na początku, aczkolwiek później okraszane paczkami "z Rajchu" :) 

Mąż, trzymany krótko za pysk przez ojca, legendarne opowieści mojej teściowej, jak to dzieci były karmione jałową kaszą czy ryżem z piekarnika, ryby bez przypraw i inne tam zdrowe wynalazki (teść jednak, mimo zdrowego odżywiania, niepicia i niepalenia miał raka żołądka), po rozstaniu rodziców był karmiony frykasami. Bo teściowa obrotna była, żona lekarza, dzieci lekarze - olbrzymia zamrażarka w piwnicy nigdy nie była pusta. Inna para kaloszy, że kucharka z niej była żadna, no ale zawsze ktoś coś ugotował.

A mąż: mielone w ząbki wchodzi, z kury tylko pała, no i schabowy musi być. Trudno było go wyżywić, ale przeżyłam, dało się.

Dzieci chowane w poszanowaniu chleba - gest Papryczka by im nawet do głowy nie przyszedł. Nie jadły tylko ryb, ryby w naszym domu były wyklęte, skazane na banicję, a gdy ja robiłam sobie ryby, bo mój organizm się domagał, chodzili z zatkanymi nosami, a mąż wyprowadzał się do mamusi :) I kalafior - Pierworodny jadł go tylko na surowo, ze śmietaną i pietruszką, ale jadł. Za to wątróbkę żarł tonami, w przeciwieństwie do Inżyniera, któremu w ząbki wchodziła.

A ja nauczyłam się jeść kopytka i plędze, zastanawiając się, co ja do nich miałam kiedyś? Gotowania uczyłam się z książki kucharskiej, z przepisów w gazetach. Programów kulinarnych i internetów nie było, ale chyba nie najgorzej mi poszło. 

Różnie bywało z kasą, zwłaszcza gdy Eks pomaszerował w siną dal, ale nie - z głodu nie umarliśmy. Choć nie zawsze można było zjeść to, na co się miało ochotę, a pierwsze wyprawy do Pizza Hut czy McDonald's to były święta narodowe.

Napojów w puszkach, na które wtedy był szał - nie dostawali. Byłam od zawsze wrogiem. Pewno, że pili, ale nie kupowałam - to już za kieszonkowe, czy u kogoś. Teściowa była fanką wody Grodziskiej w butelkach, wszyscy byliśmy, rzecz trudna do zdobycia, ale w domu zawsze była. Potem, już na swoim, w piątce specjalnie dla nas pani Ania trzymała Staropolankę, pięciolitrowy baniak.

Oczywiście, były i ciasta i słodycze, ale w dawkach rzekłabym normalnych.
Alkoholu nie było, bo nie, bo jako DDA miałam opory.

Teraz jestem dorosłym alkoholikiem i wiem, że wroga w mordę się leje :D 

I tak to, w telegraficznym skrócie - nie rozumiem, jak można grymasić tak, jak grymaszą moje wnuki. Jak można ze świętym spokojem mówić przy dziecku: nie dawaj mu tego, on tego nie je. Że dziecko ma prawo wyboru. Owszem, ma i wybiera: śmieci. Bo śmieci są tak doprawione, że smakują. 

Ale już mam na to wyjebane. Nie chce jeść placka, bo chce jakieś kupne wafelki - trudno. Nie zje słodkiego, wyjdzie mu to na dobre. Nie mam chipsów, mam owoce. 

Nie widzę potrzeby kupowania soków za grubą kasę. Mogę sama zrobić sok. Nakupili mi, nie pytając mnie o zdanie sokowirówek, blenderów (miałam swoje) od cholery, a na propozycję, że zrobię smoothie, mówią, że nie, bo MW, P, A, K... nie lubią. Po czym wyciągają smoothie gotowca, kosztującego krocie. Super, że ich stać, że dobrze zarabiają. Że oszczędzają sobie pracy ze skrobaniem, myciem, przecieraniem :P 

Ale ja za ciężko pracuję na swoją kasę, żeby ją wydawać na coś, co i tak nie zostanie zużyte do końca.

Więc moja filozofia życiowa różni się diametralnie od ich.

Sorry. Winnetou, moje życie różni się od waszego i gdy się farsa zmienia w dramat, idę w kąt. Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd :) 

Pierworodny miał fazę przez parę lat - miał piękne, czarne, długie do pół pleców włosy i tak wdzięczną sylwetkę, że za dziewczynę go brano :)  I - do dziś mu to zostało - nie lubił mycia głowy i czesania. Ale był do znudzenia upominany i w końcu - chyba miał dość - wziął i ściął :) 

Uczyłam męskiej higieny, podsuwając książkę "O chłopcach dla chłopców" - gdzieś ją jeszcze mam, o ile nie wywlekli.

