No heh.
PIT-y nie bolały, pieczątki zdobyte, w PKO też gładko poleciało, choc nie było tej uprzejmej urzędniczki, ale ta co była, była OK.
Zadowolona pojechałam do Decathlona na Franowo, bo miałam stamtąd bezpośredni tramwaj, a to jakieś 20 minut jazdy.
Nie lubię Decathlona, wielka hala i pierdyliard półek bez ładu i składu, śmierdzi chemią, bo większość tych zdrowych sportowych rzeczy robią małe chińskie rączki.
Szukam butów, a że wciąż mi kalkulator w głowie trzaska, że wyjazdy, że remont, że coś tam, coś tam, że z rozprawą nie wiadomo, to z lekką pogardą paczę na buty od 300 zł w górę. Takie sobie kupiłam za pierwszym razem i co?? Po 2 sezonach pięty wytarte, a zakładam jak należy - z łyżką, choć mnie Inżynier wyśmiewa. Niby mogę reklamować, bo 2 lata gwarancji, ale... właśnie mijają te 2 lata, a jak mam jechać i udawadniać, że palcem nie wyskubałam dziury??? Nie, wolę kupić nowe buty. No i znalazłam, cena nawet ten teges 99 zł. Ale... jak na chińskie nóżki, wejść bez łyżki nie chce. Gonię po markecie, męczę faceta, a on: zaraz pani łyżkę podam. Czekam 10 minut i nic. A buty sraczkowate były, bo czarne z róziowym ojapierdolę, po oczach je...chało. Ale przecież to do łażenia... No nic, wkurzyłam się i paczę, stoją takie po 59,99. Przymierzam: miękkie, leżą jak ulał, włażą gladko bez łyżki. To sobie myślę: kupię, na następny sezon kupię nowe za tę kasę. I łażę dalej, bo szukam plecaczka i stópek na kijki. Wpadam na tego samego faceta, chce zapytać o stópki, a ten z obłędem w oczach, że już mi łyżkę daje. Podziękowałam za łyżkę i po długim krążeniu udało mi się stópki znaleźć. I co?? Jajco!!! Jesienią dałam w innym sklepie 25,99 za jedną parę stópek, a tu za jedną zaśpiewali 12,99, czyli o połowę mniej!!!! Ta za 25,99 starła się przez jesień i te parę razy po Nowym Roku!!! Fuck... No co mam rzec, oprócz brzydkiego słowa???
Plecaczek znalazłam, taki jak chciałam za 19,99. Miałam taki za 10 zł z chińskiego marketu i mu się... szelki pociły, zawsze miałam mokre, a i drzeć się zaczyna, więc boję się, że zgubię klucze. Jak się bawić, to się bawić, czapkę sprzedać, pas zastawić. Zatem nie było źle. Buty okazały się superwygodne, ani jednego bąbla. Mają jeden feler: sa białe, z turkusem, więc... niedługo będą cieszyły oko, ale nie mają cieszyć, tylko pozwalać na latanie.
A w domu: awizo, więc nerwy mam w strzępach. Po kijkach wleciałam do fryzjera, stamtąd na pocztę, ale listowy jeszcze nie wrócił, więc polecę jeszcze raz. W sumie mam już dziś 14 tys, kroków za sobą, 5 mil, czyli 8 km i 524 kcal spalone :D Żebym jeszcze chudła do tego, byłoby super. Ale kubańska dupa nieustannie rośnie na tych wysiłkach, a co.
I sprawdzałam pociągi do Wrocławia. Jako że remontują trasę, chciałam się zorientować, jak to będzie wyglądało, bo pociągi ponoć jeżdżą po jednym torze. Na mojej stacyjce: pociąg do Wrocławia z jedną przesiadką odjeżdża o 9.51, pociąg do Wrocławia bez przesiadki też o 9.51. Ojapierdolę. Lecę na stację, ale kasjerka jeszcze bardziej niekumata, jak ja. No więc pojadę chyba na chybił trafił, albo dojadę, albo wyląduję w Kościanie (dla niewtajemniczonych, spoza Wielkopolski - takie hmm... Tworki tam są ;). Ale jeszcze nie wiem, kiedy pojadę, a z Umarlakami łamię się: jutro?? pojutrze??
Zobaczymy, czy ten list mnie dobije i...
Co za dużo, to niezdrowo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz