niedziela, 24 października 2021

Nie czytano

 ze zrozumieniem, Kochany Pamiętniczku.
Lamenciłam na zapas, albowiem do piątku wieczora nie wiedzieliśmy, kiedy będzie pogrzeb. Dopiero wczoraj dotarła wiadomość, że w środę.

Zatem ruszamy dopiero we wtorek rano, wracamy w środę, zanosi się na nocną jazdę, albowiem Inżynier nie chce stracić całego tygodnia. Więc nadal się nerwuję, ale cóż, c'est la vie. Wszelkie wieści o moim powrocie bądź nie są co najmniej do piątku przesadzone. A gwóźdź do trumny wbiła mi Zmorka, odpisując, że jak nieboszczyk przed niedzielą nie jest pochowany, to źle. Wygooglałam dlaczego i bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję, Kochana, za podniesienie mnie na duchu. Jak coś, mam nadzieję, że to mnie zabierze, tyle w temacie.

Kto wierzy w gusła temu dupa uschła, ale...

Zamówiłam w kwiaciarni wieniec, Inżynier odbierze zanim po mnie przyjedzie, potem jedziemy do K.i dwie alternatywne trasy na to zadupie, Google mówi, że różni je 5 minut... No nic, zobaczymy.

Inżynier znienacka zaproponował, że wpadnie w niedzielę z Łobuzami i z Ajpadzikiem. Nie na obiad.

No, wiedziałam, że on ma sklerozę, ale że aż taką to nie. Wleciał, ale bez Ajpadzika, zupełnie zapomniał, dobrze, że dzieci nie zgubił.

Jednak z wiekiem łagodnieję, nawet się nie zezłościłam, że nie ma Ajpadzika, kiedyś bym szaty darła i włosy wyrywała, a na twierdzenie, że zabrałabym sobie Ajpadzika na pogrzeb, więc jak odwiezie Łobuzów wleci z nim, kazałam mu się popukać w ten głupi łeb. Tak, jadę na pogrzeb, przez cały dzień, przez całą Polskę, by się pobawić Ajfonikiem. Nie ruszałam dupy z chałupy, nie licząc wyjazdu do K. do Umarlaków od 2019 roku, odkąd wróciłam z UK po narodzinach Kalafiorkówny, więc pojadę tyle kilometrów przez miejsca, w których w życiu nie byłam i pewno już więcej nie będę, ze wzrokiem wlepionym w Ajpada, oglądając seriale na Netflixie.

Hip, hip, hurra, mam genialne zaiste dziecko :)

LOL :)

Łobuzy jak zawsze przekochane, zrobiły mi dzień, lejąc się równo i namiętnie, wprawiając ojca w stan nerwowy. Jak jedno dostało ciastko, to drugie musiało dostać dokładnie takie samo. Kalafiorkówna, napominana, że ma nie ruszać kubka, bo gorące, zażyczyła sobie przelewania, zatem poszłam przelewać, wtedy pod bacznym okiem ojca siedzącego obok wylała kubek Alienka, bo musiała zobaczyć, czy on nie ma czegoś innego... Okazało się, że babcia jest oazą spokoju, nie zdenerwowała się zalaną podłogą, ojciec latał z obłędem w oczach, a ja cieszyłam się, że herbata nie wylała się na dziecko.

Każdą podłogę można wymienić, dziecka nie.

Jednak dorosłam.

A towarzystwo znalazło sobie nową rozrywkę: latanie do kibelka. Alienek chce siku, to i Kalafiorkówna momentalnie też i rzucaj tu, człowieku, monetą, które pierwsze ma sikać i które pierwsze zawołało..

Babci rachunek za wodę rósł w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, a dzieci znalazły nowy powód do kłótni, kto ma trzymać zawijany ołówek. A Kalafiorkówna posunęła się w swej podłości tak daleko, na oczach własnego ojca, że oskarżyła biednego Alienka, że ją bije, choć Alienek siedział jak ten aniołyszek i ani nie drgnął, co widział ojciec rzeczonych i znów mu piana na usta wyszła.

Lanie poduszkami to pikuś i rutyna, zaś tekst "zjadłbym coś" po skonsumowaniu całej pizzy i pięciu pytaniach: jesteś jeszcze głodny, czy myjemy ręce i stanowczej odpowiedzi przed myciem rąk, że jest najedzony, wbił biednego ojca w podłoże...

Jak ja kocham moje Łobuzy, aczkolwiek akcje w ich wykonaniu są fajne na tik-toku, ale nie na co dzień. 

Ja się z bratem kłóciłam, ale nie aż tak.

Moje dzieci biły się na własny rachunek, nie słyszałam, kto zaczął, więc odpowiadałam, że nie wiem, kto zaczął i biją się na swój koszt - nie opłacało się im więc lać. Nic mi nie wiadomo, żeby się bili, nawet Baran kiedyś stwierdził, że takich braci to on jeszcze nigdy nie widział.

No ale Łobuzy są, jakie są.

Może z tego wyrosną, nie wiem. 

Kiedy pojechali, w domu zapanowała taka cisza, że aż w uszach dzwoniło.

W sobotę zaszalałam, poszłam do chińskiego sklepiku po namordniki (ostatnio zapominam je zakładać), tak, Doro, wiem, nie chronią przed niczym, daję się zniewolić, ale cóż, pani  u rzeźnika wrzasnęła zza pleksi na mnie: maseczka, więc, jako rasowa poznańska pyra uważam, że ordnung muss sein, więc przeprosiłam i namordnik wdziałam, a na serio, w autobusie wolę ludzi w namordniku, niż ziejących na mnie chuj wi czym, a wróciłam z...

no i moja dracena znów robi za choineczkę, tym razem cała w ledach, Łobuzom się spodobało :)

Pizzę zaś mieliśmy taką


 

To nasza, dzieci jedzą klasyczną, a Alienek dziś podbierał mi ogórki i nauczył się mówić: ogórasek, co wprawiło go w zachwyt. I umie, Skubany, liczyć po polsku do 20 już, po angielsku do 14. I pięknie rysuje, nie trzy kreski na krzyż jak kiedyś, babci pracowe biurko zapchane jest jego dziełami już, przeważają potwory, ale jedno potworowe serduszko jest specjalnie dla mnie narysowane...

Zatem trzymajcie kciuki dalej, przede mną podróż życia chyba ;) 

Bo co innego samolotem polecieć sruuu,  a co innego wlec się po polskich drogach samochodem przez całą Polskę,na dokładkę
mając kierownicę z nieprawidłowej strony. 



A mój grudzień się obudził i ma pączusie...




piątek, 22 października 2021

Będę

 Kochany Pamiętniczku, jak wrócę, a jak nie wrócę, wspominajcie mnie dobrze albo wcale.

Albowiem przede mną wyprawa co najmniej na osiem godzin w jedną stronę.

Plan jest taki, że zamiast jechać standardową trasą, pojedziemy do naszych Umarlaków, ogarniemy ich i potem kurcgalopkiem na Podkarpacie. Nie ma innej opcji logistycznej, żeby wszystko ogarnąć.

Eksa ogarnę sama, jak wrócę, bo jednak żal mi Inżyniera - zmienili logistykę, na którą brał urlop, żeby ogarnąć Alienkową kurację i będzie się z tym sama męczyła Inżynierowa (znam możliwości Łobuzów). Tak, jestem za mało wymagająca w stosunku do Pierworodnego, ale pierdolę to przedszkole.

Jak się da, będę recenzowała, jak nie, zapiszę w kajeciku.

No i w plecy z lekka oszczędności poszły, ale c'est la vie. Płacimy po połowie i uważam, że to jest OK. 

Tym bardziej że mieszczę się w żałobną odzież z pogrzebu Eksa, a Inżynier - lepiej spuścić zasłonę milczenia na całokształt.
Nie mam czarnych butów, pójdę w ciemnowiśniowych, nie widzę sensu kupowania czarnych butów na tę okoliczność, których być może więcej nie założę, mam dobrych butów pełno, nie mam kiedy ich wydrzeć. Nie jestem pogrążoną w żałobie wdową, a poza tym, jakie ma znaczenie mój ubiór?

Rezultaty home office. 

A, nieważne. Jest, jak jest. 

Wicher pozwalał mi donice z parapetu, ale za bardzo nie sprzątam bajzlu, bo i tak za niedługo wszystko pójdzie się jebać.

A Księżyc dziś jeszcze upiorniejszy niż wczoraj, gdy świecił na maksa tak, że pospuszczałam wszystkie rolety, co rzadko czynię


 Sny koszmarne miałam znów, fizycznie czułam, jak ktoś mnie w ramię trąca i moja stała obsesja, czuję fizycznie, że ktoś wali w drzwi...

Zaś.... realnie, krupnik ugotowałam, pokrywkę odstawiłam na palnik, na którym gotowałam pyry, ale maszynka ma taki urok, że nie widać płomienia, a ja bez aparatów nie słyszę, że gaz się pali. I w ten cudny sposób



 ugotowałam pokrywkę, choć czułam smród, ale tłumaczyłam sobie: SJ znów masz wrażenie, że masz guza mózgu i czujesz dziwne zapachy.

Jak to pozory mylą, co nie? Dobrze, że chaty nie sfajczyłam :) 

Obie gazetki zamknięte, dla mnie już grudzień w pracy, ale hip hip hurra mam jeszcze 9 dni urlopu po 4 godziny, znaczy się, mam dużo urlopu. Do pracy wracam 12 listopada, ze zwykłej przyzwoitości, tym razem oni będą mieli przesrane, ale cóż...

I tak bywa.

Dobrze mi życzący - trzymajcie kciuki, bo naprawdę mam pietra.

A ty, co źle mi życzą wybaczam, cóż...

Sayonara...

A tym, co mają czas i ochotę, polecam


takie tam, koronawirusowe, z przymrużeniem oka, ale nie tak całkiem do końca...

Wspominajcie mnie dobrze albo wcale jak coś.

Wiadomo, życie nie składa się z oddychania.

czwartek, 21 października 2021

Zmarł

 szwagier, Kochany Pamiętniczku. Wyprowadzili się na drugi koniec Polski, 7 godzin jazdy samochodem w jedną stronę. Ale Inżynier chce jechać, bo to jedyni ludzie z rodziny Eksa, którzy byli dla nas zawsze życzliwi. Jeszcze nie wiadomo, kiedy będzie pogrzeb. Młodszy ode mnie był, 1959 rocznik, ale od lat bardzo schorowany. Pojechałaby Inżynier ze mną, Łobuzy za małe na taką eskapadę.No nic, zobaczymy, co będzie, dobrze, że akurat mam tydzień wolny.

Ale jeszcze stare Umarlaki do ogarnięcia, mówię I., że weźmiemy usługę, ale nie, uparte to moje dziecko jak cholera.

A dziś piździ tak, że szkoda gadać, oczywiście nie poszłam rano na kijki, bo jak mi coś na ten głupi łeb zleci, to kolejny kłopot gotowy.

I tak się życie plecie..

środa, 20 października 2021

Wstałam

 dziś skoro świt, Kochany Pamiętniczku.

IPada nie tknąwszy, kąpiel poczyniłam, śniadanie zjadłam i poleciałam na kijki.

I tylko dzięki temu żyję, po 12 godzinach w pracy. 

A tak ogólnie to chujowo jest, jak zawsze.

Ale jeszcze będzie dobrze.

Pierworodny nie może.

Inżynier chce przejąć wszystkie obowiązki.

A może tak, kurwa, powinniśmy my, obowiązkowi, z tatuażem na czole: trzeba i muszę, mieć na wszystko wyjebane?

Tak po prostu.

Tylko jak to zrobić, nie fundując sobie bezsennych nocy?

Zwłaszcza takich, jakie mam ja:  jak już przysnę śnią mi się wciąż gruzy rodzinnego domu i wszyscy Umarlacy.

Moi i Eksowi.

Kurwa mać...


wtorek, 19 października 2021

Jeszcze

 trochę, Kochany Pamiętniczku i sama się wykończę.

Jak ten mrówek zapieprzałam, przed 17 dostaję kolejny raz tekst bez update, więc pytam: korekcić czy czekać na update.

Ja od razu widzę, że niekorekcone, nieupdate'owane, bo są błędy tak oczywiste, że nie puściłabym ich po pijaku, a co dopiero po sprawdzeniu...

Ale oni nic nie widzą. 

Czekam, w międzyczasie korekcę teksty wrzucane 16.58, 59, 17.00.

Kurwa, wciąż czekam, do 17.13 i piszę: sorry, Winnetou. Ile można czekać na update? Przypuszczam, że kobieta odpuściła sobie, ale żeby mi napisać, że jutro to nie.

W dupie to mam.

Poszłam, lewa, prawa... Pierwsze 1500 kroków jest jak łamanie kołem, zastanawiam się, dojdę chociaż do przystanku, czy zdechnę, ale zaciskam zęby i lezę... Po 2500 krokach czuję, że jednak nie zdechnę, ale patrząc na odległość od chaupki i wiedząc, że nie ma na tej trasie żadnego autobusu czuję, jak resztka włosków staje mi na baczność na głowie.

Ale

 


przepiękna atmosfera Alei Żula, gdzie na ławeczkach siedzą jeszcze amatorzy mocniejszych trunków i jeden z nich rusza do mnie z tekstem: kierowniczko, nie ma maseczki, więc jako że akurat w słuchawkach wyje mi

Fuck you (Fuck you), fuck you very, very much
'Cause we hate what you do
And we hate your whole crew
So, please don't stay in touch
poniekąd adekwatnie do sytuacji, dodaję gazu i czując, jak pot ciurkiem leci mi po pleckach, spierdalam w podskokach. Zdaje mi się, że kierowniczką tytułował mnie jeden z kolegów ze szkolnej ławy Pierworodnego, ale nie jestem tego na bank pewna, nie mam pamięci do twarzy, a od tamtych czasów trochę już minęło.
Po 4 tysiącach kroków jestem jak świeżo naoliwiona maszyna, wpadam do chaty i... oczywiście, kurwa mać, emilek od Bossa, a jakże, wysłany 18.35, że "pani SJ krótki tekścik do ramki". Krótki tekścik, kurwa, po godzinach (a gdzie kodeks pracy)liczy 10 tys. znaków, czyli tyle, że gdy moja szefowa z pierwszej pracy dostawała taki, ogłaszała całej redakcji, że ona ma 10 tys. znaków (pracowaliśmy tam w open space) i ma być cisza. Idealna cisza, bo ona pracuje. Łamacze nienawidzili tego, albowiem tyle znaków miał zazwyczaj główny materiał dnia na pierwszą stronę, wrzucany zazwyczaj pół godziny przed wysyłką do drukarni (w gazecie codziennej materiał MUSIAŁ iść, jeśli miała ona być nazajutrz w kioskach), a szefowa, no cóż. Korekciła go jakąś godzinę, a gdzie 2. korekta?Łamacze wściekli siedzieli po godzinach, bo to trzeba jeszcze było wysłać naświetlone do drukarni, a łącze było jakie było, a gdzie ozalidy i inne bajki?
Dlatego ja byłam ulubienicą łamaczy, bo korekciłam te 10 tys. znaków w góra 20 minut i tadam :) 
Dziś, jako że odebrałam emilka o 17.45, o 18.09 odesłałam i teraz już, na luzie, czekam na coś jeszcze, w dupie mając, bo tak. Bo trzymam mordę na kłódkę, gdy uprzedzamy fakty państwowe będące tajemnicą poliszynela. Bo jestem dobra, jedyna i niepowtarzalna.
Jutro będzie się działo, bo jutro jedzie do drukarni I składka.
A ja, nieboga, jako że nie ma siły, która mnie rano wywali z łóżka, zastanawiam się, czy polezę po 21 w ciemną noc, czy rozłożę koc i będę się kulać i rozciągać w dzień.
Inaczej zejdę na własne życzenie. Zaczyna się mścić brak ruchu. Jednak wyjście do pracy, to zawsze był jakiś ruch, nie zastąpi tego kursowanie od kompika do kompika.
Dzisiaj (nie licząc kursowania po domu) zrobiłam 5131 kroków, wczoraj 5108, w niedzielę 4790,  w sobotę 6280, ale to tylko dlatego, że z zakupami wracałam do domu opłotkami, jęcząc z bólu. 
Kurwa.
A dziś ruszył do mnie (znaczy się do Inżyniera, bo zamówił jak prosiłam) mój kochany Ajpadzik2. Już się nie mogę doczekać, jutro ma dojść, nie wiem, kiedy go odbiorę, ale już go kocham :) 
To moje jedyne szaleństwo od Ajfonika 2, tak mi weszło w krew zaszalenie raz do roku, ale z przytupem. 
Bo tak, nie licząc wina i świeczek, to żadnych ekscesów od lat nie było.
I wciąż nie mogę się pozbierać..
Oczywiście,po takim zakupie oszczędności spadły, ale jak sama mówiłam, wspominając Ciocię - ściboliła, odmawiając sobie wszystkiego, bo zawsze miała z tyłu głowy, że nie wie, co będzie. Ja też nie wiem.
Ona zaoszczędziła przez całe życie 23 tysiące. Nie miała mieszkania, mieszkała w wynajmowanym do śmierci, a właściciel ze strachu, że ja się tam wprowadzę kazał je opróżnić w tempie amerykańskim. w tamtym czasie za tę kasę mogła spokojnie całą Polskę zwiedzić, ale ściboliła, bo miała 800 zł emerytury, a koks kosztował 1200 zł za tonę.
Japierdolę to przedszkole...


poniedziałek, 18 października 2021

Wieczór

 przyjść musi, Kochany Pamiętniczku.






Kombinowałam jak koń pod górkę, ale na wszystkie opcje jestem za stara już. Jedynym wyjściem z tej patowej sytuacji jest to, że umrę.

Nic na to nie mogę poradzić.


niedziela, 17 października 2021

Dzień

 bez szaleństw jest dniem straconym, Kochany Pamiętniczku.

Tylko dzięki przytomności umysłu SJ niedzielne spotkanie doszło do skutku, albowiem uświadomiła sobie (i potomkowi) w porę, że  w niedzielę w Koziołkowie jest półmaraton. Tak się składa, że Inżynier nie wyjechałby ze swojego kwadratu, a kwadrat SJ odcięty od świata jest, aczkolwiek dało się do niej dojechać.

Inżynier strategię obczaił, obejrzawszy mapę, albowiem w tym temacie SJ jest debilem i ustalił godzinę wyjazdu na "zaraz po dziewiątej". Jak wiadomo, zaraz to jest mała bakteria i lubi płatać figle, ale udało się i ekipa zlądowała u mnie, ominąwszy przeszkody maratonowe.

Alienek wleciał jak torpeda nowej generacji, bo batia była, ale Kalafiorkówna przez dwie minuty krygowała się na progu, albowiem ona łatwa nie jest i byle gdzie nie włazi. Certowała się zresztą cały czas, żadna łapówka nie działała, w miejsce, gdzie nawet król chodzi bez asysty udawała się tylko pod opieką ojca, aczkolwiek zachwycona była faktem, że jako mała dziewczynka dostała mały ręczniczek do rączek i mogła sobie wybrać kolor. Jednak odjeżdżając, obleciała dookoła samochód i wielce była oburzona, że babcia tylko ją w łebek pocałowała i to koło ogonka, a ona chciała buziaka, więc trzeba było ją wziąć na ręce i policzek nadstawić... W czubek babcinej głowy nie chciała, a ja jestem wrogiem całowania małych dzieci (dużych też), no więc kompromis, policzek.

Ale potem jej mama napisała, że konika, którego SJ dostała zgodnie z życzeniem wybierała Kalafiorkówna osobiście, aczkolwiek nie wręczyła go z fanfarami, tylko chyłkiem i ukradkiem postawiła na szafce w przedpokoju...

Tu rzeczony konik już po desancie, w towarzystwie innych skarbów jesieni. Jakoś tak fajnie na sercu jest.

Sytuację lokalową obgadaliśmy z Inżynierem, załamując ręce, bo jest bez wyjścia. Nawet jeżeli ja mogę wziąć kredyt, to nie mając żadnej gwarancji spłacania, w ile bajek mogę się plątać, zwłaszcza w moim wieku? Ile jeszcze będę mogła pracować i dlaczego mam się zarzynać na stare lata, zamiast pod palmą z wachlującym mnie Murzynem lec? Jestem rozdarta jak ta sosna z Ludzi, nomen omen, bezdomnych.

Kurwa.

Jedno wnuczę zjadło jebanego makaronika, który jeszcze nie tak dawno kosztował 3,50 za sztukę, a teraz już dociąga do 6, Inżynierowi dupy makaronik nie urwał, drugie się zachwyciło, no, kupiłam, bo uwielbiam, myślałam, że wszyscy tak lubią.

I poszliśmy na spacer, albowiem dzieci zaczęły się lać.


Kiedyś zachwycałam się różą w grudniu w UK, a teraz memu sercu bliższa ta, bo moja, bo zawsze mogę na swoim łóżku lec, bo już mnie nie ciągnie w zamorskie krainy - wiadomo, bezpieczniej, gdy moja chata z kraja, a i tam przeminął wiek złoty, do władzy doszły takie same szuje jak u nas...

A jesień piękna tego roku




 

... aż serce boli. Na placu całe towarzystwo bawiło się świetnie, aczkolwiek miałam stan przedzawałowy, gdy dzieci posuwały różne ustrojstwa, a ja oczami duszy widziałam, jak to im utrzaskuje łapki, wali w łebki i inne takie tam.

Miałam też w plecaczku kredy, kupione za bezcen w PEPCO czy innym KiK 



... i nawet Inżynier narysował kotka, a jako że nie mieści się już do okna życia, miał obawy, czy wepchnie się do tej tablicy. Dopchał się, więc nie jest tak źle. SJ tylko kredę wydzielała i usuwała ślady zbrodni kredowej. Jak coś, ekipa oporu przeszkolona w rysowaniu kredą i zacieraniu śladów.

I smrodek dydaktyczny był, bo ul był. 


Łobuzy zafascynowane były tym, ile robali się tam mieści, a najważniejsze były oczywiście pająki i biedronki :)

Zaraz za ulem towarzystwo padło ze zmęczenia, Alienka zaczęła bolec głowa, zaś Kalafiorkówna nie mogła iść, gdyż okazało się, że nie umie chodzić.


Negocjacje trójstronne zakończyły się impasem, gdy wtem babcia stwierdziła, że ją też boli głowa, chodzić nie może, bo jest stara, ale stawia dolary przeciw orzechom, że nikt jej nie dogoni. I tak goniąc się nawzajem dotarliśmy do domu, gdzie zamówiliśmy pizzę, bo nie byłam pewna, czy gdy podam ulubioną zupkę Alienka będzie smakowała tak, jak lubi, a pizzę jedzą zawsze.

W oczekiwaniu na pizzę była bitwa pod Grunwaldem przy układance z liczbami. Alienek liczy już powyżej 10, po polsku i po angielsku, Kalafiorkówna zaś kradnie owoce z wyliczanki, więc bitwa aż furczy...

Spacyfikowawszy na chwilę ekipę na Netflixie, nóżki bowiem odsapnąć musiały (nabiliśmy jakieś 5 tys. kroków, dzieci więcej, bo latały jak kot bez pęcherza), podsumowawszy dzień z Inżynierem, któremu nie dane było nawet 15 min spokojnie poleżeć, albowiem asysta dla Kalafiorkówny do łazienki to tylko tata...

... dostawszy kolejne słodycze (żeby nie było, owoce też były), 

 dźwigając pod pachą zdobyczne łupy, za co dostali opierdol od ojca...  że tacy barbarzyńcy i najeźdźcy, łupieżcy, że na Syberię z nimi, na co SJ wzdychając orzekła, że jak już to na Kołymę, bo dalej...

Pojechali...

SJ skorekciła, klnąc, to, czego miała nie korekcić do jutra, później notkę spłodziła i poszła...

Na zasłużony odpoczynek :) 

Będę czekała na powtórkę z rozrywki, a na razie na horyzoncie wizyty u Umarlaków, ale to jeszcze trochę.

Przede mną ciężki pracowy tydzień.

Ale będzie dobrze, nie ma innej opcji. 



piątek, 15 października 2021

Na niedzielę

 planowana jest zmasowana inwazja Łobuzów pod przewodnictwem ojca, Kochany Pamiętniczku. Bez matki, albowiem rodzicielka rzeczonych próbuje ogarnąć tajemnice mojej profesji, co niestety, w towarzystwie Łobuzów, na zmianę opuszczających przedszkole z wiadomych względów, a to pod pretekstem świeczek z nosa, których nie daje się zapalić, a to kaszelków suchotniczych, jest syzyfową pracą.

Zatem stwórca rzeczonych Łobuzów grzecznie zapytał matkę, czy mógłby się w niedzielę zwalić z bandą, żeby żona mogła nieco wiedzy liznąć.

No cóż, matka wpadła w stan nerwowy i musiała zażyć bromu, ale w głębi serca miła jest jej perspektywa tańców, hulanek i swawoli z tą bandą.

W nocy prześladowały ją sny, że zlądowały nie Łobuzy, ale kotełki, które zdemolowały mieszkanie SJ do cna tak, że została z bloku kupka dymiących gruzów.

No cóż, wola boska i skrzypce.

Dobiła SJ praca, albowiem nikt nie czyta emilków ze zrozumieniem, więc o 17 zbuntowana zamknęła pocztę, pisząc wszystkim sayonara. Jako że znów ma nadgodziny. Ale nic jej już nie dziwi, albowiem koleżeństwo na L4 pracuje. Zdalnie, ale...

Kłania się kodeks pracy i wszystkie pierdolone smęty o tym, że mamy rynek pracownika. A i owszem, zawsze można iść na kasę do Biedronki, ale podobno ostatnio i z tym są kłopoty...

Co nie zmienia faktu, że chaupka ogarnięta na błysk, a ja udaję się na Hiacynta.

Takie tam reminiscencje z PRL, o rzeczach, o których wówczas nie miałam zielonego pojęcia, z którymi zetknęłam się już będąc matką dzieciom, a które w jakiś sposób wpasowały się dobrze w moje życie. Ot, taka ze mnie pedalica i nie, żaden z moich rodzonych synów nie jest gejem. Ale życie pisze różne scenariusze. Moje pisze fantastyczne i to mi się bardzo podoba. Ale to nie jest historia do pisania na blogu.  Przeglądając zaś to, co naskrobałam już, są wszelkie przesłanki do zniknięcia w niebycie neta. I nie, nie pomogą żadne marudzenia, ochy i achy. Jak napisała Zmorka: wszystko ma prawo się skończyć.

Jak mnie pocieszano - wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija.

Wszystko jest tak kruche, tak ulotne...

No nic, zobaczymy.

Lecę na film...


Gdyby nie to, że na Netflixie mam napisy, guzik bym z filmu zrozumiała, niezależnie do mojego słuchu. Więcej rozumiem z hamerykańskich filmów, nie znając języka, niż z rodzimej produkcji.

Udanego weekendu życzę wszystkim, którzy tu zaglądają :)

środa, 13 października 2021

Przegięłam

 z leksza wczoraj, Kochany Pamiętniczku :)

Poszłam na długi spacer w sandałkach, już po lodowatej ulewie. Zimno nie było, czułam się fantastycznie, ale wieczorkiem zaczęło mnie coś rozbierać i nie był to seksowny men.

No ale nic, czemu nie zaradziłyby dwie polopirynki i dwa kocki :)
Dziś już było OK, ale z bólem serca (i nóżek) na razie pożegnałam sandałki, ale ich jeszcze nie schowałam.

A dziś od rana kurwica mnie brała. Bo nikt nie czyta mych emilków ze zrozumieniem. A od rana na poczcie Boss się wywnętrza, że w programie w tekstach multum literówek. No, w chuj. Problem polega na tym, że tam chuj wi co widać, a i żaden z tych tekstów nie był jeszcze w II korekcie, nie mam pojęcia, czy tam jest wlana I korekta, czy nie... Ale emilek pełen troski o to, żebym ja nie miała kłopotów.

Kurwa pierwsza na dziś.

No a potem okazało się, że bydełko ma swoje wymówki, wiadomo, każdy święty ma swoje wykręty, jak nie urok, to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich, problemy rodzinne, życie osobiste, program się tnie, profesor autoryzujący jest upierdliwy...

Tylko korekcie życie płynie po płatkach róży, w oparach uwielbianej paczuli, wachluje ją seksowny Murzyn (w dupie mam poprawność polityczną), donosząc jej drinki z palemką i nucąc radośnie: I just called to say i love you... A nie, wróć, nuci Fascination... Got to use her, every time, every time, every time, got to use her..

Kurwa druga na dziś.

Piszę, że potrzebuję 1,5 godziny. Bo mam zaległą kartkę, która nie dojdzie na czas, a mi zależy, bo słońce nakurwia pięknie, bo tak. 

I co? Gówno. Nie, bo zaraz będzie, a ma o 14 jechać do drukarni. 

Ogarniam odcinek Chicago fire, The rookie i dopiero po emilku, że kiedy kurwa będzie tekst, tekst dochodzi.

Niestety, ja nie mam już orgazmu, tak wyszło.
Za oknem leje, burzowe chmury krążą jak najęte, więc odpalam kolejny odcinek, albowiem wszechwiedząca aplikacja mówi, że za 24 minuty deszcz się skończy. Magik jakiś czy cuś z tej apki? Faktycznie, skończył się. I pomaszerowałam w siną dal, lewa, prawa, wściekła jak cholera, ale oddychając głęboko, bez tytki i kontemplując...



Identyczne ujęcie, chwila po chwili, tak pięknie dziś pracowało światło...

A później już za moment był

Księżyc nad Tahiti :)

I jeszcze 


... taki kobierzec przy chodniku...

... i ja...


time to say goodbye, sandals... Będę za wami tęskniła:)

I po spacerze, po namyślunku, naskrobałam emilka do drogiego Bravo, a jakże, do mojej redaktorni (w nawiasie było Drogie Bravo), a co, bo chytrze przekalkulowałam, że...

To, przed czym broniłam się zawsze, czyli praca od 13 do 17 w obecnych warunkach ma sens. Nie będę wstawała o 6, żeby w podskokach zapierdalać na Manhattan i do sklepów. Wstanę o ludzkiej porze, jak będę miała coś do załatwienia, załatwię, a o 13 siądę do kompika i punkt 17 znikam, nie pierdoląc się ze spóźnialskimi i z błaganiami, że to na już i na zaraz (zaraz to taka mała bakteria, boję się zaraz).

Wiadoma rzecz, że w ostatnim tygodniu będę siedziała po godzinach, ale tak całe rano dla mnie. Nie chciałam tego przy pracy stacjonarnej, bo i tak musiałam się o 6 zrywać, żeby dojechać, ale teraz? 

Na razie jeden kolega odpisał, że mu to pasuje. Sądzę, że Boss to poprze, bo zawsze o to walczył. A teraz po 17 już ciemno się robi i nigdzie mnie nie ciągnie, a do 13 to zdążę nawet na kijki polecieć.

Więc oby się udało.

A, ogłosili nabór na TBS, co to miał się zapisać Pierworodny. Bo mają wszystko, kasę i inne. Więc ślę linka, tak ku pamięci, jak to troskliwa mamcia.

I znów KURWA, nie da się, mają 100% wkładu na TBS, ale nie mogą się zapisać, bo mają za niski dochód. Serio? Tam nie ma za niskiego dochodu, jest za wysoki. Ale nic, dalej kombinuje, jak koń poc górkę.
Jak mają na 100% wkład TBS, to co im broni brać komercyjne mieszkanie?

Bo bank nie da, bo za stary jest.

Poległam, KURWA.

Inżynier pogłaskał, przytulił, wirtualnie of course i stanowczo zabronił umierać. 

Bo tylko moja śmierć rozwiązuje problemy życiowe Pierworodnego.

A, na Netfliksie oglądnęłam sobie, z zapartym tchem Kasztanowego ludzika, jak nie jestem fanką kryminałów, ten jest świetny.

A rano dostaję fotkę szyderczo uśmiechającego się Alienka (znaczy się, rozkosznie się uśmiechał, ale z lekką nutą szydery) w towarzystwie przecudnych kasztanowych ludzików (zbierał kasztany, wracając z Tomatisa), a że z kolei on ma kaszelek, zatem poczynił takie cuda


i kazał babci dosłać.

Zatem pora umierać, żarty się skończyły.

Wszyscy będą zadowoleni, a ja odpocznę.

Drogie Bravo, prawda, że brzmi jak dobry plan?

 



poniedziałek, 11 października 2021

To był

jeden  z tych dni, dla których warto żyć, Kochany Pamiętniczku.

Znów było jak dawniej, aczkolwiek wiem, że oni mają teraz swoje życie i nie byliby szczęśliwi, gdyby je im odebrano.

 Ale w którymś momencie Inżynierowi wymknęło się znienacka: jak dobrze być razem.

Tak, fantastycznie, nasze bon moty, gesty, wariatkowo... I polski hydraulik i inne takie tam.

Dziękuję ci, życie, za takie chwile.

Obiad był zacny


fotka poszybowała i do żony, i do znajomych z UK (Inżynier słał, nie ja).

Umęczyłam się srogo, albowiem sama przenosiłam wszystko, opróżniając najpierw szafę i półki, a potem je zapełniając na nowo. Raz, że szkoda mi było ich czasu na takie pierdoły, dwa, że musiałam wiedzieć gdzie co jest.

Ale i tak do wieczora spokojnie wszystko ogarnęłam, a potem nie mogłam się nacieszyć, latają w kółko i podziwiając. Niestety, w tym układzie dracena nie zmieściła się już, więc wróciła do dużego pokoju, no cóż, coś za coś.

A nowy image jest taki




Mam wolne miejsce na środku pokoju, mogę swobodnie dostać się do półek z książkami, nie przepychając się za biurkiem, za które z trudem się wciskałam. I drukarka jest obok biurka, więc nie muszę pod nie włazić, żeby zobaczyć, co jest na wyświetlaczu i mam pod biurkiem miejsce na nogi. 

Mała zmiana, a cieszy ;) 

A dracena rankiem wita mnie tak

Uświadomiłam sobie, że jest ze mną od 16 lat...

To już członek rodziny, nie da się ukryć :)

sobota, 9 października 2021

SKS

 Kochany Pamiętniczku, a jakże.

W związku z jutrzejszą operacją "Przemeblowanie" wyniosłam część rupieci do dużego pokoju, ale... 

Poległam na wyciąganiu ze szafy maszyny do pisania. A jakże, mam taką, Łucznik z długim wałkiem. Kupiona za talony na makulaturę, bo normalnej opcji nie było. Znaczy się, kasę też trzeba było wyłożyć, ale kasa wtedy nie była problemem, problemem było dostanie czegokolwiek.

Maszyna ratowała mi życie długo - tekst "SJ siedzi w domu i nic nie robi", gdy byłam na urlopie wychowawczym. Tak, nic nie robiłam, przepisywałam prace magisterskie i inne. Kiedyś zgłosił się do mnie gość, nie pamiętam już, co miał do przepisania, ale powiedział, że nie da mi notatek, tylko będzie mi dyktował, albowiem treść dzieła jest ściśle tajna i nie mogę jej czytać. Kurwa :) Oczywiście odmówiłam, nie byłam wykwalifikowaną maszynistką, a pisanie ze słuchu przy moim słuchu i ktoś obcy w mieszkaniu - przecież pisałam, jak Gnomy były udupione... 

A sąsiadka zza ściany, która podrzuciła mi pracę magisterską syna, wciąż do mnie wpadała i mówiła: gdybym miała maszynę, sama bym mu przepisała. Serio? Myślała, że dam jej maszynę za frico, bo ona też umie pisać na maszynie? I nie, że jestem bez serca, ale sąsiedzi mili nie byli. Co jakiś czas organizowali akcje, że im coś nie pasuje. I tak na przykład wywalili mi ze wspólnej komórki moje rzeczy, w ramach "sprzątania spółdzielni", w tym pralkę - wprawdzie nie Franię, ale jeszcze lepszy Myszków Światowid, która czekała na przezwojenie silnika, a gdy złamali mi klapę w wirówce do prania,wstawionej tam na chwilę, wyparli się tego w żywe oczy. I nie, nikt inny nie mógł złamać klapy, albowiem klucz do kanciapy miałam tylko ja i oni. Więc, sorry Winnetou, moje miłosierdzie nie jest nieograniczone.

No nic, było, minęło,wywalili mi też przedwojenne ryciny na śmietnik, rzeczy mające wartość. 

Ale karma działa, nie będę już nic więcej pisała.

Zatem maszyny nie udźwignęłam, ale Inżynier napisał, że nie szkodzi. Może i bym ją wywlokła, ale mój kręgosłup mógłby tego aktu heroizmu nie wytrzymać. Więc spoko, maszyna poczeka.

W sumie mogłabym ją wywalić, sprzedać za grosze, bo żaden cymes. Ale mam do niej sentyment, albowiem dzięki temu, że umiałam pisać na maszynie lekko wskoczyłam na kompa. A moja przygoda z maszynami do pisania zaczęła się, gdy zrzą(ę)dzeniem losu w młodości rzucona do SP2 w K., czekając na pociąg siedziałam w biurze u ojca, który dawał mi maszynę do pisana, żebym się czymś zajęła :) 

Mam takie marzenie, które zostanie tylko marzeniem: pokoik, z maszyną do szycia, fotelem bujanym, biblioteczką, stoliczkiem i maszyną do pisania na nim. Nie będzie zrealizowane, albowiem życie say NO :) 

Ale pomarzyć zawsze można. 

Inżynier do swojego domu jej nie weźmie, albowiem on nowoczesny jest, a Inżynierowa nie lubi staroci. No cóż, wywalą na śmietnik, ale mnie już nic nie będzie bolało.

Trochę żal starego image'u


 

Ale ustawienie mebli jest koszmarne i trudno, muszę przez to przejść. Ale dzisiaj pięknie było w promieniach słońca...

Gotowa byłam już odwołać akcję, ale...


 Żeberka wyszły zajefajne, a z takiej kupki mięcha zrobiła się mała kupeczka. Przed państwem żeberka w marynacie musztardowo-miodowej w wersji start. 

Na spacerku też byłam, bo cudnie jest, chociaż rankiem zimno jak diabli :) Znaczy się, temperatura jak dla mnie idealna.

Alienkowi gorączka spadła, Kalafiorkówna brzydko kaszle - tak brzmi raport. Zaradziłabym, z mojego matczynego doświadczenia, ale nauczyłam się trzymać mordę w kuble - teraz są inne czasy i młodzi wiedzą lepiej. Cóż.

Ja nie wiedziałam, ale teściowa na moje pytania odpowiadała, że nie wie. A sześcioro dzieci miała. 

Więc uczyłam się na własnych błędach i książkach. Na kilkakrotne moje sugestie, że tamto sramto słyszałam zawsze, że nie, bo...

Więc cóż, żal mi dzieci, ale nie będę wtykała się między wódkę a zakąskę i mówiła synom, że może przekonaliby swoje żony.

Nie mój cyrk, nie moje pchły. Jedynie co jakiś czas mogę ich tak wykorzystać i nakarmić tym, co wiem, że lubią, a w domu nie mają, bo nie.

I zawsze dostają dla drugiej połowy wino. Wprawdzie Pierworodny zasugerował, że jego żona lubi Martini, ale...

Wiem, wredna jestem. Ja też lubię Martini, ale akurat nie było małej butelki. A duża - to nawet ja sobie jej żałuję. A jako że żona Pierworodnego ma mnie w głębokim poważaniu, a ja dokładam książkę dla dzieci i słodycze, będzie musiała się obejść wermutem :) Italiano :) Martini to też wermut :P 

No i w sumie przemeblowanie zaliczam jako prezent za wszystkie MOJE dni w tym roku, łącznie z urodzinami, więc...

No i cała moja wredność i wyrachowanie jest jak na dłoni.

Nie, żebym szukała usprawiedliwień. Moja teściowa miała 4 synów i 2 córki. Córki spieprzyły za granicę zaraz po studiach, co wtedy nie było łatwe, jako lekarki musiały zapłacić za studia. A synowie? Meldowali się codziennie u matki, na każde pierdnięcie, na każdy telefon, częściej byli u niej niż w swoich domach. 

A ja wykorzystuję moich dwa-cztery razy w roku i mam z tego powodu wypryski na sumieniu.

Co jest ze mną nie tak?


piątek, 8 października 2021

Znów

 zamknięcie, Kochany Pamiętniczku.

Aczkolwiek zastanawia mnie, co mają w głowie ludzie, którzy opisy z wydarzenia, które odbyło się 23 września opisują w nocy o 2, w dzień przed wysłaniem tego do druku? I wysyłają emilka bez załącznika? I oczekują błyskawicznej korekty?

Płaca za to dupy nie urywa, więc o 7.25, odebrawszy rzeczonego emilka, po uczciwie przespanej nocy napisałam, że proszę o załącznik, będę po 9. O tej porze zazwyczaj zaczynam pracę, z tym, że tu nie na etat, więc i tak dokładam do interesu...

Nieważne.

Poszłam lewa prawa do Galerii, gdzie spokojnie nabyłam kolejny tom tych jebanych pluszaków, tym razem dla Papryczka.

Wiem, powiedziałam chłopcom, że to przemeblowanie jest w ramach prezentu na cały rok za całokształt (znaczy się wszystkie te dni, urodziny, imieniny i chuj wi co). Gotuję dla nich obiad, jakiego w domu nie dostaną, bo panie domu są ponad to, ewentualnie nie trawią pewnych produktów i nie mają zamiaru ich podawać, bo nie.

Więc menu zamówione na niedzielę to żeberka (marynują się właśnie w miodzie), kopytka, pieczarki, buraczki i zasmażana kapustka kwaszona.

Poleciawszy do galerii wpadłam na żeberka (zazwyczaj tam nie kupuję), ale leżały okazy medalowe, wrzeszczące: kup mnie, kup mnie, kup mnie. Zanabyłam ich sporo, zapłaciłam całe 35 zyla, chociaż te pieczeniowe były po 9,90 bez napisu promocja :) Ale mięsa na nich w chuj i jeszcze. I od razu przypomniały mi się te żeberka w UK, na które zaprosił nas Maruda, z wielką pompą, a Inżynier, uwielbiający Marudę rozpływał się nad nimi. A ja nic nie rzekłam, albowiem bałam się ich tknąć, biorąc pod uwagę, ile wydałam na zęby, tam nie było kłaczka mięsa do obgryzienia.

Ale właśnie dowiaduję się, że Alienek ma 38 znienacka, więc wszystko w polu, poniekąd. No cóż, co ma być, będzie.

W Galerii straciłam mnóstwo czasu, przede mną dwie osoby typu "a co to jest, a z czego to jest, a jak to smakuje, a 5 deko tego, a 10 tego, a ile kosztuje" jeszcze bardziej ślepe niż ja. Dwie sprzedawczynie, dwie osoby, a ja straciłam 20 minut :| Dobrze, że kupiłam tam te jebane żeberka, bo gdy poleciałam do "mojego rzeźnika", żeby kupić kopytka, okazało się, że przede mną są 4 osoby, z czego dwie były w budce, też w typie "a co to".

Więc kopytka zanabyłam w budce z kiszonkami, ale w sumie przerażona byłam kolejkami wszędzie, a i do chaupki wpadłam 10 po 9, jak to ja, zestresowana, a na poczcie cisza.

 Nosz, kurwa, a pisali, że im się wali, pali i w ogóle w duszy gra.

W międzyczasie, zgodnie z obietnicą ogarnęłam KK za frico te pliki z nowego czasopisma z terapii performatywnej, które miała skorekcić w ramach wolontariatu Inżynierowa, ale chora Kalafiorkówna...

Poległam, napisałam KK, że takiego pierdolenia o Szopenie to jeszcze w życiu nie widziałam, a żyję już dawno, z czym KK się zgodziła. No wiadomo coach. Kurwa. Ten numer zrobię, bo obiecałam, ale na pewno nie dwie korekty. Jakbym miała takie pierdolenie co jakiś czas robić nawet za pieniądze, to wymiękłabym. I to jest robienie po prostu ludziom wody z mózgu i to za ciężkie pieniądze, z tego coachingu, który w popierdolonym języku, pomieszanym z ingliszem - nawet ja muszę tu prosić wujka Googla o pomoc, podaje ludziom to, co kiedyś nazywało się mądrością życiową, a co trudno zrozumieć, jeśli przedtem nie oberwało się kijem baseballowym w łeb.

I tyle w temacie.

Więc nie, dziękuję, postoję, nie stać ich na płacenie za MOJĄ korektę na pewno. Bo nawet mój zahartowany mózg korektorki ma swoje granice.

Zaś nawiązując do pytania Jaskółki z komentarza, czy serio mówię o Jurku Ziębie?

Nie obraź się, Jaskółko, czytam dużo i wiem, że dużo osób zlądowało na moim blogu po moim konflikcie ze Stardust.

Załatwiając przy okazji swoje z nią porachunki. I nie, że mam coś przeciw.  Głupia nie jestem, rybka mi, jakie są ich motywy, nie ma musu czytania moich wypocin (jak dziś naczelny do mnie napisał).
Albo mnie ktoś czyta i zna, albo zadaje mi takie pytania o mój stosunek do Jurka Z.

I tak, jak w przypadku mojego uwielbienia do płaskoziemstwa, odpowiem:

Żeby rzecz wyjaśnić wreszcie
tak czy owak, tak czy siak,
kiedy spytasz: «Czy mnie kochasz»?
powiem tobie: «Nie i tak».

Powiem tobie po namyśle,
nie na oślep, byle jak,
Mówiąc »Nie» — rzecz jasna skłamię,
by nie skłamać mówiąc «Tak».

Mówiąc: «Tak» zaś, skłamię po to,
by nie skłamać mówiąc: «Nie».
Mam nadzieję, że już teraz
nie zrozumiesz słów mych źle.  

Skopiowałam, bolejąc nad nieprawidłowymi cudzysłowami, ale nie chce mi się poprawiać.

Proszę więc uprzejmie o rozstrzygnięcie mojego stosunku do Jurka Z. :) Jestem głupia, poniekąd, ale nie jestem kretynką :)

Nawet jedną jego książkę w samolocie przestudiowałam, na prośbę bliskiej memu sercu osoby.

A...

Recenzji nie będzie :) 

Felczer z innego komentarza. Moje dzieciństwo to wizyty u felczera. Nawet do dziś pamiętam jego nazwisko: Zaremba. Szukałam potem śladów, bo był moment, że byłam w dobrych stosunkach z jego córką. Wyjechała do USA, mimo że miałam namiary stwierdziłam, że to bez sensu.

Pan doktor (dla nas był doktorem), przyjmując mnie i osłuchując, zawsze mówił, wskazując na kościotrupa stojącego w rogu jego gabinetu (zielonego pojęcia nie mam, czy był prawdziwy, czy z jakiegoś tworzywa): Dorotko, jak nie będziesz jadła więcej, będziesz u mnie w kącie gabinetu stała. Nosisz kamienie w kieszeniach, żeby cię wiatr nie porwał? 

Zawdzięczam mu życie.

Więc nie wypowiem się negatywnie o felczerach, ale nie kończyli oni zawodówek, ale licea. Jest różnica między zawodówką a liceum.

I nie, nie obrażam absolwentów zawodówek, doceniam fachowców po nich, rzemieślników, solidnie wykonujących swój zawód, mistrzów w swoim fachu. Ja, magister pleno titulo uczyłam się o oprawie starodruków, ale zapewniam, że w życiu nie oprawiłam żadnej książki, a już na pewno nie starodruku. Nie ma opcji. Za to oprawiają je przecudnie introligatorzy po zawodówce albo i bez - moja mama dawała do oprawiania książki panu Piorunkowi (po tylu latach pamiętam nazwisko, chapeau bas), niepełnosprawnemu (o ile mnie pamięć nie myli) introligatorowi na wózku...

Zastrzyki (i tu dupa, nie wiem, z jakiej parafii, ale w związku z moim słuchem), dawała mi siostra zmartwychwstanka, z uprawnieniami, a jakże, w PRL nie było innej opcji). Pewno miała uprawnienia pielęgniarskie i obsługiwała całą wieś, bo innej opcji nie było.

Więc nie neguję NIEPEŁNEGO wykształcenia medycznego, ale neguję medyczne zawodówki w wersji PiS.

Co innego średnie szkoły, a co innego zawodówki.

To jest moje osobiste zdanie.

Wiem jedno. Nie mam absolutnie żadnego wykształcenia medycznego. Po dziesięciu latach czytania tekstów ZE ZROZUMIENIEM, miałam wszystkie objawy wszystkich chorób, oprócz raka prostaty (bo jej nie mam) i depresji poporodowej, bo nie rodziłam już wtedy, a dzieci odchowane miałam.

Wszystkie inne objawy, łącznie z guzem mózgu i innymi rzadkimi chorobami miałam. 

Przeżyłam.

Więc, niech mi nikt nie pierdoli, że ludzie, którzy nie zdali matury i dostali się do zawodówek, po trzech latach nauki w nich będą w stanie leczyć ludzi. Zwłaszcza, jeżeli będzie ich uczyć kadra namaszczona przez Czarnka.

Tak jak ta cała pojebana władza, niemająca już chyba pomysłu na dalszą kradzież wszystkiego.  

U mnie wszystko jak co roku




... jesień w pełnej krasie.

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem...


Do rychłego :)



 


 





czwartek, 7 października 2021

Z leksza

 mnie się pojebało, Kochany Pamiętniczku i nie, mam 3 dni urlopu, a jakże, a całe 3 dni pracuję, taki los tego, żeby zarobić co miesiąc te 500 zł więcej, które już niewiele są warte, a będą jeszcze mniej.

Nie marzę już o podwyżce, ale o tym, żeby mieć tę pracę do usranej śmierci. Patrząc na paragony i na coraz lżejszy wózeczek, martwiąc się o moich synów (kurwa, do końca życia będę się martwić, ja miałam pod górkę, oni też lekko nie mają, a mogliby, gdyby rodzina Eksa nie była z arystokracji, niedopuszczającej "obcych"). A, nieważne.

Będzie dobrze. 

Jesień? Jaka jesień?


