sobota, 22 lutego 2014

Wszystko ładnie pięknie

... ale do wykończenia Starej Jędzy jeden krok, jeden jedyny krok nic więcej... O dziwo, tym razem w domu jest porządek, słucha jak mało kto, je przy stole, zabawek nie rozwleka, ale...
Wszystko na mojej głowie, ona aktywna jak wulkan, Pierworodny musi mieć wydane jedno polecenie naraz, inaczej nie zrobi, zapada w iPada, gra i czyta, a ja śpiewam, tańczę recytuję, dupy nie daję, ale gotuję... Jest mi go żal, ale jednocześnie sama się zastanawiam, ile jeszcze uciagnę. Jeszcze dwa dni, niby niewiele, ale.
Rozleniwiona i zesztywniała jestem po zimie, a uderzeniowa dawka ruchu też mnie przerasta. Do tego Mała zasypuje mnie gradem pytań z szybkością karabinu maszynowego, aż czasem mnie zatyka. MNIE!!! No nic. Ważne, że je wszystko (no, prawie wszystko, ale to kwestia porozumienia), słucha i nie grymasi.
Jest mądra. Zna już trochę alfabet, więc recytuje do K, a ja recytuję ciąg dalszy. Liczymy do 24, labirynty rozwiązuje bezbłędnie i... nauczyła mnie grać w taką głupią grę, nie mogłam jej rozgryźć, przypadkowo otworzyłam, a ta stuk puk i już :) Dzień był cudny, ciepły, rodzinny. Jutro ma być zoo, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wiem jedno, będzie ciężko :)


Panienka z zakupami...

U fryzjera czekała na luzie, zanim nie ostrzygli jej taty...


Potem babcia Yoda urzędowała w kuchni, a oni robili to, co tygrysy lubią najbardziej. Pierworodny do dziś nie wyrósł... Ale klocki leżaly karnie na kocu i żaden się po domu nie szwędał ;)

Poszła sobie sama w świat, bez plecaczka (zaraziła się od babci Yody)...

... bo zapachniało wiosną, rano nad Manhattanem przeleciały dwa klucze żurawi, nie zdążyłam zrobic fotki :(

Na dębińskich stawach jeszcze lód i to sporo, wewnątrz Dębiny zimniej, jak na zewnątrz...

Droga do huśtawek daleka i kamyki do butów wpadają, ale od czego Tatko??

Dobry na każde problemy dziecięcego serca. Jak dobrze mieć Tatkę...

Niektórzy rozbierali się powoli :)




Symfonia piękna w czystej postaci, szkoda, że głupi ludzie chleb rzucają i niszczą te piękne ptaki...


I już liście są... :)

Chociaż wokół wciąż jeszcze zima...



Z huśtawki prawdziwej zdjęcia nie ma, bo nie wyszły :P






Dębina cudna jest...

A na koniec dostałam buziaka gratis. Nie mogę jej oduczyć od całowania w usta. Swoje dzieci całowałam w łebek, dla mnie to niehigieniczne, ale nie chcę jej ranić. Skoro chce...
I tu w całej okazałości widać już, że babcia Yoda ma garb na plecach :P


Przedszkole dla gejów?? ;) Mała oblazła całe wkoło, bo musiała "omówić" wszystkie kolory :) Ale co tam, obie pozdrawiamy wesoło, machając łapką naszych przyjaciół, nie mamy nic przeciw  :) Pierworodny dołącza, do machania :D

 Gacie na szpagacie, schnące na słońcu komponowały się kolorystycznie, nieprawdaż??


 Tylko w oknach przedszkola panowała jeszcze zima...


Bo... Znajdźcie kotecka :)
W wiosennym słońcu.
I trzymajcie kciuki, żebym dożyła do wtorku rano...

