niedziela, 17 grudnia 2017

To było do przewidzenia


Kochany Pamiętniczku ;)

Spakowałam sie, waliza prawie 30 kilo :) Do tego waliza z elektroniką i pierdyliardek kabli, torebka z resztą i ojapierdole. W ostatniej chwili natchnęło mnie, żeby nie zakładać swetra, tylko same poncho. Koło czwartej rano romawiam ze Zmorką, która spać nie mogła i spotkałyśmy się na FB i SMS po taksi ślę.
Jeden, drugi, trzeci i nic.
Ja w panice.
Pytam Zmorki, czy może mi zadzwonić po taksówkę, a ta dobra dusza z chęcią. Ale ma zablokowany nr w telefonie. Więc ja sruu, że na postój. W międzyczasie Zmorka coś pokombinowała z kartami i zadzwoniła mi, że taksówka jedzie. Wysiadam z windy i SMS, że taksi podjechała. Ale nie było odpowiedzi na pozostałe 3, a czekałam 15 minut :P
I tak dzięki Zmorczej pomocy dotarłam na lotnisko w porę.
Kierowca tym razem miły i ani nie miauknął, że 30 kilo wstawia, a i delikatnie mi postawił walizkę na ziemi, więc nie miałam oporu i napiwek duży dałam :)
Lot, o dziwo punktualnie.Żałowałam tylko, że aparat fotograficzny upchnęłam na samym dnie torby i nie miałąm siły na szarpanie się z tobołem, bo widoki za oknem zapierały dech.
Niebo niebieskie jak sen, sierp Księżyca wykuty ze srebra, dwie gwiazdy, ciemne sylwetki innyh samolotów i mieniący się wszystkimi odcieniami krwi, czerwieni i pomarańczy horyzont i morze światełw dole, bo nie było chmur.
Oszalało, zwariowało moje serce...
Na lotnisku tłum mieszkańców Azji, więc chcąć nie chcąc polazłam wyjściem dla zmotoryzowanych, czyli posiadaczy paszportów biometrycznych i o dziwo - zero przebojów, ale też spuściłam okulary i spojrzałam kamerze bezczelnie w oczy ;)
A potem się zagapiłam przy bagażu i pilnowałam walizek z Litwy, ale w końcu rozum mi wrócił i pomknęłam jak sapiąca sarenka do Kiss and Fly, gdzie padłam podcięta, ale tym razem nie miałam kłopotów z kontaktem z Baranek i za chwilę Kijanka podjechała, Barana kościuste ciałko przycisnęłam do tłustego memłona i ruszyliśmy chyżo do Rushden.
I od razu było tak, jak zawsze.
Tradycyjnie.
Z propozycją wywalenia na autostradzie, z powitaniem kolegów i koleżanek Barana i...
Byłam wniebowzięta.
A po dojechaniu do domu, bo to jest tez mój drugi dom...
Czekał na mnie kolejny Przyjaciel :)


Baran chciał wiedzieć, jak go ochrzczę, ale powiedziałam, że musi cierpliwie czekać, bo to nie hop siup, łatwo powiedzieć :)


A chata na mnie czekała wypucowana i wypachniona do wypęku :)


Pięciogwiazdkowy hotel nie ma szans :P

Nakarmił mnie, choć obiecał głodem morzyć, ale serce mu zmiękło na widok mnie nieszczęsnej.
Podał przepyszny wynalazek warzywny i marudził, że za ostre :)
Ale nie było za ostre, ja bym jeszcze doostrzyła (na ostrzytku, o).
Polecieliśmy na krótką przechadzkę, ale akurat lało i zdjątek niewiele, bo bałam się o soniczka.
Ale najważniejsze sfocone :P


 Bratki moje ukochane, dzielne, jedyne. Oszalało, zwariowało moje serce :)
 Kotełkowi tylko wąsika brakowało, co nie?
 I ten niewdzięcznik, co spierniczył. I dobrze mu tak ;)
I focusik na bogato, a kto bogatemu zabroni? :)

Potem krótkie mizianko z Postmanem, ,tóry mimo weekendu do pracy spieszył, ale też dał sie do memłona przytulić.
A potem, mimo że na pysk padałam, bo i noc nieprzespana, i Baran ziewał znudzony, winko piliśmy i...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Jednak.
Znów, z nim jak zawsze, taki model :)
A potem Inżynier zażądał porannej audiencji.
I już. Bez litości.
Cóż było robić, polazłam do łóżka, wzięłam psiaka w objęcia i już wiedziałam, jak ma na imię :) Ciapek, on mógł być tylko Ciapkiem, nie ma innej opcji.
Jeszcze tylko SMS z imieniem posłałam do Barana i zasnęłam z Ciapkiem w objęciach i przespałam smacznie do rana, bez żadnego wstawania, co u mnie jest niespotykane.
 I już wiem, jak zawsze, że mam dwa miejsca na Ziemi.
Bezpieczne.
Dziękuję, Chłopcy :*

Rano odnajdywanie starych rytuałów w zapomnianym trochę miejscu i... godzinne opóźnienie w audiencji u Inżyniera. A i Alienkowi się zbytnio nie podobało dziś, łaskaw nie był, więc pogawędka krótka i treściwa.
Pewno Inżynier chciał sprawdzić, czy mu tu matki w kajdany nie zakuto i do lochu nie wsadzono, ale jak wiadomo na przyjemność trzeba sobie zasłużyć :)

Ciąg dalszy nastąpi :) 


czwartek, 14 grudnia 2017

Tradycji

stało się zadość, jak co miesiąc, Kochany Pamiętniczku.
Najpierw opierdalenie, potem poganianie bacikiem, że czas nas goni.
Ale nie dałam sobie w kaszę napluć, już nie.
Po zamknięciu rączka, rączka, buzi, buzi i adieu mon ami.
Na korytarzu Boss na mnie wleciał już po rączkach i buziach, gdy mówiłam do D., że jak nie wrócę, to Boss znajdzie nową korektorkę, niepyskującą i kompetentną, anioła nie korektorkę.
A Boss mnie po ramionku klepie i mówi: nie ma takiej opcji, polecenie służbowe - wrócić.
Bądź tu mądry i rób dzieci...

I tak noworoczny numer zamknięty, jak ten czas zapiernicza, jakby mu za to płacili.

I te nastroje pogodowe, jak w kalejdoskopie...

 Rano...
 Po pracy
Następny poranek.
Dziś szłam do pracy jak po lodowej tafli i na sztywnych nogach, ale udało mi się gleby nie zaliczyć.
Nocą mam koszmary, że nie znajdę Kiss and Fly Zone, choć Baran się ze mnie śmieje, że kogo ja chcę całować.
No, raz mogę jego pocałować, jak nie będzie innego obiektu :D
Reisefieber mam już na maksa, ale pakowanie jutro, jeszcze mam kontrolę gazu przed sobą.
A potem zobaczymy.
Byleby ścierę zapakować, bo moje lepsze do bicia.

Dziś jest łańcuch światła o 19, ale po całym dniu pracy i w tej ślizgawicy nie mam siły.
Można być młodym duchem, ale trzeba mierzyć siły na zamiary.

