wtorek, 23 lutego 2016

Zdziwaczałam

do reszty, jak mniemam.
Ale lata samotnego życia na powrót zrobiły ze mnie starą pannę w sensie mentalnym.
Młodą matką będąc musiałam na tych metrach, na których dziś mi samej ciasno pomieścić osób sztuk cztery.
I chociaż mój szwagier lekceważąco zawsze mówił: co ona tam sprząta w tej ciupie, sam będąc w posiadaniu pałacu bez mała, uważałam, że zasada: każda rzecz ma swoje miejsce nie jest zła. Tak samo jak zasada, że każde łóżko musi być posłane, nieważne, czy to kanapa, czy piętrus. I tego się zawsze twardo trzymałam. W chlewiku (jak mawia Zmorka) w szafach mógł być kipisz, ale w tej ciasnocie musiało być miejsce dla ludzi. I było. Każdy nadprogramowy kubek był eksmitowany i takie tam. W porywach były tu dwa biurka, czyli jedno więcej niż obecnie, dodatkowo dwie maszyny do szycia ( wciąż kiblujące w garażu Kierownika Budowy) i inne takie tam. Wchodzący do domu i rzucający portfel, klucze, później zaś i telefon na stół w "dużym pokoju" ścigany był bezwzględnie. Zabawkami można było się bawić wszędzie, pod warunkiem, że potem wracały na swoje miejsce.
I tak się to kręciło.
Jedyna rzecz, która miała prawo być wszędzie, tzn. nawet w kiblu, w najmniej oczekiwanych miejscach były książki i gazety. Te miały prawo bytu wszędzie. Nigdy nie było za dużo książek, zawsze było za mało półek. I tak jest nadal :)
A teraz, po remoncie staram się utrzymać wszystko w ryzach, na zasadzie: jak najmniej szwęda się na widoku.
I każdy przyjazd .... tu wstawić odpowiednio :) burzy ten porządek. Zaczynając od rodziny Pierworodnego, które to przypadki opisywałam długo i szeroko, a którym w końcu powiedziałam: mój dom, moje zasady. Dostają "mały pokój" w dzierżawę i jakoś to działa, nie mówiąc o tym, że tam jest jakby piorun w rabarbar strzelił :) Ale taka jest cena tego, że mam te chwile z wnukami.
Piękne, aczkolwiek - tak, wiem, nie warto się tym przejmować - jak można aż taki rozpiździel robić? Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, na tych metrach jeszcze chałupnictwo robiłam różne i zawsze było w skrzyneczce, w kartoniku i takie tam.
Inżynier zmieniwszy się. Bardzo. Wie, że portfel i klucze na stole to zbrodnia niewybaczalna, ale robi te swoje shrekowe oczy i kładzie. A w chlewiku - lepiej nie mówić. Spuścić zasłonę milczenia.
Ogarniając go dziś znalazłam kubki na parapecie. Krzesło NIGDY nie było dosunięte do stołu :P
A bił się w piersi, że taki tu wyluzowany, bo kabli chować nie musi, ani orzeszków napoczętych, ani innych takich tam (ach, ten mój zamach prawie smoleński za pomocą gumki recepturki od włoszczyzny na kotecki), bo... nie ma kotecków.
Nie ma.
Ale na starą matkę można inne chytre pułapki zastawiać, co nie?
Dobra, dosyć zrzędzenia.
Tylko fakt oczywisty stwierdziłam.
Wyłazi ze mnie stara panna :)
Jedno fajne, że klepał się po brzuszku i pasa popuszczał (nie, nie dokładałam ani nie nakłaniałam siłą), mówiąc, że już dawno tak nie jadł.
Ano :) Polskie jedzenie to jest to i warto było przeżyć ten strach przy kupnie ligawy :P
Chałupka już ogarnięta, pościel poprana, jutro ma być cieplej, to mnie swędzi na mycie okien :)
Wyprawa do Wąsowa super, aczkolwiek pogoda nie za bardzo sprzyjała.
Cieszę się, że pojechałam, wyleczyło mnie to z szukania eleganckich butów. Tam co rusz schody, śliskie i z zakrętami, takie, że poważnie rozważam wesele na trzeźwo, żeby się nie wyłożyć. W każdym razie zero obcasów, bo Narzeczona, będąca w kozaczkach na niewysokim słupku kurczowo trzymała się Inżyniera i dumała, jak ona w szpilkach zejdzie. A że ma buty szyte na zamówienie, pomyślałam: czemu nie myślisz o słupku. Ale rozsądnie zamilkłam. Milczenie jest złotem :D Tym bardziej że Inżynier nie jest menem do szpilek, ale oj tam, oj tam...





  Ta samotna para to przyszli Państwo Młodzi :)



Jak będzie pogodnie, na tym tarasie będzie ślub.
 Łoże w apartamencie dla nowożeńców.
 Kupiłabym :)
 Dałabym się na ten poderwać :D
Widok z tarasu. To LOVE to reklama targów.

Targowe różności. Chyba nie muszę pisać, że nie wzięłam aparatu...

Podobał mi się najwięcej, ale Inżynierowi ni dudu. Tak jak mój naszyjnik, com chciała pożyczyć Narzeczonej. Nagle. Bo zawsze mu się podobał. Tempora mutantur et nos mutamur in illis :D  Napisane bez wujka, mam dobrą pamięć :D





Wata cukrowa, zeżarłam. Nie oparłam się, wieki nie jadłam :P

Inżynier zapłacił, i to niemało, za cztery osoby (był z nami Ojciec Narzeczonej, ale to temat na osobną notkę, której nie będzie, on to nas podwiózł), ale za tę kasę mogliśmy jeść i pić do rozpuku.
Nie rozpukłam się, ale powiedziałam, że proszę o rybę na weselu, bo aczkolwiek wszystko było MLASK, ryba jest zawsze opcją bezpieczną i neutralną.
Będzie ryba :D
Co do reszty Państwo Młodzi mają jeszcze przed sobą długie godziny dyskusji i zastanawiania się.
I dobrze, że ja nie muszę.
Ojciec Narzeczonej napierał się, że chce siedzieć z młodymi, bo nie może przyjść z osobą towarzyszącą, jako że sytuacja w rodzinie na ostrzu noża - jesienią zmarła mu Żona, ale uważa, że już mu niewiele zostało do życia i ma parcie na szkło. Więc chciał być koło córki.
Ojapierdolę.
Na szczęście, po skonfrontowaniu sali i stołów zmienił zamiar i...
TADAM :)
Mam zamiar zaszaleć z moimi najbliższymi :) (Zainteresowani wiedzą).
Bo aczkolwiek jestem matką Pana Młodego, będzie on rozrywany i nie widzę sensu wiszenia mu na karku, na zasadzie, że to ja urodziłam bohatera.
To jego dzień, nie mój.
I nie musi mnie niańczyć :D
Mój będzie, jak wyciągnę kopyta :P 
Będzie dobrze.
W drodze powrotnej wdepnęliśmy na Nowinę, do Mamy Narzeczonej i wreszcie cyknęłam fotkę grobowcowi Kulczyka

 Abstrahując od kasy wydanej na ten pomnik, myślę, że jest mu wszystko jedno, jako i tym, którzy tam leżą pod skromniejszymi kamieniami.

Polecieliśmy jeszcze na kawę do domu Narzeczonej. Ma zajebistą Babcię, ponaddziewięćdziesięcioletnią. Zakochałam się w niej. I marzę, żeby mieć jej rozum na stare lata. To znaczy, mój rozum, żeby mi z niego nic nie uciekło.
Fascynująca kobieta. Wygląda jak Yoda, siedząc na kanapie, a ogarnia wszystko, nawet pieprzenie Ojca Narzeczonej. I umie go zgasić.
Też tak chcę :) Tego chcę dożyć, a czemu nie, ale nie chcę siedzieć jak Yoda.
Chcę zapierdalać z balkonikiem.

Inżynierostwo już na swoich śmieciach, moja chaupka ogarnięta.
Życie pędzi coraz prędzej...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Dziecko

mi się zestarzało.
Gwałtownie, ukradkiem i znienacka.
Wraca do domu o przyzwoitej porze i nawet w stanie niewskazującym na spożycie.
Kiedyś zapewne trzeźwe wróci.
Działo się. oj działo, ale to jutro napiszę, ku pamięci, dla potomności, jak ochłonę, foteczki też będą.
Ale wszystko w swoim czasie.
To były piękne chwile, z gatunku tych zapierających dech.
Krótką mam teraz przerwę, bo w tygodniu zapowiada się Kierownik Budowy z Przyległościami, a w weekend może uda mi się ściągnąć Burzę Włosów, znajomą jeszcze z podstawówki.
A gdzie czas na skaner i na moje śledztwo?
Tym bardziej, że warzywka się odezwą i dodatek.
Życie pędzi coraz prędzej, a ja stara, na balkoniku, ledwo za nim nadążam.
To niesprawiedliwe, Kochany Pamiętniczku ;)

czwartek, 18 lutego 2016

Kompik

mi się w środę rano zbuntował, nie miałam ani Googla, ani FB, inne strony śmigały migusiem, a te nie.
Wieczorem okazało się, że dobrze, że do banku nie wchodziłam, bo banku bym też nie miała. Pokręcone komunikaty mi się wyświetlały, że jest 1 stycznia 2006 r.
Poszłam do pracy z nadzieją, że się odkręci i błogosławiąc moje jabłuszko. Bo netbuczek nieruszany od miesiąca ruszał się jak mucha w smole i nie mogłam sprawdzić co jest grane.
W pracy całe życie z wariatami, ciąg dalszy.
Boss cyrk robił, że ojapierdolę, ale to już temat na telenowelę jest.
I zaczął padać śnieg, płatki wielkie jak płatki śniadaniowe. I nie, zima w mieście nie ma żadnego uroku. Glajda, strumienie brudnej wody i bezradność. Fontanny spod kół przejeżdżających aut, przed którymi nie ma gdzie uskoczyć i inne takie tam...
A Inżynier leciał. W tenisówkach, a jakże. Bo to jego obuwie na zimę :)
Akcja z Bossem i jego artykułem podobna do pani premier. On błędów nie robi. A jednak...
Przebrnęłam w końcu przez tę glajdę do domu, ale woda mi w butach chlupała i z rozpaczą patrzyłam na słupek rtęci.
Doczołgałam się.
Okazało się, że miodowe wróciło, więc tadam, będzie niespodziewajka dla Inżyniera.
Wybrane stronki nadal nie działają, ale Inżynier nadchodzi, więc luz i hasta maniana.
Witam dziecko słowami: jakże się cieszę, że Cię widzę, kochanie. Ale kompik się spsuł,
Inżynier tylko kapotkę zdjął i już siadł do kompika, głodny, zmarnowany, no ale matka jest uzależniona.
Ostatnio wymieniał mi baterię od zegara, ale i tak kompik włącza się, jak chce.
Więc tu agrafka nie pomoże, tu potrzebne nici, bo się gołe świci fest a fest :)
Pora myśleć o nowym kompiku, sypie się powoli.
A ponieważ zegar ustawił mi się na 1 stycznia 2006 roku, czego ślepa gapa nie zauważyłam, certyfikowane strony typu Googla i banku nie działały, bo... nie widziały certyfikatu, Po wysłuchaniu mądrego wykładu jeszcze mądrzejszego Inżyniera wiem już, jak sobie radzić :P
Dwie minuty pracy mądrego dziecka i kompik nówka nieśmigana.
I jak to się plecie, że padło akurat w dniu, kiedy dziecię me przylatywało. Anioł Stróż, ani chybi, mój Kochany Pamiętniczku :)
Jajeczniczkę z ekojajeczek dostał i nie mógł z podziwu wyjść i zachwytu, że taka ojapierdolę.
A potem pogawędziliśmy i miód na moje serce był, ale to long story :D
Rano zwlekliśmy zwłoki, on pojechał latać za swoimi sprawami, a ja do pracki.
I tadam, znów udało mi się zrobić brawo TY, jak rzekła Imbirella, choć zagryzałam zęby grając w Angry Birds i czekając na pracę. Wyszłam o 16.45, zamykając kolejny numer na amen i na kluczyk, więc tak, brawo ja.
Jako że jeszcze było jasno, przemaszerowałam lewa prawa siną dalą i wylądowałam u rzeźnika.
A tam

 przesympatyczna nowa pani poradziła mi zamiast górnej zrazowej ligawę. A że mam na stanie Inżyniera, tom jeszcze a to szyneczkę, a to kabanoski, a to metkę. A pani: ta. nie tamta, a samo tłuczenie czterech ligaw też trwało. .. Za mną stało dwóch facetów. A budka, bo to budka jest, nie żaden sklep, mała, ciasna. przeszkolna. Ten za mną, co mi w kark dyszał wyskoczył nagle za drzwi, trzasnął nimi tak, że się wygięły, dobrze, że szkło nie poszło i wrzeszcząc coś o starych kurwach poszedł w mrok, bo już się ciemno robiło. Drugi gość wzruszył ramionami, a ekspedientce powieka nie drgnęła. Powiedziałam, że gdybym wiedziała, że moje zakupy go tak rozjuszą, puściłabym go przodem. A pani, że mam prawo i pół godziny kupować. A ja, głupia cipa czułam się winna! Wtem drzwi znów się otworzyły, gość sypnął po raz kolejny kurwami, trzasnął nimi i poszedł. Na moje nieśmiałe, że może zadzwonić na policję pani spokojnie wskazała kamerkę, której jako żyję tam nie widziałam i skasowała mnie.
Wyszłam ze sklepu z dusza na ramieniu, bałam się, że gdzieś w jakiejś uliczce ten wariat mnie dorwie, ale na szczęście dotarłam do domu cała.
Dziecko wróciło nadspodziewanie szybko.
Najadło się po pępuszek, wzdychając z przeżarcia i rozkoszy.
Wstawiłam zrazy,
Pogawędzilismy, a potem każdy wziął swoje zabawki.
Jak dobrze jest pomilczeć w towarzystwie.
Załatwili formalności w urzędzie gminy, mają fajną panią, co cieszy.
Obrączki też załatwione i choć Dziewczyna Inżyniera upierała się, że za brylanciki w swojej obrączce sama zapłaci, Inżynier ustawił ją do pionu i zapłacę ja. W sumie to drobiazg, bo dzięki targom załapali się na 15% zniżki, a i z mojego złota dużo ocalało. Mam taką cichą nadzieję, że będą Jej o mnie przypominały, kiedy mnie już zabraknie :P
I za pierwszym podejściem Inżynier zamówił strój ślubny, właśnie tam, gdzie ja mu wymychałam :D
Ma się tego nosa, co nie.
A będzie miał taki :)

Nieco inna koszula, ale reszta mrau :)
I to już niedługo, Kochany Pamiętniczku...
Wdzięczna jestem losowi, że doczekałam tych chwil.
Bardzo wdzięczna.
A Włóczęgi doleciały całe i zdrowe.
Rolady też wyszły, aczkolwiek mają nieco inny smak, bo nie miałam musztardy z gorczycą, tylko musztardę lekko chrzanową :)
A teraz przede mną dwa tygodnie wolnego.
Mam akredytację na Gardenię jako dziennikarz, w perspektywie rajd, a może i dwa z Inżynierem.
Życie bywa piękne.
Jest piękne.
I jutro mogę spać jak długo zechcę...

wtorek, 16 lutego 2016

Pierś

wątłą wysuwam do orderów.
Należą mi się jak psu zupa.
Bo ojapierdolę, dopiero dziś koło 13, a przyszłam do pracy na 8 zamiast na 9 zorientowalam się, że coś jest nie tak...
Nie tak, bo kurde, zamiast mi emilków ubywać, to ich przybywało, a i stosik wydruczków niepokojąco wzrastał, zamiast maleć.
Pomyślałam zrozpaczona, Kochany Pamiętniczku, że pora już umierać, bo jak to, ja się drugi dzień z rzędu z pracką nie wyrabiam??
Ja??
Abstrahując od tego, że w międzyczasie mizerne objętościowo warzywka ogarnęłam, podkopując, obredlając i podlewając?
Stara Jędza się skończyła jako korektorka, westchnęłam i poszłam do kibelka.
W międzyczasie zaś rankiem dostałam na biurko


i tak się zapchałam, dodając do tego śniadanie, że obiad został w lodówce na jutro, zatem nie muszę już nic dźwigać.
Ha!
Ale jestem tego warta.
Wróciwszy z kibelka wlazłam na serwer i OJAPIERDOLĘ.
Olśniło mnie.
Jako że nie chodzę na zebrania, bo mam je tam, gdzie słońce nie zagląda, nie wpadłam jeszcze na to, że robimy... podwójny prawie numer.
Bo ja się nie pierniczę, pracuję, jak babcia uczyła - co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro.
I tym pięknym sposobem, zamiast tradycyjnie w dwa dni ogarnąć 300 strom,  ogarniałam  520, nie licząc warzywek. Nic dziwnego, że mury rosły, a nie padały...
Zadowolona zatańczyłam hopaka z przytupem, półobrotem, kankanem i przygięciem do ziemi.
Bo jestem wielka, tralalalalalala i nic złego się nie dzieje.
Nic, poza tym, że dowalono mi roboty zgodnie z cyrografem, który podpisałam.
A że Boss jak żmija, nawet się nie zająknę o premii.
Bom szczęśliwa, że mam pracę.
To nie UK, gdzie doceniają Twoją pracę i starania, wiedzę i inne takie tam.
Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, wyłapuję kwiatki typu nawozów w latach 70. XIX wieku, chwila, jakie nawozy w XIX wieku oprócz obornika?? Z wkurzającego mnie, aczkolwiek i uczącego forum na FB, zawodowego, dowiedziałam się, że faktycznie jestem sprzątaczką od przecinków i ortografów, a od merytoryki wara mi, bom głupia korektorka...
No nic, co mam szkodzić koledze?
Nie poszło. I parę innych fijołków.
Siedemnasta.
Dzwonek okrętowy wzywa redakcję, bo Stara Jędza chce iść do domu, bo ogarnęła tę kuwetę, a jutro - błysk, fanfary i czerwony dywan, ląduje Inżynier.
Okazuje się, że nic z tego, bo nie ma krowich aktualności, a muszą być dziś zamknięte.
Będą.
Za pięć minut gotowe. Pięć minut, plus jedna fajka.
Dostaję gotowe o 18.32.
I mówię twardo, dwa w jednym. Jedna korekta i pocałujcie w dupę misia...
Korekcę, emilkuję, kubek do zmywarki, siusiu i...
Pani A., wydruczek...
Oj, nie trzeba.
Ale jednak wydruczek, bo lubię mieć czerwono na białym, że jestem mądra i niezastąpiona. I tak już bal dla Inżyniera poszedł się... Więc wydruczek.
OK, skoro nalegam.
Wydruczek ląduje na moim biurku.
Czytam.
Zero błędów, nawet przecinki spoczywają na swoich miejscach.
Ale coś mi nie daje spokoju.
Tytuły są OK.
Podpisy pod fotki też.
Więc co do jasnej??
TADAM.
Czytało 5 redaktorów, plus Boss.
A jakże.
Notatka na 5 wierszy. Że pani premier powołała nowego GIW.
No co rusz powołują teraz nowych.
Nie ma ortografów, literówek, przecinków, ale nie mogę tych dwóch stron oddać.
I nagle - BOMBA.
Premier Ewa Kopacz,
Po 11 godzinach pracy i wielu redaktorach to ja zauważyłam, że się nam premier nie zgadza.
Będę dziś spokojnie spała, chociaż Inżynier jutro będzie musiał zadowolić się jajecznicą, bo cboć u rzeźnika mieli zrazową górną jak marzenie, nie klepali jej już, a i ja nie miałam ochoty na sterczenie przy garach do nocy.
Tak to jest, Kochany Pamiętniczku, jak się starą matkę zostawia, to się jedzonka nie dostaje.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Z pozdrowieniami dla lecących na Kubę, co nie będą ze mną mieli kontaktu.
Tylu lądowań, ilu startów.
I Kuba wyspa jak wulkan gorąca, ale nie macie Internetu :D
Bawcie się jednak dobrze i pozdrówcie ode mnie okolice, w które nigdy nie zawitam :)



poniedziałek, 15 lutego 2016

Soft porno

miało być, ale w praniu okazało się, że wyszło very very hard porno.
Takie porno, że ojapierdolę.
W jedenastej godzinie czytania non stop z przerwą na WC, zaparzenie trzech herbat, bo nawet śniadanie i odgrzany obiad skonsumowałam pracując, spostrzegłam, że zostałam tylko ja i sprzątaczki. Więc rzuciłam tę robotę i poszłam w siną dal, lewa, prawa, w siną dal. Państwo pojechali samochodami, a ja musiałam dowlec się do przystanku i trzy razy przesiąść, a potem znów na pieszo, bo raz, że siąpiło niemile, a dwa, jak wiadomo, cnota cnotą, ale kart i telefonu żal. A że Inżynier ma wpaść, tom tachała toboły z żywnością eko. Bo kocham Huncwota i nakarmić chcę. Gdzie on tam w tych zagranicach tak poje, jak tu??
Niech wie, co stracił, rzucając starą, biedną, nieszczęśliwą matkę na pastwę okrutnego losu...
Wróć, weź niepierdol.
Zła jesteś, że przyleci i będzie się wałęsał, no ale - usprawiedliwiony.
Ponoć będą zaproszenia rozwozić tradycyjnie po rodzinie, nie licząc wizyty w urzędzie gminy, orkiestry, tych od zdjątek, degustacji i innych cudów wianków. Błogo mi, że już nigdy za mąż nie wyjdę.
Ojapierdolę.
Mam nadzieję, że ja moje zaproszenie dostanę z łapy do papy, bo jakoś tak wyszło, że...
No nic.
Zajęta będę tym moim porno, mam nadzieję, że w tym miesiącu z very very hard wylądujemy na sofcie.
Czasami mam ochotę na zrobienie awantury stulecia, ale po co?
Nie zmienię tego, co jest, a pensja za kilka dni wypruwania sobie rękawów i lasowania mózgu nie jest zła.
Tylko czasem przesadzają, jak nierasowi ogrodnicy, ale jest na to sposób.
Udaję, że nie kumam czaczy, i nieskorekcony tekst, który dostałam na wydruku bez formy elektronicznej przedtem, korekcę na wydruku. A niech się pomęczą, nanosząc. Na drugi raz wezmą się wcześniej do roboty :P
Nie wiem, kto rekrutuje ludzi, tzn. wiem. Boss. Ale... Absolwentka polonistyki, sadząca co rusz ortografy, wybaczcie, mnie to przerasta.
I Word, i nasz program do łamania podkreśla błędy. Nie wszystkie, oczywiście.
Ale ortografy w 99%.
 I jeżeli polonistka nie widzi rzadnej (!) różnicy, to ojapierdolę.
Czasami tak myślę, jaką to będę miała radochę, siedząc na chmurce i patrząc, jak moja następczyni nie daje rady. Nie daje, bo nie dawała poprzedniczka :D No chyba że będą mieli szczęście i dostaną jeszcze większą perłę, jak ja.
Przeszklono ludzi...
Widzi ktoś coś?

Aby do czwartku, w międzyczasie coś na środę dla Inżyniera, pewno skończy się na żeberkach, bo nie ma opcji zrazów (nie widziałam dziś wołowiny, a i o tak późnej porze rozklepywacz w sklepie już nieczynny). Ale moje dziecko nie świnia, zje, co podam, buzię otrze, odsapnie i powie: ale się najadłem. Nie ma jak w domu :D 

sobota, 13 lutego 2016

Ogarnęłam

tę kuwetę.
Piwo odkryłam

 i myślałam, że zasmakuje jak "grodzisz" z sokiem, pity w klubokawiarni, ukradkiem, chyłkiem, z papierosem chowanym pod stołem, żeby można go było zadeptać od razu, gdy w drzwiach klubokawiarni znienacka stawał rodzic...
Nic z tych rzeczy. Żadnego dreszczyku, bo jak chcę, to zapalę i nikt mi nie zabroni, bo i jak? Ale po co truć się  śmierdzącym dymem za grubą kasę z własnej woli?? Nawalić się też mogę w trzy dupy i nikogo to nie obejdzie.
To się nazywa chyba dorosłość.
Albo jakoś tak.
I już nie jest modne, chociaż niektórych wciąż kręci.
Ale ab ovo.
Myślałam, że będzie jak dawniej, ale nie jest.
Są dwa światy i nas jest dwoje, do swych miejsc przypiętych jak rzepy...
Tak, ja mam więcej spokoju i kontrolę nad swoim życiem.
Ano.
Więc wciąż alone.
Zdziwko? Pourquoi? Wszak to jest mottem tego bloga.
Najgorsze są noce, gdy budzę się, słysząc łomotanie do drzwi.
Łomotanie tak realne, że siłą powstrzymuję się od wylezienia spod ciepłej kordełki i sprawdzenia, czy faktycznie ktoś łomoce do drzwi.
Nawet modlić się już nie potrafię...


Update 

Dzisiaj jmój Ojciec skończyłby 86 lat. Maładiec.
Urodził się w Czarnym Sadzie...



piątek, 12 lutego 2016

Źle

się dzieje w państwie duńskim.
Na tyle dobrze wiem, że nie tylko ja się tak czuję.
Ale nieciekawie i niemiło, i dlatego z rozkoszą zapieprzam do domu, do mojego azylu.
A szkoda, bo myślałam, że zawsze będzie OK.
I tak, Zmorka ma rację, mężczyźni są przereklamowani.
Z paroma wyjątkami, które znam osobiście, naprawdę są przereklamowani.