Lecz ogólnie jest wesoło :)

piątek, 21 lutego 2014

Attacus histericus

Działo się.
Babcia Yoda sny dziwne miała i... wstała ostatnia, ale to nic :)
Rozgryzła wreszcie, że MW najbardziej smakuje chleb z miodem i co ja dziecku będę miodu żałowała?
Tym sposobem nakarmiwszy niejadka polecieliśmy załatwić główny cel odwiedzin: odbiór dowodu osobistego przez Pierworodnego.
Załatwione.
Dziecko zgłasza, że głodne, a jako że południe dochodziło stwierdziłam, że zanim zrobimy zakupy i dojedziemy do domu i coś upichcę, to padnie mi z głodu. Wobec tego poszliśmy do baru mlecznego, bo panienka kategorycznie oświadczyła: zupa pomidorowa z ryżem.





Przegoniła przedtem srajdy, a jakże...
... po czym wszamała cały talerz pomidorówy

Ze wpisów na FB dowiedziałam się, że bar ten pomidorówką w całej wiosce słynie. Zatem wiem, gdzie wlec niejadka, jak mi się nie będzie chciało nic gotować...

Z przeszkodami dotarliśmy do ZCK, bo polecenie Pani Matki brzmiało: kupić dziecku buty. I się zaczęło. Nikomu nie życzę robienia zakupów z moim Pierworodnym, w którymś momencie miałam ochotę gada udusić...
Nic nie zapowiadało awantury.

Pokontemplowali fontannę... więcej ona, jak on...



Muzeum motoryzacji... więcej on jak ona, ale i nie była od tego, czasu brakowało...
I w sklepie z butami zaczęły się cuda wianki.
Synek kretynek pozwałał małej wybierać buty, na co ona odpowiadała: pinkowe... różowe, jakby ktoś nie wiedział... Łomatkozcórkom, sztuczna szczęka zaczęła mnie boleć, takie to ohydne było. Na dokładkę w każdym sklepie obuwniczym są TELEWIZORY, w których lecą bajki i... Mała siadała i zaczynała oglądać kreskówki, a jak myślicie, co robił Synek Kretynek??
W Deichmannie kupiliśmy buty z jakimś samochodzikiem na topie...

Tu modelka w rzeczonym obuwiu już w domu

i okazało się, że szukamy butów granatowych, bo są potrzebne do szkoły, mają pasować do mundurka...
Ojapierdolę.
Następny sklep. Też telewizor, z tymi samochodami, cośmy je w Deichmannie na butkach kupili, ale już wiedziałam, jaki numer, jak działać i zadziałałam szybko. Po Jędzowemu. Stanęłam na tle monitora i nie pomogły protesty, że chcą oglądać.
Potem szybki sprint do P&P po żywność, bo w lodówce światło i co?? Synek Kretynek stoi przed półkami gdzie jest pierdyliard serków, jogurtów i innych dupostrojek i pyta dziecko co chce... Pakuję do wózka serek truskawkowy, jako że dziecko truskawkowym maniakiem jest, a ona na to, że ma być jogurt do picia, a nie serek... I ryyyykkk...  Przy puszkach z ananasami chce całe, nie krojone. Synek kretynek: niech mama kupi, zobaczy mama, jak wszystko uświni... Kupiłam całe.
Resztę zakupów zrobiłam sama.
Wychodzimy ze sklepu, daję jej wodę mineralną, bośmy wszyscy odwodnieni byli, a mała na to, że ona wody nie chce, ona chce banana. Jako że wytarła rączynami wszystkie poręcze ruchomych schodów (tak, Baranie, ona nie jest grzeczną dziewczynką, jak ja), wszystkie siedzenia plastikowe, wszystkie podłogi powiedzialam NIE dużymi literami. Woda, OK, banan NIE. I ruszyliśmy na autobus w rytm ryku: chcę banana, bo umrę. Byłam nieugięta, jak obrońcy Westerplatte i w przeciwieństwie do nich nie poddałam się. Na przystanku ryku ciąg dalszy. Tłumaczę: w domu umyjesz ręce i dostaniesz banana. Przez łzy: najpierw zjem, potem umyję... I ryczy dalej... A ja: płacz głośniej. bo babcia nie słyszy. Więc stopuje i jak mantrę: najpierw zjem, potem umyję. Nie potwierdziłam, więc ryk. Nie będę kłamać, bo wiadomo, najpierw umyje, potem zje.
W autobusie padła na memłon Ojca, ale w domu od razu ożyła i poleciała siku. Umyła ręce. Pytamy: chcesz banana? Nie, ananasa :) Pokroiłam ananasa na małe kawałki i co?? Ani kropelki nie miałam popapranej :P I jeszcze lody skubana dostała :D
Gawędzimy i rzecze: nie mogłam na dworze jeść banana, boby mnie brzuszek bolał :P Mój argument!!! Ojapierdolę.
No nic. Mówię: widzisz osła??? A ona: nie, nie widzę żadnego. Jako że siedzi przed lustrem mówię: spójrz w lustro. Spojrzała. I mówi: o, widzę osła w lustrze, ale to nie ja.
Po kim to takie cfane??
I kupiliśmy