Ciepło jest. I na liczne pytania: nie jest pani zimno, odpowiadam: NIE.

A na pytanie, czy nie mam butów, odpowiadam: a co ja mam na nogach?

Rozumiem troskę o moje zdrowie, ale jestem dorosła, jeszcze spełna rozumu (przeciwieństwo do niespełna), jak będzie mi zimno, założę chociażby skarpetki, co nie?

No ale może ja rzeczywiście wyglądam na nędzę z biedą, a nie noszę ze sobą plakatu z napisem, że mam dwie szafki pełne butów, w tym nówki nieśmigane :)

Tyle że w loggii czają się 


pasikoniki, pukające z prośbą o sublokatorzenie, ale nie wiem, czy będą dokładały się do czynszu, jak pająki, więc strach je wpuścić.

 

A, nevermind...

Seven second oglądnęłam, czekając na pracę, warto, polecam. Nic nie jest oczywiste do końca.

Informacja dla Dory: polecam to, co pisałam, że dałam na srajdy: właśnie mija tydzień od kiedy założyłam zabezpieczenia - ani na oknie w kuchni, ani w pokoju nie ma śladu gówna, a kupeczkę wróbelka deszcz zmył. Według zapewnień producenta środki działają trzy lata, więc gra warta świeczki. Co rano lecę najpierw oglądać parapet i tańczę indiański taniec triumfu, że gówna nie ma. (Odpukać!).

A reo rozmnaża się jak szalone




Szykuję się na niedzielę, albowiem na chatę wlecą Oba Binki. Takie tam... Oba Binki. Long story, dlaczego ObaB :)

Odezwała się gazeta podsuwana Synowej, wprawdzie boi się jej gorzej niż święty Michał diabła, ale nie mówi nie, chociaż ma na głowie chorą Kalafiorkównę... To dobrze. Chora Kalafiorkówna, ja ze zdrową poległam (no prawie)...

Patrzę na rachunek z dzisiejszych zakupów w Biedronce i włosy stają mi dęba na łysek główce. Znaczy się, ich resztka. Owszem, mogę przestać kupować badyle cięte, a musiałam, bo poprzednie po dwóch tygodniach szlag. Mogę nie pić wina, wyjdzie mi to na zdrowie. Mogę jeść pyry z omastą - bo lubię, ale na omastę za 70 zł za litr może mnie już  nie  być stać.

Dobra, nie będę się martwić o jutro, bo jutra może nie być, a dziś jeszcze wszystko jest OK, poza tym, że Kalafiorkówna smarczy i kaszle, ale dycha, a Alienek zakończył Tomatisa i dostanie za to ode mnie Lego Avengersów. Kupionych jeszcze za bezcen.

Borze liściasty, daj pracę do końca życia. 

I zastanawiam się, za jakie grzechy MOJA ojczyzna jest karana takimi klęskami wciąż, jak nieudolni rządzący?

Co wygrzebiemy się z jednego gówna, wpadamy w drugie.

Ale takiego szamba, jak to, w które wpakowało nas PiS chyba jeszcze nie było.

Borze liściasty, daj i to przeżyć.

Na złość, kurwa, na złość..

Rządowy projekt: zawodowe szkoły lekarskie, trzyletnie.

KURWA MAĆ. To ja, po 10 latach korekcenia medycznych tekstów ze wszystkich dziedzin medycyny, łącznie z zarządzaniem i z tekstami JM, łącznie z jego książką, jestem EKSPERTEM międzygalaktycznym w dziedzinie medycyny. Krwi boję się panicznie, więc nawet maseczki na mordę nie będę potrzebowała, bo nie obliżę skalpela... Śmiejąc się zawsze mówiłam, gdy medyczny guru upierał się, że trądzika, a nie trądziku, że wparuję na salę operacyjną i będę instruowała operującego, że skalpel bardziej w lewo...

No i kurwa mać, moja wizja się ziszcza.

Jestem lepsza od lekarzy, co nie?

A już na pewno jestem lepsza od smarków po medycznej zawodówce.

Pozostaje nam zatem tylko, kurwa, Jurek Zięba i ja.

Amen.



poniedziałek, 4 października 2021

Sobota

 koncertowo minęła, Kochany Pamiętniczku.

Dojechałam na miejsce kaźni, ale Alienek grał. Bo akurat w sobotę ma 40 minut na gry komputerowe, polepszające jego motorykę. I czeka na nie z niecierpliwością cały tydzień.

Więc na boczku kanapy przycupnęłam, nie chcąc zaburzać radości, gdy wtem Alieniątko spojrzało na mnie i wrzeszcząc: batia, byłaś u fryzjera, rzuciło się w me stęsknione objęcia i olewając grę i zdobywanie punktów, namiętnie się ze mną miziało, aż Kalafiorkówna, zazdrosna, zaczęła też plecki i ramionka podsuwać, tak że mizianie szło na dwa fronty.

Synowa zaszokowana była, rzekła: cały tydzień czeka na te gry, a teraz do ciebie polazł? Co ty mu zrobiłaś?

Nic. Jak babcie w kapcie, nic :) Po prostu czasem mówię mu na uszko, że go bardzo mocno kocham i żeby nikomu o tym nie mówił, bo to nasza tajemnica.

Inżynier hołotę nakarmił, podziwiałam jego cierpliwość, albowiem ja przy takim grymaszeniu łebki bym poukręcała i z domu wywaliła. 

Kąpiel. Inżynier zaczyna, zgodnie z założeniem, ale Alienek: batia, wykąpiesz mnie? Stanęło na wykąpaniu ich, bo kąpią się jeszcze w jednej wannie. Synowa wzdech i pyta: jak możesz, dla mnie kąpanie ich to kara za grzechy. A dla mnie kąpanie dzieci to najpiękniejszy moment dnia. No cóż, są guściki i gusta.

Wykąpani, mają swoją porcję bajki, rodzice znikają jak sen złoty.

Bajka skończona: karmienie kotełków: Alienek karmi Edka, Kalafiorkówna Aryę. Arya wypina się na żarełko, uradowany Edek zjada podwójną porcję.

Dwie bajki do czytania, Alienek mądrala wie, że batia po angielsku nie poczyta, więc daje polskie książeczki.

Pogłaskany, ucałowany, karaluchy pod poduchą, pada i śpi.

Ale Kalafirkówna nie, kombinuje jak koń pod górkę, że się nie położy.

Położona, po dwóch minutach wyłazi i "nie chce spać".

Hmmm...

Za łapkę, do łóżka, kordełka, całus, karaluch pod poduchę i...

Dzieci śpią.

Batia ciągnie dwa ostatnie odcinki serialu i iPad pada, wiadomo, bateria do dupy.

A tu Arya zaczyna wieczorne urzędowanie i to tak, że gdy rodzice Łobuzów wysyłają sygnał, że wracają z balangi, biedna batia pisze, że kot zwariował i ona się go boi.

Bo dystyngowana w dzień księżniczka, zaczyna nagle drapać kanapę, potem z wyskoku atakuje okno, odbijając się z podłogi i skacząc tak, że uchylone okno się zatrzaskuje, pada na dupę, otrzepuje się i apiać dawaj znów...

Diabeł w księżniczkę wstąpił, może z głodu jej rozum odjęło? Ale dzieci mi pobudzi...

Jak była młoda i głupia, nazywali to jelonkowaniem, ale teraz?

Oddycham z ulgą, gdy wracają i nigdy więcej wieczoru z kotem. Edek gdzieś przepadł, pewno nażarty spał.

Inżynier sprowadza mnie na taksówkę, bo wie mama, to jest Łazarz.

Hahahahaha, zarżało me matczyne serce, a jak ja po nocach nie spałam, bo po procentach łaził na Jeżyce, odprowadzając przyszłą, albo nie miał w pubie zasięgu, albo wracając do domu lazł na Teatralkę po zapiekankę, to pikuś był?

Nosz...

Wsiadam do taksówki i ciśnienie mi rośnie, bo złotówa jarała i taksówka śmierdzi. Na dokładkę wygląda jak rasowy alkoholik (no nie da się ukryć, że ja też), jedzie jak wariat, ale słucha, jaką trasą chcę jechać, ma włączone radio i nie raczy mnie głodnymi kawałkami i pytaniami o moje CV, więc...

15 minut później jestem w domu, przeszczęśliwa.

W niedzielę śpię prawie do południa, bo nic nie muszę i schodzi ze mnie stres.

Jest cudnie.

Zaczynam trzeci sezon Pose.

