wtorek, 23 kwietnia 2013

Na gorąco

Ponad 17 tys. kroków, 6,5 mili, 10,5 km, ponad 900 kcal. Nieźle. I coraz łatwiej mi chodzić, mimo bębna i kubańskiej dupy :D

Albo łażenie z kijkami, albo pstrykanie fotek. Jedno z drugim pogodzić się nie da, bo albo mi fotka ucieka, albo dwóch kroków spokojnie zrobić nie mogę.

Zatem


Domowe pieścichłopy z gatunku pracowych ;)

Zaczynają kwitnąć drzewa owocowe...


Nasi, dębieccy kadeci...







I mlecze też się już pokazały w całej krasie...






I jadą wozy kolorowe pociągami :)

Mam już bilet do Wrocławia. Ale kupiłam na inny pociąg, wcześniejszy, z miejscówką, bo... Pani w informacji na Głównym też nie miała zielonego pojęcia, dlaczego są dwa pociągi o 9.51... Wolałam nie wnikać dalej (informacja korzysta z programu, który mam w domu) i kupiłam na 9.37. O tej porze jedzie tylko jeden i ponad godzinę krócej, a to już coś...

Zatem jutro bladym świtem w Polskę idę. Do Umarlaków. Jestem już spakowana.








Dziura w moście

Pokrzyżowała mi plany. Wstaję rano, włażę na e-poznań i co ja paczę?? Moja droga do Heimatu zamknięta, bo most dupnął.
Nosz...
Wymęczyłam Sikorę i zadzwoniła do gościa i okazuje się, że dojechać dojechał, ale jest objazd i ma 35 min  dluzej jazdę. To nawet jak dojadę, nie zdążę już na cmentarz, zrobić i z powrotem, albo się zarypię.
Więc przeproszę się z PKS i pojadę jutro, bladym świtem, właśnie tym objazdem (bo PKS nim jeździ, dlatego nie jeżdżę PKS). Zapłacę 16 zł drożej, ale jak coś, jak nie zdążę na powrotny PKS o 12.30, to mam jeszcze ten prywatny o 15.30...
A trasa pewno będzie zawalona, bo wszyscy muszą jechać objazdem.
Jak nie urok, to sraczka.
Do Wrocławia się umówiłam, ale pojadę innym pociągiem, droższym. Krócej, z Głównego, bo w mojej wiosce nie staje, ale... nie będę się nerwowała.
Polecę zatem po bilety.
Dlatego nie lubię wyjeżdżać w PL.
Lubię gdzieś pojechać, zwiedzić, nienawidzę jeżdżenia po PL.
A samolotem nie wszędzie można, do Wrocławia nie dolecę :(
No i to czekanie na lotniskach.
Nic, tylko się pochlastac tępym nożem albo Polsilverem ;)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niech mnie ktoś zabije

Sikora miała rację. Pismo z ZUS. Ojaciepierdolę... Nie przeliczą mi świadczenia, bo: uwaga, uwaga, nie mają pisma od mojego pracodawcy z PIECZĄTKĄ i z zaznaczeniem, na jakie ubezpieczenia odprowadzał składki i czy nie chorowałam i nie byłam na bezpłatnym. Te wszystkie dane dostali w lutym, bo każdy zakład pracy wystawia to OBLIGATORYJNIE. Muszę dostarczyć do 6 maja (a gdzie długi weekend), albo mnie oleją i nie przeliczą. Sama nie wiem, czy męczyć kobiety w kadrach, czy nie...I do pracy bym musiała lecieć.
I piszą mi, że te 3 zł to zabrali w marcu, bo tak się należało, a od kwietnia płacą 3 zł więcej. Jestem TRZEŹWA i widzę, że w marcu dostałam 3 zł więcej, a w kwietniu 3 zł mniej. NA upartego mogę iść do ZUS i niech mi tłumaczą, jak krowie na rowie, ale... po co???

Nic dziwnego, że naszych emerytur nie ma...

Załamka, totalna załamka...

Idę gotować...

Heh

No heh.
PIT-y nie bolały, pieczątki zdobyte, w PKO też gładko poleciało, choc nie było tej uprzejmej urzędniczki, ale ta co była, była OK.
Zadowolona pojechałam do Decathlona na Franowo, bo miałam stamtąd bezpośredni tramwaj, a to jakieś 20 minut jazdy.
Nie lubię Decathlona, wielka hala i pierdyliard półek bez ładu i składu, śmierdzi chemią, bo większość tych zdrowych sportowych rzeczy robią małe chińskie rączki.
Szukam butów, a że wciąż mi kalkulator w głowie trzaska, że wyjazdy, że remont, że coś tam, coś tam, że z rozprawą nie wiadomo, to z lekką pogardą paczę na buty od 300 zł w górę. Takie sobie kupiłam za pierwszym razem i co?? Po 2 sezonach pięty wytarte, a zakładam jak należy - z łyżką, choć mnie Inżynier wyśmiewa. Niby mogę reklamować, bo 2 lata gwarancji, ale... właśnie mijają te 2 lata, a jak mam jechać i udawadniać, że palcem nie wyskubałam dziury??? Nie, wolę kupić nowe buty. No i znalazłam, cena nawet ten teges 99 zł. Ale... jak na chińskie nóżki, wejść bez łyżki nie chce. Gonię po markecie, męczę faceta, a on: zaraz pani łyżkę podam. Czekam 10 minut i nic. A buty sraczkowate były, bo czarne z róziowym ojapierdolę, po oczach je...chało. Ale przecież to do łażenia... No nic, wkurzyłam się i paczę, stoją takie po 59,99. Przymierzam: miękkie, leżą jak ulał, włażą gladko bez łyżki. To sobie myślę: kupię, na następny sezon kupię nowe za tę kasę. I łażę dalej, bo szukam plecaczka i stópek na kijki. Wpadam na tego samego faceta, chce zapytać o stópki, a ten z obłędem w oczach, że już mi łyżkę daje. Podziękowałam za łyżkę i po długim krążeniu udało mi się stópki znaleźć. I co?? Jajco!!! Jesienią dałam w innym sklepie 25,99 za jedną parę stópek, a tu za jedną zaśpiewali 12,99, czyli o połowę mniej!!!! Ta za 25,99 starła się przez jesień i te parę razy po Nowym Roku!!! Fuck... No co mam rzec, oprócz brzydkiego słowa???
Plecaczek znalazłam, taki jak chciałam za 19,99. Miałam taki za 10 zł z chińskiego marketu i mu się... szelki pociły, zawsze miałam mokre, a i drzeć się zaczyna, więc boję się, że zgubię klucze. Jak się bawić, to się bawić, czapkę sprzedać, pas zastawić. Zatem nie było źle. Buty okazały się superwygodne, ani jednego bąbla. Mają jeden feler: sa białe, z turkusem, więc... niedługo będą cieszyły oko, ale nie mają cieszyć, tylko pozwalać na latanie.
A w domu: awizo, więc nerwy mam w strzępach. Po kijkach wleciałam do fryzjera, stamtąd na pocztę, ale listowy jeszcze nie wrócił, więc polecę jeszcze raz. W sumie mam już dziś 14 tys, kroków za sobą, 5 mil, czyli 8 km i 524 kcal spalone :D Żebym jeszcze chudła do tego, byłoby super. Ale kubańska dupa nieustannie rośnie na tych wysiłkach, a co.
I sprawdzałam pociągi do Wrocławia. Jako że remontują trasę, chciałam się zorientować, jak to będzie wyglądało, bo pociągi ponoć jeżdżą po jednym torze. Na mojej stacyjce: pociąg do Wrocławia z jedną przesiadką odjeżdża o 9.51, pociąg do Wrocławia bez przesiadki też o 9.51. Ojapierdolę. Lecę na stację, ale kasjerka jeszcze bardziej niekumata, jak ja. No więc pojadę chyba na chybił trafił, albo dojadę, albo wyląduję w Kościanie (dla niewtajemniczonych, spoza Wielkopolski - takie hmm... Tworki tam są ;). Ale jeszcze nie wiem, kiedy pojadę, a z Umarlakami łamię się: jutro?? pojutrze??
Zobaczymy, czy ten list mnie dobije i...