Taki drobiazg. Mamy listę obecności na tablicy, na drugim końcu długaśnego korytarza od mojego pokoju. Nigdy nie byłam na liście, a pracuję tam już kilka lat i nagle... jestem. W sumie odzwyczaiłam się od tego, że podpisuję listę, bo moja praca polega na wykonaniu mojej pracy, nie na siedzeniu od do, bo i tak często siedzę po godzinach, w nadgodzinach, jak trzeba to i w niedzielę o północy zrobię, o co mnie poproszą. Więc podpisuję tę listę, jak już zbłądzę w okolice, czyli różnie. Bo jak wchodzę do pracy, to odpalam kompa i jak jest robota, to nawet herbaty sobie nie robię, tylko najpierw praca. Wczoraj lało, więc pojechałam autobusem, ale i tak zmokłam jak kura. Więc sruu do pokoju i strip-tease i takie tam, z parasola się leje, a na korytarzu jakiś debil kazał jasną wykładzinę dywanową położyć, więc kurcgalopkiem,  i siad płaski, jest robota. A w pracy zwyczajowo byłam 8.30. O 9 (czyli o godzinie, kiedy pracę powinnam zaczynać) miałam już wszystko na bieżąco zrobione, zatem kibelek, kuchnia, wstawiam wodę i idę do listy. I co ja paczę?? Na liście fajka od Bossa, że niby nie byłam w pracy o 9, bo listy nie podpisałam. Nie pofatygował się sprawdzić na drugi koniec korytarza, bo lista wisi koło jego nory, tylko fajeczkę machnął. Kij mu w oko, bo w dupę miałby przyjemność. Podpisałam listę, fajeczki pod moim zygzakiem nie widać, a niech się, kurwa, przyczepi, to mam emilki wysłane przed 9! Same się nie wysłały, co nie?
I takie drobne rzeczy (nie tylko pod moim adresem) psują wszystko. Bo to nie taśma, nie akord, ludzie pracują naprawdę pozaramowo, ale gdzie tam, żadnej marchewki, tylko bat ekonoma.
Źle się zatem dzieje w królestwie...

Ale olać to.

Rankiem znalazłam w łazience, siedząc na tronie, pradziadków. Mam ich też w albumie (już wiem, że ich mam, odkąd ich odkryłam), ale najpierw muszę się dokopać do albumu.
Zakręcone to jak świński ogonek. Bo kuzyn, ten, z którym spotkałam się w Paryżu, po 50 latach niewidzenia, przysłał mi kiedyś pamiętnik, który napisała jego Mama. A że Mama napisała go po polsku, to on przetłumaczył to na francuski, bo jego i jego rodzeństwa dzieci już nie mówiły po polsku. Wydał go własnym sumptem, no i ja się załapałam. Mój francuski kulawy jest, jak cholera, ale oj tam, oj tam, bez słownika rozumiem 90%. Ale tylko jak czytam, no i nie sformułuję poprawnie zdania po francusku, chociaż jak czytam, to na polski przetłumaczę. Tak to działa. I że do świątyni dumania mnie rano pognało szybciorem, chwyciłam, co na drodze leżało i to właśnie był  ten pamiętnik :) No i co ja paczę? Zdjęcie, które znam z albumu mojej Mamy, a nie wiedziałam, kto na nim jest. A to byli rodzice Mamy tego kuzyna, a że moja Babcia i jego Mama były siostrami, tadam: znalazłam pradziadków Borowskich. Czyli moje dzieci mają już rozszyfrowanych prapradziadków, a moje wnuki praprapradziadków.
Prawda, że życie jest zaskakujące niekiedy, jak zepsuty motocykl?

Jutro ogarnę wszystko szybciorem, bo kuwetę trzeba przygotować na wlot Inżyniera w tygodniu, a że u mnie będzie się do czwartku grzmiało i błyskało, musi być wszystko zamiecione, bo inaczej dziecko zginie i umrze z głodu.
A tego bym nie chciała.
I to tyle na razie, Kochany Pamiętniczku, ciąg dalszy niebawem nastąpi.
A w powietrzu już pachnie wiosną, z lekka, znienacka i ukradkiem :) 


wtorek, 9 lutego 2016

Codziennie

rano mijamy się mniej więcej w tym samym miejscu. Ja ze słuchawkami w uszach zapieprzam do pracy, on, utykając, powoli pcha swój wózeczek.
Spotykamy się również wtedy, gdy nie pracuję. Ja ze swoim wózeczkiem zapieprzam na Manhattan, do Lidla czy do innej Biedronki po zakupy, on dalej pracuje.
Bardzo pracowity człowiek, jak na bezrobotnego i bezdomnego.
Czasem spotykamy się w którymś z osiedlowych sklepów, ale wtedy staram się być w innym kącie, choć czasami, tak jak i on, mam w swoim koszyku ten sam napój bogów - piwo.
Nie trawię zapachu. Jego zapachu.
Wczoraj wracałam z pracy dość późno i kogo spotykam na osiedlu? Jego. A rano mijaliśmy się za torami, więc niezłą rundkę musiał przez cały dzień zrobić.
Szedł, pchając swój dziecinny wózek, z uśmiechem na twarzy. A na wózku, nawet nie chybocąc się zanadto leżała... wielka żeliwna wanna. Taka, jaką mam w swojej łazience, i która wiernie mi służy odkąd się tu wprowadziłam.
Pewnie dostał za nią w skupie niezłą kasę.
I nikt mi nie powie, że bezdomny nie pracuje równie cieżko, jak my.
Czasami nawet ciężej, bo ile musi się nalatać, nawąchać smrodu i innych takich tam, żeby zarobić na chleb i chleb w płynie...
Nie co dzień udaje się upolować wannę...

On na piwo i chleb.
A ja?
Szczęściara ze mnie.
Wracając z pracy wpadłam do do rzeźnika, a tam... zrazowa górna.


Poprosiłam trzy plastry, bo jak to, jedną roladę robić? Ubili mi pięknie, tłukac w domu tłuczkiem, żeby osiągnąć taki efekt, musiałabym spaść do sąsiada ;) Talerz jest obiadowy, nie deserowy. Ledwo się te rolady zmieściły do brytfanny, ale tak jak nie lubię wołowiny, tak ostatnio za mną chodzi i mnie męczy. I wyszło mi danie ojapierdolę. Babcine rolady (od Pszepani) się do moich nawet nie umywały, choć złe nie były. Ale moje to poezja smaku, i dusiły się li i jedynie w sosie własnym, nie dolałam ani grama wody... Smakowały na 99% jak te, co Mama robiła. No ale Mama była MISZCZEM :) A ja jestem samoukiem :)

Tak, niesprawiedliwe jest życie. Wydałam na te rolady ponad 40 zł, bo jeszcze boczku na nadzienie dokupiłam. Nie, nie odczułam tego w finansach. I wątpię, czy nawet gdybym za wannę dostała tyle, że starczyłoby na taki wyskok, kupiłabym to mięso. Jak różne są życiowe priorytety...
Koleżanka pisała, że w Intermarche zrazowa jest po ponad 80 zł za kilo. To musi być wypasiona, ale ta, po 42 jest dobra, to po co przepłacać?
Na wołowinie znam się o tyle, o ile się naumiałam w pracy na stare lata. Nie lubię wołowiny, bo lata całe sprzedawano u nas mięso ze starych krów mlecznych, a to o kant dupy potłuc i zęby na tym połamać :D

I tak sobie myślę, że nie mam już siły na pchanie wózka...
Ciągnąć, to jeszcze...
No i zabrzmiało, jak zabrzmiało.
Co ja za to mogę, Kochany Pamiętniczku, że życie porypane jest?

sobota, 6 lutego 2016

Zaszalałam

i poleżałam do 12 (wstyd), dopiero wiadomość od Inżyniera, że chce pogadać, wywaliła mnie z łóżka. No i coś mi się zaczyna we mnie nie podobać, bo zmieniają mi się przyzwyczajenia.
Ale mniejsza z większym, ile można sprzątać posprzątane?
Pogawędziwszy, oczywiście na tapecie był cały czas skaner, wzięłam się do roboty.
I ojapierdolę, to dopiero jeden karton po butach, nie skanowałam wszystkiego, wybrałam to, co moim zdaniem najfajniejsze.
Bo jeszcze muszę poczekać na Inżyniera, w sensie, gdzie mam to pchać, bo nowego dysku terabajtowego kupowała nie będę. Jak znam życie, zapcham go tymi fotkami w trymiga. I wkurza mnie Picasa, a nie wiem co z innym programem, bo chcę fotki opisywać, nie w nazwie, ale na zdjęciu. Mam taki program, ale na netbooku, a to za wolne jak na moje potrzeby.
Więc pozostaje czekać.
Dla gotujących zatem nowe przepisy :)


A ja sobie powspominam :)

Jak byłam młoda, piękna i paląca. Tu Botanik, 16 maja 1976 r. Jedyne zdjęcie z datą.


Mój brat z Pierworodnym, 1981 r.

Już na nowym mieszkaniu. Inżynier na traktorze, który z Niemiec przywiozłam. Ma tu może 2-3 lata? :) Inżynier, nie traktor.


Moje królestwo i ja, standardowo, czytająca. Obecnie widok niespotykany :) A firanka i obrus w kratkę latami wisiały. Zresztą obrusy mam do dziś. Pierworodny mówił, że mam nie zmieniać firanek, bo jak wraca ze szkoły, od razu wie, gdzie mieszka, bo nikt takich nie ma. Spłowiały w końcu okrutnie i zniknęły dopiero po remoncie. Czyli jakieś 28 lat przeżyły. Nie lubię zmian.


Taka klisza, że wyglądam jakbym miała czarne włosy. Ale nie, nie miałam :) Koc też mam do dziś. A co, służy dobrze, grzeje jak dawniej. Tyle że już w tej pozycji nie czytam od dawna...