Miałam mieszane uczucia, zaczynając ten serial. Mam wielu przyjaciół i znajomych, ale gejów i less. Nie zetknęłam się nigdy z osobami trans, a już na pewno nie z tak barwnymi postaciami, jak te z filmu i z problemami z lat 80. Tak, dla mnie to jak kolorowa bajka i folklor. Nie było mi łatwo to wszystko ogarnąć i zrozumieć, ale dziś, kończąc ten serial, wiem i - taką mam nadzieję - ogarniam całokształt.

Z jednej strony zachwyca mnie koloryt i fantazja tamtych zdarzeń, takiego życia. Z drugiej - nie, nie chciałabym mieć takich problemów z tożsamością, z rodziną, z całokształtem. Może i moje życie jest i było mniej kolorowe - ale każdy ma swoje piekło.

Więc - chapeau bas dla ludzi, którzy tamto przeszli, choć gdzieś tam coś mi kołacze, jakiś żal, że nie byłam na takim balu, choć doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest clou.

A, nieważne :) Jak kiedyś wiele osób mi to uświadamiało: bo z ciebie taka zboczucha jest. :) 

Pierworodnego Netflix nie działa, pytam, dlaczego, byłam gotowa zapłacić raz, co mi szkodzi, ale nie, ponoć kasę ma, ale karta mu się złamała.

Serio? Mnie się raz zdarzyło kartę zgubić (i to Inżynier przy tym asystował), ale złamać? Nigdy. No ale to wyjątkowo pechowy człowiek jest z tego mojego dziecka.

Inżynierowy Netflix zaś śmiga jak złoto. I na budowie był i już mury pną się do góry.

A poniedziałek powitał mnie pracą na poczcie, ale... okazało się, że mam jeszcze 5,5 dnia urlopu za ubiegły rok, kurde, dni się tam mnożą jak króliki, więc wypisałam sobie urlop do końca tygodnia, będę robić tylko maszynki.

Maszynki o 16 podziękowały, zatem biorąc pod uwagę, że lato, lato wszędzie, kijki wzięłam i poleciałam.

Niedaleko, ledwie 5 tys. kroków z haczykiem, ale wróciłam do domu mokra jak mysz i boli mnie każdy mięsień i każda kosteczka.

Jednak lezienie w takt muzyki, z duszającą się rupcią, czego od wieków nie praktykowałam...

I tak warto żyć...

Poniekąd, ale niezaprzeczalnie :)

Za miłe słowa czytającym dziękuję :) Czasem potrzeba słów.  


UPDATE

I tak sobie z Inżynierem gawędziłam, jak kolację dla Łobuzów szykował. I sporo się o własnym dziecku dowiedziałam. Rzeczy, których  nie ogarniałam, ale może to nie do końca moja wina jako matki, bo to już historie z czasów, jak się od cycka oderwał i wyjechał.

Ale informacja dla Basi (jednej z czytaczek). Najpierw diagnozują, czy się ktoś do Tomatisa nadaje, bo nie każdy. Diagnoza kosztuje 160 zł, potem to już indywidualna sprawa.

Widzę, że u Alienka to działa.

Cuda wianki, kiedyś się mówiło, że dziecko jest po prostu źle wychowywane, a teraz okazuje się, że i dorośli mają swoje problemy.

Wiem, nikt nie obiecywał, że będzie ławo. 

 


piątek, 1 października 2021

Gównoburza

 jest, Kochany Pamiętniczku.

Okazuje się, że żaląc się na brak dostępu do bloga Stardust grzech śmiertelny popełniłam, albowiem, cytuję; Nie wiem czy Ty rozumiesz idee zamknietego bloga, ale to jest cos na model "tajemnego stowarzyszenia, a wiec cos o czym sie nie informuje innych skoro sie przynalezy samemu. Ja mysle, ze cokolwiek sie stalo z Twoim dostepem to jak widac tak jak jest bedzie lepiej zarowno dla Ciebie jak i dla mnie.

Nie wiedziałam, głupia cipa, że zamknięty blog to jak loża masońska. 

Dziekuje Ci bardzo za reklame mojego ZAMKNIETEGO bloga. Dzis dostalam maile od 4 osob, ktore jak pisza "wyczytaly u SJ ze ja mam bloga i prosza o dostep". Jedna z tych osob nawet zadala sobie trud zeby mnie znalezc na FB i napisala prywatna wiadomosc.  

Dla mnie zamknięty blog to blog zahasłowany z dostępem dla wybrańców.

No cóż, wyleciałam nie tylko z bloga, ale i ze znajomych.

No nic, będę musiała z tym żyć.

Zatem wszystkich zainteresowanych uprasza się uprzejmie o niepowoływanie się na informacje ode mnie. 

No i rozgorzała między Kitty i mną dyskusja na temat mojego szczepienia i zachowania Inżyniera.

Wysłuchałam argumentów, nie będę się z niczego tłumaczyła, bo to moja sprawa.  

To jest mój Pamiętniczek i nikt nie musi się zgadzać z moimi poglądami i decyzjami, ale należy je uszanować. 

Nikogo nie zmuszam do czytania, jak komuś nie pasuje, niech sobie odpuści. Nie zamykam bloga, bo mam kilka fanek, które lubię.

Nie oceniam ludzi, mających inne poglądy niż ja, ani nie nawracam ich na moje.

Nie zgadzam się z wieloma decyzjami moich osobistych dzieci, nieraz przez nie cierpię - ale tak jak ja kiedyś chciałam żyć po swojemu i to zrobiłam, daję i im tę swobodę. 

Nieważne, jak mnie to boli.

Pamiętniczek to moje miejsce na zapisanie rzeczy dla mnie ważnych, na spuszczenie pary.

Przyjmę każdą krytykę, ale nie znaczy to, że muszę się do niej zastosować i wg niej postępować.

Taki drobiazg: jestem płaskoziemcem (moją słodką tajemnicą pozostaje czy to prawda, czy nie).

Inżynier głaszcze mnie po głowie (co jest surowo zakazane) i śmieje się do rozpuku.

Pierworodny ma pianę na ustach, udowadniając mi, że Ziemia nie jest płaska.

Baran siedzi ze mną w płaskoziemskim interesie.

Postman dostaje białej gorączki.

And?

Życie jest ciekawe, ja się dobrze bawię, gdy ludzie mają o mnie takie, a nie inne zdanie...

A Ziemia jest płaska...

A Ziemia jest okrągła, okrągła jak jabłuszko, i tyle wiatru w żaglach, i tyle śpiewu w ustach...

Więc bardzo proszę o nienawracanie mnie na cokolwiek.

Mam te same internety co wszyscy, dostęp do informacji, a wnioski, które z nich wysnuwam jednym pasują, innym nie.

Trudno :) 

Wystarczy nie czytać mojego bloga, nie widzę problemu.

A wracając do naszych baranów.

Dzień gospodarczy przebiegał zgodnie z planem. Siedzę na tłustej, kubańskiej dupie, zadowolona jak prosię w błocie (chociaż dziś prosiąt w błoto się nie wpuszcza, bo ASF i inne takie tam).

Mieszkanie ubezpieczyłam kolejny raz, oczywiście, składka mimo bezszkodowości podskoczyła, ale co tam.

Fryzjerka z marszu wcisnęła mnie na fotel (nic dziwnego, dobrze płacę), więc mam ekstrafryzurę, ciekawe, czy Alienek jutro zauważy.



 

 Dzień jak z bajki.

Zabezpieczenia antysrajdowe działają, koło tych taśm tylko wróbelek odważył się cupnąć i kupkę zrobić, ale wróbelkowe kupki to pikuś :) 



Ten dynks na parapecie to jakaś masa, trzyma się na magnesie. Podobno srajdy widzą to jako światło i że parapet jest zajęty. Jako dotąd żadna srajda nie siadła, ślady na parapecie to są ślady po srajdowych gównach, które nie schodzą mimo mycia. Więc jak na razie dobrze zainwestowane 50 zł.

A u fryzjera grudzień ma już pączki.

Kiedy byłam mała, w domu mówili, że jak grudzień kwitnie, będzie ostra i szybka zima. No ale teraz tyle odmian i cudów wianków i dzisiejsze grudnie, a grudnie sprzed lat to jak te stare szczepionki i dzisiejsze...

A jutro czekają na mnie Łobuzy i jebane sierściuchy, które wciąż za mną łażą uparcie (sierściuchy, nie dzieci) :) 



Zwłaszcza ten przydupas, co na głowie mi spał, a teraz w oczy patrzy mi jak kiedyś ktoś patrzył, on na nadzieję, że go będę godzinami miziała.

Nie ze mną te numery, Brunner ;)