Co za dużo, to niezdrowo...

niedziela, 21 kwietnia 2013

Inwalida

Nie zakleiłam wczoraj pięty plastrem i okropnie obtarłam sobie prawą nogę. Prawie do kości :| Obudziłam się rano z bólem, i choć pocieszałam się, że jak boli, to jeszcze nie umarłam, okazało się, że butów nie założę... Z kijków więc nici, przynajmniej dopóki nie kupię sobie nowych, bo to właśnie kijkowe mi tak nogę rozwaliły, na pięcie wytarła się poszewka, czego nie zauważyłam. A nie chcę chodzić w zwykłych butach, bo dosyć mam kłopotów. Tym razem chyba nie kupię markowych, ale muszą być wygodne.
Takim cudem więc, żeby w domu nie gnić pojechałam ze świeczuszką, tradycyjnie do wujka, a następnie przeleciałam się.

I czołgi jechały, ale zanim wyciągnęłam aparat z torebki i z futerału, to już do Berlina pewnie dojeżdżały. Trudno. Dni Ułana dziś obchodzono w Poznaniu, ale się nie załapałam, a na Cytadelę nie chciało mi się wlec, bo nie wiedziałam, ile noga wytrzyma. W mieście mogę wsiąść do bimby byle jakiej, a na Cytadeli wszędzie z buta trzeba. No nic...

Wiochę opanowały...






Leżą na środku chodnika i nawet nie podfruną, jak ktoś przechodzi.  Jak ja ich nie cierpię i nie boję się żadnego TOZ... I żadnych miłośniczek zwierzątek :D


A wiosna zrobiła się już wiosenna, niebo wypucowane...


Tylko w Alejach Marcinkowskiego wciąż zwiędłe liście na drzewach są i ani śladu pąków!!! Wiał dziś wiatr i momentami szłam w liściowej zadymce.
Jeden koniec Alei zamyka


 takie cuś, a drugiego strzeże Golem i fontanna z delfinkami






a na cembrowinie warują

w morzu tulipanów, ale jeszcze nie zakwitnęły...


Znad dachu Muzeum Narodowego straszy wieża Zamku Gargamela...







A pieścichłopy rosną na zaliścionym trawniku...





Poszłabym tam na obiad, ale... nie mam z kim, a sama nie lubię :(

 I po drodze zauroczył mnie ten dach, wygląda jak twarz, nieprawdaż?? Jak przymrużone oczy...


Tyle słonca w całym mieście.

I kolejna knajpka, do której chętnie bym wlazła :( Jeszcze jedna jest na Świętym Marcinie, ale tam mnie dziś nie zaniosło.

A juterko od rana latanie: pitu-pitu i PKO.

Pora się ogarnąć :D :)











sobota, 20 kwietnia 2013

Rolling again

Na Manhattanie widać już wiosnę, nowalijki są wszędzie, ale... wiadomo, chemii w tym więcej niż witamin, więc na spokojnie.
Zrobiłam zakupy i zaraz poleciałam na kijki, na Dębinę, of course, bo w domu kurz tonami się nagromadził, co w słońcu, niestety, dobrze widać.
Na Dębinie jeszcze tak do końca wiosny nie czuć, szaro i buro na razie, ale...





... jest nadzieja...


i trawka już ładnie zielona jest...


ludzie jogę ćwiczą czy inne tai chi, z kijkami też sporo osób łazi.

Poprzycinałam winobluszcz, delikatnie, powinnam ciąć ostro, ale mi szkoda. Zobaczymy, czy założą okna mimo winobluszczu, czy każą ciąć...

Ugotowałam obiad (wyszło na dwa dni co najmniej, jak nie na 3), ogarnęłam chaupkę, pogadałam z Inżynierem, a i Baran mignął w tle, ale zmarnowany jest, że ojapierdolę :) Pewno za dużo seksu ;)

Słonko moje ma dziś imieniny, prezent dotarł wczoraj, z czego bardzo się cieszę :D Szkoda, że nie cyknęłam sweet foci, zagapiłam się. Posłałam jej malowany na liściu topoli krajobraz zimowy, oni tam w Irlandii tęsknią za prawdziwą zima, a tu na topolowym listku scenka rodzajowa - kościółek i śnieżne zaspy :D I kartką utrafiłam, ale nie mogło być inaczej - wlazłam, a kartka skacze na półce i wrzeszczy: jestem dla Słonka, personalnie... Przewaliłam 10 półek, ale i tak te kartkę kupiłam, bo one już tak mają: wrzeszczą, dla kogo są... :)

I Kot wrócił, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo myślałam, że po spotkaniu ze mną nabrała odrazy do neta... Ale nie, z czego się bardzo cieszę i widzę, że nie jestem taka najgorsza...

