zagadka, a nikt nie zgadł, Kochany Pamiętniczku, zatem koń będzie dalej stał na balkonie, a rząd poleży w komórce.
Danie to albowiem było ze wszech miar egzotyczne - mlecz śledzia. Omniomniom, rozpływało się w buzi, wystarczyło tylko nie myśleć, co to jest :)
Niedzielę przebimbałam, tyle co 15 minut pogadałam z Inżynierem, bo biedak cały weekend pracował.
Ja też, wprawdzie nie cały, ale trochę materiałów mi dosłali.
Wadę genetyczną taką mamy oboje, zresztą Pierworodny też, że praca nas kocha. Nie odziedziczyli tego po tatusiu, o nie...
A dziś grzechem było nie wyjść z domu. Wprawdzie zapowiadali, że będziemy mieć złe samopoczucie, bo jakaś burza elektromagnetyczna szaleje, że wszystkie sprzęty będą padać i inne takie tam, ale okazało się to bujdą. Nawet jak gdzieś było niehalo, to moja wioska oazą spokoju, ciepła i piękna dziś była. 13 stopni, słońce.
Kusiło mnie mycie okien, ale wybiłam sobie to z tego głupiego łysego łba i chwyciwszy kijki w dłoń poleciałam...
Warto było :)
Lekka mgiełka, taka jak marzenie, jak piękne wspomnienie, które już nie boli...
Smok, zaiste, smok :)
Pan po przeciwnej stronie stawu uprawiał jakieś tai-chi czy inną jogę. Super to wyglądało, do momentu, gdy wyciągnął komórkę i zaczął z nią łazić w kółko... Te aparaty każdy nastrój zepsują, sama mam wyłączoną, bo i po co to komu?
I na koniec był bonusik, na słońcu wygrzewał się sierściuch jebany :) Animrumrał, musiał słyszeć trzask migawki, ale tak błogo mu było na słonku, że nawet ślepka nie otworzył :)
I zakamuflował się, skubany, prawda? :)
Wracając planowałam jeszcze mycie okien, ale odpuściłam.
Co najwyżej roletki spuszczę i git majonez :D
Mucha nie siada, Kochany Pamiętniczku :)
poniedziałek, 21 listopada 2016
sobota, 19 listopada 2016
A tak
Kochany Pamiętniczku, miałam jednak nosa.
Ale cóż, nad rozlanym mlekiem nie ma co płakać.
Trzeba będzie to przeżyć, ale jak dla mnie chuj bombki strzelił.
No nic.
Zaproszenie dostałam na chrzciny, nie odmówię, bo to od Kradziejki.
Ale też z radości nie skaczę, bo cienko przędę, a tu jeszcze to. Bo na serio mam tylko letnią kieckę, tę ze ślubu.
Do tego ona ma roczek.
Cały mój budżet już się posypał w drobny mak, a to już mnie dobije na amen.
I nie, że jesień, że pada, że źle.
Nie, nic z tego.
Tylko po prostu jest źle, nic już nie ma.
A Baran swoim zwyczajem złożył wyjechane w Kosmos zamówienie. Pasta do zębów, której nie ma. No i tak latam i kupuję, tu sztuka, tam sztuka, a pasta taka, że ją w szafkach trzymają pod kluczem...
Idę do firmowego sklepu, bo tam zawsze była.
Coś mi dziwnie sklep wygląda, ale oj tam, oj tam, zamyślona szłam.
Przez szparę w drzwiach światło się sączy, więc pcham..
I ojapierdolę, jak buchnęło smrodem z papierosów i światła jak na dyskotece.
W środku jeden z tych punktów gier.
Ta. Chciał się mnie tanim kosztem pozbyć. Pewno tam w kącie ktoś z giwerą siedział. No nic, przeżyłam.
I do deportacji gotowa jestem
Tylko kurde, znów śmierdziela kupilam! W sklepie nie śmierdziało, więc nie wąchałam, dopiero w domu po kilku godzinach poczułam. Aktualnie wietrzy się toto na balkonie. Ale pomoże jak umarłemu kadzidło, wiem. Starałam się kupić najtańszą i przechytrzyłam. Nie słuchałam nauk babci, kupuj drogo, boś biedna. Ale ostatnio kupiłam drogo i też szlag trafił.
Tak wiec chuj bombki strzela jedną za drugą.
A na obiad oprócz rosołku sprzed tygodnia (świetnie przechował się w lodówce i nic mi po nim nie jest, co będę dobry rosół wylewała) było to
Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co to :)
Ale i tak bombki się potłukły :(
Ale cóż, nad rozlanym mlekiem nie ma co płakać.
Trzeba będzie to przeżyć, ale jak dla mnie chuj bombki strzelił.
No nic.
Zaproszenie dostałam na chrzciny, nie odmówię, bo to od Kradziejki.
Ale też z radości nie skaczę, bo cienko przędę, a tu jeszcze to. Bo na serio mam tylko letnią kieckę, tę ze ślubu.
Do tego ona ma roczek.
Cały mój budżet już się posypał w drobny mak, a to już mnie dobije na amen.
I nie, że jesień, że pada, że źle.
Nie, nic z tego.
Tylko po prostu jest źle, nic już nie ma.
A Baran swoim zwyczajem złożył wyjechane w Kosmos zamówienie. Pasta do zębów, której nie ma. No i tak latam i kupuję, tu sztuka, tam sztuka, a pasta taka, że ją w szafkach trzymają pod kluczem...
Idę do firmowego sklepu, bo tam zawsze była.
Coś mi dziwnie sklep wygląda, ale oj tam, oj tam, zamyślona szłam.
Przez szparę w drzwiach światło się sączy, więc pcham..
I ojapierdolę, jak buchnęło smrodem z papierosów i światła jak na dyskotece.
W środku jeden z tych punktów gier.
Ta. Chciał się mnie tanim kosztem pozbyć. Pewno tam w kącie ktoś z giwerą siedział. No nic, przeżyłam.
I do deportacji gotowa jestem
Tylko kurde, znów śmierdziela kupilam! W sklepie nie śmierdziało, więc nie wąchałam, dopiero w domu po kilku godzinach poczułam. Aktualnie wietrzy się toto na balkonie. Ale pomoże jak umarłemu kadzidło, wiem. Starałam się kupić najtańszą i przechytrzyłam. Nie słuchałam nauk babci, kupuj drogo, boś biedna. Ale ostatnio kupiłam drogo i też szlag trafił.
Tak wiec chuj bombki strzela jedną za drugą.
A na obiad oprócz rosołku sprzed tygodnia (świetnie przechował się w lodówce i nic mi po nim nie jest, co będę dobry rosół wylewała) było to
Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co to :)
Ale i tak bombki się potłukły :(
czwartek, 17 listopada 2016
Niektórych
Kochany Pamiętniczku, jebie na maksa.
Rozmawiam z Wice w kuchni, już po zamknięciu. Przypomina mi o ekstrasie. Ja: zapomniałam, proszę dać znać, kiedy będzie gotowe.
Wracam do domu, na skrzydłach, a na emilku, że śrutututu majtki z drutu.Jakby, kurwa nie mógł tego w kuchni powiedzieć! Czego się, kretyn, bał? Że jutro nie przylecę na skrzydłach? Bo nie przylecę. Gówno ma, w niedzielę jest forum. A już mu nie dam satysfakcji, że lecę, bo piernął. Dziś do mnie mówi: notatka o Wachowicz, o tej (była miss Polonia, Ewa Wachowicz) i ręce mu lądują na wysokości piersi i ten gest... Głupi chuj. I tyle w temacie.
Więc napisałam, że w tym tygodniu nie ma opcji (jak miał gotowe, mógł słać, pól dnia rżnęłam w głupie gry). Że jak ma w programie, spoko, dojadę na gotowca, jak w Wordzie, ma słać do domu, za frico mu nie będę latała.
Facet czerpie przyjemność z "kulturalnego, z uśmiechem na ustach" upokarzania innych. Zależnych i słabszych. Zarabia miesięcznie 12 tys.
Już mam na to wyjebane. Jestem mądrzejsza od niego i to się liczy.
A stać go na to i ma moc, żeby dać mi premię.
Ale nie, bo po co.
Spoko, zrobię, bo zależy mi na tej jałmużnie, którą dostaję.
Ale wtedy, gdy znajdę na to czas i ochotę :)
Zemsta jest rozkoszą bogów.
Karma zawsze wraca.
Nie zazdroszczę mu kasy, niech ma.
Ale Mama nauczyła mnie jednego - szanowania ludzi.
Był we wsi taki pan Walenty, garbaty. Gospodarstwo ojapierdolę, smród, brud i ubóstwo. Dzwonnik, autentycznie, dzwonił w kościele.
Wszyscy we wsi mówili: Waloś idzie, Waloś to, Waloś tamto.
A u mnie w domu było: pan Walenty.
Jak przychodził, kłaniając się od proga, że nie wejdzie, bo błota naniesie, że nie siądzie, bo pobrudzi, Mama wiedziała, jak zareagować.
I...
Dla mnie we wspomnieniach to zawsze pan Walenty.
Nie Waloś, nie ktoś godny pogardy.
Więc spoko.
Zrobię, co do mnie należy.
Za lekceważenie mnie i mojego czasu, karma zapłaci...
Z procentami.
Ja to wiem.
Imiennik pana Walentego, noszący to samo nazwisko co on, nie wiem, czy byli spokrewnieni, bo nazwisko w okolicy rozpowszechnione, rocznikowo mój kolega, z klasy B, jest dziś profesorem na UP. I tak po nim też sprzątam...
Jak dziwnie układają się losy ludzkie, Kochany Pamiętniczku.
Sama mam dwa doktoraty z prania pieluch. I nie, nie żałuję :)
Rozmawiam z Wice w kuchni, już po zamknięciu. Przypomina mi o ekstrasie. Ja: zapomniałam, proszę dać znać, kiedy będzie gotowe.
Wracam do domu, na skrzydłach, a na emilku, że śrutututu majtki z drutu.Jakby, kurwa nie mógł tego w kuchni powiedzieć! Czego się, kretyn, bał? Że jutro nie przylecę na skrzydłach? Bo nie przylecę. Gówno ma, w niedzielę jest forum. A już mu nie dam satysfakcji, że lecę, bo piernął. Dziś do mnie mówi: notatka o Wachowicz, o tej (była miss Polonia, Ewa Wachowicz) i ręce mu lądują na wysokości piersi i ten gest... Głupi chuj. I tyle w temacie.
Więc napisałam, że w tym tygodniu nie ma opcji (jak miał gotowe, mógł słać, pól dnia rżnęłam w głupie gry). Że jak ma w programie, spoko, dojadę na gotowca, jak w Wordzie, ma słać do domu, za frico mu nie będę latała.
Facet czerpie przyjemność z "kulturalnego, z uśmiechem na ustach" upokarzania innych. Zależnych i słabszych. Zarabia miesięcznie 12 tys.
Już mam na to wyjebane. Jestem mądrzejsza od niego i to się liczy.
A stać go na to i ma moc, żeby dać mi premię.
Ale nie, bo po co.
Spoko, zrobię, bo zależy mi na tej jałmużnie, którą dostaję.
Ale wtedy, gdy znajdę na to czas i ochotę :)
Zemsta jest rozkoszą bogów.
Karma zawsze wraca.
Nie zazdroszczę mu kasy, niech ma.
Ale Mama nauczyła mnie jednego - szanowania ludzi.
Był we wsi taki pan Walenty, garbaty. Gospodarstwo ojapierdolę, smród, brud i ubóstwo. Dzwonnik, autentycznie, dzwonił w kościele.
Wszyscy we wsi mówili: Waloś idzie, Waloś to, Waloś tamto.
A u mnie w domu było: pan Walenty.
Jak przychodził, kłaniając się od proga, że nie wejdzie, bo błota naniesie, że nie siądzie, bo pobrudzi, Mama wiedziała, jak zareagować.
I...
Dla mnie we wspomnieniach to zawsze pan Walenty.
Nie Waloś, nie ktoś godny pogardy.
Więc spoko.
Zrobię, co do mnie należy.
Za lekceważenie mnie i mojego czasu, karma zapłaci...
Z procentami.
Ja to wiem.
Imiennik pana Walentego, noszący to samo nazwisko co on, nie wiem, czy byli spokrewnieni, bo nazwisko w okolicy rozpowszechnione, rocznikowo mój kolega, z klasy B, jest dziś profesorem na UP. I tak po nim też sprzątam...
Jak dziwnie układają się losy ludzkie, Kochany Pamiętniczku.
Sama mam dwa doktoraty z prania pieluch. I nie, nie żałuję :)
środa, 16 listopada 2016
Spokojnie
dzień minął, Kochany Pamiętniczku, bo... Bossa nie było.
Ale wisi w powietrzu moja ekstrakasa, bo mamy forum.
No nic, po świętach też będzie jak znalazł, a nawet w styczniu się na nią nie obrażę.
C'est la vie.
Dziś rano zagadała do mnie na przystanku starsza pani, którą widuję odkąd zaczęłam jeździć tym bezprzesiadkowym autobusem. Zawsze grzecznie mówie dizyń dybry, no bo kobietę znam z widzenia od dawna...
Zagadała, zapytała, czemu jeżdżę tym autobusem, bo to tak wcześnie... Ha, 8.03. Mówię, że do pracy. A ona: o, ma pani pracę. To zapytałam, czy ona też, a kobietka jak zwiędłe jabłuszko, ale dziarska i krzepka, no i co dzień zapruwa...
I... prawie że cały życiorys w 10 minut streściła.
Opiekuje się kimś z rodziny. Ma 80 lat.
Ma 1760 zł emerytury. O, to więcej, niż ja mam, dużo więcej... Nie zazdroszczę, to jest tak, że ci, co lata temu przeszli, mają więcej niż ci, co teraz przechodzą.
A beneficjenci obecnego zgromadzenia pajaców, bo obniżeniu wieku emerytalnego wg symulacji będą dostawali około 900 zł...
Więc ja będę bogata do wypęku, a co...
A wracając do kobietki...
Chciałabym się tak trzymać, mając tyle lat :)
Nawet nadciśnienia skubana nie ma...
Wieczorem Na Wspólnej czy inne M jak miłość i o 20.30 rączki na kordełce... Pobudka 5.00...
Ojapierdolę...
Z drugiej strony jak łatwo ludzie wszystko mówią.
Rozumiem, że chce pogadać.
Ale ja, będąc sama, mam Ciebie, Kochany Pamiętniczku i już nie muszę ozorem na przystanku klapać...
Hmmm. Miała pecha, bo ja słucham.
Ona zaś nie słuchała, zupełnie jak Proszę Pani... :)
Widać ten wiek tak ma, ja nie chcę taka być...
Zerwałam się wcześniej, choć Wice na tę wieść wpadł na genialny pomysł, że teraz zaraz już mam mu zrobić to, co spokojnie można zrobić jutro, i z czego by mu nic nie przyszło, bo i tak dziś już wychodził, a to coś jeszcze krążyło po redakcji.
Powiedziałam NIE.
Przychodzę wcześniej do pracy (parę dni wcześniej), żeby zrobić jego dodatek.
Więc w dupie mam jego chęć udupiania mnie.
Zrobię to jutro.
W międzyczasie dali mi kolorowankę, taką odstresującą i kredki, że mam sobie czas zapełnić. Nie pokolorowałam tak, jak moja Synowa - idealnie. Maznęłam i nie skończyłam nawet połowy, oddając z krzykiem, że jak tego nie wezmą z powrotem, to kogoś zamorduję, i każdy sąd mnie uniewinni, To nie odstresowuje, absolutnie, to wkurwia maksymalnie :)
Baterie do aparatów dzięki wcześniejszej ucieczce temu kupiłam.
Złożyłam wniosek o zmianę PIN do karty, o której chłop nie wie, bo sama już nie wiem, czy mylę końcówkę w karcie, czy w telefonie. Pokręcone dwa PIN mam. 10 zł zapłacę i będę miała spokój. Bo ta karta wisi w powietrzu, nie mam konta do niej i nie mam możliwości manewru :)
U dentysty się zapisałam, z wielkimi oporami, ma na 3 tygodnie naprzód zapchany harmonogram, ojapierdolę.
Ale udało się.
I jutro ostatni dzień do pracy, potem parę dni luzu.
Cieszę się.
Ale wisi w powietrzu moja ekstrakasa, bo mamy forum.
No nic, po świętach też będzie jak znalazł, a nawet w styczniu się na nią nie obrażę.
C'est la vie.
Dziś rano zagadała do mnie na przystanku starsza pani, którą widuję odkąd zaczęłam jeździć tym bezprzesiadkowym autobusem. Zawsze grzecznie mówie dizyń dybry, no bo kobietę znam z widzenia od dawna...
Zagadała, zapytała, czemu jeżdżę tym autobusem, bo to tak wcześnie... Ha, 8.03. Mówię, że do pracy. A ona: o, ma pani pracę. To zapytałam, czy ona też, a kobietka jak zwiędłe jabłuszko, ale dziarska i krzepka, no i co dzień zapruwa...
I... prawie że cały życiorys w 10 minut streściła.
Opiekuje się kimś z rodziny. Ma 80 lat.
Ma 1760 zł emerytury. O, to więcej, niż ja mam, dużo więcej... Nie zazdroszczę, to jest tak, że ci, co lata temu przeszli, mają więcej niż ci, co teraz przechodzą.
A beneficjenci obecnego zgromadzenia pajaców, bo obniżeniu wieku emerytalnego wg symulacji będą dostawali około 900 zł...
Więc ja będę bogata do wypęku, a co...
A wracając do kobietki...
Chciałabym się tak trzymać, mając tyle lat :)
Nawet nadciśnienia skubana nie ma...
Wieczorem Na Wspólnej czy inne M jak miłość i o 20.30 rączki na kordełce... Pobudka 5.00...
Ojapierdolę...
Z drugiej strony jak łatwo ludzie wszystko mówią.
Rozumiem, że chce pogadać.
Ale ja, będąc sama, mam Ciebie, Kochany Pamiętniczku i już nie muszę ozorem na przystanku klapać...
Hmmm. Miała pecha, bo ja słucham.
Ona zaś nie słuchała, zupełnie jak Proszę Pani... :)
Widać ten wiek tak ma, ja nie chcę taka być...
Zerwałam się wcześniej, choć Wice na tę wieść wpadł na genialny pomysł, że teraz zaraz już mam mu zrobić to, co spokojnie można zrobić jutro, i z czego by mu nic nie przyszło, bo i tak dziś już wychodził, a to coś jeszcze krążyło po redakcji.
Powiedziałam NIE.
Przychodzę wcześniej do pracy (parę dni wcześniej), żeby zrobić jego dodatek.
Więc w dupie mam jego chęć udupiania mnie.
Zrobię to jutro.
W międzyczasie dali mi kolorowankę, taką odstresującą i kredki, że mam sobie czas zapełnić. Nie pokolorowałam tak, jak moja Synowa - idealnie. Maznęłam i nie skończyłam nawet połowy, oddając z krzykiem, że jak tego nie wezmą z powrotem, to kogoś zamorduję, i każdy sąd mnie uniewinni, To nie odstresowuje, absolutnie, to wkurwia maksymalnie :)
Baterie do aparatów dzięki wcześniejszej ucieczce temu kupiłam.
Złożyłam wniosek o zmianę PIN do karty, o której chłop nie wie, bo sama już nie wiem, czy mylę końcówkę w karcie, czy w telefonie. Pokręcone dwa PIN mam. 10 zł zapłacę i będę miała spokój. Bo ta karta wisi w powietrzu, nie mam konta do niej i nie mam możliwości manewru :)
U dentysty się zapisałam, z wielkimi oporami, ma na 3 tygodnie naprzód zapchany harmonogram, ojapierdolę.
Ale udało się.
I jutro ostatni dzień do pracy, potem parę dni luzu.
Cieszę się.
wtorek, 15 listopada 2016
Jesień
w mordę jeża, Kochany Pamiętniczku. Taka kaprawa, rozdeszczona, szarobura...
W pracy co kawałek słyszę dziwne głosy, kombinuję, co kogo opierdolić za hałasy, jako że zapierdalam ze śrubką okrętową numer pięć w dupie, a to deszcz o blaszany parapet walił...
Takie uroki głuchoty, normalnie tego nie słyszę :D
Ale wypyskowałam wreszcie i dziś pan mecenas miał dyżur w innym pokoju, a ja mogłam w miarę spokojnie pracować. Przełączenie numeru telefonu to pikuś. A walczyłam o to ponad dwa lata!
Psiakrew :)
Jak się rozdeszczyło, gotowa byłam w pracy nocować...
Na dokładkę miałam takie buty na nogach, że doszłam z jeziorkiem w każdym do domu.
Na szczęście sąsiad zaopiekował się mieszkaniem i mam pomiar gazowy, znaczy się szczelności z głowy. Mam tylko komin wyczyścić. Ta. W dupę mnie mogą pocałować :D
Kierownik Budowy kombinuje jak koń pod górkę, napala się na wszystko jak szczerbaty na suchary, a potem nagle wszyscy chorzy...
Żeby tak posłuchał dobrej rady, to nie.
Znosi mi tonami instrukcje w sprawie zdrowia, zdrowego odżywiania, jogi, medytacji, słowem - chromolenia kotka za pomocą młotka.
I wszystko drąży, tematycznie...
Że ojapierdolę.
Ale nie słucha, jak się mówi.
Co mi z jego rad, jak okazuje się, że trzy lata nie jadł białego sera, takiego zwykłego. Nie, że nie lubi... ale nie ma kto kupić.
To ja nie wiem, co oni jedzą.
Bo ja, jak mam w domu pyry i biały ser, śmietanę albo jogurt i cebulę, to jestem królowa świata.
Dla dziecka kupują wszystko "eko", a sami jedzą śmieciowe.
To nawet śmieszne nie jest, bo wiadomo, że roczne dziecko nie wrąbie całej piersi kurzęcej, choćby się skichało. A mi taka pierś, dorzucona do selera naciowego, marchewki i innych zabawek zapewnia obiad na 4 dni. I do tego kasza i git majonez.
Ale nie, bo nie...
A temat drąży, a dać mu zwykłe buraki to się zachwyca.
Mężczyźni są dziwni.
Oprócz moich chłopców, of course, bo ci jedzą wszystko, nie grymasząc.
Oprócz ryb, których kijem nie tknie Pierworodny, bo tak go nauczył ojciec, że ryby to zuo.
Inżynier je ryby wybiórczo, znaczy się - śledzia nie tknie, ale inne i owszem...
A zasada w domu była prosta: nie chcesz jeść, nie smakuje ci, sruuu, do kubełka.
I nie ma nic innego do jedzenia do następnego posiłku :)
Umrzeć z głodu nie umarli, a ja przy nich przełamałam się i zaczęłam robić plędze, których nienawidziłam od dziecka, i kopytka i inne takie tam.
Bo życie to niejebajka i nie wiadomo nigdy, co cię w nim czeka, co nie? :)
Jeszcze dwa dni, a potem będzie kąpiel. W soli... Z winem :)
Przy świecach.
I...
A, nevermind :) Bo pracowo jest pojebane jak cholera i będę musiała to z siebie zmyć. Zszorować. Wyczyścić. Odlecieć :D
W pracy co kawałek słyszę dziwne głosy, kombinuję, co kogo opierdolić za hałasy, jako że zapierdalam ze śrubką okrętową numer pięć w dupie, a to deszcz o blaszany parapet walił...