Jeszcze nie tak dawno Mała Wiedźma robiła za gwiazdkowe  cudo (Papryczka niestety nie mam w takim ujęciu)

Ten nadobny czerwony łysolek w środku to Ona :)
 A już pałeczkę Alienek przejął


Wysłali Biedaka do roboty, żeby sobie na prezenty zarobił, dusigrosze jedne :P

wtorek, 12 grudnia 2017

Dwanaście

godzin w pracy, Kochany Pamiętniczku...
A o 16 miałam już wszystko zakończone, no i w emilkach mam emilek, że o 14 idziemy do drukarni.
Poślizg nie z mojej winy, bo 4 godziny czekałam na robotę od rana.
I tak to się plecie, a mnie tradycyjnie, jak co miesiąc szlag...
Potem czekałam na napisanie tekstów, które z palcem w dupie można napisać, ale co ja się będę wywnętrzała.
Od siedzenia tyle godzin nogi mam opuchnięte.
I, kurwa jej jebana mać, trzech naczelnych oglądało okładkę.
Dobrze, że ją do mnie przynieśli, jako że okładkę dostaję niezmiernie rzadko, ponieważ Boss jest genialny. I nie robi błędów (polemizowałabym, ale nie śmiem) :)
Tak się jakoś złożyło, że Wice, widząc że się obijam (nie z mojej winy, ale jednak) z 5 razy podrzucił mi stopkę.
Której nigdy nie korekcę, no bo po co? Tylko rok się zmienia.
Tak więc drugi Wice wpada z okładką, więc oczywiście, robota sruuu, bo okładka (akurat byłam zapracowana).
Czytam, wszystko OK, kłócę się o jedno słowo, bo mają "pokonał Wisłę". Chodzi o chorobę, która właśnie przekroczyła linię Wisły. I mówię, że to brzmi jak wygrany mecz, że lepiej "przekroczył". Nie bo nie, bo nie.
A kij w oko. I kawałek gruzu by nie było luzu.
Ale...
ALARM....
Nie mam sklerozy.
Przebłysk, że mamy inną cenę w stopce.
Ale nie jestem pewna, nie drożeliśmy odkąd tam pracuję.
Otwieram stopkę i fuck... Złotówkę drożej jak na okładce.
Wice szczęka klap i mówi: i to jest korektorka.
FUCK.
Nikt mnie nie uprzedzał, że zmieniamy cenę, żeby nie ta nieszczęsna stopka puściłabym to.
Żeby nie to, że Wice2 zachciało się korekty poszłoby ze starą ceną.
Zastanawiam się, kiedy moja praca zostanie doceniona tak naprawdę?

Ale pierdolę to przedszkole. Za dwa dni powiem time to say goodbye, jeszcze tylko kontrola kratek w piątek (znów muszę na drabinki się piąć, jak ten kurdupel, ale cóż, jak dawali wzrost stałam w kolejce po rozum), bo znów się uczepią i...
Mój adorator nie doczekał.
Wziął i spierdolił, bałwan jeden :)


niedziela, 10 grudnia 2017

Nie odlecieli

Kochany Pamiętniczku.
Już widzę jak w R. zacierają łapki, że też nie dolecę :P
Amen :D

Odprawiłam się

Kochany Pamiętniczku.
Poprawili stronę i odprawianie nie jest już drogą przez mękę, więc odetchnęłam z ulgą.
Pytanie tylko, czy wylecę, ale mój kochany czeka na mnie wiernie, wypatrując na horyzoncie :)

Destynację mi zasypało, na lotniskach chaos, Inżynier mówi, że nie wie, jak z domu wyjedzie, bo... pod górkę ma wyjazd :P
Nie znają instytucji zimowych opon, a jak już ma się zimowe opony, płaci się kolosalne ubezpieczenie, bo wtedy to jest... tuning :)
Synowa w depresji, bo leci dziś i nie wiadomo czy wyleci w ogóle, na wstępie samolot ma już 2 godziny opóźnienia (miała wylatywać koło 20). Samemu to jeszcze, można książkę poczytać, ale co zrobić z Alienkiem, któremu nie można przecież łebka ukręcić?

Pracowity dzień dziś miałam, wypisałam kartki, ojapierdolę, dla mnie to masakra, bo nie umiem długopisu już trzymać. I pomyśleć, że kiedyś jednym ciągiem potrafiłam zapisać kilka kartek A4 drobnym maczkiem.

A teraz relaks przed czterema ciężkimi dniami.

Radio Pogoda gra i nie, nie pójdę focić rzeźb, nie mam nastroju :)


sobota, 9 grudnia 2017

Zakręciło się

Kochany Pamiętniczku, jak świński ogonek.
Znienacka Synowa zaproponowała spacer po Starym Rynku.
Przystałam, aczkolwiek burzyło to mój plan, czego nie lubię, ale...
Czasem trzeba się wyrwać.
Więc wleciałam jak burza do fryzjera i całe moje plany zapuszczania włosów, a już ogonek, mikry, bo mikry można było wiązać spełzły na niczym.
I tak, jak wydawało mi się, że zaczesując pożyczkę na łysinę wyglądam OK, tak kolejny raz po obsmyczeniu stwierdziłam, że pierdolę.
Jak ktoś mnie łysej nie kocha, kij mu w oko, bo w dupę by miał przyjemność.
A obsmyczona nie straszę rozwianymi na wietrze kudłami. Chyba coś w tym jest, bo już nikt mi w bimbie miejsca nie ustępował :D

Dotarłam na Stary Rynek w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie (licentia poetica, PEKĘ mam) i już czekała na mnie trójca: Alienek, Synowa i jej Siostra. Po wszystkim stwierdzam, że z Siostrą mam więcej wspólnego niż z Synową, ale wola boska i skrzypce. Nie można mieć wszystkiego :)
Alienek na dźwięk mojego głosu i słowa "kotek" mordkę ułożył w banana i już było git majonez, wiedział,  z kim ma do czynienia.
Trochę się pokręciłyśmy, ale śnieg zaczął padać, konkurs rzeźb lodowych dopiero startował, więc polazłyśmy w stronę placu Wolności, gdzie tez dupy nie urywało.
Namówiłam dziewczyny na obiad w Chłopskim Jadle, choć sama za nim nie szaleję, ale wiem, że Synowa lubi.
A że zapraszałam, nie dałam dzielić rachunku, stanęło na tym, że next time one płacą. I OK :)
Potem pojechaliśmy do domu na kawę i... wpadłam na Teścia Inżyniera.
Okazało się, zupełnie przypadkiem i niewinnie, że to pisior.
Więc zamilkłam, aczkolwiek próbował mnie zaczepiać, przeciw czemu protestowała Synowa.
Byłam po jej stronie, z debilami nie dyskutuję, bo mogą debilizmem zarazić i tyle.
Ale...
Facet młodszy ode mnie!
Osz, fuck. Z pretensjami na weselu, że ja się z młodymi bawię, a z nim nie chcę... No cóż, jeden jedyny taniec i już mnie po dupie macał. Ja piłam, on nie. Czyli ja powinnam jego macać :D
Za moimi plecami grał TV, skoki narciarskie.
Teść I., brat Synowej i Babcia nieobecni, zatopieni w TV.
Ja romansująca z Alienkiem, a ten wylizał mnie swoim zwyczajem dokładnie, binoklom odpuścił, bo tłumaczyłam mu jak dziecku, że okulary nie mają opcji "ściągać z nosa". Zębów broniłam jak niepodległości, ale ogólnie bawiliśmy się wspaniale, tylko na szczekanie kundla i Alienek, i ja stawaliśmy się sztywni.
A za oknem sypał śnieg i zastanawiałam się, jak do domu wrócę.
Wykończyłam Alienka, padł. Zasnął, więc pożegnałam się i brnąc w śniegowej glajdzie dotarłam do domu, z przemoczonymi nogami, bo założyłam przemakające nawet w mżawce buty.
Ale OK, warto było...