Pinkowe, ale wygląda w tym jak młoda bogini i to ja to wybrałam, jakem przeciwniczka pinkowego. Na sześciolatkę, mała ma 3 lata, ale... Wygląda to na niej, jak sukieneczka, taka do legginsów, rękawy są ok, jeszcze trochę to ponosi i będzie w sam raz na wiosnę i lato.
A potem sprzątnęliśmy chaupkę, zjedliśmy kolację. Pytamy: chcesz banana?? Chce. Obrany, pokrojony, dostaje na talerzyku. Zjada dwa plasterki i stwierdza, że nie prosiła o całego banana, tylko o dwa plasterki :P :)
Pierworodny pada, jednak jest z nim coś nie tak. Ciśnienie ma OK. Może nie daj blog cukier?? Albo te lata pracy na nocki? Ma się zbadać, jak wróci.
A my siadamy do Frozen, bo przedtem oglądnęłysmy tylko 45 minut. Oglądamy wersję angielską, ja mam oczywiście napisy. A ona?? Śmieje się dokładnie w miejscach, gdzie śmiać się trzeba. Skubana płynnie gada już po angielsku i po polsku.
Gałgan, gagatek i agregat.
Aparatowa.
Będą z nią jeszcze jazdy,
Przechodzi koło dystrybutora z napojami i mówi: to jest niedobre, poproszę wodę...
Wiem, wiem, zwariowało, oszalało moje serce...
I na co mi na stare lata przyszło??


Update

I u mnie jednak wiosna całą gębą.
Ponoć to cyklamen.
Baran mnie olał, więc... foch... Zdegraduję, nie będzie Nadwornym Ogrodnikiem :P

 Ktoś wie, co to??

czwartek, 20 lutego 2014

Jak Ksawery

przeleciałam dziś.
O 15 rozdarłam się jak kalesony na płocie i dzięki temu, olewając niezadowoloną wiecznie panią z tych piękniejszych, która się nie wyrobiła zdążyłam na dworzec po powracających z wygnania Pierworodnego i Małą Wiedźmę.
Z trudem dowlekliśmy się do chaty, jako że MW śpiąca była, nic dziwnego, bo słońce zaszło już za borem