Jutro sobie odpocznę, ale tydzień zacznie się ostro, trzeba wziąć się za załatwianie, a i do Umarlaków skoczę. I Wrocław, krasnoludki grożą, że uciekną i żadnego nie znajdę.
Więc nie będzie czasu na rozczulanie się nad sobą.
Sikora uszykowała już punkt obserwacyjny, skąd można oglądać spadające gwiazdy, a że mam w ajfoniku aplikację, która pokazuje, co jest na niebie, to nie mogę się doczekać... Kujawy zatem też kuszą...
I kiedy tu znaleźć czas na pracę?? :)
Wypiłam Inżynierowi piwo, które zostawił, a które dostał w prezencie od Dziewczyny. I dziś mu tłumaczę, że do czerwca miało datę przydatności (bo miało, mam fotki, sprzątałam lodówkę, a wtedy sprawdzam na wszystkim daty).  A on na to: mówiłem mamie, żeby wypiła. Nie dosłyszałam :O Jak ja nie dosłyszę, że mam pić, to się starzeję :D A może trzeba nowe aparaty kupić?? :)

Dziś wieczór dotrzymuje mi towarzystwa


And when you wake up it's a new mornin'
The sun is shinin' it's a new morning
You're goin'
You're goin' home.



Boli...

piątek, 19 kwietnia 2013

Rolling...

I piaty numer za mną, jak ten czas leci.
Wczoraj, jak oznajmiłam stanowczo, że idę do domu i na nic już nie czekam, szaty darli i sceny robili.
I co??
I nic. Przyszłam rano i nic nie było, chociaż wczoraj: już, już za sekundę, za minutę...
Więc pozmywałam w ramach relaksu po wczorajszej kawie w salonie - a co, korona mi z głowy nie spadnie, a jak spadnie - podniosę, sprzątaczka się strasznie ucieszyła, ze pozmywane i sprzątnięte, a ma odbitą nerkę, twierdzi, że klamka i przeciąg, nie wnikam... Może mi zapiszą po stronie dobrych uczynków, a nawet jak nie, olać.
Potem poszłam zobaczyć, czy są moi kochankowie na gałęzi, ale nie, poszli dziś chyba na inne drzewo, pewno dlatemu, że samochodu Bossa nie było do obsrywania...
I tak wolnym walcem: Facebook, kulki, WP, Onet, ile można??
No nic.
Kolejna herbatka.
Podlanie kwiatków.
Włóczęga.
Spis treści.
Porządki, żal wywalić pieścichłopy, bo mogły jeszcze ze dwa dni postać, ale... Zwiędną i zaśmierdną, zanim wrócę.
O, strona.
Koło 14 zrobiło się gorrrrrąco jak w ruskim czołgu w samo południe, a o 15 siedziała mi na karku wataha głodnych wilków, tfuuuuj, dziennikarzy, którzy nagle sprawdzali stadnie, czy pracuję, czy może gram w kulki??
Wyrzuciłam za drzwi.
Żeby myśleć i oceniać ich wielką TFÓRCZOŚĆ potrzebuję spokoju...
Najgorsi są mający dwie literki przed imieniem, co to myślą, że pozjadali nie tylko całe rozumy, ale i cały Internet wchłonęli.

O 16 zamknęłam i spoczęłam na laurach (znaczy się, już w domu, bo wciąż mam listek bobkowy pod dupą).

Czas zapierdala, jak rakieta.
Przede mną szósty numer - połowa roku minęła.
Jak, kiedy??
Przecież wczoraj siedziałam z Baranem i Żłówikiem w pubie, witając Nowy Rok...
Ojapierdolę...

Tylko życie pędzi coraz prędzej...



czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna, again

Jest ciepło, a nawet gorąco (u mnie w porywach 26 stopni, mimo porywistego chwilami wiatru)...
Rankiem






słoneczko pokazało bajzel na moim balkonie - będzie sprzątany w sobotę i później sukcesywnie...

W pracy za dużo pracy nie było, a że dziś zabrałam Kanoniczka, to zajmowałam się śledzeniem zakochanych. Srajd, of course...









Oj, będą z tego dzieci, srające, znaczy się. Koledzy się wściekają, bo mają już osrane samochody, dziś siedziały nad autem Bossa. Szczyt bezczelności....


Ponieważ miała być jakaś nasiadówka, mimo protestów Wice zerwałam się o 15 i pojechałam do domu, bijąc się z myślami. Moja ciemna strona mówiła: klapniemy na fotelik, a moja jasna: idziemy z plecaczkiem.
Zwyciężyła jasna. Najpierw zaliczyłam aptekę, bo odkryłam, że w domu nie ma ani kawałka wapna, a przeciwhistaminowe się przeterminowało. Na dworze zaś roi się od czegoś, nie wiem, weszki to czy nie weszki, ale... strzeżonego Pan Bóg strzeże, więc nie chcąc dowalać roboty Aniołowi Stróżowi kupiłam leki. Baran pewno pamięta jak mnie na ostry dyżur wiózł i do leżenia na łóżku wśród umierających babinek motywował... Bał się, że spuchnę, wykituję, a on nie wie, co zrobić z ciałem, bo nietutejszy ;)

Po drodze, co ja pacze??
Kowale (Pyrrhocoris apterus) wiosenne gody rozpoczęły...


 Kasztanowce starają się jednak nadgonić, bo to obciach, żeby przez nie matur nie było...

Motylek wygrzewał się, ale nie mogłam go złapać, bo co kawałek rowerzyści biedaka płoszyli...




Żaby na Dębinie używały ile wlazło...

A niektóre ruję i porubstwo w biały dzień odstawiały. Przy dzieciach...







Na stawku facet puszczał stateczek na pilota, a obok jego dziecko kijkiem się bawiło znakomicie... Jednak to prawda, że rodzice kupują zabawki dla siebie, a nie dla dzieci.

I kwitną już fiołki






A stokrotki całe jaśnieją z radości, że to już wiosna, wiosna, wiosna :)






Jeszcze tylko juterko na parę godzin i zaczynam sezon włóczęg.
Kapturki w kijkach się starły, szybko, dobrze, że kupiłam dwie pary, mam zapasową, ale i tak muszę po następne jechać :D :)

Wiosna. Niech trwa...