 W knajpie :) Fajne ujęcie: nie zabieraj mi, babciu, mojej chrupki :)

A w domu moja piękność, prawie jak kwiat jednej nocy...


Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

piątek, 8 grudnia 2017

Tylko

życie pędzi coraz prędzej, Kochany Pamiętniczku.
Ani się nie oglądnęłam, a już tydzień w pracy minął.
Jak z bicza strzelił...
A dziś w spamie na prywatnej poczcie znalazłam emilka od Bossa.
Z tego wniosek, że trzeba jednak do spamu zaglądać.
Tym niemniej emilek wylądował we właściwym miejscu...
Aczkolwiek dla mnie tylko do pracy mikołaj zaglądnął...


W środę wzięłam urlop, a kto bogatemu zabroni, a w czwartek oprócz pracy czekała na mnie niespodziewajka.
W wolny dzień załatwiłam resztę zaległości na mieście, walutę zanabyłam, w sumie prawie wszystko ogarnięte. Miśków nie widać spod zakupów, ale pakować się będę nie wiem kiedy.
Bo tak.
Jako i odprawiać.
W kraju pierdoli się na maksa, dziś znów protestują na Starym Rynku, ale miałam po pracy umówioną dentystkę, więc sorry, Winnetou. Wiem, śmiesznie brzmi - racje kraju i dentysta, ale... Nie polecę do UK, o ile polecę, bo kto wie, co będzie za chwile z niezrobionymi zębami, bo nie mam tam sponsora.
I tyle w temacie, moja miesięczna pensja nie wystarczy tam na jedną wizytę.
I to jest WKURWIAJĄCE.
Wciąż jestem za Murzynami, choćbym nawet pracowała 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.
Nieważne.
 Wyjścia z pracy mam za to zapierające w piersiach dech...
I po co ja się na obczyznę wlokę?
Jednak nigdzie nie jest piękniej niż tu...
Kradziejka wczoraj skończyła dwa lata,
Papryczek dziś skończył trzy.
Alienek ma fotkę w kokpicie z samym pilotem. |Leciał do PL w mikołajki i Wizzair ludziom taki prezent zrobił, że dzieci mogły mieć fotkę w kokpicie po wylądowaniu. Mały Terrorysta się tak spodobał pilotowi, że miał dodatkową fotkę z pilotem, ale z prośbą o nierozpowszechnianie.
A ja?
Na mikołaja kupiłam sobie nowy ekspres do kawy, najtańszy na rynku, ale kawa wyśmienita z niego jest.
Nie potrzeba mi wiele do szczęścia...
Może to źle, że za mało wymagam od życia?
Ale każdą radość i każde zachłyśnięcie się zabija mi myśl o...
Nevermind...
Każdy dzień jest inny, niespodziewany :) Na swój sposób piękny, nawet kiedy niesie ze sobą ból i tęsknotę.
Bo już nic nie będzie takie samo. Już nie jestem potrzebna ludziom, którym kiedyś byłam potrzebna na co dzień.
Do utraty tchu.


Mnie i ciebie, i nas czas...

Wyrosłam już z przerzucania wszystkiego na Inżyniera, bo on też dorósł i...
Ma jeszcze gorzej niż ja, z przyjaciółką spotyka się raz na ruski rok, a i to tylko dlatego, że żona wyjechała z dzieckiem.
Nie, nie ma nic zdrożnego w ich spotkaniu, żona o nim wie, a Przyjaciółka jest przez duże P... Dla Inżyniera, of course. Ale i ja ją bardzo lubię, bo...
Nevermind :)
I serce mi pękało, gdy okazało się, że nie ma opcji, że może  zostać moją synową, choć konie mogłybyśmy razem kraść.
Takie pokręcone jest moje życie.
Może nie tylko moje, w ogóle życie.
Które galopuje coraz prędzej.
Jutro zobaczę Alienka. Zaproszenie takie se, lepiej mają kotełki, no bo "wpadnij kiedy chcesz, będzie mój brat i może jakaś ciocia z dziećmi"...
Powinnam się nadąć, że czekam z obiadem i w ogóle?
Że liczę na cześć, szacunek i inne takie tam?
Co usłyszę w odpowiedzi?
Że za daleko mieszkam, że  z dzieckiem ciężko jechać...
Więc pierdolę, pojadę, paczkę z mikołajem dla wszystkich wręczę (bez przesady, dla Alienka i jego rodziców), potulę go, o ile nie będzie spał i nie rozryczy się na mój widok (dzieci wiedzą, kto jest paskudny), a jak siły i humoru starczy skoczę na lodowe rzeźby.
Jak nie - trudno.
Napiszę inny scenariusz.
Chociaż ostatnio coraz gorzej idzie mi pisanie scenariuszy. 



poniedziałek, 4 grudnia 2017

Nie liczę godzin i lat

to życie mija nie ja, nieprawdaż Kochany Pamiętniczku?

Chore ciałko zwlokłam siłą woli i polazłam do pracy.
Jako że dziś na zegarze życia stuknął mi kolejny rok po osiemnastce, niektórzy byli tak mili i bombardowali mnie życzeniami.
A ja jak na złość nie miałam czasu nawet na śniadanie, a co dopiero na odpisywanie i takie tam.
Potem w pracy ktoś sobie przypomniał o Barbarze, bo że mam urodziny wie tylko D.
Jestem wrogiem pracowych imprez, u nas ludzie stawiają alkohol i słodkie, i kawę, a ja nie widzę powodu, dla którego mam wydawać kupę forsy za rączka rączka buzi buzi. Faceci u nas dostają whisky, a kobiety badyla...
Idę w zaparte i mówię, że mam w Doroty imieniny.
I dobrze robię, bo szarpnęli się na... zygokaktus, taki za 4,50 z Biedronki.
Już lepiej czułabym się nie dostając nic.
Serio.
Bo zebranie było, a mam nakazane na zebraniu bywać. Więc męczyłam się dwie godziny, słuchając o dupie Maryni (żaden temat mnie nie dotyczył) i dławiąc się kaszlem, a mogłam spokojnie iść do domu, bo wszystko zrobiłam, reszta jutro.
Wyrwawszy się poleciałam po ekspres, bo stary rzęził od kilku dni i nic mu nie pomaga, żadne przetykanie ani nic.
Ekspres zanabyłam w tempie ekspresowym, aż facet oczy kwadratowe zrobił, że wpadłam, palcem pokazałam ten i wyleciałam. Po drodze na początku zaczepiłam faceta z wizytówką na szyi, a ten się nadął jak indor i rzekł, podsuwając mi te wizytówkę pod nos, wielce zniesmaczony, że on nie parobek, ale ochrona. No, no ojapierdolę... Szlachta nie pracuje.
Kurcgalopkiem na plac Bernardyński tadam, kareta zajechała.
Śmieci wyniosłam ostatkiem sił, brukselka od wczoraj na patelnię i niezjedzone śniadanie, a tu Baran troskę wykazuje.
Czy żyję.
Do Inżyniera pisał. Jakbym umarła, to Inżynier się też tak szybko nie dowie, bo telefon mam z blokadą, to do nikogo nie zadzwonią :P
Kochany ten Baran, ale co on Inżyniera męczy?
Bo ja zawsze jestem online.
No czasem nie jestem, ale nie robić cyrków.
Innych nie ma online calymi dniami, jeżdżą tam, gdzie psy dupami szczekają, a internetu nawet w wiaderku nie ma i dobrze.
Już nie robię scen, jak kiedyś.
Co ma być, będzie, a co komu pisane, to go nie minie.
Nowy ekspres dupy nie urywa.
Niby taki sam model jak miałam i jaki mi 10 lat wiernie służył, ale nie ma wężyków, tylko jakiś koreczek, a i wykonanie rączki badziewne. Stara miała rączkę i sitko z grubego metalu, a tu jakieś niedorobione.
No trudno.
Wszystko na psy schodzi, ale mam nadzieję, że trochę mi posłuży.
A potem wyjdę bogato za mąż i kupię sobie wypasiony ekspres za kilkanaście tysięcy, a co :)
A teraz polopirynka i pod kordełkę i tak nam to życie mija słodko w cieple.