Po powrocie do domu padałam na pysk, mała marudziła, czekała na mnie jeszcze na poczcie korekta, a Pierworodny padł na kanapę, jak ten kogucik w pokrzywy i ani drgnął.
Ogarnęłam tę kuwetę.
Zrobiłam korektę.
Wywaliłam kogucika po mleko, przy okazji każąc mu przynieść piwo. A co, zasłużyłam...
Zrobiłam kolację i... Mała jadła przy stole, jak etykieta nakazuje i wpadła sama w rozpacz, że ze słomki samo kakao poleciało... Fakt, poleciało samo. Więc ustaliłyśmy, że wywalamy słomki i spróbujemy pić nie rozlewając z kubka. (Pierworodny twierdził, że "Mała się nie da", ale kazałam mu się zamknąć). Wieczorną porcję wody panienka wypiła elegancko z kubka, Pierworodny się kąpał. Z iPadem. Nie moim :)
Potem kąpałam MW, ale jako "niewprawiona" zalałam oczka myjąc głowę, naumiałam się myć poprawnie i wybaczyła mi zalanie.
Tak jak i to, że nie zawsze wszystko rozumiem, co mówi, że mam chore uszka i że czasem trzeba coś powtórzyć. Piąteczkę przybiłyśmy, i żółwika, a jakże.
Pierworodny poszedł się moczyć, ja, bohaterska matka Polka i babcia Polka, a jakże, ogarnęłam pokolacyjny bałagan, z pomocą MW, czytając jej magnesy z "jej" części lodówki. Kiedyś w jogurtach były zostawiłam. Szanuje, że górna część lodówki jest babci Yody, bo tam są pamiątki. Dolna jest jej, hulaj dusza, piekła nie ma... I tak z magnesu wynikało, że dzieci są na medal. Zapytała: jakie. Jak to jakie?? Moja wnuczka jest na medal.
Ogarnęłyśmy kuchnię i poszłyśmy na długie rodaków rozmowy, bo panience się na spanie nie zanosiło.
Nie uwierzyłabym, gdybym tego sama nie przerabiała.
Przegadałyśmy godzinę.
Wyjaśniłam jej budowę oka, dlaczego ja mam niebieskie, a ona brązowe.
O genealogii też pogadałyśmy. Przyjęła do wiadomości, że babcia Yoda też była bejbikiem, ale nie chciała uwierzyć, że ona też będzie babcią. Stwierdziła, że będzie zawsze Małą Wiedźmą, jak będzie duża. Fajnie się oglądało rodzinne fotografie.
Nie wierzę. Nie nudziłam się ani sekundy.
Dojrzewam do bycia babcią.
Ale nie taką, co to tka jedzenie i kaskę daje.
Nie ze mną te numery Brunner.
Kiedyś pójdziemy na piwo, nawet jak będę musiała ten cholerny balkonik pchać i...
Mam nadzieję, że zdążymy się jeszcze sobą nacieszyć.
Bo... Kocham ją.
A ona mnie też.
Wiem.
Bez słów.
Ojapierdolę...

 Uwierzycie?? Idealny porządek, jedna lalka na kanapie.
Można??
I... Dłubała w nosie do obrzydliwości. I zjadała. Przeryłam net, żadnej nadziei.
Dziś poprosiła o chusteczkę.
Bo ją coś w nosku uwiera.
Nie wrzeszczałam, nie...
Ponoć jak dziecko dłubie w nosie, to jest brak zainteresowania ze strony rodziców.
Moje nie dłubały...
A potem...


I skończona bajka.
Będę miała 4 rozrywkowe dni.
Jako babcia Yoda...
Wciąż się boję małych dziewczynek... Obsługa małych chłopców była prostsza...
Nic to, poradzę sobie :P

