sobota, 28 września 2013

Jako że

nie dojechały, zajęłam się chaupką.
Wczoraj doprowadziłam do porządku resztę kartonów i szuflady. W jednej z nich w szafie odzieżowej (sic!) znalazłam skarb nad skarby: ostre noże. Skarb, bo w tym domu nie ma ostrych noży, ponieważ notorycznie ucinam sobie palce. A te ostre noże, ostre jak brzytwa, bo choć zwykłe, stołowe, do obiadu, skórkę pomidora bez trudu rżną (sztuk sześć) leżały zawinięte w starą serwetkę, starsza ode mnie, bo odkąd pamięcią sięgam, serwetka leżała na koszu w przedpokoju w moim rodzinnym domu, a już wtedy wysłużona była :) I już nie wiem, skąd się u mnie wzięły TAKIE ostre noże, bo nie pamiętam już, czy przywiezione po likwidowaniu rodzinnego domu, czy od Cioci. Od Cioci raczej nie, bo od niej pierdyliard sztućców przywiozłam w specjalnej skrzyni. Ale... fajnie się kroi takimi nożami... I mam nadzieję, że rączek sobie nimi nie odciacham.
Żeby nie ten remont, leżałyby pewnie jeszcze długo po mojej śmierci w szufladzie...
A rankiem potuptawszy na Manhattan, starym sobotnim Starojędzowym obyczajem, co ja paczę??





Prorocze, STOP jesieni...

A w nowo budowanym apartamentowcu

Ohna na całą ścianę i szklane balkony czy z innego pleksi... Kto to ogrzeje?? Nawet jak to szczelne, to i tak ciepło poleci... Ale nie mój ból...
A potem co ja paczę?? Już myślałam, że to jakiś napad czy cuś, bo w poprzek ulicy stanął radiowóz z pipem na sygnale, zacierając zatem grube rączki i wietrząc fajne fotki ruszyłam, ale zanim doszłam, było po obiedzie. Jakiś bieg był, parę osób biegło, szybciej niż ja się kulałam z wózeczkiem no i żadnego fotoreportażu w amerykańskim stylu nie będzie.

Pogoda była dziś cudna i szkoda, że dziewczyny nie przyjechały, za tydzień już botanik będzie zamknięty i znów cały pogrzeb na nic...
Jednak nie wyszłam juz z domu (tylko do śmietnika), ogarnęłam wszystko na maksa, ugotowałam na jutro polędwiczki ze śliwkani (mlask) i marchewkę z pigwowcem (jeszcze większy mlask), poprałam i jak poszycie z deski wyschło, zabrałam się za prasowanie serwetek, które wyciągnęłam z komody, a które mocno nieświeże były, zostały zatem wyprane... I tak, jak nienawidzę prasowania, poczułam, że znów mam dom.
Przystań.
Bo mam deskę, żelazko i znów, po pół roku, prasowane ściereczki do naczyń.
Bo aczkolwiek odpuściłam z krochmalonymi, naciąganymi i maglowanymi prześcieradłami i obrusami, z prasowaniem t-shirtów i koszul (nie masz mężczyzn w naszej chacie), to jednak ściereczki do naczyń prawo wyprasowaną być.
I poczulam się bezpieczna...

I gdy klapnęłam na fotelu i oglądałam film zachodzące słońce zrobiło mi taką niespodziewajkę (mam mieszkanie od wschodu, ale zachodnie słońce też znajduje do mnie drogę).



Podoba mi się, farba faktycznie daje światło i przestrzeń...

A wieczorem w lustrach odbija się wszystko.





Zaczynam oswajanie mojej przestrzeni...
Home, sweet home...

Gwiazd

które lecą w dół nie weźmie nam już nikt...


czwartek, 26 września 2013

Zlot

czarownic jednak odwołany, nie z mojej winy, w sumie nikt nie jest winien, życie... Odbędzie się z tygodniowym poślizgiem.
A ja coraz bardziej nienawidzę swojej starości. Pojechałam dziś na Franowo w celu że potrzebuję lampkę na klips. A na Franowie oprócz M1 sklepów jak mrówków i w sumie straciłam 4 godziny na łażenie po nich, dobrze, że są daleko od siebie, to trochę spaceru po słońcu też miałam. Lampkę na klips też kupiłam, w Ikei. Elokwentna pani namówiła mnie na żarówkę LED, i musi jej być ciężko, bo co ją naprzeklinałam, to moje. Nie miałam dotąd żarówki LED, więc... O ja głupia cipa. Pierwszy raz w życiu składałam lampkę z pomocą instrukcji i nijak nie wiedziałam, jak się tego LEDa wkręca... Jutro mają chodzić sprawdzać nam prąd w kontaktach, więc sobie pomyślałam, że się nad biedną sierotą ulitują i wkręcą starej babie żarówkę do lampy. Żeby żarówki nie umieć wkręcić!!! Na instrukcji był jakiś motylek, ale ani w lampce (zawiniętej próżniowo w folię), ani w żarówce takiego motylka nie było!!! I nagle, tadam, wkręciłam. Zadowolona wieszam, ale czytam instrukcję i co ja paczę?? Musi wisieć co najmniej pół metra od wszystkiego, inaczej może spowodować pożar. Masz babo kalafiory, tego mi uprzejma pani nie raczyła powiedzieć, a instrukcja była zafoliowana w środku lampki. Carramba, wisieć, wisi, ale nie tak, jak chciałam... Sprzątam folie i papiórki i co ja paczę?? Motylek leży. Tyle, że całkiem przezroczysty i go nie zauważyłam.
A kiedyś wszystko było takie proste...
Psiakrew.
Cholera.
Do dupy jest starość...

Szok

Wchodzę na fejsbuczka, a tam...
Barana zobaczę.
Będziemy szaleć 5 dni :)
Będzie się działo :)
Zaczynam odliczanie...
Nie widzieliśmy się od stycznia...

środa, 25 września 2013

Na fotelu siedzi leń

... nic nie robi cały dzień.
No, nie do końca tak.
Ale postanowiłam jeden dzień sobie odpuścić.
Bo nie jestem PPD i dziewczyny zastaną, co zastaną, a jestem naprawdę zmęczona.
Więc poszłam w Polskę.
Bez plecaczka.
W sandałkach, za co zostałam ukarana :)
I tak sobie szłam i szłam w stronę słońca...
Dzień był piękny, choć wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie.
Najpierw poleciałam do Lidla i tadam... Mam kosz i miski w odcieniu ściany, więc wywaliłam stary, połamany wiklinowy, bo moje marzenie o szafce z odchylanym pojemnikiem na brudne pranie wylądowało na liście życzeń po wygranej w totolotka :D
A potem...


Tego roku, tego września niebo zmienia się jak w kalejdoskopie i znów jestem zła, że nie wzięłam aparatu...
Na Wildzie wreszcie jebnęłam fotkę nowej fontannie, ale już niestety, bez wody, za to ujęcie wyszło mi cudne, nieprawdaż?


I tak miło gawędząc ze sprzedawcami, bo byłam życzliwie nastawiona do świata szłam i szłam i prawie wszystko załatwiłam.
Nagrodziłam się za trudy remontu w C&A, załapałam się na całe 20% rabatu i zamiast 70 zł zapłaciłam 56, mała rzecz, a cieszy :)
I inne takie tam.
Zgrzeszyłam nie grzesząc po drodze



Wróciłam do domu, ale zanim wróciłam, nagrodziłam się za trudy remontu drugi raz ;) W osiedlowym sklepie, bo w mieście nic mi nie wpadło w oko, a tu wlazłam i jest...


Kolory grają ze ścianą, zaś ta z ludzkiej skóry wylądowała w małym pokoiku. Przydałaby mi się jeszcze jakaś stojąca, ale to może poczekać na koniec i na zastrzyk gotówki ;)
A potem okazało się, że wyszło szydło z worka. Znaczy się, Miśki z worka wypuściłam, posadziłam ładnie na kanapie i co?? Schowały dwa haczyki, które chciałam przykleić i coś, co zastąpi być może odbojniki, bo pani od roletek napisała, że odbojniki we własnym zakresie... Ale nie ze mną te numery, Brunner, nie będą ze mną Miśki Skubane pogrywały, znalazłam. Tym razem odpuściłam im lanie, bo jestem na etapie niechcemisię (deska do prasowania stoi i czeka), ale następnym razem futro poleci, nie ma zmiłuj :D

wtorek, 24 września 2013

Zostałam

sama na 45 metrach kwadratowych. Wywaliłam połowę rupieci. Zlikwidowałam meble z łapanki, kupiłam meble na wymiar. Po Eksie nie zostało nawet wspomnienie, oprócz paru drogiazgów i kilku papierów. Po chłopcach została jedna półka awaryjnych ciuchów, trochę szpargałów, gier, po Pierworodnym masa czasapism (ale upchnięte w komórce, bo w mieszkaniu nijak się nie mieszczą). W sumie będzie kolejna akcja ogarniania tej kuwety, ale już na spokojnie, bez nerwów i sensacji, że mam dość życia na kartonach. Kwiatów też będzie mniej, bo na tle roletek nie będą grały, niestety, coś za coś, ale... może łatwiej będzie mi wyjechać... Nic nie szwęda się po kątach, no prawie nic, ale...
Ciasno jest. Wiem. Popierdoliło mnie, że tak mówię.
Ale...
Dzieciństwo to były 4 osoby w jednym pokoju z kuchnią, tak na oko razem ze 30 m kw., bo drugi pokój, "tapczan", tak na niego mówiliśmy, stał praktycznie nieużywany, bo z przydziałowego węgla nie dało się go ogrzać, kuchnię też mieliśmy na węgiel.
Studia to akademiki i wynajęte pokoje, koszmar wiecznych przeprowadzek, nie było walizek na kółkach, nikt nie miał samochodu i wszystko trzeba było dźwigać.
A ja zawsze słabą niewiastą byłam. Do dziś mam czasami koszmary, że się znów przeprowadzam z tą tekturową walizką...
W małżeństwo wystartowaliśmy na 16 m kw. Od zera, nie mieliśmy żadnego mebla. Mój ojciec dał nam meble z tego "tapczanu" na start, bo i tak stały  w nigdy już po śmierci Mamy nieogrzewanym pokoju, nieużywane. Była na tym też kuchnia i łazienka, a właściwie kuchniołazienka w jednym, potem korytarzyk, na którym było WC. W kamienicy teściowej, a jakże, kamienicznikiem była. Sama mieszkała na 150 m kw., ale... w suterenie. A dwa piętra po 150 m kw. zajmowali lokatorzy z kwaterunku, którzy nie chcieli się za Chiny Ludowe wyprowadzić, bo im się należało, mieli przydział i w sumie za darmo mieszkali, bo trudno to było nazwać czynszem, skoro teściowa dokładała nawet do wywozu śmieci. A w spółdzielni dostaliby to, co my i musieliby płacić czynsz, że hohoho.
Ale to były nasze metry i byliśmy tam szczęśliwi, choć po rozłożeniu łóżek i tapczanów nie można było chodzić.
Po wielu staraniach, uruchamiając znajomości, załatwiając zaświadczenia, a fakt, że grzyba jak złoto mieliśmy na ścianie i był to strych, więc latem jak na patelni, dostaliśmy mieszkanie, w którym jestem. Rotacyjne. Ojciec mój załatwił stolarza z rodziny, chciałam położyć podłogi (w pustym mieszkaniu to proste), nie żadne panele ani cuda wianki, bo ich nie było, deski były już wysezonowane, a mój uroczy szwagier, który wtrącał się do wszystkiego, rzekł do Eksa w te słowa: zwariowałeś, babie na fantazje dasz 200 marek, przecież to mieszkanie rotacyjne. I Eks brata posłuchał i skończyliśmy na lenteksie. 200 marek w owym czasie to były 2 miesiące spokojnego życia. Za panele obecnie zapłaciłam więcej, niż dwie pensje. Życie.
A - jak życie pozwoli - na rotacyjnym mieszkaniu będę do końca.
Tylko dlaczego ono się tak skurczyło??
Fakt, że jestem duuuuuużo grubsza od tej 45-kilowej chudziny, co się tu wprowadziła, no ale...
Wciąż widzę, jak Inżynier wlatuje do domu, a ja wrzeszczę: uważaj, głowę sobie rozwalisz... Przelatywał pod parapetem, nie muskając go wcale, taki mały był, ale wszędzie go było pełno.
A dziś chłop jak malowanie. Nikt nie wierzył, że z takiego rojbra wyrośnie Inżynier. Ja nigdy w Niego nie zwątpiłam, paskudny jest do dziś. I niech tak zostanie :)
A za ten zarwany urlop, co poświęcił go na przywracanie mnie do życia, oprócz piwka chili, które z przyjemnością wypił, dostanie gratisa :)

 Chociaż boję się, że Go w alkoholizm wpędzę. Ale... Żaden z moich majstrów i pomocników nie pracował tak rzetelnie za nic. Za frico. Wiem, że to mój syn i że to jego psi obowiązek, ale mam dwóch synów... Ponoć...
A dzień był dziś


jak z bajki.
Gość, co był wczoraj w sprawie ościeżnic, to kawał ciula. Jak się umawiał z Inżynierem, nawalał. Wczoraj powiedział mi, że przyśle kogoś, bo nie wie, jak obmierzyć... i nic, cisza w eterze. Olać. Rozmawiałam dziś z Sikorką i jak wrócą z wojaży Sikor podeśle mi swojego kolegę, bo w branży drzwiowej kiedyś robił. A jak nie, to Sikora zadzwoni do mojego stolarza od półek, może on też coś takiego robi. Nierzetelnym rzemieślnikom mówimy stanowcze NIE :)
Czegoś mnie jednak ten remont nauczył: płacę, wymagam.


PS Na oko wyprałam połowę klocków Lego, suszą się ładnie w misce. Zabrakło mi wsadu do prania, a same klocki to niebezpieczna zabawa, jak sądzę :) Nigdy nie prałam klocków... Na co mi na starość przyszło ;)

poniedziałek, 23 września 2013

Orzeł

poleciał bladym świtem, doleciał, szczęśliwie ze swoją Dziewczyną, jako i Baran szczęsliwie do Sroczego Zaułka wrócił z zamorskich wojaży.
A ja, popłakawszy się na ramieniu Inżyniera przy pożegnaniu, wlazłam do łóżka, ale za chwilę wylazłam, bo raz obudzona nie umiem już zasnąć.
I wzięłam się do roboty i tak...
Dzień był ciekawy...
Zapieprz.
Łomatkozcórkom ile ja mam filmów, i to nie byle jakich filmów!! A filmy jeszcze są w kartonach u KB, ale zgodnie z poleceniem Inżyniera kasety wideo wywalamy, niezależnie od tego, czy nagrane czy kupione w Beverly. Nagrane już wywalone, ale kupione jeszcze są. Będzie się działo :D
I zabrałam się za klocki Lego. Pierwszy odruch - wrzucić do szafy, ale... jak zobaczyłam ile jest na nich kurzu... Będę prać, zgodnie z radą Żaby w pralce. Ale przedtem posegregowanie zajęło mi 4 godziny!!! Czegóż tam nie było w tym kuble...




W tym białym był  śmietnik. A ja, jak ten Kopciuszek mak od popiołu segregowałam... Zostały klocki i

śmieci, pół na pół...
I takie cuda wianki, nawet nie pamiętam, że coś takiego mieli i... małych sadystów hodowałam??

Kto zgadnie, czym jest kupka czegoś z lewej strony?? Urywali, jak widać wszystko... ;)

Potem wzięłam się za papiery i choć serce pękało mi z bólu, wiem, wiem stara wariatka ze mnie, wywaliłam na śmietnik

Bohomaz. Ale malowała go moja Mama, o której wszyscy mówili, że ma talent. Dziś wiem, że nie miała talentu, nie była nawet uzdolnioną kopistka, ale... To wisiało w sypialni nad łóżkiem i nikt takiego nie miał, bo wszyscy mieli jarmarczne oleodruki. Lepsze jak ten obraz, ale nasz obraz był inny...
I przedarłam się przez tonę papierzysk, w tym ślubne telegramy. Moje i rodziców. Rodziców poszły do śmietnika. Kojarzyłam je już tylko ja, pokolenie moich dzieci ma do tego stosunek obojętny.
I wciąż mi w głowie wiruje myśl, jak myśmy z tym całym bajzlem mieścili się we czwórkę, skoro  w tej chwili sama się nie mieszczę??
Wsadziłam do niszczarki wypłaty Eksa z lat przed ślubem, kurde, czego ja w domu nie trzymam??
I rachunki za malucha.
Rachunki za pierwsze meble.
Papiery zmarłego brata.
Ojapierdolę...
Przede mną znów czyszczenie szafek od początku, ale cichosza, bo mi za śmieci dowalą.
I wzbogaciłam się jak cholera, bo oprócz tego dolara znalazłam


I rzeczy naprawdę dla mnie bezcenne


Moi chłopcy kochani :)

W międzyczasie wleciał facet od ościeżnic, ale jakiś nierozgarnięty, pokręcił się i orzekł, że ościeżnice nietypowe i przyśle kogoś, kto się na tym zna do pomiaru. A że nawalił w piątek i animrumrał do dziś, a dodzwonił się do Inżyniera w UK, to ja chyba kogoś innego poszukam sobie... A co tam, tego kwiatu to pół światu :D
I bonusik na koniec. Zamówiłam. To jest wizualizacja.
Jestem oszołomiona i jeśli w rzeczywistości będzie to tak wyglądało, to... warto żyć, nieprawdaż??


niedziela, 22 września 2013

Padliśmy

jak jeden mąż. Inżynier wrócił w południe, bez kacyka, ale padnięty i ostatnim rzutem na taśmę wyniósl do śmietnika szafki, co mi się rozwaliły, a które miała wziąć dozorczyni, a które w pocie czoła, bohatersko wywalałam wczoraj z balkonu. Dzięki szafkom mam sińce i naderwany krzyż, trudno. Potem próbował zamocowac lampkę w łazience, bo tam dość ciemno jest i nie słuchał mojego lamencenia, że lampkę w łazience świecą tylko goście, bo im ciemno, a zwłaszcza synowa, oglądająca swe kobiece wdzięki nie wiadomo gdzie, bo jest mojego wzrostu, a ja w łazience widzę czubek swojego nosa. Poległ, lampka wygrała, oprawka nie dała się przewiercić za Chiny Ludowe, a ja w lament, że dzwonka nie ma, a wszystkie lampki zgodnie z rozkazem wywaliłam na śmietnik.
Zatem pojechaliśmy do Praktikera, gdzie znów na pierdoły wydałam masę kasy, Inżynier zgłodniał, a w domu nic nie było do jedzenia (konkretnego, bo cały tydzień nie jadł, więc olałam zakupy i miał tylko zamówiony rosołek, ale że na weselu wyżerka była hmmm... marna, zglodniał). Obiecałam mu moją jajecznicę - poezję, ale w domu okazło się, że cebuli nie ma, bo w Lidlu gdzie chciałam zakupy zrobić, terminal nie działał i wyszłam bez zakupów, zostawiwszy w wózku złotówkę :) Więc podreptałam do Milei, zrobiłam zakupy i Inżynierowi taką kolację, że pękł :) I mam znów prosty, funkcjonalny i bez udziwnień dzwonek: dzwoni, a w przedpokoju zapala się lampka, na światło reaguję jak koń na ostrogę, nawet w nocy, śpiąc. I o to chodziło. Profesjonalne podłączenie dla głuchych kosztuje 1000 zł i trzeba nosić pager.  Wprawdzie lata świetlne temu Inżynier obiecał mi skonstruowanie czegoś takiego, razem z KB, ale skończyło się na podłączeniu lampki nocnej wiszącej na karniszu... ;) Prowizorki są najtrwalsze, ale polubiłam tę lampkę, teraz też mam, nie na karniszu, ale na szafie i spełnia swoje zadanie. Wydać 100 zł a 1000 to jednak różnica i tym razem nie ma kabli, są w maskownicy...
A Inżynier był tak padnięty, że pakując się, wyciągnął z plecaka perfumy (lubię ten zapach), psiknął się. Pytam, po co się psikasz na noc?? Spojrzał na mnie Shrekowymi ślepiami i mówi: żeby mi mama nie powiedziała, że się psiknąłem, nie wiedziałbym :|
Jutro odlatuje.
Jest nadzieja, że zobaczymy się już za niedługo.
Bo co to jest 2,5 miesiąca??
Wykończyłam Go, bez dwóch zdań.
Ale... dzięki Niemu dom jest znów domem.
Resztę ogarnę.
Powoli.
Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł ;)

sobota, 21 września 2013

Poległam dziś

Na posterunku, aczkolwiek spałam długo, jak na mnie, bo do 7. Kąpiel, śniadanie, przytulenie łebka i jazda na Manhattan. Zakupy, wykopanie leniwego potomka, ostatnie dziury i zwiał... bo zapomniał, że się umówił. Tak to jest, jak się za dużo pije, no ale miał spotkanie przyjaciół, a widują się raz na pół roku. Poleciał, błotko zostawił - czort wie, gdzie w nocy w takie błotko wlazł (świnia z niego)  i w takich momentach cieszę się, że nie mieszkają już ze mną ;)
Rosołek zamówił, bo wiadomo, po weselu rosołek ratuje życie, zwłaszcza po wiejskim weselu. Rosołek pyrkolił, a ja sprzątnęłam wreszcie balkon tak mniej więcej, że nie powinno się już tyle świństwa wnosić, winobluszcz trochę ciachnęłam,  umyłam balkon, umyłam wszystkie okna, ma się tę kondycję, a co?? Potem selekcja paru pudełek i jedno wielkie pudło śmieci do wyniesienia. Mycie i skrobanie, zaczynam hodowanie kwiatów od nowa, bo przez ten remont zmarniały na balkonie, no i... na tle roletek nie za bardzo będzie je widać, muszą dojść wszystkie meble, żeby przestrzeń ogarnąć. Nie będzie TV, kino wylądowało w szafie, a miejsca jakby mniej. Przez tę gładź mieszkanie zmalało??
Powierceniowy kurz z półek do ogarnięcia.
Cosobotnie sprzątanie, o rety, kiedy ostatni raz było cosobotnie sprzątanie??
Na Zmorczej półce zamieszkały Aniołki (nie, nie żaden pieprzony Anioł Złota Rączka), porządne aniołki :)
Inżynier rano oglądnął uszkodzoną przez Anioła  baterię i kazał ją wywalić na śmietnik. Powiedział, że gdyby on zamocował coś, co wymyślił, niezadługo miałabym fontannę w łazience. Więc nie wiem, o co się obraził, skoro ewidentnie spieprzył rzecz wartą kilka stów. Ale było, minęło, olać.
Zatem wszystko ogarnięte i nic to, że nie wiadomo, gdzie co jest i parę kartonów jeszcze się szwęda, mój kręgosłup mówi: dość na dziś.
Mam wolny tydzień, powoli wszystko ogarnę.
Dziecię niezastąpione wraca jutro w południe i ma resztę ogarnąć, choć myślę, że to ciężko pójdzie ;)
I w nocy pojedzie na lotnisko i tyle mojej przyjemności, ale naprawdę uratował starą matkę, nie wiedział, Skubaniec, że sobie tak nagrabi ;)
Baran też w poniedziałek wraca z wojaży.
A ja?? Cieszę się, że jest cicho i ciepło.
I nie mogę doczekać się roletek... To dopiero będzie jazda...


Miłego wieczora...
Na mnie czekają kości ;)

piątek, 20 września 2013

Zwątpiłam

jadąc do pracy, bo na podwórzu nie było ani jednego samochodu. Ktoś jednak był, bo drzwi działały, a mamy na zamek na kartę... Żywej duszy... Potem okazało się, że jak zwykle jestem głupia cipa, bo targi się zaczęły... I dzięki temu już o 11.30 było po ptakach i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, znaczy się do Starego Browaru do pralni... Do odebrania garnitur Inżyniera, koszula (bo wciąż nie wiadomo, gdzie jest żelazko) i mój płaszcz... Tak obładowana goniłam autobus i... dogoniłam, znaczy się kondycja na piątkę. Zazwyczaj nie gonię autobusu, bo mi ucieka. A oprócz tego miałam kurtkę, która zdjęłam, bo było mi za gorąco :D Cyrk... Miałam pracować w tym miesiącu 84 godziny, wyrobiłam 104... Więc nie wiem, kiedy wrócę do pracy :D
W domu zastałam wiercącego w pocie czoła Inżyniera. Niestety, czas mu się kończy, wiertło (przemysłowe, a jakże, zapłaciłam za nie jak za zboże padło, i znowu ten kurz), więc sorry, Winnetou, więcej nie będzie. Mam tylko dwie ścianki działowe, może później coś dowieszę, ale teraz nawet Baran poszedł w odstawkę i nie doczekał się fotki, ma miejsce w moim sercu i musi mu to wystarczyć. Inżynier, napierając wątłym ciałkiem na wiertarkę, ostatnim rzutem na taśmę orzekł, że rozumie już, dlaczego jaskiniowcy malowali na ścianach, zamiast wieszać na nich obrazy :)
No dobra, do rzeczy


Tu nic więcej nie będzie, bo nie i już...

Ale i tak piknie....

W tym worze siedzą uwięzione Miśki i modlą się, żeby Inżynier już pojechał, bo wtedy będzie dla nich miejsce... Ale Miśki mi nic nie pomoga, a Inżynier pomaga, więc niech siedzą na dupie i animrumrają.
Pierworodny zadzwonił do Inżyniera i po gwarze zorientował się, że brat w pubie siedzi. Rozmowa: ty w PL. Tak. O, a ja do mamy się wybieram z Małą Wiedźmą. Ino szybko, bo jeszcze dużo do roboty... Kurde!!! Od czerwca nie zapytał, co u mnie. Brak mi słów... Ale to moje dziecko, nieprawdaż? Jeszcze klatkę dla MW zamówię, co by nic nie rozwaliła... Wiem, kochająca jestem...
A cała reszta idzie do małego pokoju, bo tam są dwie ścianki działowe i wiercenie to małe miki.
Więc

Z rodzinnej galerii ostało się to, co najważniejsze.