Uświadomiłam sobie właśnie, że moja Mama umierając miała zaledwie 48 lat, a ja taka stara dupa jestem.
Ale wciąż młoda, co nie? :)





 A najnowszego nie będzie, trudno...

To życie mija, nie ja, i tylko co dzień w lustrze jakieś babsko grube jest...

niedziela, 3 grudnia 2017

Chora

chorsza, trup, Kochany Pamiętniczku :)

Nic mnie już nie uratuje i nie wiem, kto jutro dodatek zrobi..
Trudno.
Przyszła kryska na Matyska :D 

piątek, 1 grudnia 2017

Światełka

wszędzie i półmrok, Kochany Pamiętniczku.
Rybiński w słuchawkach.
Cisza, nikt nic nie chce, nie wymaga, nie zarzuca, nie narzuca...
Zakupy zrobione, mieszkanie ogarnięte.
I nic, że trochę padał śnieg, że po 15 już szaro.
My home is my castle.
Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Zakupy to wyższa szkoła jazdy, bo nawet w piątek w południe wszędzie tłok, tłumy z obłędem w oczach i z wypchanymi po brzegi wózkami.
I ja wkurwiona (ostatnio coś często się wkurwiam), bo gdzie nie splunę, to akcje charytatywne.
Pierdyliard linków o wsparcie takiej akcji, siakiej akcji, w każdym sklepie wózki i wolontariusze, znajomi zaangażowani w Szlachetną Paczkę pięć razy dziennie podsyłają linki.
A ja czuję się jak zwykła szuja i chujwico.
Gdybym chciała odpowiadać na wszystkie szlachetne cele wpłacając złotówkę, no bo złotówka czyni cuda, szybko zostałabym bez pensji.
Oprócz wszystkich szlachetnych celów mam też i swoich bliskich, a i sama o sobie też czasem muszę pomyśleć.
Lata całe latałam w T-shirtach i dżinsach. Nadal latam, ale T-shirty już za mną, niestety. A i gros garderoby musiałam wymienić. Życie.
Nic na to nie poradzę, nie zbawię całego świata.

Więc sorry, Winnetou... Nie przykleję sobie na czole naklejki: poparłam już to i to....
A przy okazji, wkurzają mnie (znów coś mnie wkurza) ulotki wtykane nachalnie w każdym markecie. Stoi wózek czy karton, jest plakat oczojebny, na co jeszcze ulotki? Jak ktoś będzie zainteresowany zapyta wolontariusza. Jak nie to na co mu wtykać ten kawałek papieru? Wydrukowanie tych ulotek kosztuje sporo - można to przeznaczyć na dary. A i drzew trochę się zaoszczędzi.
Chociaż Szyszko wyciął tyle, że papieru ci u nas dostatek.

I wszędzie: musisz to mieć, bez tego nie będziesz mieć świąt.
Nie przeżyjesz.
I filmiki z dziadkami, co podstępnie rodzinę ściągają.
Uszami mi się to wylewa.
Niepodległość wielkanocną udało mi się już wywalczyć, już chyba czwartą Wielkanoc spędzałam sama i jakoś nie umarłam, nie było mi ani źle, ani smutno, wprost przeciwnie, wypoczęłam :)
Po raz kolejny zostałam sterroryzowana Gwiazdką, ale teraz słowo druhny: ostatni raz.
Zdziwaczałam na starość i naprawdę czuję się znakomicie sama ze sobą, nic mi nie brakuje.
Jestem żywą ilustracją hasła: Królowa jest tylko jedna, które dzielnie na moje powitanie założyła na obfitą pierś Synowa No1.
W moim domu jestem nią.
I jak nie będę miała na nic ochoty, to palcem w bucie nie kiwnę i będę pachnieć smrodem, nie kąpiąc się, nie jedząc, kto bogatemu zabroni?
Dzisiaj poleżałam w łóżku do 10.30.
I czułam, że mam urlop. Wypisany, odebrany i mogę z nim zrobić, co zechcę. I zrobiłam.
A jutro poleżę też jak długo zechcę i jeszcze nie wiem co zrobię :)
Ściągnęłam sobie pierwszy sezon starej Dynastii. którą z wypiekami oglądałam, moim sposobem. Nie miałam wtedy słuchawek, napisów do niej nie było, więc ciekawa jestem, jak skonfrontuję tamte wrażenia z napisami :) O ile dobrze pamiętam, pierwsze odcinki mieliśmy w jakimś małym, ruskim turystycznym czarno-białym TV, który nam szwagier ze swojej pracy pożyczył. Potem był darowany enerdowski grat, olbrzymi, który padał przy najmniejszym skoku napięcia. A potem już nasz pierwszy kolorowy Neptun, już na nowym mieszkaniu, za talony z makulatury kupiony... Do tego telewizora kolega Eksa dał mi słuchawki i to już był całkiem inny świat. Gdzieś te słuchawki jeszcze mam w rupieciach chyba. Słuchawki blokowały głos, więc rodzina miała głos z maleńkiego turystycznego czarno-białego, już nawet nie pamiętam jakiej marki. Wyrzuciłam przy remoncie, wciąż był na chodzie :)
Może więc będzie sobota  z Dynastią?
Jest też remake, ale nie ma napisów, więc odpuszczę, nienawidzę lektora...
I książkę mam, czytam do poduszki, żeby zasnąć. Taką, która mnie wciągnęła, bo już na pierwszych stronach opisany jest poranek, wprawdzie faceta starszego ode mnie sporo, ale...
Nasze poranki niewiele się różnią. A myślałam, że tylko ja jestem taka pojebana, że wychodząc z domu sprawdzam, czy wszystkie części zamienne mam na swoim miejscu i czy czegoś nie zapomniałam...
Jak w tej głupiej piosence: "odpina biust gumowy, ja patrzę już nie mogę, a ona jeszcze mówi: odepnij lewą nogę"... No aż tak źle nie jest, ale kto wie, kto wie :)