środa, 17 kwietnia 2013

Work, work, work

Ufff... Nie miałam czasu podrapać się po dupie... I jeszcze głupiego emilka odesłałam, bo mnie popędzał wicenadzorca, a ja mu na to: Jeszcze mi ekonoma brakowało... Wyszłam z siebie i stanęłam obok.
Pierworodny ponoc przyjedzie, ale... przyjedzie na 5 dni, z czego można wykorzystać na wszystko JEDEN, jako że przylatuje w czwartek, a wylatuje w poniedziałek, geniusz. Musi odebrać paszport (są potężne kolejki właśnie), pojechać ze mną do PKO i złożyć wniosek o dowód. Ja cała w nerwach a on do mnie: pożyjemy, zobaczymy co się uda załatwić. Nosz ojapierdolę. I przyleci z Małą Wiedźmą. Wiem, wredna babcia jestem, ale czemuż mnie to w ogóle nie rajcuje??? Ma luz zupełnie na poziomie instrukcji obsługi kalkulatora...
Chce mi się wyć.
A tymczasem w pracy






Pieścichłopy dodają mi otuchy, szafkę spod biurka wysunęłam, nie chcę ich stawiać koło komputera, jeden ruch, wylewa się wszystko i koniec balu panno Lalu...


Wczoraj jak gnałam na najwyższe piętro, paczę ci ja przez okienko i co ja paczę?? Trzy kocury w sąsiedniej kamienicy w oknie, wśród storczyków, wielkie bydlaki, grzeją się na słoneczku. Jeden rudy... Z ajfonika, to dupa nie zdjęcie, ale...





A dzisiaj latam po schodach i co ja paczę??? Amory...




Fakt, ciepło było, wracałam do domu bez kurtki, choć skończyłam o 18, a balkon dopiero teraz zamknęłam.
Jutro ma być jeszcze cieplej - 23 stopnie.
Założę chyba sandałki, bo dziś mi nogi w półbutach spuchły jak balerony.
Jeszcze dwa dni, na jutro dużo nie ma, a w piatek to już lajtowo.
I znów się Bossowi podlizałam, w sensie, jaka to ze mnie miszczyni. Miał rycinę, rysowaną przez grafika, na wydruku napisy zlewają się w jedną plamę, a ja znalazłam tam błąd w opisie. Pokazuję, a on na to: jakim cudem, przecież tego nie widać, korzystała Stara Jędza z komputera?? A ja na to: nie, widziałam na wydruku... Jakim cudem, zapytał?? A takim, że jakbym tego nie widziała, nie byłabym korektorką prima sort ;) Nic nie rzekł.
Ale faktem jest, że normalny człowiek nie widzi różnicy tam, gdzie ja widzę, np. jak ktoś wstawi niemieckie "ss" zamiast greckiej "bety"... Albo że linijki różnią się o oka mgnienie stopniem czcionki... Widać to w programie, ale ja widzę to też na wydrukach. Praktyka czyni mistrza :) I dobrze...
Wczoraj w tramwaju kobieta, którą kojarzę z widzenia, młoda, dobrze ubrana, próbowała wysiąść w czasie kontroli biletów. Trafiła na twardego kanara i jej nie wypuścił. Robiła sceny i pokazywała co to nie ona. Nie lubię kanarów, ale jak już złapią kogoś ewidentnie na jeździe na gapę, nie że minutę przekroczył na bilecie czy coś, to robienie cyrku - moim zdaniem - jest żenadą.  Taki mają zawód,  jak nikt nie będzie płacił, to co będzie jeździło?? To zwykłe złodziejstwo jest. Przed wojną ludzie chodzili na pieszo z jednego końca miasta na drugi, jak nie mieli na bilet. Więc... śmieszne to było, oburzona pańcia... :)

Koniec ględzenia na dziś :D :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zwariowane dni

Wczoraj było zwariowane, bo po porannej pogawędce z Pierworodnym uświadomiłam sobie, że teraz to już z remontem zupełnie nic nie wiadomo. I olśniło mnie, że znów mi się pokickały miesiące i na gwałt muszę mieć kartki. Więc zebrałam tłustą dupę w troki i poleciałam najpierw ze świeczuszką do wujka Mietka, a potem przez zalaną słońcem wioskę, gdzie nieco kasy zostawiłam w Empiku. Nieco ;) A na placu Wolności taki napis na murze i za cholerę nie wiem, jak mam go rozumieć??






Potem poleciałam w dół, ale nic szczególnego nie było do pstrykania, oprócz smoka, który się na mnie wykrzywił







Stary Rynek już w wiosennej odsłonie, ogródki są, a i ludzie coraz bardziej wiosenni...






Ciekawe, co biedne bratki przeskrobały, że je tak za kratki wciepli???






I co za prosię zrobiło to temu rowerkowi???