środa, 19 lutego 2014

Jednak

PC jest lepciejszy od McIntosha, stwierdzam z bólem serca. Kolejny maczek w pracy mi padł, w PC wymieniłabym monitorek, w jabłku musi być cały komp. Pracuje jeszcze, ale na ostatnich podrygach i doprowadza mnie do białej gorączki i do szału! Bo poza graniem w kulki, kiedy koledzy się ogarniają w momencie pracy mam pierdyliard okienek do otwarcia, a one... ha, nie otwierają się. Nie mam nawet papierowego słownika, więc wiecie, rozumiecie...
A tak ogólnie, Sajgon. W trzy dni 31 godzin i nie, że się nie wyrabiam. Wyrobiłabym się z palcem w dupie, jak mawiała nieodżałowana Aśka. Po prostu inni się nie wyrabiają, w sensie że: pismaków jest od cholery, a łamacz w każdej gazecie jeden. A łamanie to nie korekta, trochę trwa... Więc jak nagle wszyscy chcą wszystko, no to dupa blada...
Dziś Boss objechał panie z naszej pięknej gazetki i całkiem słusznie. Reportaż z wyprawy w maju ubiegłego roku mógł zostać spokojnie tysioncpincset razy napisany, przerobiony, wygładzony i wyszlifowany, a nie obrabiany jeszcze w dniu wysyłania gazetki do drukarni, nieprawdaż??
I jakby tego było mało, na kraj nasz biedny a rodzony spadła klęska. Dokładniej: na świnie nasze.
Stwierdzono występowanie afrykańskiego pomoru świń, zawleczonego do nas przez dziki z Białorusi. Jako że fakt ten podano do wiadomości publicznej dziś, cała świńska sprawa się rypła... No i... Na skutek gładzenia i szlifowania okazało się, że "swora dzików przepłynęła Bug" (ortografów w tym numerze było z 15, rekord, tyle orgazmów miałam, a padłam, jak polonistka napisała "wszedł na wierzę"...), a ja biedna, ze spuchniętymi po tylu godzinach siedzenia girami czekałam na zmiłowanie. I zmiłował się los nade mną, bowiem nasza łamaczka trzasnęła drzwiami i poszła w p... siną dal. Nie odważyłabym się tak, choć wciąż mam ochotę to zrobić... No i... ciąg dalszy nastąpi jutro, a że jutro wraca Pierworodny i Mała Wiedźma, będzie się działo, jako że z lodówki widać tylko światło i coś mówi: a kuku :) Pierdolę, nie robię zakupów, nie mam gdzie :D
I tak sobie latam po pięterkach i wlatuję na Prezesa, który urzęduje w innym budynku w innej części miasta.
Gość mniej więcej w moim wieku.
Gapi się z uśmiechem na moje cycki (których nie posiadam).
I z jeszcze bardziej przepraszającym uśmiechem mówi: przepraszam, nie patrzę na pani piersi, ale napisowi nie można się oprzeć... I bananek...
A ja na to skromnie: napis oddaje sedno sprawy... :) A korciło mnie, żeby rzucić: jakie piersi?? Nie mam piersi :)
Moje biedne cyce odziane były dziś w t-shirta od Barana: Fuck Google, Ask Me :)
To się nazywa zrobić wrażenie na wierchuszce.
Dostanę podwyżkę?? ;)

wtorek, 18 lutego 2014

Jak dobrze wstać

skoro świt.
Obudziłam się wczesnym rankiem, całą noc śniło mi się, że byłam na statku, a Boss stojący za sterem wołał: Pani Stara Jędzo, teraz wszystko na pani barkach leży.
Jakbym tego nie wiedziała ;)

Bolało mnie wszystko, to co zawsze, znaczy się, żyję i jestem gotowa do kolejnego, pracowitego dnia.
A co??
Jak dobrze wstać, skoro świt :)


poniedziałek, 17 lutego 2014

Było do przewidzenia

że będzie się dziś działo.
Na razie nie jest najgorzej, pojechali, strat na razie dojrzałam jedną: obluzowany zawias w szafce, bo trzaskała, ale to jej ojciec naprawi, jak wrócą, a ja nie trzaskam :)
Nawet ogarnięte było, tyle że naczynia w zlewie, niepomyte, ale nie można mieć wszystkiego i być malkontentem :P
Za to się działo w pracy, że ojapierdolę.
Jako że numer ma więcej stron, spłynęła na mnie lawina dziś.
Koło 15 wparował Boss, że... chodzą skargi, że korekta hamuje...
Nosz.
Powiedziałam co myślę.
Kazał zrobić zestawienie kto, co i jak, ale powiedzialam, że nie mam czasu, myślę, że się rozejdzie po kościach.
Wszyscy już wiedzą, że delikwent obdarty będzie żywcem ze skóry i solą posypany.
Siedziałam dziś 10 godzin, ale o 17 miałam już wszystko tip top, co nie omieszkalam zaanonsować Bossowi.
Pokajał się, że on wie, że to nie ja.
To po co mnie zaczepiał?? :P
No a potem robiłam drugą robotę i tak zeszło.
Wychodząc miałam biurko i pocztę puściuteńkie, ale jak już miałam płaszcz na sobie, wpadł jeden maruder.
Nie wiedział, że się podkłada.
Teraz już wie.
Kupiłam sobie Tyskie, ostatnio mi smakuje i żonkile w Biedronce.
I rozkoszuję się ciszą i spokojem, bo... Mała Wiedźma jest przesłodka ze swoim "dlaczego", ale ja potrzebuję tylko ciszy. Ile bym się nią dziś nacieszyła, skoro właśnie szłaby do łóżka, a ja wróciłam jakieś pół godziny temu??
A ojca ma genialnego. Jako że mu się roaming nie włączył, kupił polską kartę i przysłał mi numer. Zapisałam, odpisałam i pracuję dalej w pocie czoła. Koło 18 numer... dzwoni... Jak na alarm przeciwlotniczy. Wysyłam SMS: Khe?? A nic, chciał mi tylko swój numer przypomnieć. Synek-kretynek. Z numeru syna mogą dzwonić tylko obcy z tfu, tfu... A może on jakiś alien teraz jest?? Ojapierdolę...