Synowa zdjęcie Alienka wrzuciła w folii. Znaczy się, zmęczona praniem i niedopieraniem ubrała go w jakiś plastikowy fartuch, z rękawami na całe łapki.
Polajkowałam, pożartowałam, nie mój cyrk, nie moje małpy.
Napisałam, że na tę okoliczność mam folię malarską i ceratę, bo przy trzecim wnuku człowiek robi się chytry.
Odpisała, wrzucając zdjęcie usmarowanego Alienka i w sensie, że zmądrzałam.
Nie, nie zmądrzałam, nie zmieniam zdania.  BABY-LED-WEANING to zwykłe śmieciarstwo i nieprawda, że dziecko odkrywa i akceptuje smaki. Dziecko po prostu papruła. A pluje, bo jak ma gryźć, skoro zębali nie ma? U mnie ośmiomiesięczne dziecko wpieprzało zmiksowany obiad, nie pamiętam ile tego było, jakieś 200-250 ml. Przez smoczek. Ale zjadało swoją porcję warzyw, owoców i mięsa.Jak mu zębale wylazły, dostawał najpierw miękkie, a potem twardsze do gryzienia.  I nie było syfu do sprzątania. A tu i tak do cycka idzie, bo stamtąd leci to, co zna i to co mu smakuje. Alienek jest spasiony, nie da się ukryć. Ona i tak się narobi piekąc te muffinki (z przepisu wnioskuję, że nie zjadłabym, bo nie, bo to bez smaku), a i tak wszystko ląduje w koszu.
Przechodzę nad wszystkim do porządku, bo to nie moje dziecko.
I tyle w temacie.
Tyle że już więcej nie pozwolę na latanie z jedzeniem po mieszkaniu. Tak robiły moje starsze wnuki, powiedziałam: NIE. Nie jesz przy stole, chodzisz głodny. Kradziejka też tak robi, więc po prostu nie będzie wizyt, bo nie zwrócę uwagi, z Kierownikiem Budowy dyskusja jest bezcelowa. 
To jest mój dom i moje zasady. I żarcia z folii i ceraty też sprzątała nie będę.

A potem, jak los da, pójdę z wnukami na piwo do Brovarii :) Mam nadzieję, że mi postawią, bo mnie wtedy już na takie ekscesy nie będzie stać :D 

 Już do Zmorki pisałam, sezon mandarynkowy uważam za otwarty. Trafiły mi się piękne w Lidlu (lubię Lidla, aczkolwiek coraz droższy jest).
Kupując to widziałam ten kosz, który mój pijany ojciec przyniósł w którąś Wigilię do domu, bo u niego w zakładzie dawali takie rarytasy. Cud, że to do domu doniósł.
Ale wciąż pamiętam smak tej jednej pomarańczy, dzielonej na cztery i tych dwóch mandarynek i dwóch fig.
Też sprawiedliwie podzielonych, a teraz...
Nosz, hrabina ze spalonego teatru, sama zeżrę 2,3 kg mandarynek... 

Wszystko się naprawdę popierdoliło :P




czwartek, 30 listopada 2017

Ledwo

się rano z wyra zwlokłam, Kochany Pamiętniczku.
Z nosa ciekło mi jak z zepsutego kranu i temperatura skakała. No ale jak napiszę, żem chora, to nie tylko chuj bombki strzeli, ale i choinka w powietrze wyleci.
Polazałam.
I od razu na dywanik.
Ojapierdolę. Jednak męskie klimakterium to masakra (D. twierdzi, że ktoś musiał do niego z pierdołami łazić, bo takich cudów by sam nie wymyślił). Może. Przyczepił się do wszystkiego, podkreślając, jak bardzo jest niezadowolony ze mnie, ale nic merytorycznego, Nie, że błędy puściłam czy cuś. Nie, jechał po mnie jak po łysej suce za... No właśnie, za co? Że urlopu nie biorę, za chwilę mówiąc, że skoro mam tydzień w miesiącu wolny to po co mi urlop? Że mam na grudzień urlop wypisać. Ale byłam stanowcza, pytając, czy podpisze mi urlop na pierwsze dwa tygodnie grudnia. Powiedział, że nie może, bo gazeta. Ano. Mam wypisać na ostatnie dwa tygodnie. Powiedziałam twardo, że nie, bo mam wtedy i tak wolne, a o książce wtedy rozmawialiśmy dawno i powiedział, że da ją na zewnątrz. Że mam już bilety kupione za jego zezwoleniem i nie ma opcji. No to pojechał po bandzie, że ma całą teczkę życiorysów chętnych do pracy polonistów na emeryturze. Tylko czekałam aż mnie wypierdoli... No bo ma ich na pęczki, co sobie będzie żałował. Że o 30% zmalała nam objętość, wobec tego leżę i śmierdzę lenistwem. I tu się wtrąciłam, że nic mi nie wiadomo o tych 30%, że przez cały rok było tyle dodatków, że nie miałam kiedy wziąć urlopu, że na dokładkę mimo obietnic nie dostałam kasy, mimo tego, że wice pisał :) Zaperzył się, że jak nie dostałam, tom wyliczyła. Nadął się jeszcze i zaczął mi tłumaczyć różnicę między netto a brutto, jak krowie na rowie. Na moje nieśmiałe, że chciałam konkretną kwotę netto, co kilkakrotnie podkreślałam, dalej pierdolił jak potłuczony. A wystarczyło księgowej napisać, że tyle a tyle netto, co nie? Ale co ja się będę kopać z koniem. Zadumał się i rzekł, że myśli o premii dla mnie w grudniu. Całe 500 zł brutto. Ojapierdolę, za tyle roboty szarpnął się, firma zbankrutuje :) Na rączkę to będzie 350, o ile w ogóle będzie.
Chyba że są premie na święta, to dwa  grzyby w barszcz wsadził. Dostanę to, co wszyscy i jeszcze będę musiała być wdzięczna.
No i dlaczego nie wiem o ekstrasie, który mam dziś zrobić. Bo mi nikt nie powiedział, bo ekstras bezpański w sumie, prowadzący pracuje zdalnie. No to mógł do mnie wcześniej emilka wysłać, co nie? Nie, to ja jestem winna, bo na zebrania nie chodzę. Ojapierdolę, na pierdolenie o Szopenie. Mówię, że w czasie  gdy są zebrania jestem zazwyczaj zawalona robotą (moja osoba nic w temacie zebrań nie zmienia, sprawy tam omawiane mnie nie dotyczą, no ale...). Nie obchodzi go (a powiedział to bardzo nieładnie) to, mam być na zebraniach i koniec.
No to będę. Wyjdę z pracy 3 godziny później, a i ludzie też, bo czego nie przeczytam, to nie dostaną :)
Boska organizacja pracy, co nie?
Ale do przodu, do brzegu trzeba dopłynąć :D
Zeszło na książkę i zawołał redaktora, żeby mu zakomunikować, że Stara Jędza książki tym razem nie zrobi, bo musi iść na urlop. Ależ się ucieszyłam :) Że Boss ma dużo korektorów i jakiegoś da. A redaktor z paniką w głosie: ale ja chcę SJ. Dlaczego? Bo nikt nie zrobi indeksu. A jaki jest problem ze zrobieniem indeksu? Robi to automat w komputerze. A redaktor: nie robi, robi źle, wie o tym od dawna i jedyną do zrobienia indeksu jest SJ. W 1992 roku, gdy zaczynałam pracę w wydawnictwie, wydawca tłumaczył nam, że korekta to przeżytek, bo teraz komputery wszystko zrobią same i wkrótce bezrobotne korektorki będą stadami chodziły po ulicach...
Jakoś nie chodzą, choć internet, który korekcony nie jest, a i książki ze względów oszczędnościowych też nie, wołają o pomstę do nieba. Mniejsza z większym, wracamy do naszych baranów.
Redaktor się zaparł, że SJ. Na to Boss, że sprawdzi, który z zapasowych korektorów ogarnie tę kuwetę. Na to redaktor prosi o telefon, a Boss, że nie da :D
A ja siedzę cicho. Redaktor tak jojczył i jojczył, że...
Przesunęli, kurwa termin.
Żebym mogła to robić. Czytanie niekoniecznie, bo to dadzą geniuszowi z teczki, ale indeks to moja działka.
Kurwa, nienawidzę :)
A potem z redaktorem u niego w pokoju, a on mówi, że będzie kombinować, żebym ja to robiła, bo skoro kasa jest, to dlaczego nie dać jej mnie, a komuś, kto, cytuję: zaświni mi całą robotę. A zaświni, bo książka pisana jest specyficznym językiem środowiskowym i każdy polonista będzie poprawiał szyk zdań. Wiem, co mówię, bo trwało, zanim ogarnęłam, dlaczego jest taki dziwny szyk. Ale ogarnęłam od razu, a nie po oddaniu całej pracy skorekconej :0
A rybka mi to :)
Poszłam potem do tej brudnej roboty, zamiast wziąć się za węgiel. I nawet łamaczce radochę zrobiłam, bo sama naniosłam zmiany, tak że nie miała dużo roboty :D
A błędy koszmarne i nie, automat nie wychwyci.
Pisał prawnik i sama nie wiem, co robił? Spał?
Bo skarga paulińska zamiast pauliAńskiej to jednak byk. Merytoryczny, żeby nie było, że korekta musi  to wyłapać, to nie jest zakres jej obowiązków. A czy ja się muszę znać na prawie? Dla zwykłego człowieka paulińska jest w porządku, nie ma tu błędu.
Powinnam lecieć do Bossa w podskokach, co nie, drąc się wniebogłosy.
I chyba tak zrobię, ale jak wrócę, bo go  nie było, jak kończyłam, a jeszcze polowaliśmy na niego telefonicznie, bo powiedziałam, że nie wyjdę bez błogosławieństwa, bo znów się będzie indyczył.
A pierdolę :)
U mnie w domku jeszcze trzy dni.
Zamknięta w skorupie bezpiecznej.
Bez nikogo i niczego.
Popierniczyło mnie, co nie, Kochany Pamiętniczku?