Opuszczania klapy od kibla.

Sikania na siedząco (po latach dowiedziałam się, że to jest dobre dla prostaty).

Sprzątania po sobie, co poszło łatwo, albowiem o porządek w domu dbaliśmy wszyscy - ich pokój mnie w ogóle nie obchodził, ale część wspólna była święta i rzucanie gaci na środku pokoju - no pasaran. Od tego był kosz na brudną bieliznę. 

Są czyści - co dzień świeża bielizna, świeża odzież to im zostało do dziś. Inżynier pod tym względem nawet przesadza, ale to dobrze. W końcu są pralki automatyczne i pranie nie jest problemem. 

Nie stawiam tu siebie na przykład. 

Takie było moje pokolenie - dom był ogarnięty mimo pracy zawodowej. Zgadzam się, nie zawsze, moja teściowa była superbałaganiarą i fleją, potrafiła gotować zupę, mieszając ją łyżką, a w tej samej ręce trzymała zapalonego papierosa :) Przychodząc do niej z małymi dziećmi, najpierw brałam odkurzacz i uśmiechając się wdzięcznie, mówiłam: mamo, widzę, że mama zarobiona jest i nie ma już siły, pomogę i przelecę wykładzinę, OK? Nie protestowała, przelatywałam i puszczałam dzieci spokojnie :) 

No i zebrało mi się na pierdolenie o Chopinie, ale zakładałam ten blog z myślą, że kiedyś ktoś z moich tu dotrze.

Albo i nie, bo ostatkiem sił przed wskoczeniem do klepsydry zlikwiduję, kto bogatemu zabroni.

Dalej siedzę i myślę, co poszło nie tak?
Chociaż nigdy nie miałam parcia na babciowanie i nie rajcowały mnie pytania: kiedy i czy nie tęsknię za wnukami.

Nie, nie tęskniłam. Rzeczywistość jest brutalna i inna. A ja nie mam ochoty jej naprawiać po mojemu, bo po co, skoro to i tak jest z góry skazane na zagładę?

Też wolę sobie usiąść, mój poranny rytuał, pasjans, muzyka, cisza, a teraz jeszcze i praca z domu - cut, mjut i ożeszki laskowe. 

No i my Shadow, wierny, od lat. Jest ze mną i słucha co do niego mówię, bez proszenia i nawoływania: zdejm słuchawki, Allllliiieeeeneeeek, co ja mówiłam. Nie ma głuchoty wybiórczej. Ma tylko głuchą mnie.

Dobrze nam razem i chuj :)



6 komentarzy:

  1. Już kiedyś gdzieś opisywałam, jak mi była szwagierka swoje dziecko (chyba wtedy ok. piecioletnie) na przechowanie przywiozła. U nas w domu czworo dzieciaków (4-8 lat) i bardzo cienko przędliśmy. Szwagierka dobrze sytuowana, dziecko swoje zaopatrzyła na ten tydzień żywnościowo i władowała szyneczkę i poledwiczkę do lodówki "dla Rafałka". Nie wiem, jak ona sobie to wyobrażała - że moje dzieci na śniadanie dżem, a jej Rafałek z szyneczką? Po dwóch dniach skończyły się wędlinki i na kolejne śniadanie wszyscy dostali do chleba dżemik. Rafałek w płacz, że nie bedzie tego jadł. No to nie - znaczy: nie jest głodny. Moje dzieci zgodnie rozparcelowały jego przydział. Obiad zjadł normalnie, ale kolacji znowu nie, bo był jakiś paprykarz, a on chciał szyneczkę. krótko mówiąc, po dwóch dniach wpieprzał chleb z dżemem zgodnie z moimi i jakoś zęby go nie bolały.
    Jestem zdania, że dzieciom nie należy pobłażać i ulegać ich zachciankow w sprawie jedzenia zwłaszcza. Jak głodne, to zjedzą wszystko, co podasz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postąpiłaś idealnie w tej sytuacji. Też bym tak zrobiła. Jeszcze nikomu korona z głowy nie spadła od prostego jedzenia. Moja babcia, rocznik 1890 bodajże, nie chce mi się teraz szukać, a nie mam pamięci do dat, za każdym razem proponowała nam polewkę: ususzony chleb, zalany gorącą wodą, z odrobinką masełka i soli. I wpieprzaliśmy, choć nam to ani za bardzo nie smakowało, a do babci chodziliśmy z obiadami, które chowała "na zaś". Do głowy nam nie przyszło mówić, że "czegoś takiego nie zjemy". A, wiem, że czasy się zmieniają, ale czasem ogarnia mnie przerażenie, gdy patrzę na półki zawalone towarem, w większości badziewnym, przerażona jestem też moją niewiedzą na temat tego, co reklamowane nachalnie jest i TRZEBA to koniecznie mieć.