Naparstkowa kolekcja już wypakowana


A i Zmorkowa półka jest, choć zmieniła odrobinę przeznaczenie...

Ale tu będą jeszcze duże zmiany...

Zabrakło kołków, wiertło padło, Inżynier poszedł w siną dal.
Śmietnik znów się zatkał.
I był dziś pan od roletek i kadził Inżynierowi, że takich klientów, jak ja to rzadko można spotkać. Bo nie grzebałam w katalogu, ale wiedziałam, co chcę. I tak będzie Paryż (da się wieżę Eiffla  wrzucić na drzwi), maki w drugim pokoju i limonki w kuchni.
Wiem, zwariowałam, ale dlaczego dopiero teraz?? :)

czwartek, 19 września 2013

Urlop

rzecz święta, niby miałam dziś, zapowiedziany, że nie ma mnie, umarłam. Punktualnie o 15.03 odebrałam dwa SMS, że... jest robota. Odpisałam. Wlazłam na pocztę, jak dotarłam do domu i faktycznie, była robota, od Bossa, który sam urlop podpisał i coś, co miało być zrobione do 10...
Amen.
Nie ma ludzi niezastąpionych, ale???
U mnie się działo.
Straciliśmy pół dnia z Inżynierem w marketach.
Łypnął na mnie spod oka i rzekł: powoli mamę rozumiem.
Drzwi będą za trzy tygodnie, ale jak po SMS pojadę do marketu, uprzejmi panowie dopasują mi wkładkę do zamka w tymże markecie. A jak się uśmiechnę do tych, co przywiozą je, wsadzą mi w zawiasy... Amen...
Za trzy tygodnie będzie również reszta przedpokoju i stół oraz 4 krzesła, jako ostatni akord meblowania mieszkania. Amen... Jeden transport, jeden montaż.
Inżynier kupił mi serwis. Przepłacił, ale już nie muszę się tłumaczyć, że stary się stłukł i jem na skorupach. Ledwo dowlókł to do taxi, a nie kupiłam kubków i innych takich tam. Dlatego jadłam na skorupach, bo nie miałam osiołka na stanie.
Wróciliśmy do domu, padł.
Korekciłam, potem pracowicie myłam skorupy i odrywałam piszczałki i etykiety.
Wstał.
Rozpisaliśmy wiercenie i stukanie na jutro, jak się wyrobi, będzie cud.
Jutro wpadają na pomiar roletek, ościeżnicom coś wypadło i zadzwonią, kiedy wlecą.
Pojechaliśmy na randę z Dziewczyną Inżyniera i naparłam się na sushi, nie na Manekina.

I... prosz...

Po drodze była ironia losu, bo burgery z krowy w Świętej Krowie to dla mnie ojapierdolę.

Nie pozwolili mi jebnąć fotki uroczej Azjatce na progu, a i aparatu nie zabrałam, ale... :)
Byliśmy jedynymi gośćmi.
Kelner też debiutant.
 Baliśmy się, ale jedzenie rozpływało się w ustach, zjedliśmy wszystko, najedliśmy się - jak kiedyś mówiły moje dzieci - po pępuszek i naprawdę warto.







Smakowało. Dotąd jadałam sushi z Tesco w UK, ale to zachwycało. I nawet glony, niejadalne zdaniem Zmorki są jadalne, jak się je doprawi. Ja wzięłam Rainbow i chętnie zjadłabym to jeszcze raz, ale kto tam ze mną pójdzie??
A potem wylądowaliśmy w Naprzeciw


 nie idąc spać...
bo w Full House alkoholu nie ma, a rybka lubi pływać...

Bonus za znalezienie byka.


I polecieliśmy do SB odebrać pranie, ale okazało się, że choć SB otwarty do 22, to mało co tam tak długo pracuje i tym sposobem będę musiała kombinować, jak jutro odebrać pranie, bo Inżynier musi mieć garnitur, a ogarnia resztę domu, wiercąc, a ja zamykam...

No ba.
Nie takie rzeczy się robilo ;)
Życie nabiera barw, jak wokół są odpowiedni ludzie...


środa, 18 września 2013

Życie

wraca w stare koleiny. Dziś 11 godzin w pracy, pracująco, a jakże, ale... zostałam zaproszona do kameralnego grona szczęśliwców, którym sam Boss, no paczcie i zazdraszczajcie






szampana nalał. Wznieśliśmy toast za nowe dzieło, którego dziewiczy numer wyszedł spod naszej ręki, a w czym miałam osobisty udział. Okazało się, że w związku z tym będę miała więcej pracy, bo w naszej perełce poszły takie kiksy w reklamach bez mojego oka, że to nieporozumienie. Zatem będę robiła reklamy, ale nie narzekam. Jako że praca dziś pchała się drzwiami i oknami, nie świętowałam długo

ale kieliszek powolutku opróźniłam.
I tak, jak nie lubię szampana, bo mnie po nim żołądek zawsze boli, ten smakował mi wyśmienicie, a był to (polecam, tak, tak, kryptoreklama)


Sprawdziłam na wujku, od 20-25 zł, da się przeżyć :)