Takie uroki głuchoty, normalnie tego nie słyszę :D
Ale wypyskowałam wreszcie i dziś pan mecenas miał dyżur w innym pokoju, a ja mogłam w miarę spokojnie pracować. Przełączenie numeru telefonu to pikuś. A walczyłam o to ponad dwa lata!
Psiakrew :)
Jak się rozdeszczyło, gotowa byłam w pracy nocować...
Na dokładkę miałam takie buty na nogach, że doszłam z jeziorkiem w każdym do domu.
Na szczęście sąsiad zaopiekował się mieszkaniem i mam pomiar gazowy, znaczy się szczelności z głowy. Mam tylko komin wyczyścić. Ta. W dupę mnie mogą pocałować :D
Kierownik Budowy kombinuje jak koń pod górkę, napala się na wszystko jak szczerbaty na suchary, a potem nagle wszyscy chorzy...
Żeby tak posłuchał dobrej rady, to nie.
Znosi mi tonami instrukcje w sprawie zdrowia, zdrowego odżywiania, jogi, medytacji, słowem - chromolenia kotka za pomocą młotka.
I wszystko drąży, tematycznie...
Że ojapierdolę.
Ale nie słucha, jak się mówi.
Co mi z jego rad, jak okazuje się, że trzy lata nie jadł białego sera, takiego zwykłego. Nie, że nie lubi... ale nie ma kto kupić.
To ja nie wiem, co oni jedzą.
Bo ja, jak mam w domu pyry i biały ser, śmietanę albo jogurt i cebulę, to jestem królowa świata.
Dla dziecka kupują wszystko "eko", a sami jedzą śmieciowe.
To nawet śmieszne nie jest, bo wiadomo, że roczne dziecko nie wrąbie całej piersi kurzęcej, choćby się skichało. A mi taka pierś, dorzucona do selera naciowego, marchewki i innych zabawek zapewnia obiad na 4 dni. I do tego kasza i git majonez.
Ale nie, bo nie...
A temat drąży, a dać mu zwykłe buraki to się zachwyca.
Mężczyźni są dziwni.
Oprócz moich chłopców, of course, bo ci jedzą wszystko, nie grymasząc.
Oprócz ryb, których kijem nie tknie Pierworodny, bo tak go nauczył ojciec, że ryby to zuo.
Inżynier je ryby wybiórczo, znaczy się - śledzia nie tknie, ale inne i owszem...
A zasada w domu była prosta: nie chcesz jeść, nie smakuje ci, sruuu, do kubełka.
I nie ma nic innego do jedzenia do następnego posiłku :)
Umrzeć z głodu nie umarli, a ja przy nich przełamałam się i zaczęłam robić plędze, których nienawidziłam od dziecka, i kopytka i inne takie tam.
Bo życie to niejebajka i nie wiadomo nigdy, co cię w nim czeka, co nie? :)
Jeszcze dwa dni, a potem będzie kąpiel. W soli... Z winem :)
Przy świecach.
I...
A, nevermind :) Bo pracowo jest pojebane jak cholera i będę musiała to z siebie zmyć. Zszorować. Wyczyścić. Odlecieć :D
poniedziałek, 14 listopada 2016
Dobrze
że wczoraj popolowałam na Księżyc, Kochany Pamiętniczku.
Dziś do pracy potachałam aparat, z nadzieją, że coś pstryknę, jak nie w trakcie pracy, to wracając, ale próżne nadzieje.
Cały dzień w wiosce była taka mgła, że lotnisko padło.
Kierownik Budowy zaś z okolicy meldował, że wszędzie pięknie świeci słońce.
Ojapierdolę.
Jakbym nie miała aparatu, to pewno i u mnie byłoby ładnie :)
No nic, roboty miałam dziś po kokardkę i po kucyki.
Po godzinach czekam na brakujące 5 stron od Bossa, ale okazało się, że Boss utknął we mgle w Dojczlandzie i...
To, co miało iść jutro do 9, może i jutro pójdzie, tylko chujwikiedy :)
Zgarniam więc wszystko do torebek i woreczków, jeszcze danina dla natury, wracam do pokoju, a tam
Nie martini, ale chardonnay, też dobre wino i jednak nie z PL, bo wszystko po francusku :) Zatem nie dał plamy i docenił ;)
Miło :)
Miło więc się tydzień zaczął. Jeszcze trzy dni i ufff...
W zielarni kupiłam sól himalajską, ale czarną. Pani ostrzegała, że ma specyficzny smak i faktycznie, ma, trochę zgniłymi jajami podchodzi. Ale pomidor i ser biały (a kolega zaczął oprócz serów podpuszczkowych produkować twaróg), jako i sałatki i inne takie tam smakują z tą solą wprost obłędnie.
I kąpać się w niej można.
Jak zamknę, zafunduję sobie dłuuuuugą kąpiel przy świecach. I będę potem śmierdzieć siarką :D
Dziś do pracy potachałam aparat, z nadzieją, że coś pstryknę, jak nie w trakcie pracy, to wracając, ale próżne nadzieje.
Cały dzień w wiosce była taka mgła, że lotnisko padło.
Kierownik Budowy zaś z okolicy meldował, że wszędzie pięknie świeci słońce.
Ojapierdolę.
Jakbym nie miała aparatu, to pewno i u mnie byłoby ładnie :)
No nic, roboty miałam dziś po kokardkę i po kucyki.
Po godzinach czekam na brakujące 5 stron od Bossa, ale okazało się, że Boss utknął we mgle w Dojczlandzie i...
To, co miało iść jutro do 9, może i jutro pójdzie, tylko chujwikiedy :)
Zgarniam więc wszystko do torebek i woreczków, jeszcze danina dla natury, wracam do pokoju, a tam
Nie martini, ale chardonnay, też dobre wino i jednak nie z PL, bo wszystko po francusku :) Zatem nie dał plamy i docenił ;)
Miło :)
Miło więc się tydzień zaczął. Jeszcze trzy dni i ufff...
W zielarni kupiłam sól himalajską, ale czarną. Pani ostrzegała, że ma specyficzny smak i faktycznie, ma, trochę zgniłymi jajami podchodzi. Ale pomidor i ser biały (a kolega zaczął oprócz serów podpuszczkowych produkować twaróg), jako i sałatki i inne takie tam smakują z tą solą wprost obłędnie.
I kąpać się w niej można.
Jak zamknę, zafunduję sobie dłuuuuugą kąpiel przy świecach. I będę potem śmierdzieć siarką :D
niedziela, 13 listopada 2016
Wieczorową
porą poszłam popolować na Księżyc, Kochany Pamiętniczku.
Ale dobry aparat ma za słaby zoom, a gorszy zoom ma OK, ale... musiałabym rozstawić statyw, a mam mały od Barana. A na ziemi się nie położę, bo pomoc drogowa zajęta i nie dojedzie z dźwigiem, zanim przymarznę do podłoża.
Więc fotki są, jakie są.
Ale czas jest magiczny.
Tylko żal, że na świecie znów gdzieś się trzęsie i inne takie tam, że nie wszyscy mają szczęście.
A ci, którzy je mają, nie potrafią się nim cieszyć.
Ja się cieszę.
Że buraczki zakisiłam dziś.
Że zaraz dogotuję kaszy na te ciężkie dni przede mną. Ciężkie, ale wspaniałe, bo mam pracę, Jestem potrzebna.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Prawda, że pięknie u mnie? :)
Ale dobry aparat ma za słaby zoom, a gorszy zoom ma OK, ale... musiałabym rozstawić statyw, a mam mały od Barana. A na ziemi się nie położę, bo pomoc drogowa zajęta i nie dojedzie z dźwigiem, zanim przymarznę do podłoża.
Więc fotki są, jakie są.
Ale czas jest magiczny.
Tylko żal, że na świecie znów gdzieś się trzęsie i inne takie tam, że nie wszyscy mają szczęście.
A ci, którzy je mają, nie potrafią się nim cieszyć.
Ja się cieszę.
Że buraczki zakisiłam dziś.
Że zaraz dogotuję kaszy na te ciężkie dni przede mną. Ciężkie, ale wspaniałe, bo mam pracę, Jestem potrzebna.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Prawda, że pięknie u mnie? :)
W tym roku pamiętałam
a raczej FB mi przypomniał z rana, bo oznaczyłam to na osi czasu.
A dlaczego nie?
W końcu kiedyś to było ważne, a że popierdoliło mi życie?
No cóż.
Tego nie zmienię już w żaden sposób.
Trzydzieści siedem lat dziś minęło, znaczy się minie równo o trzynastej.
Nie do wiary.
Jak jeden dzień.
A myślałam, że to niemożliwe.
A jednak...
A dlaczego nie?
W końcu kiedyś to było ważne, a że popierdoliło mi życie?
No cóż.
Tego nie zmienię już w żaden sposób.
Trzydzieści siedem lat dziś minęło, znaczy się minie równo o trzynastej.
Nie do wiary.
Jak jeden dzień.
A myślałam, że to niemożliwe.
A jednak...
sobota, 12 listopada 2016
Wdzięczna
jestem Synowej, że mnie poprosiła, żebym poszła na spotkanie z Robertem Biedroniem.
Ona chciała książkę z autografem, a przylatuje jutro dopiero.
Powiedziałam, że nie ma sprawy, że pójdę, ale przeżywałam jak mrówka okres.
Ale po kolei, Kochany Pamiętniczku...
Wczoraj bladym świtem (oj tam, oj tam, 10 rano to blady świt) poleciałam do Fawora po rogale świętomarcińskie. Zmorka wprawdzie twierdzi, że są niedobre, ale ona jakąś podróbę z WSM jadła, a nie prawdziwe rogale z certyfikatem. Takie są li i jedynie u nas, nie przebiją ich na pewno Zmorcze domowe, choć nie neguję ich smaku, ale rogalowi świętomarcińskiemu nie dorówna nic :)
Zatem kupiłam 2400 kalorii, po których cycki urosły mi tak, że już nie muszę ich powiększać. Serio, wszystko poszło w cycki :)
A kolejka była taka, jak wchodziłam...
... a taka, jak wychodziłam
W sąsiedniej alejce są 4 piekarenki, mimo potykaczy w żadnej kolejki nie było.
Bo trzeba, proszę Szanownej Zmorki, wiedzieć, gdzie kupować :P Zapraszam za rok na rogale, bo liczą się tylko te z 11 listopada.
Potem zaś ogarnęłam tę kuwetę wolnym walcem i dziś poleciałam tylko na Manhattan, bo chleba nie miałam, ale jak to na Manhattanie - się jest, się kupuje.
Więc kupowałam, grzybków suszonych też kupiłam, bo te obiecane jednak do mnie nie dotarły, no cóż, bywa :D A będą potrzebne.
Przed wyjściem na to spotkanie byłam już tak zestresowana, że łyknęłam dwie piguły uspokajające. Pomogło :)
I szczęście miałam, bo znalazłam ostatnie miejsce siedzące w drugim rzędzie, przede mną był rząd wolny, ale kartki: zarezerwowano.
Były tłumy, ludzie stali jeszcze 2 piętra wyżej.
Biedroń jest taki, jak na fotkach i klipach w necie, uśmiechnięty szeroko, od ucha do ucha, bezpośredni i życzliwy całemu światu. Nawet o obecnych rządzących mówił spokojnie, aczkolwiek nie jest ich zwolennikiem. Mówił rzeczowo, konkretnie, nie atakując bez daj racji. Nawet o Kościele wypowiadał się spokojnie, aczkolwiek jak sam przyznał - jest ateistą. I - doskonale rozumie kobiety, bo on, tak jak my, całe swoje życie był gorszą częścią społeczeństwa. Mówił, jak obcesowo, seksistowsko atakowano go w Sejmie, oceniano tak, jak ocenia się kobiety - nie za wiedzę, ale za wygląd. Obiema ręcami się podpisuję, bo Boss zatrudnia też po wyglądzie. Mnie zatrudnił, bo miał nóż na karku i żadna młoda laska nie była tak dobra, jak ja, a przede mną przerobił kilkanaście, to wiem :)
I głupia cipa, nie kupiłam książki gdzie indziej, bo nie wiedziałam., jak wejdę do Empiku z książką. Żałuję, bo dużo przepłaciłam. Teraz już wiem, jak to działa, no ale też dowiedziałam się za późno i z Arosa bym książki nie dostała na czas. A różnica w cenie niebagatelna, jak dla mnie: 20 zł.
I głupia cipa po raz drugi, nie wzięłam aparatu, nie wiedząc, czy będę mogła fotki cykać.
No i mam tylko szajs z ajfonika...
Selfie sobie nie zrobiłam, bo jestem niefotogeniczna, ale Biedroń cykał sobie z każdym, kto go o to poprosił. Po autograf stałam w kolejce 1,5 godziny, a jak wychodziłam, kolejka na oko liczyła następne 1,5 godziny. A miało wszystko trwać dwie :)
Biorąc autograf powiedziałam mu, że muszę go wyprowadzić z błędu, że na emeryturze wcale nie będzie miał więcej wolnego i nie będzie w hamaku czytał książek. Okazał się dżentelmenem, jak każdy gej, bo spojrzał mi w oczy i rzekł: - Niemożliwe, żeby pani mówiła z własnego doświadczenia, to nie wiek na emeryturę :)
Padnięta jestem, Kochany Pamiętniczku, a mam plany na juterko, a i wieczorem muszę pogadać z Inżynierem.
Więc spadam w objęcia Morfeusza :)
A, a po drodze popełniłam
Będę się smażyć w piekle, taki dobry :D
Ona chciała książkę z autografem, a przylatuje jutro dopiero.
Powiedziałam, że nie ma sprawy, że pójdę, ale przeżywałam jak mrówka okres.
Ale po kolei, Kochany Pamiętniczku...
Wczoraj bladym świtem (oj tam, oj tam, 10 rano to blady świt) poleciałam do Fawora po rogale świętomarcińskie. Zmorka wprawdzie twierdzi, że są niedobre, ale ona jakąś podróbę z WSM jadła, a nie prawdziwe rogale z certyfikatem. Takie są li i jedynie u nas, nie przebiją ich na pewno Zmorcze domowe, choć nie neguję ich smaku, ale rogalowi świętomarcińskiemu nie dorówna nic :)
Zatem kupiłam 2400 kalorii, po których cycki urosły mi tak, że już nie muszę ich powiększać. Serio, wszystko poszło w cycki :)
A kolejka była taka, jak wchodziłam...
... a taka, jak wychodziłam
W sąsiedniej alejce są 4 piekarenki, mimo potykaczy w żadnej kolejki nie było.
Bo trzeba, proszę Szanownej Zmorki, wiedzieć, gdzie kupować :P Zapraszam za rok na rogale, bo liczą się tylko te z 11 listopada.
Potem zaś ogarnęłam tę kuwetę wolnym walcem i dziś poleciałam tylko na Manhattan, bo chleba nie miałam, ale jak to na Manhattanie - się jest, się kupuje.
Więc kupowałam, grzybków suszonych też kupiłam, bo te obiecane jednak do mnie nie dotarły, no cóż, bywa :D A będą potrzebne.
Przed wyjściem na to spotkanie byłam już tak zestresowana, że łyknęłam dwie piguły uspokajające. Pomogło :)
I szczęście miałam, bo znalazłam ostatnie miejsce siedzące w drugim rzędzie, przede mną był rząd wolny, ale kartki: zarezerwowano.
Były tłumy, ludzie stali jeszcze 2 piętra wyżej.
Biedroń jest taki, jak na fotkach i klipach w necie, uśmiechnięty szeroko, od ucha do ucha, bezpośredni i życzliwy całemu światu. Nawet o obecnych rządzących mówił spokojnie, aczkolwiek nie jest ich zwolennikiem. Mówił rzeczowo, konkretnie, nie atakując bez daj racji. Nawet o Kościele wypowiadał się spokojnie, aczkolwiek jak sam przyznał - jest ateistą. I - doskonale rozumie kobiety, bo on, tak jak my, całe swoje życie był gorszą częścią społeczeństwa. Mówił, jak obcesowo, seksistowsko atakowano go w Sejmie, oceniano tak, jak ocenia się kobiety - nie za wiedzę, ale za wygląd. Obiema ręcami się podpisuję, bo Boss zatrudnia też po wyglądzie. Mnie zatrudnił, bo miał nóż na karku i żadna młoda laska nie była tak dobra, jak ja, a przede mną przerobił kilkanaście, to wiem :)
I głupia cipa, nie kupiłam książki gdzie indziej, bo nie wiedziałam., jak wejdę do Empiku z książką. Żałuję, bo dużo przepłaciłam. Teraz już wiem, jak to działa, no ale też dowiedziałam się za późno i z Arosa bym książki nie dostała na czas. A różnica w cenie niebagatelna, jak dla mnie: 20 zł.
I głupia cipa po raz drugi, nie wzięłam aparatu, nie wiedząc, czy będę mogła fotki cykać.
No i mam tylko szajs z ajfonika...
Selfie sobie nie zrobiłam, bo jestem niefotogeniczna, ale Biedroń cykał sobie z każdym, kto go o to poprosił. Po autograf stałam w kolejce 1,5 godziny, a jak wychodziłam, kolejka na oko liczyła następne 1,5 godziny. A miało wszystko trwać dwie :)
Biorąc autograf powiedziałam mu, że muszę go wyprowadzić z błędu, że na emeryturze wcale nie będzie miał więcej wolnego i nie będzie w hamaku czytał książek. Okazał się dżentelmenem, jak każdy gej, bo spojrzał mi w oczy i rzekł: - Niemożliwe, żeby pani mówiła z własnego doświadczenia, to nie wiek na emeryturę :)
Padnięta jestem, Kochany Pamiętniczku, a mam plany na juterko, a i wieczorem muszę pogadać z Inżynierem.
Więc spadam w objęcia Morfeusza :)
A, a po drodze popełniłam
Będę się smażyć w piekle, taki dobry :D
środa, 9 listopada 2016
Kretyn
jakiś majstrował dziś przy prądzie w naszym bloku. Wszędzie było światło, tylko u nas jak na dyskotece. Akurat miałam robotę wziętą do domu, bo wariatkowo jest nieopisane, a będzie jeszcze większe.
A tu, Kochany Pamiętniczku - jasno, ciemno, jasno, ciemno, jasno...
Wyłączyłam wszystko, bo bałam się, że przepięcie będzie i sprzęt mi szlag trafi.
I błogosławiłam te lampki ledowe, com je kupiła na święta, bo są na baterie, a świecą, że hohoho :) Spokojnie skorekciłam te kilkanaście stron, nie męcząc oczu.
A padnięta jestem, bo po zawierusze wszyscy piszą jak najęci, a że piszą szybko i już nie czytają, to dostaję takie kwiatki, że ojapierdolę. Pisząc z zamkniętymi oczyma nie nasadziłabym tylu błędów. W sensie literówek. Fakt, piszę bezwzrokowo, choć wolę czasem spojrzeć na klawiaturę, zazwyczaj po przejściu z jednej na drugą.
A najlepszy kawał, że jakiś idiota zamykanie warzywek ustawił na... 27 grudnia.
A mnie już wtedy nie będzie.
Naczelna mdleje, spazmuje i nie widzi opcji innej korektorki.
Stanęło na tym, że wezmę netbooka i ogarnę Wordem i PDF.
Jeśli myślą, że w same święta będę im pracować, to myślą.
Kocham pracę, bo ona na mnie leci.
I tyle w temacie, monotematycznie.
Inne kwestie leżą i kwiczą, aczkolwiek dziś zdążyłam po drodze do rzeźnika, bo teraz już mają otwarte do 18, nie do 20.
Jutro tylko rano chleb. Mięso i inne zabawki mam, to i 11 listopada przeżyję.
A po rogale się wybiorę na spacer do piekarni, bo wszystkie w okolicy otwarte. Albo i nie, bo jak wypocznę, mogę się pokulać na Święty Marcin. Na półmaraton się już nie załapię, bo jest rano, a ja MUSZĘ pospać, inaczej zdechnę.
A tego się nie robi Baranowi :) Kochany jest, zaraz wszystko ogarnął i uszykuje, a jak jadę do moich dzieci, sama sobie powlekam pościel, bo one nigdy nie mają czasu. Więc chcę, żeby wiedział, że wszystko doceniam i będę się twardo trzymała :)
Ale za to na pełnej petardzie :)
Trump wygrał. Jednak. Stardust się cieszy. Ma prawo, to jej kraj. Ale ja mam wrażenie, że i tam dorwali się do władzy ludzie tak dzicy, jak rządzący tu.
Nie mam na to najmniejszego wpływu, więc nie zamierzam się na zapas zamartwiać.
Ale nie czuję się komfortowo. Kiedyś wydawało mi się, że wystarczy żyć uczciwie.
Teraz już wiem, że to za mało, by być spokojnym.
Człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera...
No dobra, koniec umierania :P
A tu, Kochany Pamiętniczku - jasno, ciemno, jasno, ciemno, jasno...
Wyłączyłam wszystko, bo bałam się, że przepięcie będzie i sprzęt mi szlag trafi.
I błogosławiłam te lampki ledowe, com je kupiła na święta, bo są na baterie, a świecą, że hohoho :) Spokojnie skorekciłam te kilkanaście stron, nie męcząc oczu.
A padnięta jestem, bo po zawierusze wszyscy piszą jak najęci, a że piszą szybko i już nie czytają, to dostaję takie kwiatki, że ojapierdolę. Pisząc z zamkniętymi oczyma nie nasadziłabym tylu błędów. W sensie literówek. Fakt, piszę bezwzrokowo, choć wolę czasem spojrzeć na klawiaturę, zazwyczaj po przejściu z jednej na drugą.
A najlepszy kawał, że jakiś idiota zamykanie warzywek ustawił na... 27 grudnia.
A mnie już wtedy nie będzie.
Naczelna mdleje, spazmuje i nie widzi opcji innej korektorki.
Stanęło na tym, że wezmę netbooka i ogarnę Wordem i PDF.
Jeśli myślą, że w same święta będę im pracować, to myślą.
Kocham pracę, bo ona na mnie leci.
I tyle w temacie, monotematycznie.
Inne kwestie leżą i kwiczą, aczkolwiek dziś zdążyłam po drodze do rzeźnika, bo teraz już mają otwarte do 18, nie do 20.
Jutro tylko rano chleb. Mięso i inne zabawki mam, to i 11 listopada przeżyję.
A po rogale się wybiorę na spacer do piekarni, bo wszystkie w okolicy otwarte. Albo i nie, bo jak wypocznę, mogę się pokulać na Święty Marcin. Na półmaraton się już nie załapię, bo jest rano, a ja MUSZĘ pospać, inaczej zdechnę.
A tego się nie robi Baranowi :) Kochany jest, zaraz wszystko ogarnął i uszykuje, a jak jadę do moich dzieci, sama sobie powlekam pościel, bo one nigdy nie mają czasu. Więc chcę, żeby wiedział, że wszystko doceniam i będę się twardo trzymała :)
Ale za to na pełnej petardzie :)
Trump wygrał. Jednak. Stardust się cieszy. Ma prawo, to jej kraj. Ale ja mam wrażenie, że i tam dorwali się do władzy ludzie tak dzicy, jak rządzący tu.
Nie mam na to najmniejszego wpływu, więc nie zamierzam się na zapas zamartwiać.
Ale nie czuję się komfortowo. Kiedyś wydawało mi się, że wystarczy żyć uczciwie.
Teraz już wiem, że to za mało, by być spokojnym.
Człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera...
No dobra, koniec umierania :P
wtorek, 8 listopada 2016
Ponoć
tylko krowa nie zmienia poglądów,
Zatem, zmiękczona Baranim wzrokiem i Postmanowym wyciem, przespawszy się ze ślimakami, zanabyłam bilet i postaram się w każdych okolicznościach przyrody na Wyspy dolecieć.
Gryzie mnie sumienie, bo Synowa Młodsza skomentowała to tak, że zła ze mnie babcia, że się w wnukami nie zobaczę.
Ano, wnuki będą w PL, a ja w UK. Jedyne co mnie ominie, to totalna demolka mieszkania i padnięcie zimowe. Bo nie wiadomo, jak będzie na dworze, a utrzymać dzieci w mieszkaniu to wyczyn. Jak będzie zima, to tony piaseczku. Nie mam na to ani siły, ani ochoty. Starość.
Ale też mam prawo do siebie i swojego życia, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Żal mi Pierworodnego, że nie zobaczę po raz kolejny, ale mam nadzieję to naprawić. Sama nie wiem, czy go to wzruszy, czy nie. Mnie wzrusza. Nawet mu jeszcze nie powiedziałam, że lecę. Ale też nie umawiałam się z nimi, odmówiłam tylko wigilii u jego teściów i powiedziałam, że zobaczymy, jak się ułoży.
I nie, nie faworyzuję Inżyniera, nie jadę do Inżyniera, Synowa ma zamówienie na "ich Wigilię w ich domu" i niech się dobrze czują i bawią.
Zobaczymy się w święta, na kawce, dojadą.
A ja, no cóż, wbrew planom nie będę sama, a z moimi ulubionymi chłopakami.
Co to wszystko zrobią, nawet plecki chętnie umyją :D
Teraz wkurzam się, bo nagle okazuje się, że jak - nie mogąc się doprosić rozkładu jazdy od stycznia - kupiłam sobie bilet, to jakiś geniusz ułożył plan tak, że wszystko robimy zaraz po nowym roku. A ja wrócę później. Nigdy nie robili w takich terminach, a teraz nagle wszystko. I w sumie, żeby z tym nadążyć, musiałabym cały miesiąc chodzić do pracy.
W dupie to mam. Wypiszę urlop. Boss niech się cieszy, że urlop biorę, kurwa. Bo cały rok jęczał, że nie biorę. Teraz będzie jęczał, że biorę. Dogódź tu facetowi. Już przesunęli termin w drukarni, żebym zdążyła wrócić.
Czyli w dwa dni będę robiła robotę z czterech.
Tyż piknie.
A na razie szukam walizki, zastanawiam się, czy wziąć droższą, czy tańszą, bo w końcu i tak ją szlag trafi...
Szafę mam pełną walizek, służą jako schowki, bo każda inwalidka.
Przez te 12 lat zużyłam już chyba z 10 walizek, a te najlepsze zakosiły mi dzieci - Pierworodny wyjeżdżając i Inżynier, wynosząc się na emigrację.
A czasu na wszystko mam mało, bo...
Tak ułożyli rozkład, że chyba nawet weekendy będę miała zapchane.
Może to i dobrze.
Tak się żyje, jak kazał ksiądz - na pełnej petardzie :)
Zatem, zmiękczona Baranim wzrokiem i Postmanowym wyciem, przespawszy się ze ślimakami, zanabyłam bilet i postaram się w każdych okolicznościach przyrody na Wyspy dolecieć.
Gryzie mnie sumienie, bo Synowa Młodsza skomentowała to tak, że zła ze mnie babcia, że się w wnukami nie zobaczę.
Ano, wnuki będą w PL, a ja w UK. Jedyne co mnie ominie, to totalna demolka mieszkania i padnięcie zimowe. Bo nie wiadomo, jak będzie na dworze, a utrzymać dzieci w mieszkaniu to wyczyn. Jak będzie zima, to tony piaseczku. Nie mam na to ani siły, ani ochoty. Starość.
Ale też mam prawo do siebie i swojego życia, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Żal mi Pierworodnego, że nie zobaczę po raz kolejny, ale mam nadzieję to naprawić. Sama nie wiem, czy go to wzruszy, czy nie. Mnie wzrusza. Nawet mu jeszcze nie powiedziałam, że lecę. Ale też nie umawiałam się z nimi, odmówiłam tylko wigilii u jego teściów i powiedziałam, że zobaczymy, jak się ułoży.
I nie, nie faworyzuję Inżyniera, nie jadę do Inżyniera, Synowa ma zamówienie na "ich Wigilię w ich domu" i niech się dobrze czują i bawią.
Zobaczymy się w święta, na kawce, dojadą.
A ja, no cóż, wbrew planom nie będę sama, a z moimi ulubionymi chłopakami.
Co to wszystko zrobią, nawet plecki chętnie umyją :D
Teraz wkurzam się, bo nagle okazuje się, że jak - nie mogąc się doprosić rozkładu jazdy od stycznia - kupiłam sobie bilet, to jakiś geniusz ułożył plan tak, że wszystko robimy zaraz po nowym roku. A ja wrócę później. Nigdy nie robili w takich terminach, a teraz nagle wszystko. I w sumie, żeby z tym nadążyć, musiałabym cały miesiąc chodzić do pracy.
W dupie to mam. Wypiszę urlop. Boss niech się cieszy, że urlop biorę, kurwa. Bo cały rok jęczał, że nie biorę. Teraz będzie jęczał, że biorę. Dogódź tu facetowi. Już przesunęli termin w drukarni, żebym zdążyła wrócić.
Czyli w dwa dni będę robiła robotę z czterech.
Tyż piknie.
A na razie szukam walizki, zastanawiam się, czy wziąć droższą, czy tańszą, bo w końcu i tak ją szlag trafi...
Szafę mam pełną walizek, służą jako schowki, bo każda inwalidka.
Przez te 12 lat zużyłam już chyba z 10 walizek, a te najlepsze zakosiły mi dzieci - Pierworodny wyjeżdżając i Inżynier, wynosząc się na emigrację.
A czasu na wszystko mam mało, bo...
Tak ułożyli rozkład, że chyba nawet weekendy będę miała zapchane.
Może to i dobrze.
Tak się żyje, jak kazał ksiądz - na pełnej petardzie :)
poniedziałek, 7 listopada 2016
Rozum
mi odebrało. Ze szczętem.
No nic.
Ten model tak ma, Kochany Pamiętniczku...
Ale...
Tak wyszło.
A ten chuj, co dostał wszystko na tacy nawet dziękuję nie powiedział, nie mówiąc już o tym, że ani się nie zająknął, jak fajnie wszystko zrobiłam!
A kij mu w oko :)
Porąbana jestem i tego nic nie zmieni.
Nawet próba przekonwertowania mnie na buddyzm :)
Mam mało czasu na wszystko, ale oj tam, oj tam.
I na spotkanie z Biedroniem pójdę w sobotę, bo Synowa chce mieć autograf :)
Po... gięło mnie na maksa.
Koniec samokrytyki.
Raz się żyje, potem się straszy.
No nic.
Ten model tak ma, Kochany Pamiętniczku...
Ale...
Tak wyszło.
A ten chuj, co dostał wszystko na tacy nawet dziękuję nie powiedział, nie mówiąc już o tym, że ani się nie zająknął, jak fajnie wszystko zrobiłam!
A kij mu w oko :)
Porąbana jestem i tego nic nie zmieni.
Nawet próba przekonwertowania mnie na buddyzm :)
Mam mało czasu na wszystko, ale oj tam, oj tam.
I na spotkanie z Biedroniem pójdę w sobotę, bo Synowa chce mieć autograf :)
Po... gięło mnie na maksa.
Koniec samokrytyki.
Raz się żyje, potem się straszy.
niedziela, 6 listopada 2016
Zrobiłam
ja bym sobie nie poradziła? :)
Tak, Kochany Pamiętniczku, mam tę moc.
Bo ja mocna czarownica jestem.
Ale i zielonych karteczek zostało od groma, bo popuszczali takie byki graficzne, że ojapierdolę. Nie moja działka, wiem, nie mój zakres obowiązków (w Auschwitz był), ale po prostu serce mi nie pozwala na puszczenie takiego gniota, bo w stopce jest też moje nazwisko :P
Oj tam, oj tam, wiem, ale nie umiem.
Niedorobiona jakaś jestem i tyle.
Dobrze, że przez te wszystkie lata, mimo że sobie obiecywałam, nie nauczyłam się łamać. Inaczej pewno robiłabym wszystko :)
Podstawy programów graficznych znam, na tyle, że wystarczy mi to do moich obowiązków.
I dobrze :O
A tak naprawdę, nie chcę straszyć, ale
Tak, Kochany Pamiętniczku, mam tę moc.
Bo ja mocna czarownica jestem.
Ale i zielonych karteczek zostało od groma, bo popuszczali takie byki graficzne, że ojapierdolę. Nie moja działka, wiem, nie mój zakres obowiązków (w Auschwitz był), ale po prostu serce mi nie pozwala na puszczenie takiego gniota, bo w stopce jest też moje nazwisko :P
Oj tam, oj tam, wiem, ale nie umiem.
Niedorobiona jakaś jestem i tyle.
Dobrze, że przez te wszystkie lata, mimo że sobie obiecywałam, nie nauczyłam się łamać. Inaczej pewno robiłabym wszystko :)
Podstawy programów graficznych znam, na tyle, że wystarczy mi to do moich obowiązków.
I dobrze :O
A tak naprawdę, nie chcę straszyć, ale
WINTER IS COMING
Mój grudzień sam z siebie zakwita, bez proszenia. Dotąd nigdy tego nie robił, zawsze kupowałam kwitnące. A w tym roku - proszę. I ma dużo pąków...
sobota, 5 listopada 2016
Popylam
od rana ze śrubką w dupce, okrętową numer 5, żeby wszystko ogarnąć i zrobić, co ma do zrobienia, bo ten model tak ma, że jak obieca, to święte, choćby siekiery z nieba leciały.
A tu na Hangoucie redaktorek pisze, że on w pracy, że jak coś to mi pomoże. Pyta, ile zrobiłam i na ile wyceniam to w alkoholu: piwo, wino, wódka czy spirytus. A ja, kurwa, w jeden wieczór zrobiłam WSZYSTKO, teraz tylko nanieść na kompa. Oni bawili się z tym cały miesiąc, w sumie nic nie robiąc, bo to jest na gotowcu, zmienili tylko kolejność stron, nic nowego nie dopisali, fot nie wymienili, no i tego, pierdolonego indeksu palcem w bucie nie tknęli, bo nie potrafią :)
Odpisuję, że wszystko pod kontrolą, całość będzie gotowa na poniedziałek, zostanie tylko parę poprawek dla grafika, bo tego nie umiem zrobić, jak tekst jest urwany i że jak coś to może być białe Martini.
A on, z głupia frant, że on pytał o stopień trudności w procentach alkoholu.
Kij mu w oko.
Napisałam, że piwo bezalkoholowe i dalej nie dyskutowałam, choć jeszcze chciał gadać.
Kij w plecy, bo w dupę by przyjemność miał. Oni wszyscy tak do pracy chodzą, nawet w weekendy, nazywa się to, że ciężko pracują, po godzinach. Myślę, że chodzi o wyrwanie się z domu, gdzie są małe dzieci. A ja lubię swój dom, zawsze lubiłam. Pracuję, żeby żyć, a nie żyję, żeby pracować.
Odwaliłam za niego całą katorżniczą pracę, katorżniczą, bo pomijając konwersję stron nie dało się tego jednak zrobić automatem, bo gdybym zamieniła 11 na 185 automatem, to potem gdybym musiała zamienić 185 na 259, zamieniłoby mi już wszystkie 185, więc bawiłam się w to ręcznie, nie licząc układania algorytmu.
No nic. Dopiero skończyłam pracę.
Jutro zrobię resztę, to już drobiazgi.
I clou: nie będę nic sprawdzała, bo sprawdzanie zgodności to praca redaktora, nie korekty.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jest cwany i zwala swoją działkę na innych.
Też jestem cwana.
I nawet nie chodzi mi o wino, ale o zasadę.
O dziękuję.
To nie pierwszy raz tak zrobił, ale ostatni.
Kto z Mieciem wojuje, od Miecia ginie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
:)
Biada tym, którzy na odcisk korekcie wlezą. Oj, biada :P
Za to w poniedziałek będą zaiwaniać, a ja będę miała na to wyrąbane. I wstępniak, i okładkę zrobię jak będzie mi pasowało i na pewno nie będę kiblowała po godzinach :D
A teraz The Crown, bo pierwszy odcinek ma już napisy i potem do łóżeczka.
Dwa kocki sobie kupiłam i takie zajefajne lampeczki.
Kocki, bo zima idzie sroga, a moje kocki mają już ponad 30 lat...
I powoli zaczynają się pruć :)
A tu na Hangoucie redaktorek pisze, że on w pracy, że jak coś to mi pomoże. Pyta, ile zrobiłam i na ile wyceniam to w alkoholu: piwo, wino, wódka czy spirytus. A ja, kurwa, w jeden wieczór zrobiłam WSZYSTKO, teraz tylko nanieść na kompa. Oni bawili się z tym cały miesiąc, w sumie nic nie robiąc, bo to jest na gotowcu, zmienili tylko kolejność stron, nic nowego nie dopisali, fot nie wymienili, no i tego, pierdolonego indeksu palcem w bucie nie tknęli, bo nie potrafią :)
Odpisuję, że wszystko pod kontrolą, całość będzie gotowa na poniedziałek, zostanie tylko parę poprawek dla grafika, bo tego nie umiem zrobić, jak tekst jest urwany i że jak coś to może być białe Martini.
A on, z głupia frant, że on pytał o stopień trudności w procentach alkoholu.
Kij mu w oko.
Napisałam, że piwo bezalkoholowe i dalej nie dyskutowałam, choć jeszcze chciał gadać.
Kij w plecy, bo w dupę by przyjemność miał. Oni wszyscy tak do pracy chodzą, nawet w weekendy, nazywa się to, że ciężko pracują, po godzinach. Myślę, że chodzi o wyrwanie się z domu, gdzie są małe dzieci. A ja lubię swój dom, zawsze lubiłam. Pracuję, żeby żyć, a nie żyję, żeby pracować.
Odwaliłam za niego całą katorżniczą pracę, katorżniczą, bo pomijając konwersję stron nie dało się tego jednak zrobić automatem, bo gdybym zamieniła 11 na 185 automatem, to potem gdybym musiała zamienić 185 na 259, zamieniłoby mi już wszystkie 185, więc bawiłam się w to ręcznie, nie licząc układania algorytmu.
No nic. Dopiero skończyłam pracę.
Jutro zrobię resztę, to już drobiazgi.
I clou: nie będę nic sprawdzała, bo sprawdzanie zgodności to praca redaktora, nie korekty.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jest cwany i zwala swoją działkę na innych.
Też jestem cwana.
I nawet nie chodzi mi o wino, ale o zasadę.
O dziękuję.
To nie pierwszy raz tak zrobił, ale ostatni.
Kto z Mieciem wojuje, od Miecia ginie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
:)
Biada tym, którzy na odcisk korekcie wlezą. Oj, biada :P
Za to w poniedziałek będą zaiwaniać, a ja będę miała na to wyrąbane. I wstępniak, i okładkę zrobię jak będzie mi pasowało i na pewno nie będę kiblowała po godzinach :D
A teraz The Crown, bo pierwszy odcinek ma już napisy i potem do łóżeczka.
Dwa kocki sobie kupiłam i takie zajefajne lampeczki.
Kocki, bo zima idzie sroga, a moje kocki mają już ponad 30 lat...
I powoli zaczynają się pruć :)
piątek, 4 listopada 2016
Pierdyknęło
i zadymiło.
Siedzę ja sobie w koszulince, wykąpana i pachnąca, zebrać się nie mogę, a to i Manhattan, i do fryzjera by trzeba, i dentysta się kłania, i takie tam...
A tu włażę na pocztę i pierdut. Faktury za neta szukałam, a znalazłam emilka od sekretarki, czy przeczytałam emilka od Bossa.
Bo Boss mnie chce teraz, zaraz już, na gwałt, ale gwałtowego nie dostanę, psiakrew.
Geniusz, jak zwykle. Wysłał emilka na pracowy adres.
Nie wchodzę przez FTP, bo nie.
Ale grzecznie piciu piciu tu i tam, że i będę, ale nie na 10, bo odebrałam emilka o 9.20, a teleport mi się zepsuł.
Wykrakałam.
W całej sieci tramwajowej zabrakło prądu, jak byłam w połowie drogi, ale w końcu dotarłam.
Mniej więcej wiedziałam, co jest grane.
Ale sekretarka mówi, że jego boli...
Kto zgadnie co?
Mój urlop.
Bo jak to, na pół etatu pracuję, a pół miesiąca nie ma mnie w pracy.
Ojapierdolę.
Skoro to pół etatu, to pracuję pół miesiąca, a drugie pół mam wolne, nie biorąc urlopu...
No nic..
Pukam, zajęty.
Mówi: 5 minut.
Czekałam 45 minut. Kocham ludzi nieszanujących cudzego czasu. Moje plany tymczasem poszły się jebać. Bez gwałtowego. Za darmo.
Pierwsza rzecz: urlop.
Mówię, że mam 13 dni rocznie po 8 godzin. Będę je wybierała po jednym dniu w każdym miesiącu, ale kilka dni chcę mieć w zapasie na wszelki wypadek.
Zaakceptował.
Ojapierdolę.
A potem...
Że jest robota.
Ja na to, że wiem. Robota jest od początku października, ale on nie miał ani czasu, ani ochoty ze mną porozmawiać (zainteresowany redaktor rozmawiał z nim kilka razy, kilka emilków mu też wysłał, wiem, bo słał do mojej wiadomości też).
Obudził się dziś, że nie ma korektorki. Taaa... a 250 stron ma iść do druku w poniedziałek (bum tarara, bum tarara, bum). Tego mu nie ogarnie żadna korektorka i ja to wiem. Na dokładkę, choć to 2. wydanie i nie powinno być wiele błędów, przewalili strony i cały indeks poszedł w pizdu. A redaktor wmówił mu, że indeks robi korektorka. I znów musiałam mu tłumaczyć, że indeks robi redaktor, ale nie jego wina, że nie umie, bo redaktor u nas to fachowiec od swojej działki, a nie od wydawania. Dlatego mówię, że nie ma sprawy, zrobię, ale za kaskę. A on na to, że jak to, w godzinach pracy mam pensję. No ale ja ani dziś, ani w weekend nie pracuję... To nadgodziny... Powiedziałam NIE. Chcę pieniądze, bo to mój wolny czas i moja wiedza.
Pęka powoli.
Ale jest jeszcze jedna książka... Pod koniec miesiąca. No to tym bardziej za kaskę, bo ja po 18 mam wolne..
VICTORIA :)
Teraz jeszcze muszę się uzbroić w cierpliwość, bo znając życie i Bossa ze 2-3 miesiące będę musiała się dobijać o tę kasę.
Ale będzie.
A jak ja wszystko zrobię - moja sprawa :P
Poza tym weekendem reszta będzie lajtowo.
Indeks już mam, bum tarara, bum, bo niestety, nikt nie wpadł na to, że wystarczy sprawdzić podstawę, a resztę się zrobi automatem, więc zażyczyłam sobie maczka do domu i bumtararara, jutro dokończę i w niedzielę, wolnym walcem. od razu całokształt, a jako że to 2. wydanie, starczy jedna korekta.
Kochany Pamiętniczku, jestem genialna i jestem z siebie dumna.
A kaska piechotą nie chodzi, co nie?
Więc mam na tapecie
... taką oto książczynę :D
I jeszcze trochę kaski będzie, bo wpadła jeszcze jedna książeczka w przyszłym tygodniu, z innego źródełka, ale od przybytku głowa nie boli, co nie?
Trochę pobolewa, bo założyłam zimowy płaszcz, jako że rano koło zera latało, a w autobusach grzeją, jakby było 30 stopni mrozu, a że padało i niosłam tę książczynę, chlebek, kupiony po drodze, żeby z głodu nie umrzyjnąć, no i maczka, plus torebusia, więc jestem gorzej niż koń po westernie.
Ale już nie mam czasu na głupie myśli...
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę :D
Bum tararara....
Powiedziałam redaktorowi, że za ten indeks, bo odwalam tu jego robotę, chcę butelkę dobrego wina. Zobaczymy... Stać mnie, mogę sobie sama kupić. Ale miał taką panikę w oczach, jak mu powiedziałam, że nie będę ściboliła indeksu, bo pierwszy tak sknocił, że ojapierdolę... On w ogóle nie wie, czym to się je, łyżką, widelcem czy pałeczkami.
Jak nie podziękuje, następny indeks będzie robił sam... Bo Boss na wieść, że to praca redaktora zapytał, dlaczego ja całą redakcję rozpieszczam. Więc przestanę rozpieszczać. A co mi tam, będę miała mniej pracy :P
Siedzę ja sobie w koszulince, wykąpana i pachnąca, zebrać się nie mogę, a to i Manhattan, i do fryzjera by trzeba, i dentysta się kłania, i takie tam...
A tu włażę na pocztę i pierdut. Faktury za neta szukałam, a znalazłam emilka od sekretarki, czy przeczytałam emilka od Bossa.
Bo Boss mnie chce teraz, zaraz już, na gwałt, ale gwałtowego nie dostanę, psiakrew.
Geniusz, jak zwykle. Wysłał emilka na pracowy adres.
Nie wchodzę przez FTP, bo nie.
Ale grzecznie piciu piciu tu i tam, że i będę, ale nie na 10, bo odebrałam emilka o 9.20, a teleport mi się zepsuł.
Wykrakałam.
W całej sieci tramwajowej zabrakło prądu, jak byłam w połowie drogi, ale w końcu dotarłam.
Mniej więcej wiedziałam, co jest grane.
Ale sekretarka mówi, że jego boli...
Kto zgadnie co?
Mój urlop.
Bo jak to, na pół etatu pracuję, a pół miesiąca nie ma mnie w pracy.
Ojapierdolę.
Skoro to pół etatu, to pracuję pół miesiąca, a drugie pół mam wolne, nie biorąc urlopu...
No nic..
Pukam, zajęty.
Mówi: 5 minut.
Czekałam 45 minut. Kocham ludzi nieszanujących cudzego czasu. Moje plany tymczasem poszły się jebać. Bez gwałtowego. Za darmo.
Pierwsza rzecz: urlop.
Mówię, że mam 13 dni rocznie po 8 godzin. Będę je wybierała po jednym dniu w każdym miesiącu, ale kilka dni chcę mieć w zapasie na wszelki wypadek.
Zaakceptował.
Ojapierdolę.
A potem...
Że jest robota.
Ja na to, że wiem. Robota jest od początku października, ale on nie miał ani czasu, ani ochoty ze mną porozmawiać (zainteresowany redaktor rozmawiał z nim kilka razy, kilka emilków mu też wysłał, wiem, bo słał do mojej wiadomości też).