      Usuń
  2. O matko jak Ty to wytrzymujesz?Wczoraj napisałem co o tym myślę i ze Cie podziwiam ,jesteś super babcia i teściową według mnie.Niestety wszystko gdzieś ulecialo.Smutno mi czytać dziś o Twoim dzieciństwie a młodzi dziś nie maja pojęcia ze tak mogło być .A najgorsze ze ich to nie obchodzi i nie interesuje historia rodzinna .Myślą ze zawsze będzie pełną lodówka i portfel na zachcianki.Dobrze wczoraj napisałas ze trzeba najpierw myśleć i kochać siebie tylko to trudne,bo nauczono nas najpierw maz,dzieci a my na szarym końcu.Diabli mnie biorą na takie grymasy ,czy w domu tez tak robią?Może niech przyjeżdżają z tym co im mamusia daje jeść i będziesz miała spokój.Ciężki orzech do zgryzienia i tylko zal dzieci ze nie nauczone bo mamusia wygodna wszystkie obowiązki zwala
    na męża.Trzymaj się swojego i nie daj pokonać .Uwielbiam czytać Twoje przygody .Pozdrawiam serdecznie Marta uk

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za dobre słowo. Wytrzymuję, bo wciąż oczami duszy widzę, jak zamykam drzwi, odliczam na palcach godziny, rzucam się z obłędem w oczach na środki czyszczące, mopa, pralka w ruch i potem... budzę się w znów MOIM domu. Moim do bólu dupy, do szpiku kości. Wyrwanym życiu pazurami. Nie zawdzięczam nic nikomu i dlatego głowę noszę wysoko i nie zamierzam jej opuścić. I wciąż uczę się kochać siebie, bo to trudna nauka. Najtrudniejsza z tych, które dotąd pobierałam. A egzaminem będzie wciśnięcie się w klepsydrę, ewentualnie urenkę, ale wolałabym klepsydrę, może też być przerobienie na diament, ale za drogie i rodzina orzekła, że nie, oni nie chcą. A MW na razie nie docenia wieczności diamentów, zaś Kalafiorkówna nie ogarnia słowa "diament" :) Nie miałam może łatwego dzieciństwa, ale nie narzekam, przeżyłam, poradziłam sobie, wyrosłam na człowieka (moim zdaniem), może i pokopanego przez los, ale każdy ma swoje piekło. Budzę się w swoim łóżku, mam gdzie się umyć, mam lodówkę z jedzeniem, piec do gotowania,swoje badyle, kartę płatniczą, pracę, zdrowie w miarę jak na mój wiek, więc - jestem szczęściarą (psssttt,niech tego nie usłyszy szczęście). Pozdrawiam i życzę wytrwania w UK, bo dziś doczytałam się, ze PKB poleciał tam gorzej niż w PL.Też nie macie lekko. Good luck :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To Ci życie urządziło poligon. Ale sobie poradziłaś i masz za co być sobie wdzięczna. Teraz skup się na niańczeniu siebie, bo wszystkich na raz nie dasz rady przenieść przez życie. Każdy ma swoją lekcję do odrobienia. Ja jako babka jestem wredna, zresztą jako nie babka też. Wnuki kocham na zabój, ale pytam tylko raz co by zjadły, bo mam to, to i to. Jak coś wybiorą i nie jedzą, bo coś tam, to ich problem. Wybór był, trzeba było dobrze wybierać. Kiedyś starszy wnuk strasznie grymasił, więc powiedziałam, że w takim razie będzie siedział o wodzie, o chłodzie niestety nie zaproponuję, bo kaloryfery grzeją. Głowił się dobre parę minut, o co też wrednej babce chodziło. Na koniec skruszał i zapytał, co by było, jakby on się jednak namyślił i zjadł to co chciał na początku. Byłbyś najedzony, a tak, to pójdziesz głodny spać, powiedziałam twardo, chociaż było mi go szkoda. Na dobranoc wycałowałam go jak zawsze i powiedziałam, że kocham go najbardziej na świecie. Ale jeść mi nie dałaś - zauważył naburmuszony. No, nie dałam, bo kocham cię najbardziej na świecie i chcę, żebyś się nauczył, że często w życiu mamy tylko jedną szansę. Ty miałeś trzy i wszystkie zmarnowałeś, więc pójdziesz spać głodny. To ja się na babcię obrażam - powiedział. Na babcię się możesz obrazić, na życie nie będziesz mógł - wymądrzałam się. Nie wiem ile sobie zapamiętał na dłużej, ale z jedzeniem sprawę mamy załatwioną.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś cudowną babcią, Abasiu :)

    OdpowiedzUsuń