Inżynier zaś rano wstał, przyjął kolejnych 10 przykazań i o dziwo, wszystkie wykonał :) Dom się więc robi domem, w sobotę umyję okna, niezależnie od pogody, bo mam już po kokardę brudnych. Jutro akcja Drzwi, chcę, żeby Inżynier je jeszcze wstawił i obił, potem mu odpuszczę, bo gros zrobił. I pozostaje nieszczęsny kabel od routera, który jednak musi się gdzieś piąć, bo w całym przedpokoju jest tylko jedno gniazdko do prądu. Pewno znów skończy się na prowizorce, trwającej 10 lat, bo w sumie komu to przeszkadza?? Mi nie :) Ale szafy i inne nieprzesuwalne przeze mnie meble są już na miejscu, więc mogę nosić, przekładać, kombinować... Nowa kanapa jest wypasiona, wygodnie się na niej śpi, ma na samym spodzie feler, ale... olewam, jest na spodzie, a życie jest za krótkie na reklamacje. W sumie tak, jak wszyscy majstrowie są paprułami do potęgi, tak wszystkie meble kupione mają jakiś drobniuteńki feler. Ktoś mi mówił, że producenci liczą na to, że się machnie ręką i ja właśnie macham. Szkoda życia, nic nie jest idealne. Znajomi reklamują na okrągło jeden stół, bo coś tam, coś tam, bo szramka była. Ojaciepierdolę. Szkoda zdrowia, nikt ani nic nie jest idealne... Niedługo pewnie wróci piękna pogoda, bo moja spółdzielnia  przymierza się do rozpoczęcia sezonu grzewczego. Odkręciłam więc kurki i czekam... :)
Owinięta w kocek i racząca się miodowym, z nadzieją, że mnie znieczuli i zasnę, bo do snu mi daleko.

A Inżynier jest ideałem złotej rączki, jak dla mnie, bo zrobił wszystko i zrobi więcej za jedno piwo z chili :)
No dobra, w ramach kochania posłałam mu łóżko, co by się nie przemęczył, jak dziś z kolejnej lumpki wróci (a może jutro??) i żeby rano wstał i żebym mogła w niego znów poorać.
I ze śmiesznostek. Sąd, nie pamiętam już w jakim mieście, uniewinnił rolnika z tego, że mu się locha urwała i puściła z dzikiem, rodząc małe :) Nie wiedziałam, że istnieje zakaz krzyżowania dzikich i domowych zwierząt bez specjalnych zezwoleń specjalnych instytucji. Czysty rasizm w zwierzęcym wydaniu, a kto odpowiada?? Właściciel, że cnoty loszki nie pilnował ;)


wtorek, 17 września 2013

Nie chcę zapeszyć, ale...

Sceny balkonowe podziałały, no może nie do końca, ale dostał 10 poleceń, a jak wiadomo, facet może dostać jedno naraz.
Czułam się dziś nieswojo, bo wczorajsze piwo nie do końca ze mnie wyparowało, jak jechałam do pracy, a na dokładkę rozkojarzało mnie, że nie mam ajfoniczka kochanego. Został u Inżyniera na służbie, bo mieli dzwonić, jak pojadą z kanapą. Co kawałek macałam się w okolicy kieszeni, nie grało mi nic (nie wiem, gdzie jest player), do Sikory nie mogłam porannych pozdrowień napisać i w ogóle ciulato. Wlazłam do redakcji, odpaliłam kompa i rzuciłam się w wir pracy. Jak wiadomo, siedzę tyłem do drzwi. Nagle kątem oka widzę, że stoi obok kolega i widzę, że mówi, że przyniósł wydruki, kiwnęłam głową, że OK i dalej tyram i nagle w głowie zapala mi się jarzeniówka, że coś jest nie tak!!! Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że nie słyszałam, jak wszedł, bo nie założyłam aparatów :) Zrobiłam te wydruki, odnoszę i mówię, że przepraszam, że go tak olałam, a on na to, że się bał, że mi coś jest bo byłam jakaś inna :) I pomyśleć, że kiedyś bałam się aparatów, bo co ludzie powiedzą. Fakt, że niektórzy dalej się oglądają (nie, nie z pracy), ale mam to w dupie... Aaaauuuuć... Szkoda tam tkać aparatów.
Już o 11 przyjechali z kanapą i Inżynier zameldował, że bierze się do roboty, a mi udało się wyciągnąć KB i pomógł Inżynierowi wynieść komodę i moje biurko. Nic nie jest jeszcze dopieszczone, ale... śpię w swoim pokoju, mam już wszystko, co mi do szczęścia w nim potrzebne, z resztą sobie poradzę. Mam nadzieję, że Inżynier ogarnie do końca kable i będzie można zacząć normalnie żyć.
 A tyle go dziś widziałam, co rano padłam na kolana i czule w jeżyka wycmokałam, bo przed moim powrotem poleciał na randkę, ale co tam, drugi raz już młody nie będzie.
W pracy stoją na baczność i salutują, bo wiedzą, że nie ma opcji zostawania Starej Jędzy po godzinach i o dziwo!!! Teksty są i spływają równomiernie :) Czyli czasem trzeba zrobić entree na scenie i będzie si, jak Inżynier mówi.
Zrobiłam zakupy, podonosiłam drobiazgi, ugotowałam obiad na jutro (je, Skubaniec, jednak mu smakuje), a na odzyskanym ajfoniku znalazłam SMS, że mam w lodówce 3 piwa i nie mam się krępować. Cfaniak, wie, że będę na niego czyhała, to chce mnie upić, żebym nie czekała. Ale ze mnie za stary wróbel na takie plewy.
Po dwudziestej jeszcze dentysta i mam nadzieję, że to wszystko ku końcowi będzie zmierzało i znów starojędzowa historia potuczy się nudnie i wolno...
Że ogarnę tę kuwetę.
Bo jest moja i lubię ją.
Dziewczyna Inżyniera zaprosiła mnie na randkę.
Z Inżynierem na przyczepkę, ale co tam.
Zaprosiła, więc może nie jestem taka najgorsza i są gorsze ode mnie??
Bo Królowa Pierworodnego nigdy na taki pomysł nie wpadła.
Kochamy tych samych mężczyzn, tylko inaczej, więc powinnyśmy być sojuszniczkami, nie wrogami, nieprawdaż??
A może się mylę??
Nie walczyłam z moją Teściową o Eksa. Ona kochała Go bardzo mocno. Mocniej jak ja. I tego Jej nie odbieram.
Za to, mimo naszych nieporozumień i niezrozumień oddaję Jej pierwszeństwo. Kochała Go do końca. Ja tak nie potrafiłam.
Tylko matki mają tak nasrane w głowach :)