Potem wróciłam do domu, pogadałam z Inżynierem, wymęczywszy znów chłopaka i przerzuciłam się na Spartakusa, ostatnią serię.
A poniedziałek zaczął się nieziemsko. Jako że musiałam wysłać dziś te kartki koniecznie i bezapelacyjnie, a chciałam to zrobić PRZED pracą, żeby zyskać na czasie, poleciałam tuż przed ósmą na pocztę, z nadzieją, że nie będzie kolejki. Kolejka jednak była, zakręcona jak świński ogonek - same emerytki i emeryci, ojapierdolę, ludzie, na emeryturze nie możecie pospać?? Pomyślcie, że pracujący muszą coś PRZED pracą załatwić. Stało toto i pieprzyło (tak, wiem, też będę emerytką i jestem stara) i wszyscy karnie dzierżyli w ręku koperty z nadrukiem TESAT. Fuck, dziś 15, więc pewnie wszyscy rachunki płacili. Nastałam się w kolejce, przestępując z nogi na noge, bo to musieli okulary wyjąć, zdjąć te z nosa, założyć nowe... Niech mnie ktoś zarżnie, zanim dojdę do tej fazy. Z tym, że ja rachunki płacę w necie, a znaczka w necie nie kupię... Wyprysnęłam z poczty, wpadam pędem do piekarni, a w piekarni kolejny erotoman kupuje pieczywo: a to taka bułeczka, a to taki precelek, a może pani tamtą pokaże. Ojapierdolę... Ludzie, życie ucieka... Po drodze na Manhattanie złapałam bukiet pieścichłopów, 5 zł za 10 sztuk, umilają mi życie w pracy i aż się za mną kurzyło, tak leciałam na bimbę. I jedną ulicznicę znalazłam, co szczęście przyniosła (bo ja wariatka jestem i po grosz się schylam), bo na koncie wylądowała dziś jedna kasa, o której chłop nie wie. W poniedziałek, juuuupi :)
W pracy byłam za piętnaście dziewąta, niezła jestem ;)
Ryłam jak ten biedny mrówek zaorany, a słoneczko grzało plecki i miziało po nich, aż chciało się żyć...
I prysnąwszy do domu grzebię w szparze unijnej i co ja pacze?? Awizo. Dobrze, że mnie małaczarna uprzedziła, bo bym się znerwowała, ale tak wdrapawszy się na moje piętro (winda zastrajkowała), zrzuciwszy paltot, rączki, siusiu, rączki, woda, kijki w dłoń, awizo do plecaczka i lecę ci ja, cała mokra na pocztę. A tam kolejka jak świński ogonek... No nic. Stoję, przede mną gość za jakimi się nie oglądam, bo w moim wieku, a ja lubię tylko młode męskie piersi, ale... tak fajnie ogolony, że łapa swędziła do pogłaskania. Jak mój Ojciec, który zawsze miał twarz wygoloną jak dupa niemowlęcia, nie to, co dzisiejsi meni. Ale jako rozsądna kobieta przemogłam swoją zachciankę i katując kolejną pozycję z playlisty, karnie stoję w ogonku. A facet wyciąga coś z torebki, odrzuca otwartą torebkę do tyłu i tak stoi, a z niej wyziera mu portfel, dokumenty, karty... Tłok jest, myślę sobie, będzie heca, ktoś się nie bał i zajebał, a na moje konto pójdzie. I zatapiam w karku faceta jadowity Jędzowy wzrok, facet się odwraca, a ja grzecznie: przepraszam, ale lepiej żeby pan zamknął tę torebkę... I wykrzywiam się, a on zamiast się bać, pogawędkę zaczyna... Ojapierdolę, nie cierpię pogawędek w kolejkach. Wreszcie poszedł do okienka. Ale... nie załatwił nic, moja kolej. Sunę z awizem, a kobiałka: proszę na Bukową 8. Ja, że jak, co po co, a ona: tak jak tamten pan, bo nie mamy jeszcze przesyłek, są na Bukowej 8, zamykają o 18 (a było już 20 po), ale jeszcze jest tam listonosz (!) i wyda... Więc już nawet nie polemizując, odpaliłam motorek, lece pod ósemkę, a tam nieznajomy z kolejki błaga listonosza, żeby mu przesyłkę dał. Zakrzyczeliśmy biedaka i poszedł szukać, a za nami wpycha się pani z wózkiem i dzieckiem też po przesyłkę. Gość z przekąsem: kiedyś komputerów nie było, a poczta działała jak złoto... Dostaliśmy wszyscy swoje przesyłki, nawet mi dowodu nie sprawdzili, pogawędziliśmy jeszcze chwilę i dziarsko machając kijkami szurnęłam okrężną drogą do domu. I co ja pacze??
Dostałam - serdecznie dziękuję - od małejczarnej śliczną widokówkę (nazwę uciełam, bo nie wiem, czy chce, żeby było ją widać) z Jej rodzinnej miejscowości i kolejny naparstek do kolekcji, tym razem z Lublina :)


Pozwalam zazdrościć :)

I tym sposobem dzień minął mi jak mgnienie oka.
Pogoda letnia (latałam już bez paltotka i ciepło mi było).
A u mnie w chacie w wielkiej zgodzie egzystują Pani Zima i Panna Wiosna... :) Doszły do porozumienia...


Grzeczne dziewczynki :D :)


niedziela, 14 kwietnia 2013

I po pitoleniu

Jak co roku w wielkich bólach i męczarniach zabrałam się wreszcie za pitolenie.  Najpierw ściągnęłam program, którego uzywam co roku, ale... Nie chce cholerstwo zapisać się w PDF, a ja nie mam drukarki. Na służbowym kompie instalowała nie będę programu, a bez niego mi się dokument nie otworzy. Nosz, kurde blaszka, nienawidzę pisania, a tym bardziej ręcznego klepania razy dwa tych rubryczek. Sikora mówiła, że na stronach Ministerstwa Finansów jest program, że można wysłać online... Do online jeszcze nie dorosłam, choć wiem, że potwierdzą mi mailowo. I łamałam się, bo w chmurze w MF trzeba się zalogować, ale przecież i tak mają moje zeznania, więc kij im w...
Policzyłam sobie w obu programach, wyszło identycznie. Ale MF pięknie zapisuje w PDF, więc sobie jutro wydrukuję i przy okazji wrzucę do US. Co potwierdzenie, to potwierdzenie, z pewnych rzeczy w kontaktach z urzędami się nie wyrasta ;)
Dostanę kaskę z powrotem, ale to już ostatni raz :( Zlodzieje, na leczenie ściągnęli mi ponad 2,5 tys., nawet licząc, że poszłabym 4 razy w roku do lekarza i zapłaciła za wizytę (a tyle razy byłam po... receptę) 100 zł, to co robią z resztą mojej kasy, skoro nigdzie dostać się nie mogę, a kolejki są jakie są?? Doliczając 2 wizyty u chirurga naczyniowego w ubiegłym roku, bo do reumatologa już nie poszłam to ile wydałąm na swoje leczenie?? I tak latami. Wiem, wiem. Solidarność społeczna. Złodziejstwo, bo za badania laboratoryjne płaciłam z własnej kieszeni, no nic, nie denerwuje sie, bo szkoda zdrowia.
Na emeryturę też mi nieźle ściągnęli. a przecież to by mogło leżeć na procencie. Mogloby, ale chore to jest, jak jest. Swoją rentę z tych składek opłaciłam w całości i jeszcze na 5 takich innych gównianych zostało ;) Ojapierdolę.
No ale kamień z serca, że popitolone, lepiej późno, niż wcale :D

I kolejna kaska, o której chłop nie wie będzie... Nienawidzę tej roboty, ale kocham tę kaskę :) Już teraz rozumiem cykl: dostaję, jak są wolne okresy, bo wszyscy jadą na urlop, a ja pracuję :) Ale nic to, poradzę sobie.
Żeby jeszcze Pierworodny nie nawalił, bo nie mogę nic ruszyć, póki nie mam jego książeczki, bo... wszystkie dokumenty są ważne tylko 3 miesiące, więc jak kupię okna na fakturę, a spółdzielnia mi nie chce tego cholernego papierka wystawić, to nie odzyskam premii!!! Stanęło więc w  miejscu i kiedy ruszy??? Nie wiadomo... Czekam na rozmowę z nim na Skype, ale pewnie będziemy gadali, jak gęś z prosięciem, więcej dowiem się od Inżyniera, ale to dopiero wieczorkiem.