niedziela, 16 lutego 2014

Armageddon start

Dojechałam na lotnisko tak fajnie, że nawet długo nie czekałam, to znaczy, czekałam długo, bo Pierworodny się grzebał.
Dojechaliśmy do centrum i od razu wpadliśmy na dworzec, żeby sprawdzić, jak ich wyekspediować jutro i okazuje sie, że... pociąg jest ojapierdolę albo o 6 rano - nie mam serca ich wywalać, biedne dziecko, a i Pierworodny podziębiony i zmęczony, na pysk padł, a wygląda jak przez okno... Następny dopiero po 11, więc jestem pełna obaw, bo Mała jest jaka jest i w sumie - choć jest przy mnie niewiarygodnie spokojna i słucha mnie, o dziwo, to jednak pamięć ma krótką i... Ściany już mam oklepane...
Ale to nic, bo... Skradła mi serce, pyskata jak ja, lizus, podlizać się umie, i wykończyła mnie dokumentnie dziś. Nie przeżyłabym pracy i jej obecności. Nie ma opcji. Ale poza łobuzerką w pakiecie dostałam buziaki - nieproszone, a tak cudne i... z serca dane... Polazłyśmy na spacer, bo Pierworodny zmożony niespaniem i przeziębieniem zasnął, a jak utrzymać taką iskierkę w ryzach?? Zaliczyłyśmy hustawki, pierdyliard pytań: dlaczego, czytanie wszystkich numerów bloków (smarkula zna liczby do 20!!! A ma 3 lata... I litery zna, skubana, po kim ona taka mądra, no po kim??). Dyskusję, czy jesteśmy w Polsce, czy w Anglii. I jaki kolor lepszy: zielony czy pinkowy, stwierdziała stanowczo, że dla niej tylko pinkowy... I wygłupy na murku, i taniec na ulicy, i inne takie tam...
W pewnym momencie idą naprzeciw nam trzy niewiasty i jedna rzecze do mnie: skąd pani ma taką śliczną wnuczkę?? Spojrzałam jej głęboko w oczy, i mówię: a z Internetu. Kobiałka na to: żartuje pani. A ja: nie, mówię poważnie, na pęczki tam rozdają, mogę pani odstąpić. A ta: to w imię miłości i sruuuu mi Strażnicę... Więc podziękowałam i powędrowałyśmy z Małą Wiedźmą dalej, dyskutując, czy jest małym paskudnym małpiszonem, czy nie. Ona twierdziła, że nie jest mała, a ja upierałam się przy swoim. Za paskudnego małpiszona dostałam buziaka i jak tu skubanej nie lubić?? Nie kochać?? Nosz... Posłałam jej matce zdjęcie z adnotacją, że my tak same, bez plecaczka, bez męskiego ramienia i kobieta w panikę wpadła i jak wracałyśmy w rytmie deszczowej piosenki, Pierworodny był już na Skype maglowany, czym czasem skubanej na jakiegoś Bema nie opyliła. Co zamierzam zrobić, ale sporo za nią wezmę, bo warta dużo więcej złota, niż waży.
Przed samym snem zamordowałam jej jakąś zabawkę. Własnoręcznie. Dała mi coś takiego, jak to uśmiechnięte słoneczko z różową czuprynką. Co się dusi i zmienia kształty. Wedle życzenia nadusiłam i... całe mieszkanie miałam w mące. Ojapierdolę...
No nic, będzie ciąg dalszy.
A tu bonus

Do pierwszego zdjęcia pozuje, wypinając się, jak jakiś wieszak z wybiegu, ale za chwilę hulaj dusza, piekła nie ma...