I mam nadzieję, że moje cudo zakwitnie, zanim mnie rozpierniczy :)


Ma dwa kwiaty.

A, i dentystka mnie przyjmie. Dopiero 8 i godzina nie za bardzo, ale trudno :) W dupie mam wszystko i wyjdę :P

środa, 29 listopada 2017

Chuj

bombki strzelił, Kochany Pamiętniczku, świąt nie będzie.
Po prostu mam ochotę zrobić to, co kiedyś tam uczynił mój brat.
Ale ad rem...
Wstałam, nie tak wcześnie, bo po co?
Wszak mam wolne.
Polazłam w świat bez plecaczka...
I takie tam...


 Trzy stragany na krzyż, ale oj tam, oj tam, nie padało. Ceny z Kosmosu, więc tylko na hospicjum Palium wpłaciłam, bo kto wie, gdzie dokonam żywota. Zawsze płacę na hospicjum. Nieważne ile, płacę.
I dalej polazłam, ale mniejsza z większym.
Do domu wróciwszy polazłam znów i zanabyłam (no wydawać kasę to ja umiem)

 pekińską czerwoną (w ostatnim numerze warzywek mówili, że cud, mjut i orzeszki piniowe, zakisiłam w ramach eksperymentu na coś a la kimchi, ale co wyjdzie, homoniewiadomo :)  Nawet chrzan dodałam, bom zamroziła przewidująco :P


 I wężymord mam. A polowałam na to od dawna. Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, gdy wtem...
Chuj bombki strzelił.
Na pocztę wlazłam.
A tam emilki od wszystkich, no prawie wszystkich z redakcji....
Dlaczemu nie robię prawa, Boss pyta.
WTF?
Jakie prawo?
Wczoraj byłam i nikt nic nie mówił.
KURWA MAĆ.
Napisałam do Bossa, spokojnie, jasno.
Przedtem polazłam do banku i mimo bicia w bębny i inne tarabany oficjelów na koncie mam gołą wypłatę.
KURWA MAĆ.
A potem emilek, że mam jutro być BEZAPELACYJNIE w pracy,

Niech mi ktoś powie, że nie jestem w gorszej sytuacji niż chłop pańszczyźniany, przypisany do ziemi.

Nieważne, co ja tam będę tłumaczyła.
Mam wolne, bo swoje pół etatu w tym miesiącu wypracowałam, z naddatkiem.
Mam PODPISANY urlop.
I mam iść do pracy, bo tak.
Inżynier przytulił.
Wirtualnie, a jakże.
Że Boss chce zeżreć ciasteczko i je mieć.

Nie wiem, czy jutro jeszcze będę mieć pracę, bo KURWA MAĆ.

A na razie


Może jednak zbieranie puszek po śmietnikach to nie taka zła opcja?
Nie lubię zapachu, ale...


KURWA MAĆ...

wtorek, 28 listopada 2017

Grzybnia

z chujnią i patatajnią, Kochany Pamiętniczku.
Tylko juziowego jednorożca do kompletu brakuje.
I innych takich tam.
Nie dostanę się do dentysty, w sumie wkurwiłam się, bo to poprawka na gwarancji.
A w pizdu, pójdę do Helpu, poczekam i zrobią. Tyle że kaska znów poleci, a ostatnio dno w szkatułce, a wydatkom nie ma końca.
Nigdy dotąd mi tak nie zrobiła. Zawsze jest ten pierwszy raz
Pojechałam do pracy, bo mecenas miał dziś dyżur, ale tak jak myślałam, nic nowego nie ma, oprócz tego, że szwagier jednak odebrał pismo. Wstępnie umówiliśmy się na styczeń, jak zamknę lutowy numer.
Ano...
O ile polecę, bo to też chujwi. Nie podpisał mi urlopu, bo... wypisałam urlop na styczeń.
No jak kurwa mam wypisać urlop na grudzień, skoro pracuję od 4 do 14, bo taki cykl. Po 14 mam wolne do stycznia, bo taki cykl.
Jak wypiszę urlop od 4 do 14 to kto kurwa będzie pracował?
Wiem, mam podpisać i "potem odebrać".
Tylko że to potem jest zawsze na święty Nigdy.
Kurwa mać.
Więc nie, nie podpiszę. Nie polecę. Ale i tej jebanej książki, którą i on, i redaktor chcą, żebym zrobiła, nie zrobię. Zachoruję i w dupie mam, odkąd tam pracuję nie miałam ani dnia zwolnienia. Redaktor kombinuje już jak koń pod górkę, czy nie zrobiłabym tego na urlopie, on "wynegocjuje dla mnie pieniądze". Powiedziałam, że nie. Nie mówiłam już, że za poprzednią pracę u niego mam niedopłacone, bo znów pójdę na dywanik. Wtedy negocjowałam kasę sama, teraz może dostanę stówę. Nie schylę się po to, szkoda kręgosłupa. Tym bardziej, że musiałabym w UK wydrukować 600 stron, żeby zrobić to, co jest do zrobienia. Tu drukuje firma na swój koszt. Gdyby nawet udało się to fizycznie, to sorry, Winnetou, nie powiozę 600 stron. Inżynier już mi kiedyś drukował i kosztowało to więcej, niż zarobiłam. W chuj z takim interesem i rybka mi to, że żadna korektorka im tego nie zrobi, bo po pierwsze to nie jej praca, a po drugie nie każda korektorka to umie, bo to praca dla redaktora. Redaktora wydawniczego, a nie takiego, jacy są u nas, nic im nie ujmując.
Wali mnie to.
Muffinki zaniosłam, żeby się nie zmarnowały, zjedli.
O urlopie będę gadać jak wrócę do pracy, bo dziś Bossa nie było. Jak nie polecę, trudno, sześć stów poszło się jebać. Nie licząc innych zabawek. Nieważne.
Stać mnie :)  A co :)
Mimo deszczu pojechałam do miasta, bo czaszkę mi rozwalało i jako, że wszystko jedzie trasą zmienioną, czyli cholera wie gdzie, wylądowałam w okolicy szkoły Inżyniera. To stwierdziłam, że skoro i tak muszę się wlec kilometrami do mojego transportu, skoczę pod Okrąglak do górali.
I za takie same pieniądze, jak na targu, ale bez kręcenia, cena od początku jasna, pani chciała mi jeszcze 5 zł spuścić, ale podziękowałam, bo  miałam odliczone kupiłam