Niedziela, bratki pięknie na razie rosną, lecę z nimi pogadać :D
Miłego :)

sobota, 13 kwietnia 2013

Gorączka sobotniego dnia

Oj, działo się dziś działo....
Zgubiłam, kurde, okulary, ślepa jestem i co teraz?? jak każdy krótkowidz mam problemy, a na stare lata wzrok mi szaleje, w mieszkaniu raz lepiej z brylami, raz bez nich. Zdejmuję i rzucam. Rzuciłam, jak wróciłam z piątki po ocet, tylko do jasnej ciasnej, gdzie?? Nigdzie nie ma, choć przeryłam nawet kosz na śmieci, paprząc sobie ręce wyrzuconym przeterminowanym majonezem. Mam zapasowe, ale bardzo ciężkie, bo szklane, bez oprawek i bardzo delikatne, nie wytrzymają zdejmowania i zakładania na dłuższą metę. Czyżby pora na nowe bryle?? Hmm... Zakład coś tam dopłaci, ale mnie to nie kręci, bo... No właśnie, kto mi pomoże z oprawkami?? Jak nie wybiorę właściwych Inżynier się ze mną na ulicy nie pokaże... :(
Ale co tam...
Rano poleciałam na Manhattan i...
Tralalalalala :)








Niniejszym inaugurujemy sezon sadzenia badyli. Wiem, wiem, skrzynka odrapana, ale co tam... I jakaś srajda dostała się na balkon mimo zabezpieczeń, bo znalazłam gówien sztuk 3, wyglądają na wróble...

Ale przedtem




lecąc na Manhattan pobawiłam się w znajdź życie na obrazku ;)


I... czy one przed zamrożeniem myślały to, co ja słyszę od Inżyniera, jak kwękam?? "Spoko matka, wrzuć na luz, nie pękaj, będzie OK"... :)


No i kolejna broszka: zmyłka dla nietutejszych, strzałka donikąd... Rossmann znajduje się prosto od tej tablicy, po prawej stajemy i idziemy prosto w kierunku kościoła, za skrzyżowaniem jest Rossmann... Niewiarygodna zmyła...
Wróciłam z Manhattanu i stwierdziłam, że skoro tak pięknie świeci słonce, to olać burdel w chacie (w koncu rasowa burdelmama jestem) i... kijki w dłoń wziąwszy poleciałam.... Zrobiłam 5 km, w połączeniu z wyprawą na Manhattan 6. I wiecie co?? Na wyświetlaczu Ajfonika mam anioła. Seksowny, w podartych dżinsach, siedzi sobie z gołym torsem na krawędzi wieżowca.... Bo... Choć córka szwagierki namalowała mi anielicę jako mojego Anioła Stróża, wierzę, że mój Anioł Stróz jest seksownym młodzieńcem, wiecie, takie marzenie każdej kobiety i każdego geja.... No i lezę z tymi kijkami w stronę słońca, gdy wtem mija mnie rowerzysta, kaloryferek na kaloryferku, obcisły kostium, seksowne okularki i coś wrzeszczy. Jako że ja na wrzaski nie reaguje, a na dokładkę w słuchawkach leci "Breakfast of Tiffany" na full, to sobie myślę: zbok, na kubańska starą dupę leci.... A onże ogląda się do tyłu i macha łapą, trudno to opisać jak. Sobie myślę, coś zgubiłam... Oglądam się, a za mną o włos bryczka z końmi. Na chodniku, na trasie pieszo-rowerowej. O koniach mowy nie było. Jeżdżą z Lubonia do mojej wioski, na Stary Rynek. Uskoczyłam w ostatniej chwili. I nikt mi nie wytłumaczy, że anioły nie są seksownymi menami ;) Zwłaszcza mój osobisty Anioł Stróż... Kolejny, już nie mój, przemknął na rowerku, zostawiając za sobą kilometrowy zapach seksownych perfum, a potem jechała cała banda aniołów.... :) No co... Opisuję fakty.... Dobrą wybrałam porę na wędrówkę, bo teraz na zmianę słońce, deszcz, słońce, deszcz, burza....  I wiosna. Chce się żyć... Nieprawdaż?? Nawet bez okularów :D





No i poszła

... w świat. Z plecaczkiem i kijkami. Robota leży i kwiczy, a niech tam.

Zycie, kochanie, trwa tyle, co taniec...


piątek, 12 kwietnia 2013

Weekendowo

Lubię piątki, nieważne, czy pracuję, czy nie.

Udało się bezboleśnie zamknąć tt, zostaje jeszcze zasadniczy numer, ale moim zdaniem nie jest źle i lajtowo da się to zrobić.

Wlazłam po pracy do nowo otwartego Rossmanna, bo odkładałam zakupy chemiczne na tę okazję i ojapierdolę.

Obiecałam Dorze, że popatrzę za reklamą z jej córą, ale... nic nie było widać. Kłębiły się tam dzikie tłumy, nic z tego, co było tańsze i co chciałam kupić już nie było, półki ogołocone, kolejka do kas jak za komuny albo i gorzej, a smród, że dech zapierało, kasjerki z wypiekami i z szaleństwem w oczach, drzwi otwarte szeroko i ani kropli świeżego powietrza, pozostałe rzeczy droższe niż w normalnym Rossmannie, co najmniej o jakieś 3 zł... Wpadłam na Biurwę i grzecznie pytam, co z moim zaświadczeniem, a ona na to, że nie wie, czy w ogóle będzie... No nic, we wtorek się tam wybiorę, a potem będę polowała na prezesa... Ojapierdolę.

A rano pojechałam do ZUS. Byłam za minutę ósma, ale pełna kultura, nie trzeba moknąć na deszczu, już otwarte. W holu drepce podenerwowany tłumek z papierami w łapach, automaty wydające numerki wyglądają jak członkowie Klu-Klux-Klanu, na monitorkach mają kapturki, w przegródkach krzątają się ZUS-owskie urzędniczki, hasta maniana, luz blues.  Z wybiciem ósmej ochroniarz żwawo zrywa kapturki z monitorków i dziki tłum rzuca się na numerki, a ja powoli sunę do lady, gdzie jest biuro podawcze, ale ubiega mnie z pięć osób. No nic, postoję. Dochodzę, a pani czytając pismo, zamiast pierdalnąć pieczątkę rzecze: " A może pani pójdzie do informacji i od razu się dowie, bo to śmieszne, co pani pisze". Wiem, śmieszne się upominać o 3 zł, ale... chytra jestem. Primo po pierwsze, nie mam ze sobą tych papierów. Primo po drugie, do informacji kłębi się już niezły ogonek. A primo po trzecie: chcę, kurwa, mieć to na piśmie i chcę, żeby zusowskie urzędasy miały robotę!!!!! Spojrzałam omdlewającym wzrokiem i rzekłam w te słowa: nie, dziękuję, oddam pismo, śpieszę się do pracy i nie mam czasu na stanie w kolejkach.