I tyle ją widzieli...
Ale smerfowymi cukierkami dzieliłyśmy się sprawiedliwie, więc myślę, że jakoś to będzie, do tego piwa za jakiś czas...
Na pytanie Pierworodnego, jak jest u babci Yody orzekła super i mało mi zębów nie wybiła, wieszając się na szyi. Wykąpała się animrumrając...
Hmmm...
Pora kaftan szykować :D

sobota, 15 lutego 2014

Do not resuscitate

Po ponad roku spotkanie z P., sam o  nie poprosił.
Jego ojciec jest w szpitalu na OIOM.
Na onkologii.
Do tego historia rodem ze szpiegowskich filmów,
P. wydoroślał, to już nie ten szalony małolat, zabijający się z miłości.
Życie doświadczyło Go aż nadto.
Zawsze będę Jego przyjaciólką, trudno, taki model ze mnie.
Nie mogłam pomóc, choć starałam się ze wszystkich sił.
Dostałam SMS, który zostanie na zawsze w mej pamięci. Dla takich chwil warto żyć.
I wiem jedno - mam piękne życie, niezależnie od tego, ile mi czasu zostało, chcę wykorzystać go jak dotąd.
Z dołkami, chwilami zapierającymi dech.
Jestem szczęśliwą kobietą.
I wiem od dawna, że od życia za wszelką cenę istnieje jeszcze coś takiego, jak jakość życia. Quality of Life Index.
Nie chcę, by moi chłopcy musieli tak cierpieć, jak P.
Nie zakładam, że będą musieli.
Ale... Nie będę walczyć za wszelką cenę, żeby być tu dwa miesiące dłużej.

I nic już nie móc, leżeć, bez zębów, bez peruki, bez cycków i bez lewej nogi, nie mogąc z siebie wydobyć słowa. Bezsilna. Wiem, wiem, ten krzyż nieść i inne takie tam. Ale nie chcę.
Po co??
Lepiej odejść na morfince w siną dal, w czerwonych podwiązkach, za kochasiem... oj tam, oj tam.
Do not resuscitate.
Dziś doceniłam, jak bardzo moja osobista tragedia była... darem od losu??
Nie wiem.
Eda, wiem, że umierałeś cierpiąc, w pokorze. Ale Ty byłeś wielki, wierny swoim ideałom, wierny swojemu powołaniu.
Nie jestem powołana, nie jestem wielka. Ot, taka sobie mamuśka. I ostatnie, co mogę dać moim dzieciom - wszystkim - to luksus niepatrzenia na niepotrzebne męki. Może za to zgniję w piekle, ale...  
Kurewski kraj, gdzie nie honorują DNR.
Okazało się, że mogę sobie karteczkę nosić, a i tak będą mieli to w pompie.
Chcę mieć wybór sposobu umierania.
Nie chcę żyć za wszelką cenę.
Chyba skoczę po coś do picia, bo tego bez wodki nie razbieriosz.
A jutro zobaczę ukochaną Małą Wiedźmę i Pierworodnego.
Będzie się działo...
Ano...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech... Byle nie przez rurkę tracheostomijną.
P., jestem z Tobą, ale Ty to wiesz...

Kiedy

ranne wstają zorze







Łatwiej się uśmiechnąć. Uśmiech jest zaraźliwy. Nawet uśmiech przez łzy???

piątek, 14 lutego 2014

Pora umierać

Świat się kończy,
Breivik, który zabił 77 osób z zimną krwią, ogłasza strajk głodowy, bo ma... starą Playstation i za małą tygodniówkę.
Dostaje 150 zł tygodniówki.
Rozumiem, przestrzegam Dekalogu, tak jak mi zawsze tłumaczył mój niezapomniany Przyjaciel (ach, ta kłótnia o cytat z wiersza: dla dekalogów mieć pogardę, i nie bać się, że pęknie nić, byłeś do bólu rzeczowy, nieprawdaż??), nie zabijaj, nie ma kary śmierci.
Jesteśmy humanitarni.
Niech głoduje.
Zagłodzi się, i OK.
Społeczeństwo zaoszczędzi kasę na jego utrzymanie.
On sam popełni grzech śmiertelny.
A niech go diabli biorą.
Niejedno dziecko - nie tylko w PL, na świecie - nie ma takich warunków, jak on w celi.
Świat oszalał.
A może to ja oszalałam, że nie potrafię niektórych rzeczy zaakceptować??