Obudził się dziś, że nie ma korektorki. Taaa... a 250 stron ma iść do druku w poniedziałek (bum tarara, bum tarara, bum). Tego mu nie ogarnie żadna korektorka i ja to wiem. Na dokładkę, choć to 2. wydanie i nie powinno być wiele błędów, przewalili strony i cały indeks poszedł w pizdu. A redaktor wmówił mu, że indeks robi korektorka. I znów musiałam mu tłumaczyć, że indeks robi redaktor, ale nie jego wina, że nie umie, bo redaktor u nas to fachowiec od swojej działki, a nie od wydawania. Dlatego mówię, że nie ma sprawy, zrobię, ale za kaskę. A on na to, że jak to, w godzinach pracy mam pensję. No ale ja ani dziś, ani w weekend nie pracuję... To nadgodziny... Powiedziałam NIE. Chcę pieniądze, bo to mój wolny czas i moja wiedza.
Pęka powoli.
Ale jest jeszcze jedna książka... Pod koniec miesiąca. No to tym bardziej za kaskę, bo ja po 18 mam wolne..
VICTORIA :)
Teraz jeszcze muszę się uzbroić w cierpliwość, bo znając życie i Bossa ze 2-3 miesiące będę musiała się dobijać o tę kasę.
Ale będzie.
A jak ja wszystko zrobię - moja sprawa :P
Poza tym weekendem reszta będzie lajtowo.
Indeks już mam, bum tarara, bum, bo niestety, nikt nie wpadł na to, że wystarczy sprawdzić podstawę, a resztę się zrobi automatem, więc zażyczyłam sobie maczka do domu i bumtararara, jutro dokończę i w niedzielę, wolnym walcem. od razu całokształt, a jako że to 2. wydanie, starczy jedna korekta.
Kochany Pamiętniczku, jestem genialna i jestem z siebie dumna.
A kaska piechotą nie chodzi, co nie?
Więc mam na tapecie
... taką oto książczynę :D
I jeszcze trochę kaski będzie, bo wpadła jeszcze jedna książeczka w przyszłym tygodniu, z innego źródełka, ale od przybytku głowa nie boli, co nie?
Trochę pobolewa, bo założyłam zimowy płaszcz, jako że rano koło zera latało, a w autobusach grzeją, jakby było 30 stopni mrozu, a że padało i niosłam tę książczynę, chlebek, kupiony po drodze, żeby z głodu nie umrzyjnąć, no i maczka, plus torebusia, więc jestem gorzej niż koń po westernie.
Ale już nie mam czasu na głupie myśli...
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę :D
Bum tararara....
Powiedziałam redaktorowi, że za ten indeks, bo odwalam tu jego robotę, chcę butelkę dobrego wina. Zobaczymy... Stać mnie, mogę sobie sama kupić. Ale miał taką panikę w oczach, jak mu powiedziałam, że nie będę ściboliła indeksu, bo pierwszy tak sknocił, że ojapierdolę... On w ogóle nie wie, czym to się je, łyżką, widelcem czy pałeczkami.
Jak nie podziękuje, następny indeks będzie robił sam... Bo Boss na wieść, że to praca redaktora zapytał, dlaczego ja całą redakcję rozpieszczam. Więc przestanę rozpieszczać. A co mi tam, będę miała mniej pracy :P
czwartek, 3 listopada 2016
Znajomy
właśnie na FB przypomniał inny napis znad bramy rozdrażewskiego cmentarza:
BYLIŚMY KIM JESTEŚCIE. BĘDZIECIE KIM JESTEŚMY.
BYLIŚMY KIM JESTEŚCIE. BĘDZIECIE KIM JESTEŚMY.
środa, 2 listopada 2016
Czasami
Czuję się tak zmęczona, jakbym miała już co najmniej dwieście lat. I nie ma na to ratunku...
Wszystkich Świętych
przeleżałam, plackiem, a jakże.
Rano o 6 już nie spałam, dorwał mnie Baran, bo na rano do pracki, a u nich normalny dzień roboczy.
Z mocnym postanowieniem włóczęgi chyżo zerwałam się z piernatów i po kąpieli znów "na chwilę" wskoczyłam w piżamkę.
I tak dotrwałam do wieczora, wciągając cały trzeci sezon Black Mirror. Ojapierdolę, przecudny i... boję się teraz, bo AŻ tak realistyczny. Polecam. Poprzednie można opuścić, są mocno zakręcone i czasem głupie, a każdy odcinek jest osobną częścią. Trzeci sezon wymiata.
O Umarlakach pamiętałam, a jakże, światełka mieli zapalone, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale musiało im to wystarczyć, u mnie psa by z domu nie wyrzucił, a ja w sumie w wiosce nie mam nikogo, do kogo bym chciała pójść. Teściowa odpada, bo nie chcę kontaktów z rodziną.
I tak mi minęło.
Dziś się ogarnęłam znów, i gdy już miałam wychodzić, Kierownik Budowy pyta, czy może na chwilę wpaść. Jako że zostawili bluzę Kradziejki, napisałam, że i owszem... I przesiedzieliśmy dwie godziny.
I nie, że się cieszę, bo spełniają się moje najgorsze przewidywania, to ledwo rok po ślubie, a zgrzyta już jak cholera.
Po prostu wysłuchuję, nie ma się gdzie wygadać. Ale niewesoło to wygląda, bo oni są ze sobą kilkanaście lat już i zawsze darli koty, ale to inaczej wygląda, jak jest ślub i dziecko. Wtedy darcie kotów nie tak łatwo zamienić na trzaśnięcie drzwiami i...
No nic.
Wysłuchałam.
Lubię go bardzo, ale jest specyficzny. Nauczyłam się z tym żyć, w sumie bezpośrednio mi to w żaden sposób nie przeszkadza, choć wiele rzeczy mnie drażni. Z tym, że to jest w moim życiu, a nie jest moim życiem, więc z odrobiną dystansu da się żyć.
Martwi mnie to, ale też nic poradzić nie mogę, każdy musi napisać swoją historię.
I tyle.
Męczy mnie teraz o buddyzm i medytację, o oczyszczanie umysłu i szuka w tym recepty na życie.
On zawsze czegoś szuka i jakoś trudno go przekonać do rzeczy małych. Taki drobiazg: mantra. Upiera się, że musi kupić koraliki do mantrowania. I nie słucha, że tak samo działa różaniec. To też mantra, też wyłącza umysł i pomaga. Nie, bo mantra... OKI, skoro tak sądzi, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie ma różnicy. Trzeba jednak do tego samemu dojść. I tak jak kiedyś gonił mnie ku Kościołowi, tak teraz radykalnie od tego odstaje. Nagle.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.
Sama zmówiłabym różaniec, bo to jest moja tradycja i moje dziedzictwo. Nie, że jestem z Kościołem, nie. Ale... Przerabiałam to już z Pierworodnym, gdy zakochał się w buddystce. I z Inżynierem, dla którego, choć niewierzący, pewne rzeczy są nadal istotne. Bo są w nim.
Pokręcone to jest, co nie?
W sumie nieważne :)
No nic, oby KB znalazł ukojenie i wyjście.
Pojechałam potem do wujka z lampką, jak planowałam, ale nie było już winobluszczu na Collegium Maximum, zagapiłam się, zatem cudów wianków nie będzie.
Wleciałam potem do IKEA po wyciskacz i stwierdziłam, że coraz gorsze robią. Niby takie same, nic się nie zmienia, ale metal coraz chudszy u wykonanie coraz badziewniejsze. Mam porównanie, bo zachowałam ten wkład z dziurkami z pierwszego wyciskacza i nic mi się nie wydaje :P
Teoretycznie baterie potaniały, bo kosztowały 10 zł, a kosztują 7,90. Więcej, jak te z KiK, ale też są jakościowo lepsze.
Ale i tak za drobiazgi ikeowskie, które zawsze kupuję zapłaciłam ponad 50 zł... Choć odciągnęłam się od wielu rzeczy, które chciałabym mieć, ale bez których żyć mogę spokojnie.
Jeszcze spożywka i już prawie 75 zł.
Więc nie nastraja to zbyt wielkim optymizmem.
Do tego wieje jesienią, ale taką zimową jesienią, nie jesienną. Dawno nie było takiej nieprzyjemnej jesieni. Myślę, że mój wiedźmowski nos oraz Indianie zbierający chrust i te opadające liście mnie nie mylą, będzie się działo.
Ale żyć trzeba, co nie, Kochany Pamiętniczku, aż do śmierci :)
I miło jest posiedzieć w ciepłym mieszkaniu, przy blasku świec, z pełnym brzuszkiem i kufelkiem miodowego, jeszcze bez lampek, bo te zacznę palić w adwencie dopiero, bo inaczej cały pogrzeb na nic.
Nie słyszeć wichury, bo ze słuchawek sączy się cicho muzyka "nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand"...
I rozmyślać o samotności, temat zadany przez Kierownika Budowy, bo on ze wszystkich sił chce gdzieś wyjechać na tydzień, być sam, pomedytować.
Teraz zaraz już...
Mam to na co dzień, ale moja samotność przyszła po przeżyciu pięknych chwil, więc jest inna.
Jest już oswojona.
Lubię ją.
I towarzystwo przerywające ją też lubię.
Bo wiem, że mam swój kąt, swój azyl i swoje miejsce na ziemi.
W doborowym, mądrym i inteligentnym towarzystwie (ale sobie nakadziłam, hahahahahahaha).
I tym optymistycznym akcentem podsumowuję ostatnie dni, ciesząc się i nie, bo już za 4 dni znów będę kobietą pracującą.
Ale... Mam dobrą pracę i dzięki niej mam na dzisiejsze wyskoki. Więc wrócę z uśmiechem na ustach i dzięki Ojczyzno za 11 listopada, bo dzięki temu tydzień będzie miał cztery dni robocze. Tak mi krążą Imieniny Ulicy Święty Marcin, ale... No właśnie. ONR. No nic, to dopiero za tydzień, co ma być, będzie.
Jeszcze do fryzjera muszę wlecieć, bo ten szampon Dove jednak działa, choć nie jest na porost włosów...
Rano o 6 już nie spałam, dorwał mnie Baran, bo na rano do pracki, a u nich normalny dzień roboczy.
Z mocnym postanowieniem włóczęgi chyżo zerwałam się z piernatów i po kąpieli znów "na chwilę" wskoczyłam w piżamkę.
I tak dotrwałam do wieczora, wciągając cały trzeci sezon Black Mirror. Ojapierdolę, przecudny i... boję się teraz, bo AŻ tak realistyczny. Polecam. Poprzednie można opuścić, są mocno zakręcone i czasem głupie, a każdy odcinek jest osobną częścią. Trzeci sezon wymiata.
O Umarlakach pamiętałam, a jakże, światełka mieli zapalone, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale musiało im to wystarczyć, u mnie psa by z domu nie wyrzucił, a ja w sumie w wiosce nie mam nikogo, do kogo bym chciała pójść. Teściowa odpada, bo nie chcę kontaktów z rodziną.
I tak mi minęło.
Dziś się ogarnęłam znów, i gdy już miałam wychodzić, Kierownik Budowy pyta, czy może na chwilę wpaść. Jako że zostawili bluzę Kradziejki, napisałam, że i owszem... I przesiedzieliśmy dwie godziny.
I nie, że się cieszę, bo spełniają się moje najgorsze przewidywania, to ledwo rok po ślubie, a zgrzyta już jak cholera.
Po prostu wysłuchuję, nie ma się gdzie wygadać. Ale niewesoło to wygląda, bo oni są ze sobą kilkanaście lat już i zawsze darli koty, ale to inaczej wygląda, jak jest ślub i dziecko. Wtedy darcie kotów nie tak łatwo zamienić na trzaśnięcie drzwiami i...
No nic.
Wysłuchałam.
Lubię go bardzo, ale jest specyficzny. Nauczyłam się z tym żyć, w sumie bezpośrednio mi to w żaden sposób nie przeszkadza, choć wiele rzeczy mnie drażni. Z tym, że to jest w moim życiu, a nie jest moim życiem, więc z odrobiną dystansu da się żyć.