I poszłam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w strugach wiosennego deszczu, pachnącego wiosennym deszczem i spalinami.

W pracy byłam pół godziny przed terminem, a potem to już wiadomo...

Wracając kupiłam mięso, więc jutro mam pół godziny więcej, bo nie będę kolędować u rzeźnika.

I mam marzenie.

Chcę posadzić jutro bratki... Pranie wylewa się z kosza, a śmieci z toreb i z kubełka.

Podłoga w kuchni zajechana na amen...

Będzie się działo :D

czwartek, 11 kwietnia 2013

Życie, kochanie, trwa tyle co taniec

Dziś pracowałam, może nie jak prawdziwy mrówek, ale większość dnia przepracowałam. Zdążyłam też napisać pismo do ZUS, mam zamiar jutro je zanieść, niech oddają, złodzieje jedne, moje 3 złote, do spółdzielni takoż, kłaniając się czapką do ziemi, żeby pozwolili okna wymienić, choć wg przepisów powinni to sami zrobić.
Życie jest nieprzepisowe.
Co dobitnie pokazał film, jakiego dawno już nie oglądałam, po sznurkach ktoś polecił gdzieś i... jako że jestem fanką Downton Abbey, skusiłam się.

Albert Nobbs.

Dech zapiera.

Nie popłakałam się tylko dlatego, że... wiem jak życie potrafi kopać w dupę.
Ale...
Cieszę się, że żyję teraz i nie muszę nic ukrywać, niczego się wstydzić i jak spotkam miłą kobietę (istnieją miłe kobiety???) to mogę z nią zamieszkać i nie patrzyć, czy się to komuś spodoba czy nie... :)

Żartuję, ale moje czasy są na tyle OK, że nie muszę się ukrywać, żeby coś osiągnąć...

Co nie zmienia faktu, że film jest perełką i polecam. Można ściągnąć z pirata i są napisy.



środa, 10 kwietnia 2013

Trzy po trzy

Jestem zmęczona jak koń po westernie, a skorekciłam dzisiaj jedną (słownie: jedną stronę). Bo tylko jedną dostałam. Poszłam nawet sprawdzić, czy czasem poczta nie padła, ale nie padła. No to za niedługo będzie się działo, nieprawdaż?? I znów zamęczą Starą Jędzę na śmierć, a potem Wielki Pan Profesor będzie się wyżywał, podniecał i miamlał, że błąd jest, o, błąd jest i on go znalazł. A kij mu w oko, a może w dupę?? Bo obrączkę nosi ;)
Zmorka tyle lamenci o pralce, a ja widzę, że moja szufladka cokolwiek nieświeża i wymaga kąpieli w ACE, ale nie umiem jej wyciągnąć... Nie kombinuję, złamię coś i będzie dupa.
Z braku innego zajęcia połaziłam po sznurkach i widzę, że nie tylko ja mam problemy z rzeczami, które diabeł ogonem nakrywa, choć na bank wiem, że są. Pocieszyło mnie to nieco.
Pisma ze spółdzielni nie było w szparze unijnej, ale nie będę darła szat, rozedrę je w przyszłym tygodniu. Była za to waloryzacja z ZUS i co ja pacze??? Okradli mnie, bezczelnie, na 3 zł. W zeszłym miesiącu, jak waloryzowali, końcówka była 5,35. Dzisiaj rano sprawdzałam stan konta i co ja paczę? Jest renta, końcówka 2,35. Nie chciało mi się lecieć w dół i sprawdzać, ale wydawało mi się, że to za mało, że było 5,35 w zeszłym miesiącu. Nie jestem aż tak dokładna przy finansach, żeby się zabijac o 3 złote, zresztą myślałam rano, że mi się przywidziało. Zapłaciłam tylko za neta (przypadkowo znalazłam fakturę providera... w spamie, coś mnie tknęło, żeby tam wejść!!!) i zamknęłam bank. Żeby nie to pismo dziś, to bym nie zauważyła nawet, ale tak??? O nie, zaraz jutro wysmażę epistołę do ZUS, zażyczę sobie na dokładkę przeliczenia renty jeszcze raz na podstawie zaświadczenia o zarobkach z zakładu pracy (wysłali w lutym) i zwrócenia rzeczonych 3 złotych, mogą być z następną rentą, a co?? I myślę, czy powinni odsetki zapłacić??? Bo jak ja zarobek przekroczę o 10 groszy, to mi po bandzie i po kieszeni jadą i muszę zwracać, a jak oni mnie okradają to OK??? 3 złote rocznie to 36 zł w sumie, a to już jest pieniądz. Niech tak nakantolą na wielu kontach to jakie to kwoty idą?? A może ktoś w ZUS sobie dorabia w ten sposób?? Nie popuszczę. Popiszę w pracy i wydrukuję, bo ręcznie to bym zwariowała, a teraz już mi się nic nie chce. Zresztą mam 14 dni na protest. I żeby nie było, że za znaczek więcej zapłacę, ZUS mam po drodze do pracy, wstąpię, oddam w biurze podawczym, sieciówkę mam, więc nieważne ile przesiadek, a co tłustą dupę ruszę, to moje.
Kilka osób reklamowało, że nie ma bloga.
Nie chcę włączać, poczekam.
I dziewczyny pogłupiały, będę miała 2 naparstki znów. Od Renaty i od małejczarnej... Jeden z Gibraltaru, drugi nie wiem skąd... :) Dobrze, że Inżynier półeczek nie wywalił, po remoncie powieszę :D :)
I chyba muszę zacząć podróżować, bo moich naparstków coraz mniej jest :D