Gwiazdka 1987 r. Udało mi się ściąć włosy, bo Ex lubił dziewczyny z długimi. Pewno dlatego wyszło jak wyszło ;)


Pierworodny fotkę nam cyknął :)

U teściowej na starym mieszkaniu jeszcze. Jak rasowa Dorotka miałam czerwone buciki, ale obcasy coś nie działały jak należy ;) I czapeczkę nosiłam, ojapierdolę...



Na kultowych lodach w Puszczykowie. Nie byłam tam już od lat kilkunastu...


Karmienie Inżyniera, nie na siłę. Nigdy nie karmiłam na siłę, ale tym razem chciał być karmiony, no to był :)

Od razu widać, że to lata 80. Z Bratem i chłopcami w nieistniejącym już Kopciuszku. Jakież tam były dobre ciasta. I każdej niedzieli po mszy zakręcona kolejka...



Dębina, roku nie pamiętam. Ale też lata 80. jeszcze. I spódniczka własnoręcznie uszyta z Burdy, tylko żakiet z paczki :)


A to moje dzieci z kolegami. Łza się w oku kręci...
Idę płakać, Kochany Pamiętniczku.

piątek, 5 lutego 2016

Wsiąknęłam

na amen. Wciąga, jak chodzenie po bagnach.
Kupiłam skaner, nie wiem dlaczego był 60 zł tańszy, ale reklamowała nie będę. Nie podłączyłam, później okazało się, że zrobiłam wszystko OK, ale nie posłuchałam Żaby i instrukcji do końca i zrezygnowawszy z rozdzielacza, podłączyłam jednak do kabla, nie do bezpośredniego portu.
W środę wleciał po mnie Kierownik Budowy, bo Kradziejka zaprosiła mnie na obiad, który ugotowała jej mama. Obiad był przepyszny, ma dziewczyna talent i kompleksy niepotrzebne, bo gotuje świetnie. A Kierownik Budowy podłączył mi skaner, opierdalając, że po co kupowałam, skoro on ma (Baran też marudził, że po co, skoro mam aplikację w ajfoniku, oj tam, oj tam, on też ma filmy na YouTube, a jeździ na wycieczki, zamiast filmy pooglądać :P I przy okazji ustawił mi godzinę w higrometrze, rechocąc, że wszystkie baby tak mają, że nie umieją. No jakiś pożytek z facetów musimy mieć.
Odezwali się od oblatów, miał rację Inżynier, żeby wziąć na wstrzymanie. Dostałam nieco nowych wieści, żyje jeszcze współtowarzysz wujka z obozu, może coś z tego wyjdzie. Posłałam im skany listów i tłumaczenia, bardzo się ucieszył brat piszący ze mną, bo czegoś takiego w swoich zbiorach nie mieli dotąd.
A ja ugrzęzłam.
Siedzę, oglądam, myślę, skanuję.
Mam czas do śmierci zajęty, to jedno jest pewne.
I...
Dobrze się bawię, a o to ostatnio było trudno.
I tak, oto moi przodkowie po kądzieli (po mieczu kiedyś też może dojdę).

Cała familia w komplecie. Stoją od prawej: moja Mama, siedzi ciocia Kazia i stoi wujek Mietek. Z tyłu ich przyrodni brat, Marian (z pierwszej żony Dziadka, nie, nie żadnych skandali, żona po prostu zmarła). Babcia moja zmarła zaś mając niecałe 34 lata, zatem tu ma 33-34, bo ciocia urodziła się w 1927 roku, a zdjęcie jest robione w 1929 roku.
A tu już dziadkowie solo

Patrząc na fotkę, uświadamiam sobie, że liczę sobie wiosen dwa razy prawie tyle co Babcia miała, a za Chiny Ludowe bym w takiej kiecce nie latała. I serio, wyglądam może staro, ale nie jestem ani trochę tak poważna, jak ona :D
Dostojeństwo aż tryska.
Po wrzuceniu tej fotki na fejsa odezwał się do mnie chłopak, który w Auschwitz ze mną pracował, pisząc, że jego pradziadkowie mają fotkę z tego samego zakładu w Krotoszynie. I dał mi linka do świadectwa urodzenia mojego Dziadka, dzięki czemu dowiedziałam się, że miał braci, z których nekrolog jednego posiadam. I akt Dziadka jest dostępny online, więc będę dalej szukała. Dzięki temu znam już dane moich pradziadków. I zapisałam się do BASIA :) Przede mną fascynujący świat moich przodków, a że mam gdzieś w domu dwa drzewa genealogiczne - od strony Mamy i skrótowe od Ojca. chyba powinnam iśc na emeryturę;) No ale jeszcze muszę je znaleźć, a papierów mam tony i zasada tego domu jest taka: nigdy nie znajdujemy tego, czego szukamy aktualnie :)
I perełeczki, ale niedużo, bo to moje i nikogo nie interesuje, ot tak, dla ciekawości :)


takie dowody osobiste były. Z cygarkiem. A teraz po uszach - jak napisała znajoma - ludzi rozpoznają :)


I zwolnienie Dziadka z wojska.

I może ktoś wie, co to jest szpaja?


Idę w świat, bez plecaczka.
Sayonara :)


Aaaa. I sama, na własne życzenie rozpierdoliłam sobie mordę. Nigdy nie używałam żadnych kremów, oprócz Nivea, jak już mi skóra tak wyschła, że płatami odpadała. Ale w ramach tej niespodziewajki, co nie mogła dojść, dostałam krem cud wianek. No i tynkuję tę papę, tynkuję i ojapierdolę... Krosty mi powyłaziły, a nos spuchnął. Nie wiedziałam, co jest, myślę: alkohol? Ale przecież nie piję teraz... I olśnienie: krem. Nigdy nie miałam żadnych problemów z kosmetykami. No nic, powoli się poprawia, mam nadzieję, że do maja będę znów wyglądała jak człowiek. Bo inaczej każą mi makijaż zrobić :D

poniedziałek, 1 lutego 2016

To cud

że jeszcze żyję, ale nie chwalmy dnia przed zachodem Słońca (choć to akurat już zaszło) :)

Posypiam długo, nad ranem mam takie sny, że budzić mi się nie chcę, więc śnię. Że znów mam szopę włosów, że fryzjer zrobił mi taką fryzurę, o jakiej całe życie marzyłam, a której nigdy nie mogłam mieć, nie gwałciwszy włosów. Cóż, z mojej łysiny, na dokładkę zakręcanej, pazia się nie dało zrobić. Trudno.
Pospałam. Paź był piękny, jak marzenie.
Kąpiel wzięłam, śniadanko zjadłam i stwierdziwszy, że słońce pięknie świeci, a ja chleba nie mam, polazłam na Manhattan. Kaskę wypłaciłam, tym razem przezornie z bankomatu z tradycyjnymi przyciskami, chlebek kupiłam i znalazłam portfel, bo stary się drze i pada. Zadowolona pokulałam się do Lidla, bo ziemniaki mi się też skończyły, a akurat w Lidlu mają ostatnio ziemniaki mączyste, takie jak lubię, a których na Manhattanie nie uświadczysz, bo choć sprzedawcy zaklinają się na wszystkie świętości, że to mączyste są, to albo woda, albo czarne w środku. W Lidlu pierwiosnki wypatrzyłam i tete-a-tete, no i jak tu nie ulec pokusie, skoro pieścichłopy właśnie rankiem padły?
Dokulałam się do kasy, płacę, idę, i coś mi nie gra.
I ojapierdolę, nie wiem, jak mi się udało ukraść badyle. Zgon, serce mi trzepocze. Tak jakoś przycupnęły mi w kącie wózka, ani kasjerka, ani ja nie zauważyłam, że są tam. Sprawdzam paragon: faktycznie, nie płaciłam za badyle. Wracam do kasy, oczami duszy widząc, jak mnie pakują w kajdanki i wrzeszczą gleba, ale panienka w kasie była chyba jeszcze bardziej przerażona jak ja. Przeprosiłam, myślałam, że chociaż dziękuję usłyszę, ale nie. No cóż, bywa. Ale nie muszę pluć w lusterko, patrząc za każdym razem na ten mord, jak zęby będę myła :)
Idę i co ja paczę? Jakiś czas temu reklamowałam w Straży Miejskiej, że klienci biurowców rozjeżdżają trawnik, zamiast parkować na pobliskim parkingu. A dziś:

nawet porządnych słupków nie wbili, tylko drewniane pieńki i jest git majonez. Za to kierowcy, żeby podjechać jak najbliżej drzwi parkują w bajorku i błocie, bo tam jest syf i malaria, zamiast jechać na utrwardzony parking, z którego do biurowców rzut beretem. A kij im w oko, bo w dupę by mieli przyjemność jeszcze. Tylko czekać, aż do Straży Miejskiej napiszą kierowcy autobusów z pobliskiej pętli, którym ci parkingowicze ruch blokują. Kij im, jak mówiłam. Głupota i lenistwo nie znają granic.
W domu zawał po raz drugi. Nie mam portfela. Starego, of couse, bo nowy jest na wierzchu. A powinien być na spodzie, a stary na wierzchu. Ale zanim zeszłam, dokopałam się do dna wózka i jest. Uff...
Ogarnęłam zakupy, poszłam wynieść śmieci (nienawidzę wynoszenia śmieci i zawsze zastanawiam sie, po co ja dzieci rodziłam, skoro sama muszę śmieci wynosić? Przecież po to je rodziłam, żeby wynosiły!!) póki byłam jeszcze ubrana wyjściowo, wracam i zabieram się za przepakowywanie portfeli.
Zawał.
Nie mam karty.
Oczami duszy widzę szczęśliwca, latającego z moją kartą (mam zbliżeniową) po sklepach i ogołacającego moje nędzne konto. Myśli błyskawice, jak zastrzec, bo nie zadzwonię, a zanim dojadę do banku to ojapierdolę. Lecieć do Lidla, bo tam na pewno zgubiłam w tych nerwach o niezapłacenie badyli. Trzepię portfele, kipisz lepszy jak w pierdlu, a karty nie ma.
I pluję sobie w brodę, że pić trzeba, bo po pijaku nigdy takich przygód nie mam, a na trzeźwo, to ojapierdolę.
I ostatnia myśl: wózek.
Lecę na balkon.
Jest.
Jest moja pieprzona karta. Stary portfel już się naprawdę wysłużył, skoro ona wpadła i animrumrała. A że na dnie były stare paragony, bo co paragon, to sruu do wózka, ze starego wózka wywaliłam chyba z kilo paragonów, nazbierało się przez te 5 lat, więc i tu parę na dnie się telepie, choć wózek chyba z pół roku ma.
Łeb mnie dziś boli, ale też wrażeń było aż nadto.
Im bardziej się starzeję, tym bardziej panikuję, wciąż mam wrażenie, że coś zgubię albo zapomnę.
Starość się Panu Bogu stanowczo nie udała.
Wkurw potęguje fakt, że nie dostałam żadnej odpowiedzi na emilka. Może trzeba poczekać? Ale jak dla mnie to jest lekceważenie. Mają podane konta do wpłat, dla kandydatów na kleryków i jak to? Nikt nie śledzi na bieżąco emilków? Do Kościoła mam stosunek, jaki mam, wiem jedno: jak kasa, to na szybko. Może i moja sprawa nie jest niecierpiąca zwłoki, ale miło byłoby dostać emilka: przekazaliśmy pani sprawę osobom kompetentnym bądź: nie interesuje nas to absolutnie. A tak? Kij im w oko. Pisałam do prowincji, bo myślałam, że to są ludzie kompetentni. Jak nie, napiszę jeszcze tam, gdzie Kierownik Budowy brał ślub, bo to też oblaci.
A jak nie, pocałujta wójta w rzyć.
Wujek będzie żył w mojej i moich dzieci pamięci, i tu, na stronach mojego bloga. Fanfar i oklasków nie potrzebuje.
Mi też nie chodzi o poklask, ale o to, by ludzie pamiętali, że ze wszystkim nieszczęść świata najgorsza jest wojna. I fanatyzm.
Amen.
Kochany Pamiętniczku, popatrzę na badylki i nie będę się więcej denerwowała.
Bo odchodzą ludzie, którzy coś znaczyli dla mnie, dla mojego pokolenia.
Dziś odszedł Michał Jagiełło. Cztery lata temu odeszła Wisława Szymborska.
I choć wiem, że "myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny" zastanawiam się, czy nie za późno zabrałam się za wszystko?
Takie to dziwne dni mam...
Baran pojechał wczoraj  z Postmanem do Inżyniera, wreszcie, rok się ponad wybierali. I... Baranowi spodobał się Edek :) Nie Arya, bo jak sam stwierdził, to typowa dama i złośliwa kocica, ale Edek go rozczulił :D Barana, który uznaje tylko kundle i rybki. Życie płata figle, co nie?
A to moje


... zwierzątka :D
Oj tam, oj tam, też stworzenie boże :P

niedziela, 31 stycznia 2016

Piździ

to i w domu siedzę.
Wczoraj markowałam do 2 w nocy, bo grałam, no kto bogatemu zabroni?
A dziś i tak wstałam wcześnie, bo jak w niedzielę śpię długo, to mnie głowa boli.
Z Inżynierem pogawędziłam, aczkolwiek krótko, bo nie za bardzo było o co ozór strzępić, a chłopak zalatany. Skaner wybrał i grosika dorzucił, żebym kupiła lepszy. Wszystkie artykuły, zgodnie z normą UE mają dwuletnią gwarancje, a skanery roczną. Ten, aczkolwiek droższy, ma dwuletnią, więc wychodząc z założenia, że będzie intensywnie używany, kazał kupić droższy. A że je dziecka słucham jak Wolnej Europy, tak i uczyniłam.
Kiedy będzie do odebrania w sklepie, nie wiem, ale mam nadzieję, że wkrótce.
Ziemiórki mam, latają jak głupie i topią mi się w herbacie. Już nawet nie wywalam. To pewnie z jakimś hiacyntem czy inną cebulką przywlokłam, ale przesadzanie tego i dezynfekcja ziemi nie ma sensu. Jak i przyszły, tak i pójdą :P
Napracowałam się zgłaszając losy na loterię paragonową, w tym miesiącu mało mam, ale co tam, daję Panu Bogu szansę.
Do oblatów napisałam, w sprawie wujka Mietka, zobaczę, czy odpowiedzą. Biedak nawet nie ma swojej fotki, a ja mam i fotki, i pamiątki. Inżynier mnie za to pochwalił.

http://www.swzygmunt.knc.pl/MARTYROLOGIUM/POLISHRELIGIOUS/vPOLISH/HTMs/POLISHRELIGIOUSmartyr0617.htm


 Na tablicy datę urodzenia ma źle wpisaną, ale też nawet nie wiedziałam, że ma taką tablicę, nikt się ani ze mną, ani z Ciocią nie konsultował. Nie sądzę, że Ciocia wiedziała, choć coś mi świta, że gdzieś jest jakiś numer Wieści Misyjnych ze wzmianką, ale to pewno się dowiedziała post factum.
Przez to przeglądanie tych papierzysk różne rzeczy mi się w głowie kocą, niekoniecznie wesołe, ale i nie przygnębiające, co to, to nie.
Po prostu myślę.
Jak rasowy myśliwy.
Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie.
Będą zdjęcia i przepisy, i inne cuda wianki, ale to potrwa.
Za niedługo wracam do pracy, więc i czasu będę miała mniej.

Życie, kochanie, trwa tyle, co taniec, fandango, bolero, bee bop...

sobota, 30 stycznia 2016

Sprzątanie

nie zając, nie ucieknie, a kurz niech leży i odpoczywa, co będę biedaka ścierą przepędzać. Wstawiłam sobie tylko obiad, nawet na Manhattan nie poleciałam i zanurzyłam się w przeszłości. Inżynier wprawdzie plumkał, że mi skaner kupi, ale na plumkaniu się skończyło i widzę, że będę sobie musiała sama sprawić taką zabawkę, bo ten, pożal się blog, skaner co mam do niczego się nie nadaje. Namęczyłam się, a pozapisywał mi w .pdf, co na bloga się nie nadaje.
Ale troszkę ogarnęłam i tadam, małpą nie będę, się podzielę.
Na pierwszy ogień życzenie Zmorki ;)
Będę dawkowała, a że pączki w czwartek będą obowiązkowe, to proszę :) 1f w przepisie to 1 funt.


A może ktoś się skusi na tort?

Kartka dla mojej Mamy



Tego zdjęcia nigdy nie widziałam, mam inne z tego dnia, ale tego nie znałam.

To Ciocia, mój brat i ja, u nas za stodołą.

A to mój Dziadek, Tata Mamy. Prawda, że elegancki z niego gość? Nie znałam, zmarł, jak miałam rok.

A to nie wiem kto, jakieś obce nazwisko z tyłu zdjęcia, no ale nie dziw, że za mundurem panny sznurem ;)

Świadectwo wujka Mietka z 1935 roku. Zdolny był z niego gość...
A to kilka jego listów z obozu. Mam je wszystkie przetłumaczone. Płaczę, czytając...

A to pisała moja Babcia, Mama Taty. Po śmierci mojej Mamy, gdy było wiadomo, że nie ma się nią kto zająć, a była coraz mniej sprawna, bo miała złamane biodro (i tak żyła z tym długo, zmarła mając ponad 90 lat), córka zabrała ją do siebie. Ojciec likwidował mieszkanie Babci, została mi taka kartka. Babcia pisała ją do ponadczterdziestoletniego faceta... Zawsze był dla Niej dzieckiem, najmłodszym, trzynastym... Chyba go najbardziej kochała ze wszystkich.

