ze zrozumieniem, Kochany Pamiętniczku.
Lamenciłam na zapas, albowiem do piątku wieczora nie wiedzieliśmy, kiedy będzie pogrzeb. Dopiero wczoraj dotarła wiadomość, że w środę.
Zatem ruszamy dopiero we wtorek rano, wracamy w środę, zanosi się na nocną jazdę, albowiem Inżynier nie chce stracić całego tygodnia. Więc nadal się nerwuję, ale cóż, c'est la vie. Wszelkie wieści o moim powrocie bądź nie są co najmniej do piątku przesadzone. A gwóźdź do trumny wbiła mi Zmorka, odpisując, że jak nieboszczyk przed niedzielą nie jest pochowany, to źle. Wygooglałam dlaczego i bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję, Kochana, za podniesienie mnie na duchu. Jak coś, mam nadzieję, że to mnie zabierze, tyle w temacie.
Kto wierzy w gusła temu dupa uschła, ale...
Zamówiłam w kwiaciarni wieniec, Inżynier odbierze zanim po mnie przyjedzie, potem jedziemy do K.i dwie alternatywne trasy na to zadupie, Google mówi, że różni je 5 minut... No nic, zobaczymy.
Inżynier znienacka zaproponował, że wpadnie w niedzielę z Łobuzami i z Ajpadzikiem. Nie na obiad.
No, wiedziałam, że on ma sklerozę, ale że aż taką to nie. Wleciał, ale bez Ajpadzika, zupełnie zapomniał, dobrze, że dzieci nie zgubił.
Jednak z wiekiem łagodnieję, nawet się nie zezłościłam, że nie ma Ajpadzika, kiedyś bym szaty darła i włosy wyrywała, a na twierdzenie, że zabrałabym sobie Ajpadzika na pogrzeb, więc jak odwiezie Łobuzów wleci z nim, kazałam mu się popukać w ten głupi łeb. Tak, jadę na pogrzeb, przez cały dzień, przez całą Polskę, by się pobawić Ajfonikiem. Nie ruszałam dupy z chałupy, nie licząc wyjazdu do K. do Umarlaków od 2019 roku, odkąd wróciłam z UK po narodzinach Kalafiorkówny, więc pojadę tyle kilometrów przez miejsca, w których w życiu nie byłam i pewno już więcej nie będę, ze wzrokiem wlepionym w Ajpada, oglądając seriale na Netflixie.
Hip, hip, hurra, mam genialne zaiste dziecko :)
LOL :)
Łobuzy jak zawsze przekochane, zrobiły mi dzień, lejąc się równo i namiętnie, wprawiając ojca w stan nerwowy. Jak jedno dostało ciastko, to drugie musiało dostać dokładnie takie samo. Kalafiorkówna, napominana, że ma nie ruszać kubka, bo gorące, zażyczyła sobie przelewania, zatem poszłam przelewać, wtedy pod bacznym okiem ojca siedzącego obok wylała kubek Alienka, bo musiała zobaczyć, czy on nie ma czegoś innego... Okazało się, że babcia jest oazą spokoju, nie zdenerwowała się zalaną podłogą, ojciec latał z obłędem w oczach, a ja cieszyłam się, że herbata nie wylała się na dziecko.
Każdą podłogę można wymienić, dziecka nie.
Jednak dorosłam.
A towarzystwo znalazło sobie nową rozrywkę: latanie do kibelka. Alienek chce siku, to i Kalafiorkówna momentalnie też i rzucaj tu, człowieku, monetą, które pierwsze ma sikać i które pierwsze zawołało..
Babci rachunek za wodę rósł w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, a dzieci znalazły nowy powód do kłótni, kto ma trzymać zawijany ołówek. A Kalafiorkówna posunęła się w swej podłości tak daleko, na oczach własnego ojca, że oskarżyła biednego Alienka, że ją bije, choć Alienek siedział jak ten aniołyszek i ani nie drgnął, co widział ojciec rzeczonych i znów mu piana na usta wyszła.
Lanie poduszkami to pikuś i rutyna, zaś tekst "zjadłbym coś" po skonsumowaniu całej pizzy i pięciu pytaniach: jesteś jeszcze głodny, czy myjemy ręce i stanowczej odpowiedzi przed myciem rąk, że jest najedzony, wbił biednego ojca w podłoże...
Jak ja kocham moje Łobuzy, aczkolwiek akcje w ich wykonaniu są fajne na tik-toku, ale nie na co dzień.
Ja się z bratem kłóciłam, ale nie aż tak.
Moje dzieci biły się na własny rachunek, nie słyszałam, kto zaczął, więc odpowiadałam, że nie wiem, kto zaczął i biją się na swój koszt - nie opłacało się im więc lać. Nic mi nie wiadomo, żeby się bili, nawet Baran kiedyś stwierdził, że takich braci to on jeszcze nigdy nie widział.
No ale Łobuzy są, jakie są.
Może z tego wyrosną, nie wiem.
Kiedy pojechali, w domu zapanowała taka cisza, że aż w uszach dzwoniło.
W sobotę zaszalałam, poszłam do chińskiego sklepiku po namordniki (ostatnio zapominam je zakładać), tak, Doro, wiem, nie chronią przed niczym, daję się zniewolić, ale cóż, pani u rzeźnika wrzasnęła zza pleksi na mnie: maseczka, więc, jako rasowa poznańska pyra uważam, że ordnung muss sein, więc przeprosiłam i namordnik wdziałam, a na serio, w autobusie wolę ludzi w namordniku, niż ziejących na mnie chuj wi czym, a wróciłam z...
no i moja dracena znów robi za choineczkę, tym razem cała w ledach, Łobuzom się spodobało :)
Pizzę zaś mieliśmy taką
To nasza, dzieci jedzą klasyczną, a Alienek dziś podbierał mi ogórki i nauczył się mówić: ogórasek, co wprawiło go w zachwyt. I umie, Skubany, liczyć po polsku do 20 już, po angielsku do 14. I pięknie rysuje, nie trzy kreski na krzyż jak kiedyś, babci pracowe biurko zapchane jest jego dziełami już, przeważają potwory, ale jedno potworowe serduszko jest specjalnie dla mnie narysowane...
Zatem trzymajcie kciuki dalej, przede mną podróż życia chyba ;)
Bo co innego samolotem polecieć sruuu, a co innego wlec się po polskich drogach samochodem przez całą Polskę,na dokładkę
mając kierownicę z nieprawidłowej strony.
A mój grudzień się obudził i ma pączusie...
















