Update

Skończyła się dobra passa, mam prawie 400 zł niedopłaty do czynszu, czyli nici w tym roku z niepłacenia przez 2 miesiące. No trudno, życie. Mam nadzieję, że po wstawieniu lepszych okien za ciepło chociaz, tu było najwiecej niedoplaty - ponad 300 zł, a i zima była ciężka, mroźna w ubiegłym roku - opłata spadnie. Woda to już pikuś, choć tylko ja myślę o zakręcaniu. Nieważne, będę żyła :D Inna para kaloszy, że w zeszłym roku miałam 2 czynsze nadpłaty i obniżyli mi stawki, to też się nałożyło na wszystko. Tragedii nie ma, poradzę sobie :D 
Ściągnęłam program, muszę jeszcze PIT rozliczyć, nie chce mi się!!!!!! Mam nadzieję, że chociaż tu wyjdę na zero.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pierwsza spokojna noc

Spałam snem sprawiedliwego do 6.30, z trudem się wygrzebałam, ale nic to.
W pracy spokojnie, tylko wice ma pierdalca, kazał mi korekcić stare reklamy, a jak skorekciłam, to powiedział, że to nie są błędy, jak były. Kij mu w oko, bo w dupę by jeszcze przyjemność miał...
Wczoraj Inżynier się grzecznie zameldował, ale był zmarnowany jak nieboskie stworzenie.
A dziś gadając z koleżanką w pracy dowiedziałam się, że ma stolarza godnego polecenia, choć wolno pracującego i zapyta go, czy by u mnie nie zrobił szaf i półek. I nie będę już rzeczy ani zabawek wyrzucała, ona zabierze do domu dziecka. I dobrze, bo parę fajnych ciuchów jeszcze ocalało i szkoda je wyrzucać na śmietnik.
I tak wtorek, wtorek i po wtorku, a jutro już środa. Nieiwele zrobione, jazda dopiero się zacznie... :)
Nic to...

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Gdy mi Ciebie zabraknie

Sponsoruje dzisiejszy dzień. Niehalo się czuję,  z jednej strony ulga, że Inżynier wyjechał i spokój jest nocami, z drugiej serce pęka na tysiące kawałków, że nie będzie rano sublokatora i szczecinki wystającej spod kordełki, że nie będzie można dopaść i po szorstkim łapą przejechać.
Boli...

Ale nic to, żyć trzeba i uśmiechać się, udając, że wszystko gra, śpiewa i tańczy.
Najwcześniej zjedzie we wrześniu, bo koleżanka Dziewczyny wychodzi za mąż. Już się postawiłam na jeża, bo... Co mi to za wizyta, jak będę miała Dziewczynę na dokładkę. Mieliśmy wybrać meble. Razem. Nie chcę z Dziewczyną, niech ze złota będzie, nie chcę. Powiedziałam to wprost, że jak coś, sama wszystko załatwię, nawet meble skręcę. To miało być moje, a nie że doradztwo podatkowe jest. Nic to.
Doleciał, jeszcze musi do Sroczego Zaułka dojechać, załatwił jeszcze rzutem na taśmę Biurwę stawiającą opór, mają zaświadczenie wrzucić do szpary unijnej. I makaron do rosołu ugotował, ale też zostawił dwa napoczęte kartony soku i jestem opita jak bąk. Zasadniczo nie pijam tych kupnych cudów, ale goście na mój sok kręcą nosem, domagając się kupnego, zostaję z litrami soku...
Nic to.

W pracy chodzili koło mnie jak wokół chorego :) Żeby broń buk liściasty nie uciekła :D I była trzygodzinna nasiadówka z profesorem - gawędziarzem erotomanem, który w kółko pieprzył kotka bez pomocy młotka, co się nazywa podnoszeniem poziomu pracy. Ojaciepierdolę, o wykresie, na który żaden normalny czytelnik nie zwróci uwagi pieprzył pół godziny. I tak dookoła Macieju, a Boss wciąż rękami "time, time" robił i da capo all fine. Profesor głos ma donośny, delektuje się nim i po 3 godzinach miałam dość i byłam gotowa każdego gołymi ręcami udusić.
Nic to.

Wróciłam do pracy, a Boss mnie znów dorwał do szukania tytułu nowego pisma, bo niemiecki, na którym się wzorujemy jest nieprzetłumaczalny. Miałam ochotę rzucić "Wszystkie koty za płoty" i jedyne co mnie trzymało przy życiu, to zabawka, jaka miał facet - coś jak kompik, pisał po tym wskaźnikiem, dawało to różne czcionki i wyświetlało obraz na  ścianie :D  Będę musiała Inżyniera przy okazji pomęczyć...
Nic to.

Wracam do pokoju, SMS od Pierworodnego: standardowy: wejdzie mama na skype'a?? Nerwy mi puściły, ale nic to. W domu włączam Skype'a i huzia na Józia, a co??? Wydarłam się, jak stare kalesony na płocie, bo znów kręcił z głupią miną o tym nieszczęsnym dowodzie, że może w grudniu po południu, więc rozwyłam się, że jak on coś potrzebował, to na tacy dostawał, że sami z żoną życzył mi w Wigilię łatwego remontu i takie tam. Zamilkł, Mała Wiedźma też, bo gdy ją prosiliśmy o 5 minut spokoju, wrzeszczała jeszcze głośniej, podtykając pod kamerkę kolejny pierdyliard nowych zabawek, kupili jej chyba 5 wielkich poduszek z jakimiś stworami i odtwarzacz muzyki ze słuchawkami i kolejną huśtawkę, ojapierdolę. Rozwyłam się tak, że zamilkł i obiecał, że w piatek pojedzie do Londynu. No to rozwyłam się jeszcze bardziej... Na to jego Żona: o, to mi się podoba, kocham cię, że go do pionu stawiasz. Nie musiałabym, gdyby ona głupia nie była, a mówiłam jej na początku: podpisz ze mną pakt, bo to ciężki przypadek. Chciała po swojemu, ma, się nie wtrącam, ale swoje egzekwuję. Ten mi mydli, że przyleci z Małą Wiedźmą, a ja na to: veto. Mam rozebrane łóżko, stoją metalowe rury, kartony, coś jej na łeb zleci i nieszczęście gotowe. Zresztą on ma posprzątać swoje skarby. Musi z nią przyjechać, bo żona ma już cały urlop zabukowany. Nosz, kurwa, wiedziała, że mam remont, że są sprawy do załatwienia, ciekawe, gdzie na cały miesiąc dupę wywiezie. Bo do mnie nie. I już: że w lipcu albo sierpniu do mnie na urlop wlecą. Po moim trupie.
Nic to.

Nic, tylko się pochlastać, ale żyletka tępa, będzie bolało.
Sznurka szkoda, zresztą nie mam haka, który by mnie utrzymał.
Kurwa mać.
Nic to.















Update

Znalazłam


http://www.sony.pl/product/vn-duo/tab/overview