Ciocia, mój Brat i Pierworodny oraz Inżynier. Komunia Pierworodnego. A ja, aż łezka mi się zakręciła. Moja ukochana sukienka, black and white, na sztywnej halce. Wyrzuciłam ją w odruchu rozpaczy, jak już wiedziałam, że nigdy nie będę znów miała takiej talii :)


I nie tylko smutne akcenty są, zawsze jest jakiś kącik humoru :)

I tak, Kochany Pamiętniczku, pomęczę Inżyniera, żeby mi dobry skaner wybrał, za niedługo wlatuje, to mi podłączy :)
Będzie się działo :)
Ale taki był zamysł tego bloga - ocalić od zapomnienia chociaż małą cząstkę historii...

piątek, 29 stycznia 2016

Zagrzebałam się

znów.
Wysypały mi się stare zdjęcia.
I znalazłam kartkę wysłaną do mojej Mamy w 1942 roku, do Wronowa, wiem, że wtedy pracowała w majątku u Niemca i zawsze mówiła, że to był ludzki Niemiec, że uchronił ją przed wywózką do Niemiec, załatwiając zaświadczenie, że choruje na gruźlicę.
To w zdjęciach Cioci znalazłam.
I inne, piękne, stare, ale... nie wiem kto to, nie znam ludzi. Wiem, że większość to moja dalsza rodzina, ale to Ciocia miała z nimi kontakt, nie ja.
I kartka od chłopaków do Cioci, przepyszna :)
I inne takie tam.
I jak to wyrzucić, rzeczy już nikomu do niczego niepotrzebne, a jednak...
I zeszyt z przepisami, nie wiem, czy jeszcze przed- czy już powojenny. Cioci chyba, ma podobne pismo do Mamy, ale... z błędów wnioskuję, że Cioci. Tak, cholera ze mnie, wszędzie korekcę.
Przepisy przepyszne, wypróbuje, tyle, że piec nie będę, bo dla kogo?
I kartkę od Sikory do Pierworodnego znalazłam i inne zabawki.
Myślę, że powinnam zacząć to ogarniać i rozglądnąć się za muzeum, izbą pamięci, za kimś, kto to weźmie.
Bo szkoda tak do śmieci.


Tylko życie pędzi coraz prędzej...

czwartek, 28 stycznia 2016

Migusiem

przeleciało :)
Ani się obejrzałam, a już czwartek :D
Ale też owocnie przeleciało, nie na leniuchowaniu.
W poniedziałek stoczyłam bitwę z Niechciejem i udało mi się go wyeksmitować z mieszkania.
We wtorek pojechałam do AR, bo tradycyjnie zawiozłam zaświadczenie o zarobkach. Gdy wracałam, zaczęło się rozpogadzać i słoneczko ładnie świeciło, więc cały brud na szybach chichotał na mój widok i hołubce tańczył. Pomyślałam sobie: a niedoczekanie twoje i sruuu... Okienka pomyłam, szybciorem, wszystkie. 10 stopni było, więc nawet nie zmarzłam, a za to jak pięknie wygląda świat...
W środę miałam śrubkę w dupie, okrętową numer pięć, a ponieważ dowiedziałam się, że wężownica i scindapsus wilgoć wyciągają z mieszkania, ciekawa byłam, jak z tym jest u mnie. Bo kiedyś miałam scindapsusa podsufitowego w kuchni, teraz też mam, ale mniejszego, zmarniał przy remoncie. Wężownica za to rośnie jak las. Więc choć obiecałam sobie, że wezmę się za porządki w kuchni, zamiast tego wybrałam się do Castoramy, nie dojechałam, bo w AGD był budzik z higrometrem. Zanabyłam. Ale budzika, mimo postępowania wg instrukcji, tj. zegara i kalendarza ustawić nie umiem. (A szkoda, bo można go podświetlić, a nie mam nic w nocy, co bym widziała, która godzina i zawsze muszę macać telefon, a jak się ładuje, to problem, bo muszę w betów wyskakiwać. Ale tyle czasu zyłam bez zegara, pożyję jeszcze trochę. Nie ma problemu, jak mam wolne, bo śpię skolka ugodna, gorzej, jak do pracki trzeba.)  Nie bo nie, nie umiem. Tak jak nie umiem obsługiwać pilota :P Komputer, tablet, smartfon, dawać mi. Pilot i rzeczy na przyciski - dupa :) Poczekam, aż się jakaś ofiara u mnie pokaże i mi zegar nastawi. A na razie patrzę, jak mi się wilgotność zmienia. Jak mam zakręcony kaloryfer, to oscyluje w granicach 55% (prawidłowo jest 40-60%), jak włączę kaloryfer, spada do 45-43%. Czyli nie muszę się obawiać grzyba, co mnie niezmiernie cieszy. I bawi mnie patrzenie na to, jak się zmienia wilgotność. Jak dla mnie jest za sucho, budzę się rano "pozasychana". Jeszcze pranie muszę zrobić i zobaczyć jak to jest, jak suszę pranie. Ale na razie nie mam co prać :P
Dziś zaś odprawiłam rano listę gości Inżynierowi, odmieniając pracowicie nazwiska :) Taka mała zabawa.
A potem, kopnąwszy się mocno w tę tłustą dupę, schowałam zabawki i pogroziwszy sobie palcem, poszłam do kuchni sprzątać. Bo bajzel koncertowy już miałam w szafach, za każdym razem, jak otwierałam którąś, miałam wrażenie, że wszystko wyleci na mnie. A i wycug Kierownika swoje zrobił, bo mimo że się starali, to jednak nie wszystko wróciło na swoje miejsca i był sajgon. I tak pracowałam 4 (!) godziny, zanim doprowadziłam wszystko do ładu i składu, ale za to efekt, ojapierdolę. Pochowałam wszystko, co się szwędało na wierzchu, znalazło się miejsce dla nowych zabawek, wszystko w zasięgu ręki. A i okazało się, że zapasy mam -  nie przymierzając - wojenne. Wywaliłam tylko mąkę ważną do 2013 roku (w szczelnej puszce była, zero robali i nie zatęchła, ale bez przesadyzmu) i makaron jeszcze z epoki Inżyniera w domu, bo choć wyglądał nieźle, nie lubię świderków i kokardek, więc wywaliłam. Herbaty mam tyle, że do końca życia jej nie zużyję, tym bardziej że ostatnio piję raczej wodę z cytryną, jak herbatę. Ale nic to, zapisałam w kajeciku: urąbać rękę, która w sklepie sięgnie po herbatę, a Dom Herbaty omijać szerokim kołem. Kawy też mam po kokardkę i kucyki, a że właśnie skończyła mi się mielona, w ruch pójdzie nowa zabawka i kawa :) Baran na dokładkę, chodząc na rano, przysyła mi na dzień dobry fotki cudów baristycznych, więc nie ma mocnych, rano kawka musi być. Ogarniając kuchnię wybierałam też puste słoiki i chciałam je do komórki wynieść.  Na korytarzu smród bezdomnego, ale sobie myślę, śni mi się, albo mam guza na mózgu. Bo skąd bezdomny? Jednak załatwiłam komórkę szybciorem i posprzątałam w ramach gratisu łazienkę. W rezultacie wyniosłam wielką torbę z Ikea papierów, drugą plastiku, nie licząc śmieci i innych pozostałości. Wywaliłam też masę butelek po wódce, nie że tyle piłam, ale... zawsze chomikowaliśmy, bo Inżynier nalewki robił (wyśmienite). Uświadomiłam sobie wreszcie, że nalewek nie będzie, bo mi nie wychodzą, a Inżynier już ich robił nie będzie, bo kiedy? I zresztą kto to będzie pił? Więc wywaliłam butelki, jeśli ktoś z sąsiadów obserwował, miał niezły ubaw. Parę butelek jeszcze chyba jest w loggii w kącie :D Oj tam, oj tam, zawsze się przedstawiam, jak kupuję wódkę, więc nie jestem anonimowym alkoholikiem, tylko znanym pijakiem.
Nie wiem, czy jutro, czy na przyszły tydzień, ale ogarnę jeszcze szafę w przedpokoju, jako że walizka wciąż stoi. Pożytku z niej już nie będzie, ale jako schowek na te wszystkie kartoniki doskonale spełni swoją rolę. No i zostają pierdyliardy papierów do ogarnięcia, ale z tym będzie ciężko, jako że ja niewyrzucająca jestem, a dzieci swoich nie mają czasu ogarnąć. Kiedyś będą musiały, ale to już nie będzie moje zmartwienie.
I tak, Kochany Pamiętniczku, pracowicie zleciały mi wolne dni. Dobrze, że jeszcze trochę ich zostało. W przyszłym tygodniu mam jechać do Kierowników Budowy na obiad. Z jednej strony nie chcę im robić kłopotu, z drugiej Kierownik teraz nie pracuje, bo sezon martwy, a mają wyrzuty sumienia, że od lat się u mnie dokarmiają. Co mi tam, raz mogę jechać, tym bardziej że znów pogadam z Kradziejką, jak czekista z czekistą. A rozumiemy się doskonale.
Sikorze dzieci też rosną jak na drożdżach, a Następcy Tronu jeszcze na oczy nie widziałam, nie licząc fotek, więc pewno i tak trzeba będzie tę dupę ruszyć.
Ale najpierw pracka i znów wlatuje Inżynier.
Degustować będziemy i mam poznać resztę rodziny Dziewczyny.
Czyli na brak rozrywek nie będę narzekała, ale na brak czasu.
A ten zapierdala jak Zatopek...