Ten śmietnik obok kapci to futerko, facet na targu tłumaczył mi, że dlatego płacę 5 zł więcej, bo futerko jest do naprawiania (!) kapci... Pytam góralki, do czego to, a ona: pani do niczego, wypychamy tym kapcie, żeby fasonu nie traciły, jak leżą. Więc powiedziałam jej wersję gościa, a ona w śmiech i za frico dostałam Zmorczy smakołyk

Nie przepadam, ale zjadłam z apetytem jakoś :D

Ale i tak wkurw mam, zła jestem jak osa, że zgodziłam się wbrew sobie na ten wyjazd. Siedziałabym teraz na dupie i nie martwiła się o nic.
Mądra Stara Jędza po szkodzie.
Nigdy więcej świąt poza domem. Amen.
Alienek ma kaszelek. Kaszlał tak, że cała noc nie spał i rzygał. Zadzwonili do lekarza, ale musieliby kolejkować. Inżynier pracował z domu. Alienek rano padł i ponoć wstał prawie zdrowy. To nie poszli do lekarza.
U mnie jedno kaszlnięcie i konsylium było wzywane, ale OK.
Mówię, że może ma alergię na coś. Biorą tę opcję pod uwagę, ale... jedzeniowo. OK, spoko wodza. Choć ile on tam je, skoro stale na cycu (ma 8 miesięcy) i po krótkim okresie podawania słoiczków i papek (których, cytuję: nie lubi, pluje nimi) dostaje muffinki z warzywami, których nie je i którymi pluje, wymemławszy je uprzednio). Nie jest źle odżywiony, wprost przeciwnie, jest przekarmiony. Ale też jedzie li i jedynie na cycku i rośnie kolejne dziecko, któremu nic nie smakuje. Rozmawiam z Inżynierem dziś sam na sam i mówię, że powinien mieć jeden posiłek, no ale usłyszałam, że karmią go nowymi metodami.
A kij w oko.
Ośmiomiesięczne wpieprzało miksowane jedzenie aż im się uszy trzęsły i jakoś wszystko lubiły, choć jedzenie się wtedy spod ziemi wygrzebywało.
Biedny Alienek ma wynalazki typu "zdrowa" mąka, eko, organic, mleko sojowe do tyc muffinek i szpinak. Ba, bo szpinak akurat najzdrowszym warzywem jest. I kalafior.
No i soda oczyszczona, cała łyżeczka i proszek do pieczenia, łyżeczki 1,5.
Zamiast obiadu.
No ale ja stara pojebana baba jestem i co pani zrobisz, jak nic pani nie zrobisz?
A alergia może być od sierściuchów.
Ale o tym nie śmiałam nawet bąknąć, bo byłabym wrogiem połowy świata. Jak i połowy czytaczy tu.
Do D. mówię, że Boss jest gorszy od Macierewicza ze swoimi pomysłami, a ona czerwona ze złości rzecze: ty mi nic na Macierewicza nie mów, bo to mądry człowiek jest.

Pozostaje mi tylko pić. Ale na to moja wątroba mówi NIE.

No i co ja mam ze sobą zrobić.

Na dokładkę mózgownica mi się lasuje, bo popierdzielone myśli mam, że to wszystko moja wina. Że ja żyję, a on nie. Ze to ja powinnam nie żyć.
I nawet jak przychodzi moment, że coś mnie śmieszy czuję się jak ostatni łotr.

Nic nie boli tak jak życie.

niedziela, 26 listopada 2017

Burza

chyba przeszła bokiem, Kochany Pamiętniczku.
Tak więc uspakajam wszystkich zaniepokojonych zamknięciem bloga, że na razie to nie nastąpi. Troll zadeklarował, że się odczepi. Miło, że mam tyle czytaczek podczytujących :)
Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, jeżeli czytający wrzucają w komentarzach jakieś swoje historie i doświadczenia, nawet rzekłabym, że bardzo mnie to cieszy. Rozumiem ludzką potrzebę wyrzucenia z siebie w danym momencie czegoś, dlatego też piszę, bo to dla mnie swoisty wentyl bezpieczeństwa.
Ale tak jak napisała jedna z dziewczyn w komentarzach: nie wchodzi się do cudzego domu, żeby go przemeblować.
A ja mam konkretne poglądy i tu je wyrażam. Jeśli ktoś ma inne niż ja, nie zabraniam mu myśleć inaczej, ale nie będę wdawała się w żadne polemiki ani też nie pozwolę na ustawianie mnie na właściwą stronę.
Nie jestem za żadną partią ani za żadnym ugrupowaniem, poza związkiem studentów, do którego przynależność była obowiązkowa (olałam, nie płaciłam składek i po zakończeniu studiów okazało się, że nie dostanę dyplomu, jeżeli nie ureguluję wszystkich zaległych składek za cztery lata, zapisana zostałam z listy i już). Sympatyzowałam z tym i owym ugrupowaniem czy politykiem, ale to nie znaczy, że jestem fanką.
A już nigdy nie byłam za Porozumieniem Centrum (dzisiejszy PiS). Nie lubię ludzi bardziej papieskich od papieża.
Z powodu mego nielubienia jedna pani wyrzuciła mnie ze znajomych na FB. I dobrze. Gorzej, że widujemy się na ulicy czasem. Ja zawsze mówię dzień dobry, choć dużo starsza jestem, a ona ucieka jak diabeł od święconej wody,
Trudno, tak mnie wychowano - kłaniać się znajomym. Ja jej nic złego nie zrobiłam, po prostu moje poglądy są inne i to radykalnie. Ale ani jej nie docinałam, nie komentowałam, nie lajkowałam. Po prostu byłam obojętna.
Mam zasadę nie dyskutować o religii, polityce i zapatrywaniach na życie.
Jest tyle innych tematów i tego się trzymajmy.
Choć poglądy niektórych bliskich i znajomych doprowadzają mnie do szału, nie dyskutuję. Mówię, że mi z tym nie po drodze, że mi się to nie podoba, że mnie to śmieszy. Co oni z tą wiedzą robią, rybka mi to.
Nie podoba mi się bałagan, ale póki ktoś nie robi bałaganu u mnie, mam na to wyjebane.
Twoja kuweta, twoje sprzątanie.
Demonstracje, na które chodzę, nie nawołują ani do mordowania nikogo, a już tym bardziej do mordowania nienarodzonych dzieci. Nie wysyłamy też nikogo na drzewo, do obozów, na emigrację. Po prostu mówimy NIE tym, którzy wiedzą lepiej, jak mamy żyć. Jeśli komuś się chce, proszę posłuchać - wystarczy poszukać na YT łańcuch światła Poznań. Nie padają tam inwektywy pod niczyim adresem, nie wyzywa się nikogo od najgorszych. Jesteśmy tylko za tym, żeby ludzie byli równi. A przecież o tym mówi nauka Kościoła - że wszyscy są równi. Pan Jezus wybaczył i jawnogrzesznicy, i łotrowi na krzyżu. Jakież więc ja mam prawo do oceniania innych? Mogę kogoś nie lubić, nie zapraszać go do mojego życia, ale muszę traktować go z szacunkiem. Bronić swoich praw, ale i szanować jego. Nikt nie jest dla mnie kanalią, gorszym sortem. Owszem, są ludzie krzywdzący innych, ale od tego mają być niezawisłe sądy, by oceniać ich czyny,
Nie uważamy, że w PiS są sami źli ludzie. Nie. Ale ci, którzy są w rządzie nie przestrzegają prawa.
Mój anonimowy krytyk uważa, że wystarczy dobrze dzieci wychować i paciorek mówić, a reszta sama się zrobi. I dziwi się, o co ja chcę walczyć, skoro wszystko mam.
Nie oceniam wychowania moich dzieci, ale są dobrymi ludźmi. Nie kradną, nie zabijają, ciężko pracują na swoje utrzymanie. Ich wiara jest ich sprawą.
Ale kradzież dobra narodowego w majestacie prawa to zbrodnia.
Prezes pracuje siedząc w ławach sejmowych. Ja mu płacę. Tak, ja, z moich podatków. A on sobie atlas kotków kontempluje.
Zdaję sobie sprawę z tego, ze to propagandowa zagrywka, żeby się ludzie w mediach podniecali, bo nie da się ukryć, że media społecznościowe w tej chwili sterują większością życia politycznego. O, prezes kotki ogląda i sruuu, kolejna porąbana, godząca w społeczeństwo ustawa przechodzi bez zmrużenia oka.
Bo głupi lud wszystko kupi. Dlatego ogranicza się dostęp do szkolnictwa, do wiedzy, do antykoncepcji, do służby zdrowia. Dzieli i rządzi, wiedzieli o tym już starożytni Rzymianie. Dać ludziom chleb i igrzyska - i już można na nich bezkarnie nasrać.
I tak mogę nawijać do rana.
Blogger nie ma możliwości blokowania poszczególnych osób. Jak będzie trzeba, zablokuję całego bloga i podam adres mejlowy do mnie.
Ale naprawdę nie chce mi się bawić w te klocki.