Nie pamiętam

kiedy tak ostatnio jedzonko znikało. Wciągnął rosołek. Miał zjeść żeberka, ale potknął się o klopsy (miały być dla mnie na dziś do pracy), wciągnął klopsy, odgrzał żeberka i poległ na posterunku. Wróciwszy do domu musiałam zwłoki posprzątać.
Wyrzuciłam wszystko.
Z siebie.
Powarczeliśmy na siebie, jak zawsze. Pokazując kły i gryząc się do krwi.
Popłakałam się na środku miasta, dobrze, że już ciemno było.
Dostaliśmy tylko lampę. Drzwi nie ma. Nie do wiary, kupno drzwi wcale nie jest łatwe.
Wiem, że lampy, które kupiłam są do kitu. Umrę, czyszcząc je, ale trudno.
I tego mi brakowało. Logiki, myślenia.
Warczeliśmy do północy.
Ale tego nam brakowało. Jemu może nie, mi tak.
Jest mi lżej. Wiem, że nie jest idealnie i nigdy nie będzie, ale choć przez moment móc się na kimś oprzeć, to fajnie.
Bo, wbrew pozorom, twarda nie jestem.
Bluszczem też nie, ale...
Trzeba chodzić w masce.

sobota, 14 września 2013

Po raz pierwszy

od niepamiętnych czasów, najstarsza Jędza, czyli ja, już ich nie pamięta, dom stał się domem. Jeszcze nie wszystko ogarnięte, dwóch lamp nie ma, kanapy nie ma, ale... Jest już stół, wreszcie pusty, niezawalony gratami. Nic to, że kuchenny, jest stół. Podstawa każdego domu. Można usiąść i przyzwoicie zjeść obiad, wypić herbatkę. Nie ma krzeseł, są kuchenne stołki, ale nic to. To już cywilizacja jest i serce domu bije.

Astry stare, nie kupiłam dziś kwiatów, bo lało jak z cebra, polecę jutro do Lidla albo innej Biedronki i kupię świeży bukiet. Jak Inżynier w poniedziałek wleci, będzie wiedział, że jest w domu, choć pewno biedak padnie zszokowany, bo to nie jego dom. Ale kwiaty, jak zawsze u mamy będą. Podstawowa zasada tego domu brzmi: badyle zaś ale muszą być :)
Łamię się, nie wiem, czy wstawię badyle na okna, szkoda mi światła, ale pewno wstawię, bo... Kurzołapów miało nie być, a są... No bo jakże to, dom bez kurzołapów to nie dom. Każdy kurzołap ma swoją historię i choćby nie wiem, jakim badziewiem był, jest swój. Domowy. Domowników nie wyrzuca się na śmietnik, nieprawdaż??

Ale żeby nie było cacy cacy, druga połowa pokoju wygląda tak:

I tu będzie Inżynier ogarniał, bo to i sprzęt do podłączenia, i pólka do wyniesienia do małego pokoju (ćwiczy na siłowni?? ćwiczy, to niech dżwiga. Poprzednio, jak po jego wyjeździe wynosiłam ją z małego pokoju do dużego, rozwaliłam sobie na amen duży palec u nogi. Dla niego to pestka, dla mnie wysiłek). Reszta mieszkania jest OK, nie ma jeszcze tylko wieszaków w przedpokoju, tzn. mam stary, ale... świta mi inna bajka :)
W międzyczasie przelotem zrobilam ketchup śliwkowy, ale bez octu, nie przecierałam, wyszedł sosik, coś takiego, że luuuu na makaron i mamy obiadek (hmmm.... słoików od zeszłorocznych szaleństw od cholery w komórce jest, ale co tam...)...
Bez dywanów, to nawet odkurzacza nie trzeba. Polatam na miotle, przelatuję na mopie i tadam :) Ile prądu zaoszczędzę, jako że poznaniacy to Szkoci wyrzuceni ze Szkocji za skąpstwo i ile kalorii spalę :)
Zasłużyłam na piwko i slodkie nicnierobienie.