Na korytarzu dalej śmierdzi. Sąsiadka mówi, że tak, że bezdomny nocował. Moje miłosierdzie do bliźniego nie sięga tak daleko, żeby wąchać te smrody. Wiem, nie po chrześcijańsku. Nie wiem, co mnie w życiu czeka. Ale wiem jedno: pazurami będę walczyć, by móc się codziennie wykąpać. Nie oceniam. Wiem jedno. Nigdy się nie poddawałam. I wiem, że jak ktoś chce, to można. Wszystko. Ale zależy, co kto wybiera. Nie jest mi lekko, jak zapieprzam rano do pracy i widzę rozbawione towarzystwo pod Biedronką, też czasem żal dupę ściska, że tak łatwiej byłoby...
A nie zawsze Matka Polka i naprzód młodzieży świata...
Pod górkę i pod wiatr.
Że łatwiej wypić, zapomnieć, nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Ale nie ma letko, co nie, Kochany Pamiętniczku??
Jestem DDA i wiem, że nie ma letko. Ale przecież zawsze mogę gumkę w majtkach poluzować, co nie?
Poluzować? Czy nie poluzować?

sobota, 23 stycznia 2016

Dni

mi się pokićkały.
Znienacka.
Bo skończyłam pracę w czwartek i piątek jawił mi się jako sobota.
Pokulałam się na Manhattan, bo aprowizacja leżała i kwiczała. Obkupiłam, nacieszyłam słońcem, wracam do domu, a ty SMS, że moja książka jest na poczcie.
A że akurat w okolicach byłam, więc sruuu.
Oba okienka zajęte, ale ja następna, więc cud, miód i orzeszki.
Ale i jedna, i druga pani widać nie miały co robić, bo załatwiały pierdyliard pierdyliardów niewiadomoczego, a panie z okienka latały: a może jeszcze taki ręczniczek, a może jeszcze kalendarz, a może gówno w papierku... A panie oglądały, przebierały i... Ojapierdolę. Że też ludziom życia na to nie szkoda. Rozumiem panie z okienka, taki life, taka praca, ale ludzie: na poczcie płaci się rachunki, nadaje paczki i wysyła listy, odbiera przesyłki. A cała reszta to pierdolenie o Szopenie, wszystko tu drogie jak cholera. No nic. Docieram do okienka, za mną kolejka jak świński ogonek zakręcona, pokazuję pani SMS, a pani na to, że to nie ta poczta. Jak nie, jak tak, zamawiałam przesyłkę na nią, z odbiorem na poczcie, żeby nie warować na listonosza czy innego kuriera. Nie, system zapisał jako miejsce odbioru pocztę pod nr 309, a nie 382, obie mają ten sam numer kolejny. Nawet się nie indyczyłam, pogoda ładna, słonko świeci, dodatkowe 1,5 km spaceru to pikuś.
Na drugiej poczcie: hurra, jestem pierwsza w kolejce, może to dlatego, że gromów nie ciskałam? Za mną błyskawicznie formuje się kolejka, ale mam ją, mam, mam, mam.
Kupiłam Idź, postaw wartownika, choć zaklinałam się, że nie kupię, bo wydawnictwo należy do córek moich ciemiężycieli przez 10 lat. Ale książki pożądałam namiętnie, rozpaczliwie, całym sercem i jestestwem, bo to ciąg dalszy Zabić drozda, mojego odkrycia jeszcze w szczenięcych latach i potem film na DKF...
Kupiłam. Nie żałuję. Znów czytam, a naprawdę trzeba cudu, bym czytała za darmo, nie za pieniądze. I jeden błąd już znalazłam ;)
A potem z rozpaczą rozejrzałam się po mieszkaniu, bo kurz nie znikał już po omieceniu wzrokiem i mimo że miał wpaść Kierownik Budowy z Dziewczynami swojego życia, zabrałam się spokojnie za porządki. W końcu rodzina widzi człowieka w gaciach - zatem co przeszkadza, że widzi go wśród kurzu?
Kradziejka jest OJAPIERDOLĘ, a Kierownik Budowy dawał mi ją na ręce z takim namaszczeniem, że... I Skubanej, spodobało się moje gadanie, bo jak była u mnie, to nie płakała. Mam taki feler, że gadam z niemowlętami jak z dorosłymi. Nie mogę się oprzeć, to jest silniejsze ode mnie :) Więc póki się nie skupczyła (u mnie wszystkie dzieci się kupczą), było OK, a potem zaczęła się przepychanka: cycek, ulewanie, cycek, ulewanie, cycek, ulewanie. Na szczęście zdążyłam Kierownikowstwo nakarmić smoothie, rosołkiem i tortem, zanim zaczął się koncert życzeń. Gawędziliśmy też o dzieciach i aczkolwiek Kierownikowa Budowy mówi, że nie czuje się zapętlona, podziwiam współczesne wychowanie dziecka, z cycem na żądanie. Bo ponoć w mleku matki jest wszystko. Tak też twierdzono za moich młodych lat, ale zalecano podawanie dziecku herbatki między karmieniami, a nie co rusz cyc. Na zdrowy rozum biorąc: jak mi coś nie służy i mi się (pardon) odbije, to co robię? Myję zęby, piję wodę, herbatę, cokolwiek. A biedne dziecko dostaje cyca z kolejną porcją mleka i tak da capo al fine. Pod koniec musieli ją całą przebierać, bo co rusz oblewała wszystko. No ale nie znam się na wychowaniu dzieci, więc idę w kąt.
Z moich obserwacji, najrozsądniej chowane są małe Cygany, te od Sikory. Z praktyki zawodowej: małe prosięta i cielęta, karmione mlekiem matki MUSZĄ mieć dostęp do poidełek z wodą. Obligatoryjnie. Więc dlaczego dzieci nie?
Ale stronnicza jestem.
I niedobra matka, bo nie dałam z siebie wszystkiego, co mogłam.
Ano, nie zmienię tego już, i tak zostanie.
Tak się zasiedzieli, że do kolejnej babci lecieli na torpedzie, a mi się już nie chciało nic robić, więc zostałam z trzema posprzątanymi pólkami i biurkiem, ale oj ta, oj tam, kto bogatemu zabroni w bałaganie spać?
Drinka sobie zrobiłam i poszłam na zaległe seriale.
Spałam do 9, budząc się uświadomiłam sobie, że jest sobota. Więc do Galerii po Wybiórczą, do Lidla po środki piorące i południe się zrobiło. Jedzenie w mrozie na balkonie, w słoikach zamrożone, tortu jeszcze jak na wesele.
Skończyłam odkurzanie książek, zdemontowałam świąteczną wystawę, podlałam, poprałam, po raz kolejny ufarbowawszy gacie z dżinsami, ale to nic, nie zżółkną przynajmniej :)
Za oknem zamieć śnieżna, a ja z pełną lodówką, z zapasem lektur i netem mam wolne.
Czegóż więcej chcieć?
Do piątki po alkohol nawet po ślizgawicy  i przez zaspę się dostanę, jak mnie przypili.
Żyć, nie umierać.
A pranie dobrze zrobi na wilgotność. Mam tak suche mieszkanie, że... meble zaczynają mi się rozsychać.
Parę szkód się wyjaśniło, co mnie cieszy. Nie mam sklerozy i miło, że winowajcy się mnie nie bali.
A od bankomatu dostałam emilka, że przekazali sprawę do odpowiedniego działu do zbadania.
Jak dla mnie odpowiedź: pierdol, pierdol, ja posłucham.
No nic, Kochany Pamiętniczku, może rzeczywiście obadają? Szkody nie ma, sprawdzałam znów konto, złotówka więcej nie zginęła, ale to nienormalne, żeby bankomat za mnie podejmował decyzję.
Czyżby nadchodziła epoka zapowiadana w SF, że to maszyny będą rządziły?
Czas się bać, Kochany Pamiętniczku?
Bo realnie jest się już czego bać...

Znalazłam kartkę pisaną przez moją Babcię do mojegoOjca.
Popłakałam się.
Sfocę w dziennym świetle.
Oprócz kilku zdjęć i dobrych wspomnień, a także tej kartki nie zostało po Niej nic.
No, może nie tak do końca, bo jestem Jej przedłużeniem, a moje dzieci też... I moje wnuki.
Była prostą chłopką, matką trzynaściorga dzieci, wnuków już nie zliczę.
Moja babcia Katarzyna... Tak o Niej mówiliśmy, babcia Katarzyna. Nie babcia Kasia.
Była dobrą i mądrą kobietą, choć skończyła tylko cztery klasy.