Wczoraj balanga była do upadlego


 bo jak wiadomo, Dzień Pluszowego Misia był. To moja banda w komplecie, choć może nie cała, bo jeszcze w elektronice też Miśki mam :)
Wszystkiego najlepszego, pocieszajki moje.
A jako że od dwóch dni nie wyszłam z domu, wczoraj - bo lało - i przeleciałam 7 odcinków Anne - nowej wersji Ani z Zielonego Wzgórza - mimo że nie trzyma się wiernie książkowego pierwowzoru (wiem ci mówię, znam na pamięć), to jednak jest fantastyczną rozrywką na oderwanie się od wszystkich brudnych spraw tego świata.
A dziś faza mnie naszła na coś i... Jako że Niechciej dalej rządzi...


Moje pierwsze w życiu muffinki, z żurawiną i rodzynkami. Okazało się, że nie mam proszku do pieczenia, ale i tak fantastycznie wyszły :)  Te kupne to jakieś nieporozumienie, jak rzucę, to zabić mogę, a moje puszyste i mlask. Jeden problem to rozpalenie piekarnika, bo coś jest tam nie tak... :)

I tym optymistycznym akcentem kończę ten przydługi wpis, idę poszukać czegoś do oglądania, bo nic mi nie podchodzi :


UPDATE 

https://oko.press/prof-letowska-o-ustawach-sadowych-pis-igrac-konstytucja-zartowac-konstytucji/ 

Warto poświęcić te parę minut. Mówi całą prawdę, z której wielu z nas sobie nie zdaje sprawy!

sobota, 25 listopada 2017

Ojapierdolę

Kochany Pamiętniczku.
Chyba wzorem Star będę musiała zamknąć bloga, bo mi się pojawił jakiś nawracający czytelnik.
I jeśli nie zniknie, zamknę bloga. Bo do wkurwu na całokształt dochodzi jeszcze wkurw na nauczanie. I to anonimowe. Ja mam twarz, anonim nie. I dziękuję, każdy może bloga pisać, a ci, co będą chcieli się nawrócić, będą czytali.
A ja z tych niedouczonych.

Kluczyki porozsyłam.
Nie mam zamiaru wojować z całym światem, ale mam prawo do bycia niepouczaną za moje poglądy,
Bo to moja piaskownica i moje zabawki :)

Więc poczekam.

piątek, 24 listopada 2017

Jako że

wkurw nie przeszedł mi ani trochę, Kochany Pamiętniczku, skorzystały na tym okna.
Pomyłam.

 Jak wiosennie dziś było :)
 I wszystkie storczyki ruszyły i ten ułamany grudzień też, czerwony, nie za bardzo go widać. Żałuję wyjazdu :)
Ale wkurw dalej miałam, więc zmieniłam pościel, koce, poprałam i takie tam.
Po czym padłam jak kawka.
Ale ogarnęłam się i poszłam w długą.
Jeżu kolczasty, jak mi się nie chciało.
Nienawidzę tego rządu, przez niego zamiast kwitnąć na fotelu, włóczę się po mieście.
Kuźwa mac, kotolub jeden za moją kasę, za kasę z moich podatków żyje, a pokazuje, jak głęboko ma mnie w dupie.
Więc muszę iść i głośno mówić NIE.
Nieważne, czy wygramy, czy nie, ale nie pluję na lusterko myjąc zęby.
Nie podpalę się, nie zaprotestuję tak, bo doceniam dar życia.
Może i nikt mnie nie chce, ale nie dlatego chodzę na demonstracje. Chodzę, by ten drabinkowy wiedział, że są ludzie, którzy mówią NIE.
I niech nie śpi spokojnie, bo karma go dopadnie. Jak nie w tym, to w następnym życiu. Przyroda jest sprawiedliwa.
A wioska piękna, choć fotki z telefonu do dupy. Trzeciej ręki jednak nie mam, a w tłumie muszę torebki pilnować, stara jestem.







 Cuba libre. Cudnie :) Nie musze jechać na Kubę, Kuba do mnie przyjechała :D


Hymn odśpiewałam, a jakże i łezka znów się zakręciła, a włoski dęba stanęły na łysej główce i owłosionych rękach :) Ale paru palantów czapek nie zdjęło. A wcale zimno nie było. Małolaty - gimbaza albo liceum, nie odróżniam, czapeczki ładnie ściągnęły, a stare pryki nie. No nic, za późno na wychowanie - wyglądali na takich, co przyszli, bo coś trzeba robić...
I Ode do radości też zaśpiewałam, tekst miałam wydrukowany.
A wracając tak sobie myślałam, że jak byłam młoda to takich cudów nie było, Adria, Magnolia i Polonez. A z Eksem nie bywaliśmy nigdzie, on niehulający, a i dzieci nie było z kim zostawić. Patrzyłam na młodych i żałowałam, bo teraz mogę iść, ale nie mam z kim.
Ale..
Już spokojnie śpię, bo moje dzieci zestarzały się tak (czytaj: potomstwo im daje tak popalić), że nie mają siły na takie ekscesy :D
A co ja nocy nie przespałam, pisząc scenariusze, bo w pubie nie było zasięgu.
Więc jestem jednak szczęśliwą kobietą.
Mam swój azyl, swoje światełka, chleb w domu i coś do chleba. Łóżko.
Ciepło.
Swoje zabawki.
I dlatego walczę, bo mam o co.