Martwi mnie to, ale też nic poradzić nie mogę, każdy musi napisać swoją historię.
I tyle.
Męczy mnie teraz o buddyzm i medytację, o oczyszczanie umysłu i szuka w tym recepty na życie.
On zawsze czegoś szuka i jakoś trudno go przekonać do rzeczy małych. Taki drobiazg: mantra. Upiera się, że musi kupić koraliki do mantrowania. I nie słucha, że tak samo działa różaniec. To też mantra, też wyłącza umysł i pomaga. Nie, bo mantra... OKI, skoro tak sądzi, ale z własnego doświadczenia wiem, że nie ma różnicy. Trzeba jednak do tego samemu dojść. I tak jak kiedyś gonił mnie ku Kościołowi, tak teraz radykalnie od tego odstaje. Nagle.
Nie, żeby mi to przeszkadzało.
Sama zmówiłabym różaniec, bo to jest moja tradycja i moje dziedzictwo. Nie, że jestem z Kościołem, nie. Ale... Przerabiałam to już z Pierworodnym, gdy zakochał się w buddystce. I z Inżynierem, dla którego, choć niewierzący, pewne rzeczy są nadal istotne. Bo są w nim.
Pokręcone to jest, co nie?
W sumie nieważne :)
No nic, oby KB znalazł ukojenie i wyjście.
Pojechałam potem do wujka z lampką, jak planowałam, ale nie było już winobluszczu na Collegium Maximum, zagapiłam się, zatem cudów wianków nie będzie.
Wleciałam potem do IKEA po wyciskacz i stwierdziłam, że coraz gorsze robią. Niby takie same, nic się nie zmienia, ale metal coraz chudszy u wykonanie coraz badziewniejsze. Mam porównanie, bo zachowałam ten wkład z dziurkami z pierwszego wyciskacza i nic mi się nie wydaje :P
Teoretycznie baterie potaniały, bo kosztowały 10 zł, a kosztują 7,90. Więcej, jak te z KiK, ale też są jakościowo lepsze.
Ale i tak za drobiazgi ikeowskie, które zawsze kupuję zapłaciłam ponad 50 zł... Choć odciągnęłam się od wielu rzeczy, które chciałabym mieć, ale bez których żyć mogę spokojnie.
Jeszcze spożywka i już prawie 75 zł.
Więc nie nastraja to zbyt wielkim optymizmem.
Do tego wieje jesienią, ale taką zimową jesienią, nie jesienną. Dawno nie było takiej nieprzyjemnej jesieni. Myślę, że mój wiedźmowski nos oraz Indianie zbierający chrust i te opadające liście mnie nie mylą, będzie się działo.
Ale żyć trzeba, co nie, Kochany Pamiętniczku, aż do śmierci :)
I miło jest posiedzieć w ciepłym mieszkaniu, przy blasku świec, z pełnym brzuszkiem i kufelkiem miodowego, jeszcze bez lampek, bo te zacznę palić w adwencie dopiero, bo inaczej cały pogrzeb na nic.
Nie słyszeć wichury, bo ze słuchawek sączy się cicho muzyka "nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand"...
I rozmyślać o samotności, temat zadany przez Kierownika Budowy, bo on ze wszystkich sił chce gdzieś wyjechać na tydzień, być sam, pomedytować.
Teraz zaraz już...
Mam to na co dzień, ale moja samotność przyszła po przeżyciu pięknych chwil, więc jest inna.
Jest już oswojona.
Lubię ją.
I towarzystwo przerywające ją też lubię.
Bo wiem, że mam swój kąt, swój azyl i swoje miejsce na ziemi.
W doborowym, mądrym i inteligentnym towarzystwie (ale sobie nakadziłam, hahahahahahaha).
I tym optymistycznym akcentem podsumowuję ostatnie dni, ciesząc się i nie, bo już za 4 dni znów będę kobietą pracującą.
Ale... Mam dobrą pracę i dzięki niej mam na dzisiejsze wyskoki. Więc wrócę z uśmiechem na ustach i dzięki Ojczyzno za 11 listopada, bo dzięki temu tydzień będzie miał cztery dni robocze. Tak mi krążą Imieniny Ulicy Święty Marcin, ale... No właśnie. ONR. No nic, to dopiero za tydzień, co ma być, będzie.
Jeszcze do fryzjera muszę wlecieć, bo ten szampon Dove jednak działa, choć nie jest na porost włosów...
poniedziałek, 31 października 2016
Jakoś
Kierownikowi Budowy nie wychodzi to włażenie na wieżę, a napalił się jak szczerbaty na suchary. Ostatecznie zlądowali u mnie w sobotę po południu, a ja zgodnie z obietnicą
placki dyniowo-ziemniaczane poczyniłam.
Godzinę, kurka blaszka, Kochany Pamiętniczku to smażyłam,
ale warto było. Dawno się tylu pochwał nie nasłuchałam.
Zanim skończyłam smażenie, to w oknie kuchennym tęcza mi wykwitła :P
Kradziejka już całkiem całkiem, jeszcze chwila i zacznie maszerować.
Na razie poskrobała mi dwoma zębalami małosolnego i zapluła nim wszystko, jeszcze dziś wygrzebuję z dziwnych zakątków re wyskrobki, ale oj tam, oj tam :)
Niedzielę przesiedziałam w piżamie, zadowalając się pogawędką krótką z Inżynierem, filmami, kalafiorem i książką. :) I rosołek popełniłam, wołowy :)
Dziś rano (no dobrze, w południe) pojechałam do wujka Mietka i dostał
Poprosiłam, jak zawsze, o pilnowanie i spłynęłam w miasto.
Po drodze wpadałam do Credit Agricole, pan na wszystkie świętości zaklinał się, że karta jest OK, co wiedziałam, bo środki na niej mam, że jak znów odmówi współpracy, wymienią mi na nową. Udało mi się, za mną zrobiła się kolejka, że ojapierdolę.
Wlazłam też do ZTM, bo znów nie mogłam dostać się na konto PEKI. Pan zaklinał się na wszystkie świętości, że awarii nie było, ale mało, że nie mogłam się zalogować, to jeszcze mi mówiło, że mój adres nie istnieje. Kazałam sobie zmienić hasło i kupiłam sieciówkę na miesiąc, bo i tak mniej więcej wyjeżdżam tę kwotę, a wkurza mnie ciągłe pikanie i pilnowanie, ile mam na koncie. Te parę groszy mnie nie zbawi. W domu patrzę na epoznaniu, a tam piszą, że znów była awaria. Więc jednak pan kłamał, nieładnie... A system kosztował 50 milionów.
W szparze unijnej rachunek za prąd.
A poczytałam sobie dokładnie i mnie szlag.
Przez 2 miesiące zużyłam prądu za 44 złote. Brawo ja, nie na darmo siedzę przy świecach. Ale w sumie to pikuś, bo nawet jak jest Inżynier, który musi wszystko widzieć, zwłaszcza to, co je, to i tak niewiele więcej zużywam.
Ale: opłata przesyłowa 48 złotych?? Co oni, kurwa, wiaderkiem ten prąd noszą czy cuś?
I do tego 23 procent VAT?
Nieźle kogoś pojebało.
Popytam, poszukam innego providera, ale czarno to widzę. Mam ENEA, konto jest na Eksa i odkręcanie wszystkiego to będzie syzyfowa praca.
Ale może warto?
Boczniaki sobie po drodze kupiłam i z marchewką i z pietruszką z niedzielnego rosołku wyszedł mi taki przysmak, że ojapierdolę.
Zapchałam się.
A że hokkaido kolejne zagrożone było spsuciem, to od razu upiekłam w piekarniku w oliwie z ziołami i czosnkiem, miejsca już w brzuszku nie mam, ale będzie na jutro. Wyszło fantastycznie
A że to dobre nawet na zimno, to mam jutro jedzonko z głowy.
I tak mija kolejny dzień, Kochany Pamiętniczku..
Wciąż rozmyślam, jak się wszystko pozmieniało, jak już nic nie wróci i jak nie mogę nic zrobić.
Bo nie zatrzymam czasu, nie zawrócę rzeki i nie powiem najbliższym, by żyli moim życiem.
Mają swoje.
I ja też mam.
Me and my Shadow.
Forever...
placki dyniowo-ziemniaczane poczyniłam.
Godzinę, kurka blaszka, Kochany Pamiętniczku to smażyłam,
ale warto było. Dawno się tylu pochwał nie nasłuchałam.
Zanim skończyłam smażenie, to w oknie kuchennym tęcza mi wykwitła :P
Kradziejka już całkiem całkiem, jeszcze chwila i zacznie maszerować.
Na razie poskrobała mi dwoma zębalami małosolnego i zapluła nim wszystko, jeszcze dziś wygrzebuję z dziwnych zakątków re wyskrobki, ale oj tam, oj tam :)
Niedzielę przesiedziałam w piżamie, zadowalając się pogawędką krótką z Inżynierem, filmami, kalafiorem i książką. :) I rosołek popełniłam, wołowy :)
Dziś rano (no dobrze, w południe) pojechałam do wujka Mietka i dostał
Poprosiłam, jak zawsze, o pilnowanie i spłynęłam w miasto.
Po drodze wpadałam do Credit Agricole, pan na wszystkie świętości zaklinał się, że karta jest OK, co wiedziałam, bo środki na niej mam, że jak znów odmówi współpracy, wymienią mi na nową. Udało mi się, za mną zrobiła się kolejka, że ojapierdolę.
Wlazłam też do ZTM, bo znów nie mogłam dostać się na konto PEKI. Pan zaklinał się na wszystkie świętości, że awarii nie było, ale mało, że nie mogłam się zalogować, to jeszcze mi mówiło, że mój adres nie istnieje. Kazałam sobie zmienić hasło i kupiłam sieciówkę na miesiąc, bo i tak mniej więcej wyjeżdżam tę kwotę, a wkurza mnie ciągłe pikanie i pilnowanie, ile mam na koncie. Te parę groszy mnie nie zbawi. W domu patrzę na epoznaniu, a tam piszą, że znów była awaria. Więc jednak pan kłamał, nieładnie... A system kosztował 50 milionów.
W szparze unijnej rachunek za prąd.
A poczytałam sobie dokładnie i mnie szlag.
Przez 2 miesiące zużyłam prądu za 44 złote. Brawo ja, nie na darmo siedzę przy świecach. Ale w sumie to pikuś, bo nawet jak jest Inżynier, który musi wszystko widzieć, zwłaszcza to, co je, to i tak niewiele więcej zużywam.
Ale: opłata przesyłowa 48 złotych?? Co oni, kurwa, wiaderkiem ten prąd noszą czy cuś?
I do tego 23 procent VAT?
Nieźle kogoś pojebało.
Popytam, poszukam innego providera, ale czarno to widzę. Mam ENEA, konto jest na Eksa i odkręcanie wszystkiego to będzie syzyfowa praca.
Ale może warto?
Boczniaki sobie po drodze kupiłam i z marchewką i z pietruszką z niedzielnego rosołku wyszedł mi taki przysmak, że ojapierdolę.
Zapchałam się.
A że hokkaido kolejne zagrożone było spsuciem, to od razu upiekłam w piekarniku w oliwie z ziołami i czosnkiem, miejsca już w brzuszku nie mam, ale będzie na jutro. Wyszło fantastycznie
A że to dobre nawet na zimno, to mam jutro jedzonko z głowy.
I tak mija kolejny dzień, Kochany Pamiętniczku..
Wciąż rozmyślam, jak się wszystko pozmieniało, jak już nic nie wróci i jak nie mogę nic zrobić.
Bo nie zatrzymam czasu, nie zawrócę rzeki i nie powiem najbliższym, by żyli moim życiem.
Mają swoje.
I ja też mam.
Me and my Shadow.
Forever...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