 Coraz trudniej oddychać w tej rzeczywistości.
A może to jakieś choróbsko??

Pełnia jest

Będę wyła.
Bo i czasem na wycie się zbiera.
Emilek od Pierworodnego: przyjeżdżamy w niedzielę tak z rana, wylatujemy we wtorek.
Kto, co, jak, komu i dlaczego??
To już dla niego było za dużo.
Ale na końcu napisał: już nie mogę się doczekać, kiedy mamę zobaczę.
Nice. Sweet.
W rozmowie Inżynier zastrzelił mnie, bo facet, który nigdy nie myśli tydzień naprzód myśli prawie rok naprzód. O mnie. Nice.
Szok.
Może... Ale musiałabym Barana wkręcić, a nie chcę biedakowi krzywdy robić.
Zresztą głupi pomysł, z której by strony nie patrzeć.
Armegeddon zaczyna się w niedzielę o 11.10.
No, parę minut później.
Nice. Sweet.
Też ich kocham.
Nie tylko dziś.
Zawsze.
Miłością wielką, jak cały świat i bardzo bolesną.
Nice... Sweet...
Są takie noce od innych łaskawsze, kiedy się wolno rozpłakać,
wolno powtarzać nigdy i zawsze...

środa, 12 lutego 2014

I małe

słoneczka też są. Żonkile. Wczoraj miały tylko zaciśnięte pąki, a dziś voila :)
Komuś herbatkę?
Kawę??
Mleko?
Proszę się rozgościć.
Będę, jak skończę.



Miłego wypatrywania wiosny. Ponoć bociany już przyleciały, ale w mojej wiosce jakoś ich nie widać.
Inna para kaloszy, że Armageddon coraz bliżej...

czwartek, 6 lutego 2014

W drodze

do New York wpadłam do hrabstwa Osage.
Wstrząsające.
Ale... takie jest życie.
I Barana widziałam :)
To było miłe... :)
Z oczu mu dobrze dziś patrzyło i nie bódł ;)




Z Downton

do New York, na Madison Avenue...
Życie.
W międzyczasie


Od stycznia wypiłam 3 litry mleka, co jak na mnie jest rekordem wszech czasów :|
Sikora w ciąży, a ja mleko piję :)
W swojej ciąży bywszy byłam zmuszana do picia mleka przez Eksa. Na siłę.

A w tramwaju obserwuję nowe zjawisko spoleczne. Jako że ferie są, tramwaje jeżdżą pustawe, ale miejsc siedzących jednak brak.
I tak staruchy takie jak ja ustępują miejsca jeszcze starszym staruchom, z uśmiechem na ustach i poklepując się po pleckach, a nieliczne niedobitki młodzieży w kwiecie wieku, znaczy się tak do trzydziestki (hahahahaha, moi czytacze się nie zalapują już na młodość, Zmorka też nie, mimo usilnych starań ;) ) patrzą w tym czasie smętnie przez brudne okna, zza których świata nie widać i wypatrują??? Kochasia, który w siną dal, w siną dal pomaszerował lewa prawa, w siną dal... A może wiosny?
Rozumiem, że może młodzież coś boleć, że może mieć okres,  że może być zmęczona po szalonym nocnym seksie. Ale na litość boską, jak wsiada prawie stuletnie truchło, obsypane plamami wątrobowymi wszędzie, bądź nieco młodsze truchło, ale kulające się o kuli, to dupy w górę, młodzieży.
Wstyd...
Mi nie, bo zawsze dupę ruszam, choć z coraz większym trudem, ale co tam.
Póki ruszam, żyję, of course... :)